Grande Torino, czyli jak umarł włoski futbol

17:04

Dzień później dwuletni samolot włoskiego towarzystwa A.L.I. wystartował z Lizbony o godzinie 9:52, rozpoczynając rejs do Turynu. Na pokładzie znajdowało się 27 pasażerów i czteroosobowa załoga. W dzisiejszych czasach, pokonanie trasy z Lizbony do Turynu odrzutowcem zajęłoby godzinę, jednak trójsilnikowej maszynie w 1949 roku, tylko pierwsza partia lotu do Barcelony – w celu zatankowania paliwa – zajęła ponad 3 godziny – zakończyła się o 13:15 czasu lokalnego.

Przelatując nad Savoną, piloci maszyny połączyli się z kontrolerami z lotniska w Turynie. Widoczność była wtedy fatalna. Niski pułap chmur oraz rzęsisty deszcz i gęsta mgła tylko utrudniały pracę lotnikom. Była to godzina 16:41.

Około 17:04 w momencie, gdy maszyna zniżała lot, nastąpiło zderzenie z murami bazyliki znajdującej się na wzgórzu Superga (675 m n.p.m). Z przebywających na pokładzie nie ocalał nikt.  Z piłkarzy Grande Torino pozostali  jedynie Sauro Toma, który nie poleciał do Lizbony z powodu kontuzji oraz rezerwowy bramkarz Renato Gandolfi.

Toma tak wspomina tragiczne chwile:

W tym dniu byłem na naszym stadionie Filadelfia na rehabilitacji. Wróciłem do domu i zobaczyłem około 30 – 40 osób zgromadzonych  przed moim domem. Jedną z nich, był znajomy, wziął mnie za rękę i powiedział co się stało. To był okropny dzień – padał deszcz i śnieg. Rzuciliśmy się do Superga i ludzie wielkim strumieniem pobiegli w dół ze łzami w oczach. Gdy przybyliśmy na miejsce zobaczył mnie prezes Novo i wziął mnie na bok i nie pozwolił mi iść dalej. On nie chciał żebym widział szczątki moich kolegów, przyjaciół.

Jeszcze 6 godzin po tragedii nad Turynem górowało pulsujący bladoczerwony ogień. Ciszę przerywał stuk młotów pneumatycznych. Makabryczne przeżycie.

W pogrzebie, który rozpoczął się wymarszem ze stadionu przy Via Filadelfia, wzięło udział kilkaset tysięcy osób, a drugie tyle zgromadziło się na trasie konduktu. W miejscu katastrofy wmurowano tablicę z nazwiskami ofiar. Obok bazyliki na górze Superga utworzono muzeum pamięci „Il Grande Torino”.

Po katastrofie do końca ligi pozostawały jeszcze cztery kolejki. Działacze i piłkarze Milanu (bezpośredni rywal w walce o zwycięstwo) zaapelowali do federacji piłkarskiej o przyznanie tytułu mistrza Włoch Torino, nikt nie wyraził sprzeciwu. W tych czterech meczach drużyna z Turynu wystawiła juniorów, zresztą tak samo postąpili ich rywale (Genoa, Palermo, Fiorentina i Sampdoria). Najtragiczniejszy sezon w Serie A dobiegł końca.

W dwa tygodnie po katastrofie reprezentacja grała towarzyski mecz z Austrią. Na trybunach wielka manifestacja poparcia dla Torino – a na boisko drużyny wyprowadził 6-letni syn wielkiego Valentino, Sandro Mazzola.

Sezon później scudetto zdobył już Juventus , a Torino rozpoczęło marsz w dół, który zakończył się spadkiem do Serie B (1959). Co prawda w roku 1976 zostali jeszcze mistrzami Włoch, jednak do wielkich sukcesów poprzedników, tak naprawdę nigdy już nie nawiązali.

Smutnym podsumowaniem tej historii jest przypadek niejakiego Pierluigi (Gigi) Meroniego, który w sezonie 1963/64 roku trafił do Torino z Genoi. Ten znakomicie zapowiadający się prawoskrzydłowy, będący nadzieją „Byków” na lepsze dni, zginął pod kołami dwóch samochodów. Paradoksem jest to, że dokładnie tak samo nazywał się pilot feralnego samolotu, który rozbił się w 1949 roku z piłkarzami turyńskiego klubu…

Bohaterowie zawsze będą nieśmiertelni w oczach tych, którzy w nich wierzą… Indro Montanelli – włoski eseista, dziennikarz

PRZECZYTAJ TAKŻE:

DAMIAN BEDNARZ

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*