Wywiad: Krzysztof Rola-Wawrzecki

Ile nasza reprezentacja płaciła za schabowego? Dlaczego na konferencję prasową wysłano kucharza? Jak wyglądały przygotowania czy wreszcie same mistrzostwa w 2006 roku „od kuchni”? O tym wszystkim opowiada ówczesny kierownik drużyny, Krzysztof Rola-Wawrzecki. Ten wywiad znajdziecie także w książce „Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści”, którą napisał Nikodem Chinowski, a wydało wydawnictwo Magnus. 

Czy jako formalnie i nieformalnie bardzo bliski współpracownik selekcjonera miał pan wpływ na zaaranżowanie tego niefortunnego show, jakim było ogłoszenie powołań na mistrzostwa?

Dlaczego „show”?

Relacja na żywo pod telewizję, wielkie wydarzenie, piłkarze na gorąco dowiadujący się, czy jadą na mundial czy nie…

Muszę poinformować, że Polski Związek Piłki Nożnej miał z telewizją Polsat, właścicielem praw telewizyjnych do mundialu w 2006, podpisaną komercyjną umowę o wyłączność na transmisję wydarzeń towarzyszących mistrzostwom, w tym właśnie na ogłoszenie składu.

No dobrze, ale nie powinno się przekazać decyzji trenera najpierw zawodnikom, a dopiero potem wychodzić z tym publicznie?

Powiem tak: ze względu na przedstawione wyżej realia mieliśmy ograniczone pole manewru. A myślę, że w ogóle nie byłoby kontrowersji i nikt nie pamiętałby tego sposobu ogłoszenia kadry – albo wręcz uznałby to za dobry pomysł – gdyby nie te dwa nazwiska, które nie znalazły się na liście.

„Dwa”? A nie „kilka”?

Moim zdaniem dwa. Tylko dwóch zawodników mogło być ewentualnie – podkreślam: ewentualnie – zaskoczonych, że nie ma ich na liście nominowanych: Jerzy Dudek i Tomasz Frankowski. Cała reszta nie miała podstaw, by myśleć, że pojedzie. Spójrzmy po kolei. Tomasz Kłos. Jeżeli faktycznie nie wiedział – a nie mam pewności, czy nie poinformowano go wcześniej – to powinien wyczuwać, że nie będzie powołany. W tamtym czasie był już w nie najlepszej formie i nie mógł być murowanym zawodnikiem pierwszej jedenastki. Na boku obrony grali Marcin Baszczyński i Michał Żewłakow, i oni byli pewniakami. Na stoperze byli natomiast Jacek Bąk i Mariusz Jop lub Bartosz Bosacki. Czyli Kłos nie był zawodnikiem pierwszego wyboru i wobec takiej konkurencji powinien wyczuwać, że jest dalej niż bliżej. Tomek Rząsa tak samo – szczyt formy już dawno miał za sobą. Wydaje mi się, że akurat sam Rząsa za bardzo nie liczył, że pojedzie, miał świadomość, że jest daleko. Inne nazwiska podobnie – wszyscy skreśleni nie prezentowali odpowiedniej formy i sami powinni wyczuć, że ich szanse na wyjazd są iluzoryczne. Z pytaniem, czy pojedzie do Niemiec, dzwonił do mnie na przykład Andrzej Niedzielan. Ale jeśli ktoś nie był na ostatnich meczach sparingowych, w tym na ostatnim test meczu z Wyspami Owczymi we Wronkach, to chyba mógł bez problemu wywnioskować, że trener Janas nie będzie w tamtym momencie na niego stawiał.

Przejdźmy zatem do tych dwóch nazwisk: Dudek i Frankowski.

Dudek… Jurek Dudek uczestniczył wprawdzie we wszystkich naszych meczach eliminacyjnych, ale w tym czasie nie grał już w klubie, nie miał miejsca w jedenastce Liverpoolu. Do dziś bardzo dobrze sobie przypominam rozmowy, gdy zarówno trener Janas, jak i trener bramkarzy Kazimierski wyraźnie mu mówili: „Jurek, musisz zacząć grać. Zmień klub, ale zacznij grać, bo będzie kłopot”. Był Boruc, był Kuszczak, obaj wtedy w gazie, w tamtym czasie grali w podstawowych składach mocnych drużyn brytyjskich. Tymczasem Jurek przegrał rywalizację w Liverpoolu z Pepe Reiną, pogodził się z tym, a klubu nie zmienił. I przez ten ostatni sezon na każdym zgrupowaniu mu się mówiło: „Jurek, nie jest z tobą dobrze”. Każdy widział, że to nie ta dyspozycja, co trzy lata wcześniej. I teraz lekko wyjdę w przód: czy ktoś do Boruca miał pretensje za występ na mistrzostwach świata w Niemczech?

Nie.

Druga sprawa związana z tym, co nastąpiło potem – po Janasie selekcjonerem został Leo Beenhakker, a dyrektorem reprezentacji Jan de Zeeuw. I tenże de Zeeuw był jednocześnie zupełnie oficjalnym menadżerem Jurka Dudka. Jeżeli więc Paweł Janas zrobił Dudkowi taką krzywdę, nie powołując go do Niemiec, to Dudek po erze Janasa powinien wrócić do reprezentacji, którą sterowali Beenhakker i de Zeeuw. Wie pan, ile meczów rozegrał Dudek po mistrzostwach świata? Dwa. I to też mogły być powołania od de Zeeuwa na zasadzie: „Chodź Jurek, pokażemy, że Janas się pomylił”. Trzeba sobie jasno powiedzieć – rok 2006 to koniec wspaniałej kariery Jerzego Dudka w reprezentacji Polski. W reprezentacji, bo w klubowej piłce zapisał jeszcze piękny rozdział w Realu Madryt i kurtuazyjnie dostał po latach pożegnalne powołanie do kadry. Natomiast na zgrupowaniach pojawiali się bramkarze młodsi, a przede wszystkim w lepszej formie i oni systematycznie przeskakiwali Dudka w rankingu. Tak doświadczony bramkarz jak Jurek musiał zdawać sobie sprawę, że jego szanse na wyjazd na mistrzostwa malały z każdym miesiącem, gdy nie gra w klubie, a świetnie sobie radzą Boruc i Kuszczak. Paweł Janas, który był absolutnie zdecydowany na Boruca jako pierwszego i na Kuszczaka jako drugiego – bo i Boruc, i Kuszczak sportowo wygrali tę rywalizację – postanowił, że branie Dudka jako trzeciego bramkarza byłoby ruchem nieprawidłowym. Zachodziła obawa, jak się Jurek zachowa, gdy będzie siedział na ławce. Czy przyjmie to z pokorą? Czy nie będzie marudził? Stąd decyzja Janasa o dowołaniu, jako tego trzeciego, młodego Łukasza Fabiańskiego. Miał 21 lat, w pełni rozumiał, że jedzie, żeby zbierać doświadczenia, i do dzisiaj czerpiemy korzyści z tej decyzji Pawła Janasa.

Pańska argumentacja mnie przekonuje, natomiast nadal uważam, że forma w jakiej mu to zakomunikowano była nieelegancka.

Być może. Nie chcę wybielać nikogo i może ma pan rację. Ale jeśli chcemy aż tak wchodzić w kwestie moralne, to trzeba by odwołać się do profilu psychologicznego Pawła Janasa, bo jemu pewnie można zarzucić wiele rzeczy, jeśli chodzi o relacje z ludźmi. Natomiast Janas był szefem tej reprezentacji, działał wedle swojego profilu psychologicznego i trzeba to uszanować. Ja natomiast chciałbym tylko zwrócić uwagę na fakty. Na parę dni przed rozpoczęciem ostatniej fazy przygotowań odbył się mecz z Wyspami Owczymi. Tam kolegi Dudka już z nami nie było. Czy to nie jest wystarczający sygnał, że jest w odstawce? Czy to niewystarczająco czytelna oznaka, by mieć przekonanie o słuszności wyborów trenera Janasa?

Frankowski był na meczu z Wyspami Owczymi.

Tomasz Frankowski, który nam wygrał mecze eliminacyjne i trudno w ogóle dyskutować co do jego olbrzymiej roli w tych eliminacjach, odszedł rok przed mistrzostwami świata z Wisły do Elche. Potem zamienił ten klub na Wolverhampton, gdzie przez pół roku nie strzelił ani jednej bramki. Natomiast ponieważ on wcześniej tych goli nam nastrzelał, to oczywiście został powołany na ten mecz z Wyspami. Na odprawie przed tym spotkaniem, jak zresztą przed każdym, byłem w szatni i przekaz Pawła Janasa był jeden: „Panowie, gramy na Franka. On się musi odblokować, musi tym Wyspom coś strzelić. Gramy wszystko na Franka”. Cała odprawa ustawiona pod Frankowskiego, gra i taktyka ustawiona pod Frankowskiego; można wręcz powiedzieć, że cały sparing ustawiony pod Frankowskiego. Tak, żeby strzelił tym Wyspom gola czy dwa i się odblokował. I tenże Frankowski rozpoczął mecz w pierwszym składzie, a w minucie 25. zszedł podobno z kontuzją. Cała organizacja meczu poszła na marne. Dlaczego mówię „podobno”? My już wtedy we Wronkach mieliśmy zwiezioną całą aparaturę lekarską, którą na miejscu obsługiwało dwóch naszych lekarzy – doktor Jerzy Grzywocz i doktor Wojciech Wawrzynek. I jeszcze w trakcie tego meczu Frankowskiemu przeprowadzono szczegółowe badania. Rezonanse, rentgeny, prześwietlenia kości, mięśni, wiązadeł – i nic. Niczego niepokojącego tam nie było. I teraz myślenie: albo bardzo nietypowa ukryta kontuzja, która nie wiadomo, kiedy się ujawni, albo chłopak podchodzi mało poważnie do sytuacji… Jedna i druga opcja kwestionowała sens zabierania go na mistrzostwa. Biorąc jeszcze pod uwagę, że Frankowski w ciągu dwunastu miesięcy przed mistrzostwami grał mało i prawie nic nie strzelał, to nie wiem, czy można się Janasowi dziwić, że podjął taką decyzję.

Dlaczego Frankowski miałby udawać kontuzję? Po co? Wolał zejść, bo bał się, że nawet tym Wyspom nie strzeli gola i się przekreśli całkowicie?

Sam pan sobie odpowiedział… Ja z nim o tym nie rozmawiałem. To była nagła zmiana na jego prośbę, niepoprzedzona żadnym kontaktem fizycznym z przeciwnikiem. Wiadomo, że w takiej sytuacji nie ma dyskusji i jeśli zawodnik sam sygnalizuje potrzebę zmiany, to się go ściąga, żeby nie pogłębiać urazu. Ale jeśli się potem przeprowadza dokładnie badania i po tych wszystkich analizach nic nie wychodzi, to wniosek jest jeden…

Nie wytrzymał psychicznie?

Nie skomentuję tego. Nie mam pojęcia, co się działo w jego głowie. W tym miejscu chciałbym jeszcze raz przypomnieć, że Tomek, podobnie jak Jurek, po raz ostatni wystąpili w reprezentacji dwa miesiące po mistrzostwach świata, w przegranym meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy z Finlandią w Bydgoszczy. Mecz ten prowadził już zupełnie nowy sztab szkoleniowo-organizacyjny. Więcej powołań Tomek już nie dostał.

No dobrze, ale dlaczego w takiej formie? Nikomu ze sztabu nie zapaliła się lampka ostrzegawcza, że już sam zestaw odstrzelonych nazwisk wzbudzi kontrowersje i nie ma co dokładać niezdrowych emocji takim sposobem informowania?

Z Pawłem Janasem do dziś jesteśmy przyjaciółmi i może mi być ciężko obiektywnie oceniać, czy powinno to inaczej wyglądać. Ale według mnie sygnały były jasne – z Dudkiem absolutnie, z Frankowskim raczej też, choć może faktycznie mniej. A dlaczego forma prezentacji telewizyjnej? Przypomnę o umowie z Polsatem, ale i dodam, że w reprezentacji było wtedy dwóch rzeczników prasowych, Kazimierz Oleszek i Michał Olszański. Prezesem natomiast był obyty w mediach Michał Listkiewicz. Jak na ówczesne standardy – bo dziś mamy zupełnie inny wymiar komunikacji zewnętrznej – zadbaliśmy o profesjonalne zabezpieczenie potrzeb reprezentacji od tej strony. Oni nam doradzali, jak wykonywać pewne ruchy medialne czy wizerunkowe i z ich strony nie dostaliśmy żadnego przekazu pod tytułem: „Panowie, nie róbmy takiego show”. Gdyby padły podobne słowa od ludzi tak doświadczonych w tej materii, to formuła publikacji składu prawdopodobnie zostałaby zmieniona. Co więcej, nie pamiętam, żeby ktokolwiek z dziennikarzy, działaczy czy piłkarzy miał zastrzeżenia do tej formy prezentacji drużyny w momencie, gdy ten pomysł się pojawił. Wszelkie głosy podniosły się dopiero po podaniu listy nominowanych, która okazała się – nazwijmy to – kontrowersyjna. Można więc uważać, że dziś negatywnie oceniany jest nie sam sposób podania nazwisk, tylko ich dobór.

A pan kiedy dowiedział się o tych nazwiskach?

Ogłoszenie jej w telewizji nastąpiło dzień po meczu z Wyspami Owczymi i tego dnia, tyle że rano, dowiedziałem się o powołaniach od Pawła. I żadnego szoku nie było – oni się sportowo nie wybronili i ja to przeczuwałem już od dłuższego czasu. Jedynie Frankowski, takie mam wrażenie, jako jedyny z tej grupy został odstawiony dopiero na ostatniej prostej. Natomiast po tym, gdy widziałem ogromne wkurzenie Pawła Janasa za tak szybkie zejście z Wyspami, czułem, że to nie może się inaczej skończyć. Z pełną świadomością to mówię: tak wkurzonego Pawła jak wtedy, i to po wygranym meczu, nie widziałem nigdy wcześniej.

Po tej selekcji było panu żal któregoś z piłkarzy, tak po ludzku? „Kurczę, fajny chłopak, starał się, szkoda, że się nie załapał…”

Lubiłem wszystkich naszych chłopców, z każdym byłem jednakowo związany emocjonalnie. Nie było żadnego, którego bym nie lubił, ani takiego, który byłby moim ulubieńcem. Ale jeśli widać, że ktoś sportowo jest lepszy i może bardziej się przydać zespołowi na mistrzostwach świata, to on jechał, a inny nie. Nie miałem więc takich rozterek emocjonalnych.

Przygotowania logistyczne i organizacyjne do mundialu zaczął pan dzień po awansie, zgodnie z hasłem: „dziś świętujemy, ale od jutra zaczynamy ciężką pracę”?

Znacznie wcześniej. W momencie awansu byłem już w połowie drogi do celu. Przy czym warto przypomnieć, że dotknął nas mały niefart, bo nie mieliśmy swojej chwili euforii związanej z awansem – wywalczyliśmy go po korzystnym wyniku meczu Holandia – Czechy w innej grupie eliminacyjnej. Natomiast skoro już wcześniej pojawiały się pewne symptomy, że prawdopodobnie uzyskamy kwalifikację na mistrzostwa, to pierwszą roboczą wizytę w Niemczech odbyliśmy jeszcze w trakcie eliminacji. Pojechałem tam z Tomkiem Cieślikiem z firmy Sportfive, która posiadała wtedy prawa marketingowe i telewizyjne do meczów kadry. Każdy ośrodek, który wspólnie wizytowaliśmy, Tomek oceniał też pod kątem wymagań telewizyjnych. Najważniejszą sprawą dla Sportfive była odpowiednia sala konferencyjna, w której codziennie odbywałyby się transmitowane przez różne stacje telewizyjne spotkania kadry z dziennikarzami. Wybierając przyszłą lokalizację dla reprezentacji, przyjęliśmy wtedy jedną podstawową zasadę: ośrodek ma być całkowicie zamknięty, odizolowany od osób trzecich, w tym dziennikarzy. Taka była decyzja naszego związku, dodatkowo wsparta zaleceniami organizatorów mistrzostw, podyktowanych względami bezpieczeństwa. Oznaczało to, że ta sala konferencyjna musiała mieć oddzielne wejście lub znajdować się poza ośrodkiem.

Czyli priorytetem przy wyborze ośrodka treningowego na czas mistrzostw było dopasowanie pod wymogi telewizji?

Absolutnie nie, ale musieliśmy zabrać ze sobą przedstawiciela Sportive, by mógł oceniać ośrodki również pod kątem takich potrzeb. Tomek to specjalista, szybko orientował się, jak dane miejsce można zaaranżować: „Tu postawimy kamery, tu będą grane setki, tu ścianka reklamowa, tędy wejście dziennikarzy, tu staną wozy transmisyjne”. To już był ten okres, gdy sponsorzy mieli swoje szeroko zakrojone wymogi, które obejmowały cały ośrodek: reklamy na płocie, stelaże w holu, bandy na boisku treningowym, podium dla fotografów, żeby podczas treningu przy okazji łapały się też reklamy sponsorów. I o te sprawy telewizyjno-marketingowe dbał Tomek. Natomiast absolutnym priorytetem dla mnie jako kierownika reprezentacji był taki wybór ośrodka, aby odpowiadał on naszym wymaganiom pod względem sportowym, organizacyjnym i logistycznym.

Selekcja była zapewne wieloetapowa?

Przed każdymi mistrzostwami FIFA przygotowuje bogato ilustrowany katalog z wszystkimi ośrodkami treningowymi kraju-gospodarza. Bazę pobytową dla reprezentacji można wybierać tylko spośród nich. Niemcy przygotowali ich 130 i każda federacja dostawała ten spis. Przy każdym z tych 130 ośrodków znajdowało się kilka kluczowych informacji: Hotel – ile pokoi i łóżek; jeden budynek czy dwa; czy z basenem i sauną; Boisko treningowe – w ośrodku czy poza; jaka murawa; ile boisk; czy można ogrodzić boisko i zamknąć trening. Stadion treningowy – jak blisko hotelu, czy da się zasłonić boisko. Lotnisko – w jakiej odległości, ile trwa dojazd. Tu wyjaśnię, że na dzień przed każdym swoim spotkaniem na mistrzostwach drużyna była zobligowana przenieść się do miasta, w którym rozgrywano mecz, więc lotnisko było ważnym elementem logistyki. Hotel – nazwijmy go meczowym – dla każdej drużyny był z góry narzucony przez organizatorów. Czyli jeszcze przed losowaniem grup było wiadomo, że w spotkaniu, dajmy na to, A1 z A3 „drużyna A1” będzie spała w Dortmundzie w tym hotelu, a „drużyna A3” – w sąsiednim. Jednym z kryteriów przy wyborze ośrodka była więc odległość od lotniska i wygoda w połączeniu z hotelem meczowym.

Mając więc już dostęp do tego spisu i po określeniu przez Pawła Janasa priorytetów zrobiliśmy przegląd tego katalogu – każdej informacji o infrastrukturze lub możliwościach transportowych przypisaliśmy wagę i na tej podstawie wystawialiśmy wszystkim ośrodkom punkty. Jako ciekawostkę powiem, że akurat wtedy w PZPN staż odbywał syn Stefana Szczepłka, Janek, który opracował nasze zestawienie i na tej podstawie poczyniliśmy wstępne rezerwacje tych czołowych dla nas ośrodków. I tu dochodzimy do jeszcze jednego kluczowego kryterium – warunków ekonomicznych. Pod tym hasłem nie kryje się jednak koszt noclegu na osobę, tylko koszt przelotów lub dojazdów do miast meczowych. Były bowiem takie lokalizacje, z których prawdopodobnie – mówię „prawdopodobnie”, bo było to jeszcze przed losowaniem grup – musielibyśmy na mecze latać, ale były też i takie, z których moglibyśmy się przemieszczać autokarem. I takim właśnie ośrodkiem było Barsinghausen. Dlaczego ten aspekt ekonomiczny był istotny? Otóż pewne koszty pokrywali organizatorzy, natomiast te dotyczące transportu na terenie Niemiec leżały już w gestii każdej z ekip. FIFA wprawdzie ułatwiała te ruchy, bo z wyprzedzeniem poczyniła wstępne rezerwacje lotów i czarterów na lotniskach, wiedząc, że danego dnia do danego miasta będą dolatywać czartery. Ale ta cześć ekonomii też wpływała na nasz wybór, bo znacząco zmieniała koszty pobytu.

Czyli od początku wybór padł na Barsinghausen?

Prawie. Z listy 130 ośrodków wybraliśmy kilkanaście najlepszych, na kolejnym etapie część z nich jeszcze wykreśliliśmy i w ten sposób powstała finalna lista kilku lokalizacji. I wtedy ponownie pojechałem z kierownictwem PZPN do Niemiec, żeby je wszystkie zwizytować. Zrobiliśmy wstępną rezerwację na Barsinghausen i czekaliśmy na losowanie. W momencie, gdy wyszło, że gramy w Dortmundzie, Hanowerze i Gelsenkirchen – czyli trafił się nam układ idealny pod ten ośrodek – już wiedzieliśmy, że to właśnie będzie nasz ostateczny wybór. Następnego dnia o piątej rano pojechaliśmy z Lipska, gdzie odbyła się ceremonia losowania, do Barsinghausen, żeby dokonać ostatecznej rezerwacji.

Musieliście jechać, nie można było telefonicznie czy mailowo?

Oczywiście, że można było. Ale my chcieliśmy mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, więc jeszcze raz się tam udaliśmy, dokonaliśmy finalnych ustaleń i dopiero wtedy przeprowadziliśmy rezerwację. Podczas tej wizytacji nie było już Janasa czy Listkiewicza, a tylko delegacja, nazwijmy to, techniczna.

Do współpracy z polską misją na mundial zaproszono również Andrzeja Grajewskiego oraz Dariusza Szuberta.

Andrzej Grajewski od lat działał w Dolnosaksońskim Związku Piłki Nożnej i w jego akademii piłkarskiej w Barsinghausen, a że był bardzo aktywny również w polskim środowisku piłkarskim, to znaliśmy się doskonale. W tejże akademii pracował również Dariusz Szubert, z którym byłem na olimpiadzie w Barcelonie. Ponieważ w trakcie wyboru ośrodka bywałem w tej akademii wielokrotnie, to i jemu zaproponowałem, aby był naszym lokalnym opiekunem. W jego gestii nie leżały żadne sprawy wymagające kluczowych decyzji, ale taki człowiek, znający teren jak własną kieszeń i mający za sobą karierę piłkarską na szczeblu reprezentacyjnym, był nam niezbędny. Miał piłkarskie wyczucie, kontakty, znał ludzi na miejscu, więc wszystko mógł załatwić od ręki. A często były to sprawy absolutnie trywialne, typu zepsuty prysznic na boisku treningowym czy brak klucza do magazynku ze sprzętem.

Dlaczego trzeba było aż tylu wizyt?

W tych wyselekcjonowanych ośrodkach bywaliśmy wielokrotnie, bo chcieliśmy mieć dopracowany i uzgodniony każdy detal. Jeszcze przy kolejnej wizycie przed losowaniem pojechaliśmy do Niemiec z całym sztabem technicznym, w tym między innymi z kucharzem Robertem Sową i doktorem Jerzym Grzywoczem. Wizytowaliśmy na przykład hurtownie spożywcze i piekarnie, z których miałaby być dostarczana żywność do naszej restauracji hotelowej. I nie chodziło nam o sprawdzanie warunków sanitarnych czy jakości jedzenia, tylko możliwości logistycznych i uprzedzenie ich o ogromnych jednorazowych zamówieniach, jakich wymagała nasza ekipa. Sprawdzaliśmy więc, czy mogą dostarczyć świeże ryby, mięsa, pieczywo i przetransportować to na miejsce. W międzyczasie zmienił się nam kucharz reprezentacji, bo ostatecznie na mistrzostwach pana Sowy nie było, ale to nie miało znaczenia dla całej misji, bo nie dokonywaliśmy ustaleń pod konkretnego kucharza.

Natomiast doktor Grzywocz musiał być zorientowany, gdzie w razie konieczności będzie mógł się udać z piłkarzem w przypadku złamania nogi, gdzie z uszkodzonym okiem, a gdzie z zatruciem pokarmowym. Wizytowaliśmy tamtejsze kliniki i szpitale, a doktor sprawdzał, jaki sprzęt jest dostępny, a jakiego brakuje. Tu znów się przydał Darek Szubert, bo choć my oczywiście znaliśmy i angielski, i niemiecki, to przy pewnych kwestiach specjalistycznych, dotyczących aparatury lekarskiej, jego pomoc językowa była nieodzowna. Podczas tych wizyt istotne było również to, że nasz doktor nawiązywał kontakty z ordynatorami szpitali i oddziałów, aby w razie potrzeby pomoc była błyskawiczna i profesjonalna.

Rozumiem, że czynnik klimatyczny – który odgrywał istotną rolę w przygotowaniach do dwóch poprzednich mundiali, w Korei i w Meksyku – nie miał znaczenia przy wyborze ośrodka, bo Niemcy mają jednolity klimat. Zgadza się?

Oczywiście, że tak, choć z tym aspektem akurat mieliśmy bardzo niemiłą niespodziankę. Do Barsinghausen pojechaliśmy pod koniec maja, a któregoś pięknego dnia przywitał nas szron! Na zewnątrz dwa, trzy stopnie, szron, nieprzyjemny chłód, a my oczywiście bez kurtek zimowych. Wykonaliśmy szybki telefon do Warszawy z prośbą, aby na lotnisko w Hanowerze pilnie dostarczyć kurtki z magazynu w Warszawie. Zawodnicy przez ten czas troszkę pomarudzili, bo marzli. Następnego dnia kurtki dojechały, rano jeszcze zrobiono z nich użytek, ale potem przyszła już żarówa, po 30 stopni. Czyli, jak pan widzi, z tym klimatem to wcale nie jest taka oczywista sprawa. Można się przygotowywać miesiącami, ale przy tak ogromnej operacji logistycznej zawsze może znaleźć się jakiś aspekt, który zaskoczy.

W 1992 roku pełnił pan rolę kierownika drużyny piłkarskiej na igrzyskach w Barcelonie. 14 lat różnicy to diametralnie inna rzeczywistość i warunki pracy?

Absolutnie nie da się porównać moich obowiązków na obu imprezach. I nie chodzi tu o czas, który minął, ale o zupełnie inny wymiar i charakter mojej pracy. Przed mistrzostwami piłkarskimi miałem ogrom zadań o dużej wadze i odpowiedzialności. Z okazji mistrzostw bywałem w Niemczech wielokrotnie. Natomiast do Barcelony nie musiałem wcześniej jechać ani razu, bo kompletnie nie miałem po co. Po przylocie do Barcelony rozdano nam na lotnisku akredytacje, zawieziono do wioski olimpijskiej i pokazano, w którym budynku i na jakich piętrach są nasze pokoje. Tyle. Jedyne, co musiałem zrobić w kwestii zakwaterowania, to wydać zawodnikom klucze.

Warunki pobytu i funkcjonowania w Barcelonie też były absolutnie nieporównywalne z tym, co się działo w Niemczech. Proszę sobie wyobrazić, że buty piłkarskie trzymałem tam w piekarniku! Bo tylko tam było dość miejsca. Jako kierownictwo drużyny spaliśmy w ośmioosobowym pokoju – każdy miał swoje łóżko, szafkę, stolik i tyle. I o ile rzeczy osobiste jeszcze się mieściły, to przechowanie gdziekolwiek toreb z butami i innym sprzętem sportowym stanowiło kłopot. A były to czasy, gdy piłkarze nie mieli jeszcze swoich prywatnych butów, tylko pobierali je ze związku, więc ja tych par przywiozłem do Barcelony pewnie z setkę – nie dość, że dla każdego po dwie pary, bo jedne lanki, a drugie wkręty, to jeszcze jakąś rezerwę musiałem mieć. Oprócz butów miałem jeszcze stroje meczowe, dresy oraz pozostały sprzęt treningowy. I wszystko to trzymaliśmy w szafkach kuchennych, a buty w piekarniku.

Albo kwestia jedzenia. Hala, w której została wtedy zorganizowana stołówka, miała być po igrzyskach przerobiona na parking podziemny. Hiszpanie w założeniach mieli przeznaczyć później całą wioskę olimpijską na zwykłe osiedle mieszkaniowe i z taką koncepcją od początku ją tworzyli. Stołówka była jedna dla wszystkich sportowców, więc dostawaliśmy przydział obiadowy na przykład na godzinę 14:00. Wybór dań wprawdzie był, bo stały bufety z kuchnią włoską, azjatycką czy amerykańską, ale to nie miało absolutnie porównania z mistrzostwami, gdzie kucharz gotował dla każdego indywidualnie o wskazanej przez nas porze. To samo treningi – w Barcelonie dostawaliśmy przydział na boisko od, dajmy na to, 10:00 do 12:30, i tyle. Nie mieliśmy możliwości sami zamówić sobie nawet autokaru – był wspólny shuttle bus, który woził wszystkich sportowców z wioski do poszczególnych punktów treningowych. Jak ktoś nie wsiadł do autobusu o 9:42 albo nie wysiadł na odpowiednim przystanku, to miał problem. Czyli to nie te 14 lat stanowiło różnicę, tylko charakter imprezy i rola, jaką przy tym odgrywałem. Nieporównywalne sprawy.

W Niemczech autokary zapewniała FIFA, czy każda federacja musiała sama o to zadbać?

FIFA je udostępniła. My musieliśmy tylko wymyślić hasło, którym Niemcy okleją nasz autokar. Dostaliśmy wytyczne, jakie musiał spełniać ten slogan – miało być krótko i bojowo. Zrobiliśmy szybkie spotkanie, padło hasło: „Waleczni i niebezpieczni”, i tak podaliśmy Niemcom. Podobnie było z husarzem na koszulce – FIFA zażyczyła sobie, żeby każda drużyna miała na koszulce swój motyw. Debatowaliśmy w PZPN, co może być takim motywem, który wyróżniałby nas w Europie, byłby częścią naszej polskiej tożsamości i dobrze wyglądałby na koszulce sportowej. Wybrano tego husarza, a ściślej mówiąc – husarskie skrzydła.

FIFA miała zastrzeżenia do tego wzoru, bo początkowo husarz był zbyt wyraźny i dodawał nieprzewidziany wcześniej szary kolor do białego i czerwonego. Zgadza się?

Nie przypominam sobie takich problemów, ale odpowiedź nasuwa mi się jedna – skoro zagraliśmy w tych koszulkach, to znaczy, że FIFA nie miała zastrzeżeń. Natomiast tymi sprawami zajmował się Wiesław Ignasiewicz, nasz kitman, więc być może ten wątek mnie po prostu ominął.

Mieliście wpływ na wybór strojów na każdy mecz?

Zgłosiliśmy trzy zestawy i FIFA na każdy z trzech meczów dobierała sobie stroje nasze, rywali oraz sędziów. Ta procedura nastąpiła już tuż po losowaniu, kilka miesięcy przed meczami. Uprzedzając ciekawość – nasz trzeci zestaw był w kolorze niebieskim, ale w nim na szczęście nie musieliśmy grać.

Powiedział pan, że Barceloną się nie podpierał, bo logistyka igrzysk miała inny charakter. A czy korzystał pan z doświadczeń Tomasza Kotera, który był pańskim odpowiednikiem na mistrzostwach w Korei?

Tak. Z Tomkiem znamy się bardzo dobrze, pracowaliśmy razem w PZPN. Przekazał mi jedną bardzo cenną uwagę z Korei – ich sztab po czasie ocenił bowiem, że podczas swoich mistrzostw zbyt mocno zamknęli się na świat zewnętrzny i to negatywnie odbiło się na drużynie. W Barsinghausen to się powtórzyło, ale ja nie miałem na to wpływu. Mimo moich sugestii, żeby nie iść w tym kierunku, trenerzy zdecydowali, że wolą izolację, pełen spokój i ciszę.

Janas też nie żałował później, że nie otworzył drużyny na świat?

A czy wiadomo, co by było, gdybyśmy wpuścili do ośrodka dziennikarzy i oni by nam chodzili pół nocy po pokojach, szukając kontaktu z zawodnikami? Czy to by pozytywnie wpłynęło na zawodników? Żadne rozwiązanie nie jest idealne. Paweł Janas mimo moich sugestii zdecydował się na izolację i nie było dyskusji. Zresztą z uwagi na bezpieczeństwo podobne wytyczne pojawiały się ze strony Niemców, więc dużego ruchu nie mieliśmy.

Przed mistrzostwami uczestniczyliście jeszcze – między innymi z Janasem i Listkiewiczem – w warsztatach roboczych przygotowanych przez organizatorów mistrzostw. To były wartościowe nauki, czy raczej takie „przyjść, podpisać się”?

Te warsztaty dzieliły się na przeróżne panele – osobno organizowane były szkolenia dla kierowników drużyn, osobno dla trenerów, a osobno dla osób odpowiedzialnych na przykład za dystrybucję biletów. Czy były przydatne? Po tylu latach pracy w PZPN i z takim doświadczeniem na pewno poradziłbym sobie bez nich. Zresztą absolutnie wszystkie informacje, jakich potrzebowali kierownicy drużyn, zostały spisane w takich opasłych księgach, które dostaliśmy na początku warsztatów. Proszę spojrzeć – wszystkie sprawy techniczne, logistyczne, organizacyjne. Począwszy od mapy Niemiec, gdzie jakie miasto leży, przez niezwykle szczegółowe plany każdego stadionu z zaznaczonym miejscem wjazdu autokaru, rozmieszczenia szatni, stref, po których mogą się poruszać piłkarze, przez informacje dotyczące wspomnianych hoteli, narzuconych przez organizatorów, a skończywszy na wzorach formularzy meczowych, które musiałem wypełniać jako kierownik drużyny. Kilkaset stron podzielonych na poszczególne sekcje i tematy, aby każdy kierownik drużyny wiedział absolutnie wszystko o meczach, ośrodkach i organizacji mistrzostw.

W momencie, gdy odebrałem tę książkę, mogłem już na warsztaty nie chodzić, ale oczywiście chodziłem. Te szkolenia były natomiast szczególnie przydatne dla krajów pozaeuropejskich. Każda ekipa przywoziła na mistrzostwa tony bagażu w kontenerach: sprzęt sportowy, zaopatrzenie spożywcze, medyczne, materiały prasowe, upominki i jeszcze różne inne rzeczy. Gdy przylatywała drużyna z Afryki czy Australii, to uczono ją, jak to logistycznie rozegrać: jakie trzeba mieć pozwolenia, dokumenty i wymagania sanitarne, czyli – nieco sobie żartując – jak tacy Australijczycy mają sobie wwieźć do Europy te swoje marynowane kangury w puszce… Podczas warsztatów kierownicy tych ekip mieli dodatkowe pytania, mimo że w księdze zawarto prawie wszystkie szczegółowe informacje.

Właśnie widzę: rozpisany co do minuty plan wydarzeń przedmeczowych. Albo tu – szczegółowo podane odległości między hotelem meczowym a stadionem. Niemiecka precyzja.

To nie jest „niemiecka precyzja”, tylko „fifowska precyzja”. Zakładam, że ta księga była równie perfekcyjnie przygotowana na mistrzostwa w RPA, Brazylii czy Rosji. W kwestii tych hoteli: ponieważ Barsinghausen leży 25 kilometrów od stadionu w Hanowerze, złożyliśmy w FIFA wniosek z prośbą o pozwolenie, abyśmy na ten mecz przyjechali bezpośrednio z naszego ośrodka. FIFA ten wniosek zaakceptowała, natomiast zobowiązała nas do uzyskania zapewnienia od lokalnych władz, że na ten mecz nasz autokar otrzyma policyjną eskortę, aby nie doszło do jakiegokolwiek spóźnienia, na przykład wskutek wypadku na autostradzie. Takie zezwolenie w naszym imieniu uzyskał właśnie Andrzej Grajewski.

Zanim dotkniemy tematu samych mistrzostw, wróćmy jeszcze do okresu przygotowawczego. Czy był pan też odpowiedzialny za organizację meczów towarzyskich przed mistrzostwami?

Oczywiście. To było jedno z moich głównych zadań w związku. Do PZPN przyszedłem w 1979 roku i objąłem funkcję „specjalisty do spraw organizacji imprez”. Tak to się wtedy nazywało. Później byłem kierownikiem tego działu, następnie odszedłem do Fundacji Piłkarska Reprezentacja Olimpijska, w wyniku czego w Barcelonie byłem dyrektorem drużyny olimpijskiej. Po igrzyskach wróciłem na funkcję kierownika działu organizacji imprez w PZPN, a następnie z PZPN zostałem oddelegowany do JAG Marketing, gdzie byłem odpowiedzialny za reklamy dla PZPN. Później ponownie zostałem dyrektorem reprezentacji, stąd moja obecność na mistrzostwach w Niemczech, na koniec zaś mianowano mnie zastępcą sekretarza generalnego. Czyli pracowałem w PZPN od roku 1979 do wczoraj. Tak mogę powiedzieć, bo 2017 był moim ostatnim rokiem w związku. Wracając do pytania – przez wiele lat jednym z moich głównych obowiązków było właśnie kontraktowanie i organizacja meczów towarzyskich reprezentacji.

Odnoszę wrażenie, że zestaw przeciwników przed niemieckim mundialem mógłby być nieco mocniejszy.

Trzeba wiedzieć, że kontraktowanie danych przeciwników to zawsze gra kompromisu. Istnieje wiele czynników, które decydują o tym, z kim gramy, gdzie gramy i kiedy gramy.

Z USA zagraliśmy w Kaiserslautern.

Nie chcieliśmy grać tego spotkania w Polsce, bo rok wcześniej zagraliśmy zimą mecz z Białorusią w Grodzisku Wielkopolskim na zmrożonym boisku. Woleliśmy nie powtarzać tego błędu, więc szukaliśmy gdzieś indziej, aby mieć odpowiednią murawę, w miarę mocnego rywala oraz – co w tamtym momencie było istotne – żeby ze względów marketingowych mecz odbywał się na neutralnym terenie. Jeśli bowiem postanowilibyśmy zagrać z kimś, kto występowałby w roli gospodarza, to on przejąłby prawa do reklam i transmisji. Padło więc na Niemcy, bo po pierwsze graliśmy pierwszego marca, a nie był to termin fifowski – czyli musieliśmy mieć pod ręką cały zespół, żeby wszyscy szybko dolecieli albo wręcz dojechali samochodami. Niemcy były pod tym względem idealne. Druga sprawa – w Europie, a szczególnie w Bundeslidze grała wtedy znakomita większość zawodników amerykańskich, a i termin im pasował. I trzecia rzecz – byliśmy zobligowani wobec sponsorów, aby jeden z dni przedmeczowych poświęcony został sprawom reklamowym, czyli sesjom filmowym i fotograficznym, a Niemcy oferowały do tego znakomite warunki. Czyli można powiedzieć, że mecz z USA akurat w Kaiserslautern był podyktowany względami sportowo-marketingowymi.

W Niemczech zagraliśmy też z Chorwacją, tuż przed startem mistrzostw.

Chcieliśmy mocnego rywala, więc raczej musieliśmy wybierać z tych grających na mistrzostwach. Jednocześnie musiał to być zespół, który zaczyna turniej równie wcześnie jak my, bo dla tych startujących o kilka dni później tak wczesny sparing nie pasowałby do planów przygotowań. Ponieważ i my, i Chorwaci byliśmy już w Niemczech, na lokalizację meczu wybraliśmy Wolfsburg.

Wcześniej jeszcze była Arabia w Rijadzie. Miało to sens?

Z perspektywy czasu – niekoniecznie. Natomiast przyjmując optykę tamtego czasu – tak. Obecnie bardzo ściśle przestrzega się terminów FIFA, a jeśli dobrze sobie przypominam, Arabia nie była w terminie FIFA, ale udało nam się dogadać z klubami i do Arabii pojechaliśmy pierwszym składem. To chyba główna wartość tego sparingu, że udało się zebrać tę całą grupę. Druga sprawa to Kuba Błaszczykowski i Łukasz Sosin, którzy tym meczem debiutowali w kadrze. Jeśli mam być zupełnie szczery, to trzeba przyznać, że zdecydowaliśmy się na ten mecz również ze względów ekonomicznych – rywal był gotowy opłacić nam przylot i pobyt. Jednocześnie dla trenera Janasa był to wartościowy przegląd formy kadrowiczów, łącznie, a może przede wszystkim, z dwoma wyżej wymienionymi.

Potem równie słaba Litwa.

Ta Litwa często pojawia się u nas jako sparingpartner. Nasi trenerzy chcą chyba mieć łatwego rywala, żeby dzięki takiemu meczowi drużyna poczuła się komfortowo. To był rywal na życzenie naszego sztabu.

Dlaczego w Bełchatowie?

Wtedy nie mieliśmy w Polsce stadionów. Tak trzeba uczciwie powiedzieć: w 2006 roku nie mieliśmy w Polsce porządnych stadionów.

A Śląski?

Śląski… Był pan na nim w tamtym czasie? Wie pan, jak on wyglądał od środka? To był kiepski stadion. Nie wiem, dlaczego przez lata szła fama, że to wspaniały obiekt i reprezentacja dobrze się tam czuje. Nie wiem, jak czuły się tam inne nasze reprezentacje, ale naszej drużyny nie łączą z tym obiektem miłe wspomnienia. Jako organizator też miałem tam ogromne problemy. Niecka stadionu jest tak zabudowana, że nie ma tam łączności. Gdy policja zajmowała swoje kanały i częstotliwości, to my, organizatorzy, nie mieliśmy jak się porozumiewać, bo walkie-talkie nie działało. Musieliśmy więc biegać między płytą boiska, korytarzami, parkingami czy samym szczytem stadionu, gdzie ulokowane było stanowiska dowodzenia policji. Po trzech takich przebieżkach – w górę, potem na dół – już nie wiedziałem, jak się nazywam…

Ale okej, możemy przyjąć, że mieliśmy wtedy w Polsce dwa stadiony – Śląski i Legię – gdzie kadra grała najważniejsze mecze. Natomiast filozofia związku zakładała wtedy, żeby pokazywać reprezentację w jak największej liczbie miast w Polsce. I ten Bełchatów był uzasadniony. Wiadomo było, że na takiego przeciwnika jak Litwa większe stadiony – Poznań, Szczecin, Warszawa – nie zapełnią się. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to kuriozalnie, że graliśmy na kilkutysięcznym stadionie w obawie o frekwencję, ale tak wtedy wyglądała rzeczywistość wokół polskiej piłki.

Ostatni ze sparingpartnerów to Kolumbia. Wybór dokonany pod Ekwador, tak?

Tak, pod Ekwador i Kostarykę, bo wydawało się, że to podobny, latynoski futbol.

A był w planach jakiś mecz, który nie doszedł do skutku?

Nie było takiego przypadku. Trener Janas widocznie nie szukał bardzo mocnych rywali, albo od razu było wiadomo, że zakontraktowanie danego przeciwnika jest niemożliwe.

Podkreślał pan perfekcyjne przygotowania od strony organizacyjnej. Czy już podczas mistrzostw zdarzyły się historie nieprzewidziane?

Dbaliśmy o to, aby wszystkie kwestie mieć pod pełną kontrolą i zapięte na ostatni guzik. Już na dwa dni przed meczem część naszej ekipy wyjeżdżała z ośrodka do hotelu meczowego. Daniel Matusiak, Wiesław Ignasiewicz, kucharz Tomasz Leśniak oraz zastępczyni sekretarza generalnego Mirosława Kulesza – a czasami nawet sam sekretarz Zdzisław Kręcina – jechali wcześniej, by przygotować hotel na przyjazd ekipy. I zawsze wszystko szło zgodnie z wytyczonym scenariuszem: jedzenie gotowe, pokoje przydzielone, klucze odebrane, listy zawodników przekazane. Zawodnicy mogli więc od razu po przyjeździe udać się do pokojów, a po chwili zejść na posiłek. Tak samo z przygotowaniem szatni na stadionie przed ostatnim treningiem czy bezpośrednio przed meczem, a także organizacja konferencji prasowych. Wszystko mieliśmy perfekcyjnie rozplanowane, nasz team był zgrany, każdy wiedział, kiedy i za co odpowiada. Wydawało się, że nie ma absolutnie niczego, co mogłoby mnie zaskoczyć. Oprócz tej pogody, ale to bardziej w formie psikusa, a nie poważnego zagrożenia.

„Wydawało się”?

Proszę spojrzeć na to zdjęcie reprezentacji, wykonane na zgrupowaniu kadry. To oficjalne zdjęcie naszej drużyny, powielone w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, które trafiło do wszystkich oficjalnych materiałów związanych z mistrzostwami i naszą reprezentacją. Proszę spojrzeć na Szymkowiaka…

No widzę. Kolorowe sznurowadła, tak?

A gdzie tam! Buty Adidasa. Wszyscy stoją w pumach, bo to był nasz sponsor techniczny, a on jeden w adidasach… Czyli wykonaliśmy te zdjęcia, materiał poszedł do druku, odebrałem pudła z tymi zdjęciami, zajrzałem do jednego… i zamarłem. Powiem panu, że uderzenie adrenaliny w tamtej sekundzie było ogromne! Gdybym dostrzegł to wcześniej, to albo delikwenta wyrzuciłbym z sesji, albo w najlepszym razie przesunął do ostatniego rzędu. A tu pan widzi: usiadł centralnie w pierwszym rzędzie, na środku…

Pechowy zbieg okoliczności, że akurat…

Pan uważa, że to zbieg okoliczności? Bądźmy poważni. Podejrzewam, że kierowały nim inne motywacje, nie wykluczam, że związane z indywidualnie podpisanym intratnym kontraktem reklamowym. Doświadczony reprezentant i to ma być przypadek, że usiadł w pierwszym rzędzie? W samym środku? Że założył pomarańczowe sznurówki i czerwone buty, a jeszcze szeroko rozstawił stopy, żeby logo było lepiej widoczne? Proszę pana…

Czyli mieliśmy tam taki numerek kolegi Szymkowiaka. Fakt zaistniał, zdjęć nie dało się już wycofać, wszystko poszło w świat. No i oczywiście wybuchła ogromna afera – przedstawiciel Pumy rzucił się na nas z krzykiem, groził bajońską karą… Prezes PZPN krzyczał wtedy na mnie: „Wawrzecki! Ja ci zaufałem, a ty mi taki numer…!”. Jesteśmy z Listkiewiczem przyjaciółmi, ale wtedy narobił rabanu, choć oczywiście słusznie, bo we wstydliwy sposób złamaliśmy umowę ze sponsorem. Puma nałożyła na nas karę, a my na Szymkowiaka, choć oczywiście my zapłaciliśmy więcej niż sam Szymkowiak. Natomiast nieco wybronił nas z tych problemów fakt, że na miejscu przebywał akredytowany przedstawiciel Pumy, który mieszkał z nami w hotelu, jadał z nami posiłki i generalnie był wszędzie tam gdzie my. Jego jedynym zadaniem było dbanie o to, abyśmy w stu procentach realizowali kontrakt z Pumą, czyli wszędzie poruszali się w sprzęcie tego producenta. I on te swoje zadania wykonywał z ogromną gorliwością. Ganiał na przykład naszych chłopaków, gdy jeden czy drugi szli na basen w prywatnych klapkach, dajmy na to, w naszych swojskich kubotach. I po wybuchu afery z Szymkowiakiem powiedziałem mu: „Słuchaj. Tak, ja zawaliłem sprawę. Ale powiedz mi, gdzie ty wtedy byłeś? Przez całe dnie ganiałeś nas za złe klapki na basenie o 22:00 a w momencie robienia oficjalnego zdjęcia nie interweniowałeś”. Z siebie winy nie zdejmowałem, ale wyszło na to, że nie tylko ja zawaliłem. I tę sprawę z Pumą długo wałkowano, wiadomo było, że jakaś kara musi być, ale na szczęście stanowisko Pumy z czasem złagodniało.

A możemy operować na konkretnych wartościach? Jaką karę dostał PZPN, a jaką Szymkowiak?

Po tylu latach mógłbym niechcący przekręcić te kwoty, ale przede wszystkim nie zostałem upoważniony do ich publikowania.

Czy to była jedyna sytuacja, gdy skoczyła panu adrenalina?

Wielkim szokiem był dla mnie przebieg i wynik meczu z Ekwadorem, choć wtedy adrenalina nie skoczyła ani trochę, bo po meczu panowało absolutne przygnębienie. Przyznam się teraz, że w tamtym momencie już nie miałem nadziei na awans z grupy. Już nie wierzyłem, po prostu nie wierzyłem… Czy inni członkowie ekipy wierzyli? Czy piłkarze wierzyli? Nie wiem. Ja nie. I z tego, co zaobserwowałem, to Paweł Janas też już nie. On już wiedział, że nawet remis z Niemcami w drugim meczu nic nam nie daje. Przecież wiadomo było, że Niemcy w ostatniej kolejce wysoko pokonają Ekwador, a Ekwador to samo zrobi wcześniej z Kostaryką. Nawet wygrana z Niemcami niewiele by dała, bo mielibyśmy wtedy trzy zespoły po sześć punktów, ale realnie patrząc, to my mielibyśmy najgorszy stosunek bramek. Czyli mecz z Ekwadorem zakończył nam turniej. I to oczywiście implikowało kolejne zachowania na tych mistrzostwach…

…czyli konferencję po tym meczu z Ekwadorem.

Do tego chciałem przejść. Zacznijmy od tego, że z Pawłem Janasem przyjaźnię się od wczesnych lat osiemdziesiątych, a z innymi członkami sztabu znamy się od wielu, wielu lat. Po 2006 roku rozmawialiśmy o tej konferencji wielokrotnie i moja ocena sytuacji nawet po latach nie uległa zmianie. Punktem zapalnym było wysłanie na konferencję po przegranym meczu z Ekwadorem kucharza.

I tu znów muszę lekko zachwiać chronologią; otóż sprawy żywienia kadry były wtedy dla polskich mediów sprawą absolutnie priorytetową, a jedną z głównych postaci występujących w telewizji był pan Sowa, wtedy już były kucharz naszej reprezentacji.

Czyli jesteśmy po spotkaniu z Ekwadorem. Po każdym meczu odbywa się konferencja prasowa i jest mix zona. Trener Janas po meczu z Ekwadorem był na konferencji prasowej, gdzie odpowiadał na każde pytanie. Może i jest mało medialny, może i ma trudny charakter, nie będę mówił, że nie, ale na konferencji odpowiadał na wszystkie pytania dziennikarzy. Więcej – oprócz konferencji był też w mix zonie. Nie musiał tam stanąć, ale był i odpowiadał. Natomiast dzień po meczu trener Janas wyraził już niechęć do uczestnictwa w kolejnym spotkaniu z mediami: „Co mam im nowego powiedzieć? Wczoraj powiedziałem wszystko. Przegraliśmy mecz, pewnie odpadliśmy z turnieju. Co mam im więcej powiedzieć niż to co wczoraj?”. Druga sprawa: już na pierwszej konferencji po meczu uwaga dziennikarzy skupiona była na słowie „dymisja”. Następnego dnia to samo – dzwonili do nas i do naszych rzeczników dziennikarze z pytaniem: „Czy poda się do dymisji?”. Liczyli, że już następnego dnia Janas to powie i będzie sensacja, gorący temat. Jechali z Janasem równo. Mieliśmy doniesienia, że dziennikarze będą chcieli na nim wymóc tę dymisję. Bo fachowo o meczu już wszystko zostało powiedziane, a o planach nikt nie chciał słuchać, bo nam się praktycznie turniej skończył. Liczyło się jedno – dymisja Janasa. „Czy teraz, czy po meczu z Niemcami, czy dopiero po mistrzostwach?”. I w dniu konferencji, jak w każdym poprzednim, mieliśmy po śniadaniu miniodprawę w zamkniętym gronie, na której omawialiśmy dzień bieżący, w tym oczywiście temat konferencji. I ktoś rzucił, że skoro media tak się tym jedzeniem interesują, tak dopytują o Sowę i upodobania żywieniowe piłkarzy, to wyjdźmy naprzeciw oczekiwaniom i udzielmy im odpowiedzi na wszystkie pytania.

Kończąc temat odwołania Pawła Janasa, mogę poinformować, że Paweł Janas po meczu z Niemcami złożył dymisję, ale uczynił to na ręce prezesa Listkiewicza, a nie w mediach. Nie została przyjęta, a Michał wręcz prosił, aby nie upubliczniać tego faktu do czasu, kiedy znajdzie następcę. W tym momencie chciałbym przypomnieć również o formie przekazania reprezentacji kolejnemu selekcjonerowi. Chyba po raz jedyny w historii odbyło się to publicznie w świetle kamer, w obecności dużego grona dziennikarzy, środowiska piłkarskiego i sponsorów.

Skąd takie zainteresowanie mediów pokazaniem kadry dosłownie od kuchni? I taka popularność kucharza?

Proszę mi wierzyć, że wtedy – co było dla nas zdumiewające – media bardziej interesowało zrobienie zdjęć i materiałów ze stołówki czy restauracji niż z treningu. I to też miało wpływ, że wysłaliśmy tego kucharza na konferencję. „Niech pójdzie Tomek i opowie, co jedzą zawodnicy, i niech pokaże, że jest tak samo elokwentny jak Sowa”. Przypomnę, że naszym kucharzem przez wiele lat był Robert Sowa. To z nim jeszcze jeździłem po hurtowniach i piekarniach na kilka miesięcy przed turniejem. Natomiast na wiosnę nastąpiła zmiana i pan Sowa przestał być naszym kucharzem tuż przed mundialem. Dlaczego tak dużo o tym mówię? Nie wiem, czy oglądał pan wtedy programy Polsatu, gdzie na okrągło były pokazywane relacje z Barsinghausen. Było tam studio, w którym dawano dużo materiałów filmowych, mniej lub bardziej ciekawych. I tam, wśród gości, był też kolega Sowa. Serwował posiłki, gotował, brylował, opowiadał… Jaki to miało związek z reprezentacją? Nie wiem, nie wnikam. W każdym razie, oglądając te relacje w naszym ośrodku w Barsinghausen, czuliśmy niesmak. Ekspertami w Polsacie byli bowiem Dudek, Kłos, Hajto i właśnie Sowa. To powodowało niesmaczną atmosferę w naszym sztabie i zdecydowaliśmy, że skoro jest takie zainteresowanie byłym kucharzem reprezentacji, to my pokażemy, że mamy nie gorszego, który też potrafi usmażyć jajecznicę, a ponadto może mówić o bieżących trendach kulinarnych w reprezentacji, a nie o tym, co się działo w niej pół roku wcześniej. Chcieliśmy zaspokoić ciekawość mediów, które przyjeżdżając do hoteli, w których spała kadra, od razu chciały, żeby ich wpuścić do kuchni i do stołówki. Chcę też nadmienić, że – podobnie jak Fabiański – Tomek pozostał z reprezentacją na długie lata.

Czyli przy decyzji o wysłaniu na konferencję kucharza znów zabrakło hamulca bezpieczeństwa?

Zabrakło doświadczenia. Tu znów wrócę do tematu naszych rzeczników. Był kolega Olszański i kolega Oleszek. Nie było od nich żadnego odporu, zdecydowanego powiedzenia: „Nie, nie róbmy tak”. Wrzucę też może kamyczek do ogródka Michała Listkiewicza – to człowiek, który trochę wielkiego świata widział, był dziennikarzem, ma świetne obycie, a żadnej negatywnej oceny dla tego pomysłu od niego nie było. Jeśli któryś z tych panów powiedziałby stanowcze „nie”, to prawdopodobnie nie doszłoby do takiej sytuacji. Natomiast ani ja, ani Paweł Janas, ani jeszcze kilka osób z najbliższego otoczenia nie wyczuliśmy sytuacji i nie mieliśmy pojęcia, że może to błędny ruch, takie wielkie faux pas. Sytuacja podobna jak w wypadku ogłaszania składu.

Z tych trzech faux pas największym była chyba jednak sportowa postawa reprezentacji?

Te wszystkie aspekty, o których opowiadam, w niczym nie usprawiedliwiają faktu, że przegraliśmy mistrzostwa. Nie ma tu żadnych wątpliwości. Atmosfera w naszych szeregach przed mistrzostwami była taka – i nie jest to tylko moja obserwacja, jak rozmawialiśmy później w naszym gronie, to każdy podzielał tę opinię – że w przekonaniu nas wszystkich my z tej grupy wyjdziemy. I do dziś, po latach, gdy poruszamy temat mistrzostw, każdy z nas mówi to samo: „Byłem przekonany, że my wyjdziemy z tej grupy. Patrzyłem w rozpiskę, z kim będziemy dalej grać”. A z najbardziej prawdopodobnego scenariusza wynikało, że dalej miała być Anglia. I ten szczyt formy sportowej Janas przygotowywał właśnie na Anglię. Miała przyjść trochę później niż na Ekwador, ale jakoś, widzi pan, nie zdążyliśmy jej pokazać…

„Walentynka od selekcjonera”, czyli w jakich okolicznościach dowiedział się pan, że jedzie na mistrzostwa?

Można powiedzieć, że wraz z awansem drużyny na mistrzostwa było dla mnie jasne, że i ja tam pojadę. Nie zaliczyłem żadnej większej wpadki, wręcz przeciwnie – raczej doceniano moje zaangażowanie i pracę, bo ja do tych Niemiec systematycznie jeździłem, aby sprawdzać najdrobniejsze szczegóły. Wydaje mi się, że organizacyjnie piłkarze nie mogli się do niczego przyczepić. Jedyny ewentualny minus to ta izolacja w ośrodku, ale jak wspomniałem, takie było – mimo że proponowałem inaczej – założenie sztabu i nie miałem wpływu na ten wybór. Natomiast sam ośrodek i warunki mieliśmy znakomite: sauna, basen, boiska, żywienie – wszystko na najwyższym poziomie. Ja tam centymetrem łóżka mierzyłem, żeby mieć pewność, że mają ponad dwa metry. Powiem tak: gdybym nie dostał nominacji na te mistrzostwa, byłbym bardziej rozczarowany niż Tomek Frankowski.

„Na własne oczy”, czyli jaka była największa różnica między wyobrażeniami a tym, czego doświadczył pan na mistrzostwach w rzeczywistości?

Liczba kibiców z Polski. Ponieważ pośrednio miałem wgląd w sytuację z dystrybucją biletów – nie uczestniczyłem w tym procesie bezpośrednio, ale przecież byłem w samym PZPN – to wiedziałem, że naszych kibiców będzie więcej, niż faktycznie dostaliśmy biletów z urzędowego rozdzielnika. Dostałem informację, że część swojej puli oddał nam Ekwador, potem oddała też Kostaryka, a dodatkowo zakładałem, że ze dwa, trzy tysiące zostanie dokupionych przez Internet czy na rynku wtórnym. I te przypuszczenia składały mi się na takie kalkulacje: 10 tysięcy naszych biletów, pięć od Ekwadoru, pięć od Kostaryki i te wspomniane dwa, trzy. Razem dałoby to około 23 tysięcy kibiców. Jak wszedłem na płytę stadionu w Gelsenkirchen i zobaczyłem morze biało-czerwonych flag, szalików, czapek, koszulek, to było to dla mnie absolutnie ogromnym zaskoczeniem. Gdy ryknęli: „Gramy u siebie!”, to po plecach przeszedł mi jeden wielki dreszcz. To był tym bardziej niezwykły widok, że dotąd nigdy, nawet w meczach u siebie, nie mieliśmy takiej sytuacji, żeby na tak nowoczesnym stadionie siedziało kilkadziesiąt tysięcy polskich kibiców, którzy tworzyliby taki biało-czerwony ocean. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie, zdecydowanie największe. Szczególnie pierwsze kilkanaście sekund, gdy wyszliśmy z autokaru pod stadionem, przeszliśmy tunelem i wyszliśmy na płytę. Niesamowite i szokujące.

„Ten moment”, czyli jaka chwila z mistrzostw najmocniej zapadła panu w pamięć?

Dwa momenty, o których już mówiłem – bramka na 0:2 z Ekwadorem oraz buty Szymkowiaka. Oba negatywne, co trochę oddaje wspomnienia, z którymi wracaliśmy z Niemiec. Ta druga bramka w pierwszym meczu była ogromnym rozczarowaniem, ciosem, gwoździem do trumny. Widziałem to z pozycji ławki, czułem reakcję znajdującego się obok Pawła Janasa, reszty sztabu i piłkarzy. Bardzo bolesny moment. Przeżywanie meczów z takiej perspektywy w ogóle jest niezwykłe. Jako kierownikowi przysługiwało mi oczywiście prawo znalezienia się na ławce, bo moim podstawowym zadaniem podczas meczów było procedowanie zmian. Innym z obowiązków było pilnowanie porządku i regulaminu w strefie rezerwy i zmian, więc czasami musiałem walczyć z Pawłem Janasem, żeby nie palił papierosów przy ławce, bo za to przewinienie kara spadała na mnie. W ogóle we wszystkich takich wypadkach, kontrowersyjnych czy naruszających regulamin, organizator meczu lub sędzia zwracał się właśnie do mnie. A to rezerwowy siedział bez plastronu, czym mylił sędziego, a to trzeba było zadbać, aby tylko jedna osoba przebywała w prostokącie przed ławką. Moja koncentracja była zatem podzielona między wydarzenia na boisku a własne obowiązki przy ławce. Nierzadko też Paweł Janas wstawał z ławki, stawał w prostokącie tuż przede mną i wtedy już zupełnie nie miałem pojęcia, co się dzieje na boisku. A przecież nie powiem mu: „Paweł, siadaj, no, bo mi zasłaniasz”.

Kierownik drużyny też może dostać czerwoną kartkę?

Oczywiście. Ale nigdy mi się to nie zdarzyło i nawet nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek kierownik drużyny został wyproszony z ławki przez sędziego. Jego rolą jest właśnie uspokajać emocje i nie dopuścić do ukarania czerwoną kartką trenera czy piłkarzy rezerwowych. Byłoby kuriozalne, gdyby sam miał ją dostać.

A gdyby do tego doszło, to kto w trakcie meczu przejąłby pańską rolę?

Prawdopodobnie byłby to asystent głównego trenera, czyli w naszym przypadku Maciek Skorża. Natomiast przyznam się, że nie mieliśmy takiego wariantu przećwiczonego. Ha, czyli jednak było coś, co nie było zapięte na ostatni guzik!

„Zamknięta szuflada”, czyli jakie zdarzenie z czasu mistrzostw pozostawało dotąd nieznane?

Poruszyłem już w naszej rozmowie wątek pana kucharza Roberta Sowy. Myślę, że przyszedł czas na odsłonięcie kulis zakończenia naszej współpracy. Otóż na tę decyzję nałożyły się dwa czynniki. Po pierwsze jako PZPN zawarliśmy wtedy umowę z Sheratonem i bazą dla reprezentacji stał się tenże hotel. Podpisaliśmy wtedy absolutnie znakomitą umowę sponsorską na bazę hotelową, najlepszą, jaką pamiętam. Po latach mogę już zdradzić, że cenę noclegu wynegocjowaliśmy na poziomie 20 euro za osobę, zaś wyżywienie na poziomie „wkład do garnka powiększony o sto procent”. Dla uzmysłowienia, jak dobra to była umowa, podam, że koszt herbaty wynosił nas około dwóch złotych, a na przykład schabowego – dziesięć złotych. Podkreślam, że mówimy o luksusowym hotelu w centrum Warszawy. Sowa był wtedy kucharzem z hotelu Sobieski, więc w Sheratonie był, powiedzmy, co najwyżej tolerowany. Wiadomo, że patrzono na niego przez pryzmat konkurencji: „Przychodzi z innej restauracji, w kuchni nam się rządzi… Co, nie potrafimy schabowego sami usmażyć?”. I to był pierwszy asumpt do zastanowienia się, czy nie należy podjąć jakichś zmian, aby na trzy miesiące przed mistrzostwami świata wykrystalizować już ostateczną ekipę, która pojedzie do Niemiec. Druga rzecz – w 2006 było czymś niezwykłym i nienaturalnym, aby celebrytą był kucharz. Dziś już co drugi program w telewizji puszcza ludzi, którzy zajmują się gotowaniem, natomiast wtedy było to dla nas zadziwiające, że za największą gwiazdę reprezentacji Polski podaje się jej kucharz, i nie do zaakceptowania, że gra na swoje nazwisko. Pan Sowa był ponadto bardzo blisko zaprzyjaźniony choćby z Dudkiem, Hajtą, Kłosem, Rząsą czy innymi kadrowiczami z poprzednich ekip – które korzystały z Sobieskiego od lat – więc miał pełen obraz tego, co działo się w reprezentacji. Na tym tle dochodziło do mniejszych czy większych incydentów, łącznie z tym, że pan Sowa – mówiąc brzydko – sprzedawał to, co się działo w kadrze. Taką sytuację kierownictwo PZPN chciało przeciąć już wcześniej, a ten konflikt na linii Sheraton–Sowa – który był nierozwiązywalny – pomógł nam podjąć ostateczną decyzję, żeby dokonać zmiany na stanowisku kucharza kadry.

„Transfer z maszyny czasu”, czyli jakiego dowolnego piłkarza reprezentacji Polski najchętniej dokooptowałby pan do waszego zespołu? 

Nie będę tu sztucznie wymyślał – Roberta Lewandowskiego. Lubański, Lato, Boniek to wielcy piłkarze, moi koledzy, ale jednak stawiam ich półeczkę niżej niż Lewandowskiego. Spójrzmy szerzej na drużynę Górskiego. Lato, Deyna, Szarmach, Lubański, Kasperczak, Gorgoń, Żmuda, Ćmikiewicz i inni – to byli wielcy piłkarze, którzy wspólnie, jako kolektyw, doprowadzili reprezentację Polski do wielkich sukcesów. Natomiast – tu powiem może i śmiałą teorię – jeśli z obecnej reprezentacji wyjmiemy Lewandowskiego, to pozostanie nam drużyna bardzo przeciętna. Doceniam Krychowiaka, Glika czy Błaszczykowskiego, ale to nie są piłkarze, którzy tak pociągnęliby zespół, jak ci z lat siedemdziesiątych. Kto więc robi różnicę? Lewandowski. Spójrzmy też na płaszczyznę klubową; uważam, że dziś Lewandowski znaczy więcej w rozgrywkach klubowych niż Boniek w latach osiemdziesiątych. Robert tyle razy został królem strzelców Bundesligi i tyle sezonów gra na najwyższym poziomie w Niemczech, że to jednak dla mnie większe osiągnięcie niż to, co ugrał Boniek w Juventusie czy tym bardziej w Romie.

„Kiedyś to były czasy…”, czyli czego obecny kierownik kadry może zazdrościć pana pracy na mundialu?

Wydaje mi się, że Rosjanie dołożyli starań, aby z zewnątrz wszystko wyglądało na przygotowane perfekcyjnie. Mógłbym natomiast wskazać na różnice mentalne i organizacyjne między Niemcami a Rosją. Wiadomo, że w kwestiach przygotowawczych czy porządkowych łatwiej coś ustalić z Niemcami niż z Rosjanami, więc kierownik musi być bardzo czujny i cierpliwy. Z drugiej strony takie turnieje w dużej mierze są zarządzane i organizowane przez FIFA, czyli środowisko międzynarodowe. Przy naszych mistrzostwach Europy w 2012 pracowało 300 osób, wielu różnej narodowości, a na przykład w Niemczech woził mnie japoński wolontariusz, niezwiązany wcześniej z tym krajem. W Rosji organizatorem też jest FIFA, więc rosyjska mentalność i organizacja niekoniecznie oznacza duże utrudnienia.

 „Dziś to są czasy…”, czyli czego to pan zazdrości obecnemu kierownikowi reprezentacji Polski?

Stadionów, na jakich pracuje Tomasz Iwan przy okazji meczów reprezentacji. To absolutnie inna rzeczywistość; charakter pracy przy organizacji meczów jest dziś w zasadzie zupełnie inną funkcją niż kiedyś. Te stadiony to nie tylko infrastruktura, którą widzi przeciętny kibic – boisko, szatnia i trybuny. To też ochrona, zaplecze techniczne, służby porządkowe, parkingi, karetki, pomieszczenia dla mediów… Powiem więcej – to nie tylko kwestia infrastruktury, ale i ludzi pracujących na obiektach. Kiedyś kilkunastotysięczne imprezy na stadionach odbywały się raz w roku, gdy przyjeżdżała reprezentacja. Ludzi pracujących na takich arenach trzeba było wszystkiego uczyć, pokazywać, poprawiać, zmieniać. Dziś meczów, koncertów, pokazów, targów jest tak dużo, że każdy pracownik stadionu już wie, co i jak trzeba przygotować.

Ostatnie słowo należy do pana.

Mam świadomość, że w ocenie niektórych działań naszego sztabu podczas mundialu w Niemczech nie jestem obiektywny. Nie mogę być, skoro w ten projekt tak mocno się zaangażowałem. Obiektywnie to mogę opowiedzieć o grze reprezentacji Anglii… Chociaż nie, też nie mogę, bo ich lubię, wiec również mógłbym nie być obiektywny… Muszę też uświadomić, że siłą rzeczy nie byłem przy wszystkich rozmowach czy zdarzeniach i być może, mając pełniejszą wiedzę, niektóre fakty interpretowałbym inaczej. Natomiast zapewniam, że uczyniłem wszystko, co tylko mogłem, żeby reprezentacja Polski kierowana przez Pawła Janasa miała w Niemczech absolutnie najlepsze warunki do gry w piłkę. I tylko szkoda, że nie poszedł za tym wynik sportowy…

ROZMAWIAŁ NIKODEM CHINOWSKI

Ten wywiad pojawił się także w książce „Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści, którą możecie kupić tutaj. 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl