Wywiad: Mariusz Gudebski

Mariusz Gudebski Zdjęcie główne: zbiory prywatne

Dziś przedstawiamy Wam wywiad z autorem pozycji „Z orłem na piersi – 90 lat biało-czerwonych” i współautorem „Encyklopedii ekstraklasy – bilans 80. sezonów”. Młody, ambitny dziennikarz sportowy opowiada o początkach związanych z futbolem, pracy jako rzecznik prasowy Ruchu Chorzów, przygodzie z telewizją polską jak również o ambitnych planach dziennikarskich na najbliższą przyszłość. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Mariuszem Gudebskim.

W dobrych nastrojach zaczynamy rozmowę, Polacy zdominowali Turniej Czterech Skoczni!

Duma mnie rozpiera zresztą jak każdego Polaka. Teraz już wiem, co czuli nasi zwycięzcy rodacy, którzy podczas Powstania Styczniowego chwycili za kosy i pognali Rosjan z naszych okupowanych ziem. Jaka duma musiała ich rozpierać. Raduję się, iż doczekałem czasów, gdy polscy sportowcy nie są już pionkami w partii szachów, tylko rządzą niczym król i królowa. Mieliśmy „Małyszomanię” teraz będzie „Stochomania”. Ten Horngacher to równy gość, chętnie wypiłbym z nim flaszkę. Odmienił mentalność naszych zawodników, którzy na nowo narodzili się niczym feniks z popiołów. Nie zapominajmy, że od wielu lat równy, wysoki poziom trzymają siatkarze i piłkarze ręczni.

Polska reprezentacja także gra „artystyczny” futbol.

Wspominasz o sztuce. Przypomniały mi się słowa Bogusława Lindy, który powiedział, że artystą się nie jest non stop. Artystą się bywa. I to krótko. Nasi piłkarze to tacy artyści na boisku. Modlę się, aby wbrew słowom Lindy, nie trwało to zbyt krótko.

A przecież jeszcze kilka lat temu pod wodzą Franciszka Smudy czy Waldemara Fornalika, wstydziliśmy się naszej reprezentacji.

Cholera najbardziej to żałuję turnieju EURO w 2012 roku. To była piękna impreza, która odbiła się szerokim echem na całym świecie. Pobudowaliśmy piękne stadiony, które wypełniły się wspaniałymi kibicami. Tysiące osób, które po raz pierwszy odwiedziły nasz kraj, były zachwycone naszą architekturą i kulturą. Polska to piękny kraj, z wieloma tradycjami, także piłkarskimi. Wierzę, iż właśnie nadszedł czas, że świat znów usłyszy o biało-czerwonych barwach.

Czy Adam Nawałka to czarodziej?

Obecna reprezentacja przypomina mi „Orłów Górskiego”, a sam Nawałka może być drugim Kaziem Górskim. Legendarny niegdyś trener powiedział, że jedni rodzą się do skrzypiec, inni do munduru, a on urodził się do piłki. U Nawałki też widać pasję, żądzę odniesienia sukcesów. I tutaj znów posłużę się mądrą maksymą Górskiego: „więcej wart jest trener, który ma szczęście, niż lepszy trener, który szczęścia nie ma”. Mogliśmy zatrudnić Marcello Lippiego, ale nie jest powiedziane, że odniósłby sukces. Nawałka nie musi być lepszym trenerem, ważne, że ma szczęście.

Łezka w oku się kręci, kiedy oglądam na YouTube medale zdobywane przez Polaków w 1974 i 1982 roku. Czy jesteśmy w stanie powtórzyć te sukcesy? 

Według Konfucjusza tysiąc milowa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Reprezentacja swój pierwszy krok postawiła na mistrzostwach Europy we Francji. Dotarliśmy do ćwierćfinału. To był największy sukces od 1986 roku, kiedy na mundialu w Meksyku wyszliśmy z grupy. Zgodzi się ze mną wielu kibiców, że w całej tej grze medale odgrywają najmniejszą rolę. Dla mnie Polska może przegrać, ale po pięknej grze. Życzę wszystkim, aby moc była z nami na mundialu w Rosji.

Marsz, marsz Nawałka – z ziemi polskiej do rosyjskiej po medal?

Kiedy Kazimierz Górski obejmował biało-czerwonych nikt nie wierzył, że osiągnie sukces i zdobędzie trzecie miejsce na świecie. Nawałka to taki typ człowieka, który jest w stanie to powtórzyć. Antoni Piechniczek również wykonał Mission Impossible. Od pokolenia z lat 80., nie mieliśmy tak wybitnej generacji zawodników jak teraz. Nikt już nie boi i nie wstydzi się płacić po 20-30 mln euro za naszych piłkarzy. Obecnie panuje chińskie szaleństwo. Bogaci inwestorzy są w stanie wyłożyć nawet 250 mln euro za Roberta Lewandowskiego. Nie możemy zmarnować takiego potencjału. Ach, gdyby jeszcze nasza piłka klubowa dorównała poziomem chociaż do tych średnich klubów europejskich…

Legia Warszawa zagrała w Lidze Mistrzów, zremisowała z Realem Madryt i pokonała Sporting Lizbona. To robi wrażenie!

Legia to klub, który już puka do wrót silnej Europy. Można powiedzieć, że to jedyny zespół, który trzyma nasz ranking klubowy w miejscach 18-21. Ale jest Legia i długo, długo nic… Jak patrzę na poczynania Cracovii z amatorami z Macedonii, czy wcześniej przegrane potyczki naszych klubów z zespołami z Azerbejdżanu czy Estonii, to scyzoryk mi się otwiera w kieszeni. Zero ambicji i brak szacunku dla kibica, który płaci niemałe pieniądze za bilety. Nie umiesz grać w piłkę, to zawieś buty na kołku i zostań listonoszem albo ogrodnikiem. Gdybym to ja był prezesem klubu, to za takie upokorzenie piłkarze dostaliby wysoką karę finansową i musieli odpracować społecznie wiele godzin. Klub Kokosa to byłby pikuś.

Coraz większe pieniądze inwestuje się w klubową piłkę, coraz lepsi zawodnicy chcą grać w naszej lidze.

Gdybyśmy mieli trzy zespoły takie jak Legia, to jestem przekonany, że w ciągu 5 lat awansowalibyśmy w rankingu UEFA tak wysoko, że przysługiwałoby nam prawo wystawienia dwóch drużyn w eliminacjach Ligi Mistrzów, z czego regularnie gralibyśmy w fazie grupowej Champions League i League Europe. Na dobrej drodze są Lech Poznań i Lechia Gdańsk, by zbliżyć się do Legii.

Pomówmy o Tobie. Mało spotyka się ludzi takich jak ty z wielką pasją do piłki.

„Pasja, pasja, trzeba mieć pasję!… przetrwa ten, kto stworzył swój świat!” Tak Artur Domosławski napisał o Ryszardzie Kapuścińskim w biografii o tym wyśmienitym  pisarzu. Ten cytat idealnie pasuje do mnie, bo odkąd pamiętam piłka nożna  zawsze towarzyszyła w moim życiu. Ponadto to chyba najlepsza rzecz, do której zostałem stworzony. Próbowałem wielu zawodów. Był moment, że uciekłem od futbolu, ale tęsknota za piłką zwyciężyła. Nie ma dnia, abym nie przeczytał czy nie dowiedział się czegoś o piłce. Moja mama zawsze mi mówiła, że piłka nie przyniesie mi chleba. Nie posłuchałem jej.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z futbolem?

To, że dziś mogę rozwijać swoją pasję zawdzięczam mojemu dziadkowi. To on mnie zaraził piłką. Gdy miałem 6 lat, oboje siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy mecze. Wszyscy w rodzinie ganiali nas, bo chcieli oglądać swoje filmy i programy, ale dziadek zawsze skutecznie ich odpędzał. Opowiadał mi o sukcesach Górskiego, o emocjach i adrenalinie, które towarzyszą grze w piłkę. To zadziałało na wyobraźnię młodego chłopca. Pamiętam jak dziś z opowiadań, że kiedy kadra Górskiego grała mecze na mistrzostwach świata, to specjalnie zamykano szkoły, zakłady pracy, sklepy, a miasta pustoszały. Na ulicy nie było ani żywego ducha. Mój ojciec dorzucił jeszcze oliwy do ognia, bo on opowiadał z kolei o sukcesach drużyny Antoniego Piechniczka. Kończąc ten wątek dodam, że mój dziadek był świadkiem sukcesów Górskiego, ojciec Piechniczka, wierzę, że ja będę przeżywał emocje, które przyniesie drużyna Nawałki.

Podobno masz ogromną kolekcję zdjęć i gazet piłkarskich.

W wieku ośmiu lat zacząłem zbierać gazety piłkarskie, różne wycinki, zdjęcia, itd. Pamiętam, że w szkole w jednym zeszycie prowadziłem dwa przedmioty, bo w drugim zapisywałem sobie wyniki. Wówczas nie było internetu, czy kanałów sportowych. Tygodnik Piłka Nożna to była gazeta na której się wychowałem. W wieku 12 lat zacząłem regularnie zbierać czasopismo. Kieszonkowe jakie dostawałem na bułki i napoje przeznaczałem na Piłkę Nożną. Moja mama nie była z tego faktu zadowolona, ale mnie sprawiało to wiele radości. Z utęsknieniem czekałem od tygodnia do tygodnia na kolejne numery. Ech, kiedyś to była super gazeta, nie to co dziś, zepsuła się i to bardzo. Dopóki rządził nią Romek Hurkowski, to trzymała fason…

Dziś mogę pochwalić się niezłą kolekcją, bo mam z 1000 książek sportowych, z 20 tysięcy zdjęć na papierze plus mnóstwo skanów i chyba z 100 000 różnych gazet sportowych. Posiadam niemal całe kolekcje takich czasopism jak: Sport, Piłka Nożna, Sportowiec, Raz Dwa Trzy, Piłkarz, Tempo oraz dużo roczników Przeglądu Sportowego i wiele innych gazet.

Jak wspominasz swoją współpracę z TVP?

Zaczęła się ona około 10 lat temu i ta współpraca z redakcją sportową Telewizji Publicznej trwa do dziś. Wszystko zawdzięczam producentowi telewizyjnemu Wojtkowi Frączkowi, który jest dla mnie jak drugi tata, wiele mi pomógł i takich życzliwych osób jak Wojtek już rzadko spotyka się w życiu. Jako nastolatek przez kilka dni chodziłem dumny i szczęśliwy, gdy mogłem robić materiały dla Darka Szpakowskiego, który w zamian wymieniał moje nazwisko na antenie. Co czułbyś, gdy miliony widzów ogląda mecz, a legenda polskiego mikrofonu wymienia twoje nazwisko? Miałem niezłą frajdę. Przez wiele lat tworzyłem też zespół redakcyjny w Tygodniku Kibica wydawanym przez Ryszarda Drewniaka.

W pogoni za karierą dotarłeś na sam szczyt. Być rzecznikiem prasowym Ruchu Chorzów to ogromne wyróżnienie.

Zacznijmy od początku. Pochodzę z Warmii i Mazur. Tuż po ukończeniu szkoły średniej wyjechałem na Śląsk. Wybrałem ten region, bo tam była masa klubów, które grały w ekstraklasie. Tworzyły i nadal tworzą historię polskiej ligi. Ruch Chorzów, Górnik Zabrze, Polonia Bytom, GKS Katowice, Zagłębie Sosnowiec, Piast Gliwice. Niegdyś połowę ekstraklasy stanowiły kluby ze Śląska! Wiedziałem, że obrałem dobry kierunek. Dostałem angaż w katowickim Sporcie. Wkrótce potem spełniło się moje największe marzenie, przez kilka lat stanowiłem część klubu, który zdobywał medale mistrzostw Polski. Praca rzecznika prasowego nie była łatwa, ale dawała mi wiele radości i satysfakcji. Trafiłem do klubu w momencie, kiedy trenerem został Waldemar Fornalik. Szybko podniósł zespół z kolan i poprowadził do wielkich sukcesów, w tym do medali mistrzostw Polski.

Cholera przyznam się z ręką na sercu, że w Ruchu trafiłem na głęboką wodę, to był Rów Mariański! Klub był biedny, liczył się z każdym groszem. Nie było stać na zatrudnienie kilku pracowników, którzy odpowiadaliby za public relations. W innych klubach rzecznik ma pod swoją komendą kilka osób, którzy wspólnie się uzupełniają, każdy ma swoje zadania. Ja byłem zupełnie sam. Ale co miałem zrobić, usiąść i płakać, poddać się i odejść? Nie! Niezależnie czy wygram czy przegram, to zawsze walczę. Nigdy nie poddaję się. Każda praca, doświadczenie życiowe daje lekcję życia. I ja taką dostałem. Oprócz typowych obowiązków rzecznika prasowego, sam robiłem i prowadziłem stronę internetową, wielokrotnie zajmowałem stanowisko fotografa, przeprowadziłem wiele aukcji charytatywnych, które pomogły wielu potrzebującym osobom. Pojechałem z policją chyba na 100 spotkań do szkół, by uczyć młodzież jak należy zachowywać się na stadionach. W innych klubach rzecznik ma kilku pomocników, którzy piszą teksty na stronę, zajmują się akredytacjami, itd. Ja to wszystko robiłem sam. Teraz wyobraź sobie, że w trakcie meczu dzwoni do ciebie 10 osób, które proszą o akredytacje albo są problemy, bo ochrona nie chce ich wpuścić na stadion. W tym samym czasie musisz wykonać polecenia zarządu i działu marketingu oraz udzielić kilku wywiadów nie mówiąc o tym, że dziennikarze czekają na składy, a kibice przychodzą do ciebie z różnymi prośbami. Ba, musisz jeszcze zrobić na bieżąco relację z meczu na stronie internetowej, obrobić zdjęcia, itd. Swoją pracę kończyłem o 2 lub 3 w nocy. Już po 10 minutach człowiek mógł pływać w basenie swojego potu, a co dopiero w środku nocy.

Czyli praca rzecznika prasowego nie była łatwa.

Było ciężko, ale sobie poradziłem, bo to kochałem. Strona internetowa Ruchu zajęła w jednym z prestiżowych plebiscytów drugie miejsce na najbardziej rzetelną i atrakcyjną. Lepszy był tylko Lech Poznań. Lista moich sukcesów i działań w Ruchu jest długa. Pochwalę się jeszcze tym, iż „uratowałem” i utworzyłem archiwum Ruchu. Wyszukałem w klubie, u byłych piłkarzy, kibiców bogate archiwum zdjęciowe, przeróżne dokumenty, które zeskanowałem a następnie segregowałem i zostawiłem w specjalnej szafie. Odrestaurowałem zapomniane puchary Ruchu i umieściłem je w słynnej kawiarence klubowej. W trakcie pracy w Ruchu zawsze byłem pracowity, zaangażowany i ostatni gasiłem światła.

I co było potem?

Po wielu latach spędzonych na Śląsku chciałem wrócić do domu. Tęskniłem za rodziną. Byłem przekonany, że swoją misję wypełniłem najlepiej jak potrafię. Do dziś mam na Śląsku duże grono znajomych i przyjaciół, a kibiców Ruchu zawsze będę darzył wielkim szacunkiem i sympatią. Nigdy nie zamknąłem za sobą drzwi, zostawiłem je lekko otwarte, bo być może kiedyś wrócę na Śląsk. Dobrze się tam czułem.

Napisałeś dwie książki piłkarskie.

Wiedziałem i nadal to wiem, że piłka nożna będzie towarzyszyć mi do końca mojego życia. Kilka lat temu spełniłem kolejne swoje marzenia, wydałem pierwszą swoją książkę. Akurat odbywały się mistrzostwa Europy w Polsce więc miałem dodatkową motywację. Książka „Z orłem na piersi – 90 lat biało-czerwonych” cieszyła się dobrą sprzedażą. Reprezentacja Polski to taki mój konik, zajmuje u mnie szczególne miejsce. W 2015 roku wspólnie z współautorami Wojciechem Frączkiem i Jarosławem Owsiańskim wydaliśmy chyba dzieło naszego życia: „Encyklopedia ekstraklasy”. Jest to prawie 1400-stronicowa książka opisujący niemal każdy detal naszej ekstraklasy od 1927 roku. Żeby nie skłamać poświęciłem na nią połowę swojego życia, ponad 15 lat zbierałem materiały i przez ten czas powstawała książka. Jestem z niej bardzo dumny, bo zebrała multum braw i mnóstwo pozytywnych komentarzy. Muszę przyznać, że te miłe opinie dodają pozytywnego kopa i napędzają  energią do tworzenia kolejnych książek.

Pisanie książek to twoje hobby?

Każdy w życiu ma jakieś hobby, lubi robi coś co sprawia mu mega przyjemność. Jedni uwielbiają wędkować, inni kolekcjonują zabytkowe samochody, ja kocham być związany z piłką nożną i pisać książki.

Wielokrotnie, gdy rozmawialiśmy ze sobą, stwierdzałeś, że bardzo chcesz pracować w klubie sportowym.

Ja jestem takim wilkiem, którego zawsze ciągnie do lasu. Bardzo chcę wrócić do pracy w klubach sportowych jako rzecznik prasowy lub dyrektor sportowy, bo to w dalszym ciągu jest moim marzeniem. Chcę to jednak robić profesjonalnie. Dziś wiele osób, które pracują w klubach, są z tzw. „łapanki”, albo dostają pracę po znajomości lub za zasługi dla polskiego sportu. Jak to wszystko funkcjonuje, wszyscy wiemy. Sam znałem osobiście kilka osób z zarządu, którzy mieli problem z wymieniem klubów grających w ekstraklasie albo z rozpoznaniem swoich własnych zawodników. Takie rzeczy się zdarzają nawet dzisiaj. Dziś nie wystarczy mieć kwalifikacje w zarządzaniu, przede wszystkim trzeba znać się na futbolu, który musi być pasją. Jak powiedział Morfeusz w filmie Matrix: „Istnieje różnica między znajomością drogi a podążaniem nią”.

Teraz mieszkasz w Anglii?

Lubię książki Marka Twaina. Jedna z jego wypowiedzi przypadła mi do gustu. Otóż powiedział on, że za 20 lat bardziej będziemy żałować tego, czego nie zrobiliśmy, niż tego co zrobiliśmy. Więc odwiązałem liny, opuściłem bezpieczną przystań, złapałem w żagle pomyślne wiatry i wyruszyłem do ojczyzny futbolu. Trzy lata temu wyjechałem do Anglii, bo jak już uczyć się rzemiosła piłkarskiego, to od najlepszych. Wiedziałem, że będę miał do czynienia z bajkowym światem, prawdziwym profesjonalizmem zarówno od strony sportowej, organizacyjnej czy kibicowskiej. Wiele już nauczyłem się, ale przede mną jeszcze sporo pracy. Mówię po angielsku, włosku. Wkrótce odbędę staże w klubach Premier League. Mam nadzieję, że jak wrócę do kraju, to zdobytą wiedzę wykorzystam dla dobra polskiej piłki.

Zdradzisz nam nad jakimi książkami pracujesz obecnie?

Jak już mówiłem reprezentacja to mój konik i powstanie kilka książek o biało-czerwonych. Na polskim rynku chcę zadebiutować monografią klubową Ruchu Chorzów. Mam sentyment do tego klubu, dlatego pierwsza książka będzie poświęcona Niebieskim. Jak wiemy w 2020 roku będzie świętował 100 lat swojego istnienia. Moim marzeniem jest wydanie aż pięciu tomów, I w 2017, II w 2018, III w 2019 i IV oraz V na stulecie. Tomy numer I i V są już prawie ukończone. Wierzę, że w Chorzowie znajdą się ludzie dobrej woli, którzy pomogą wydać wszystkie pięć tomów.

Ruch to kawał imponującej i niesamowitej historii.

O której mówi się z wypiekami na twarzy. Klub zdobył aż czternaście tytułów mistrza Polski i obok Legii, jest najbardziej rozpoznawalnym klubem na świecie. Poświęcam 10 lat swojego życia, aby dać kibicom książkę, na którą zasługują. Przez niemal 100 lat Ruch odniósł wiele  sukcesów, na przykład przed wojną Ruch był taką marką, że chciały z nim grać najlepsze kluby w Europie. Każdego miesiąca Ruch odrzucał intratne propozycje, bo miał już nadmiar gier w swoim kalendarzu. Wyobrażam sobie jak czuli się działacze Manchesteru City w momencie, kiedy dostali odmowę z Wielkich Hajduk! Takie to były piękne czasy dla klubu. To właśnie  w Chorzowie grali tacy piłkarze jak Ernest Wilimowski, który w jednym meczu strzelił aż 10 bramek. Peterek z kolei jest rekordzistą kolejnych meczów ze strzelonym golem. To są rekordy, których już nikt nie pobije. Dziś piłkarze to głównie najemnicy, grają dla pieniędzy. Idą tam, gdzie zaoferują większą kasę. Kiedyś było to nie do pomyślenia. Gerard Cieślik w szczytowym momencie swojej kariery dostał intratną propozycję gry w Aberdeen. Szkoci zaoferowali Cieślikowi na stałe mieszkanie a w rok zarobiłby tyle, ile przez cały pobyt w Ruchu. Po zakończeniu kariery byłby ustawiony do końca życia i nie musiałby martwić się o to, że z marnej emerytury brakuje mu na lekarstwa. A tak właśnie było przez ostatnie lata życia u tego legendarnego piłkarza. Cieślik wolał żyć skromniej, z problemami, ale pozostał lojalny i oddany swoim kibicom. I za to każdy go kochał. Chcę aby pamięć o tych wydarzeniach nigdy nie umarła, dlatego planuję wydać pięć tomów. Po prostu jedna książka to za mało, aby opisać wszystkie wydarzenia z historii klubu.

Obecnie sytuacja w Ruchu nie jest wesoła.

Ruch od wielu lat wiąże koniec z końcem, boryka się z milionowym zadłużeniem. Odchodzą najlepsi zawodnicy, którym w innych klubach oferuje się większe pieniądze. Ponadto gwóźdź do trumny przybiła informacja o pozbawieniu punktów. Sytuacja jest bardzo zła i oby tylko nie spadł z ekstraklasy, bo to skarbnica polskiej piłki, a takie kluby powinny występować w ekstraklasie, mieć potężnych inwestorów, piękny stadion i nie martwić się o finanse. Apeluję więc do inwestorów, aby ratowali Ruch, bo to dobro narodowe. Tak jak ważna dla Polaków jest Inwokacja w Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza, Potop Henryka Sienkiewicza, czy Stańczyk Jana Matejki, tak samo Ruch musi stanowić dobro narodowe dla każdego Polaka. Dotyczy to nie tylko Ruchu, ale też innych klubów, które tworzyły historię polskiej piłki.

ROZMAWIAŁ: RAFAŁ PAWLETA

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski Mariusz Gudebski

Rafał Pawleta
O Rafał Pawleta 56 artykułów
Szef działu statystycznego Retro Futbol. Z wykształcenia nauczyciel geografii, pasjonat dobrego, widowiskowego i efektownego futbolu bez przynależności klubowej czy reprezentacyjnej, miłośnik statystyki piłkarskiej.