Superliga? Na płacz i lamenty jest już za późno. Futbol zaczęto mordować dekady temu

Jeszcze nigdy w historii futbolu rywalizacja, zwłaszcza na najwyższym poziomie, nie była tak jednostronna. Jeszcze nigdy finansowe i czysto piłkarskie nierówności nie były tak ewidentne, jak dzisiaj. Jeszcze nigdy piłka nie był tak nudna i tak przewidywalna. Jak doszło do tego i w czym przejawia się to, że hiperbogate superkluby zagrabiły sport, który kocha cały świat, i wyssały z niego to, co najpiękniejsze?

Słowem wstępu chciałbym zaznaczyć, że zdaję sobie sprawę, że nie reprezentuję głosu wszystkich kibiców na świecie. Być może nie reprezentuję nawet większości tych kibiców. Z całą pewnością mogę jednak mówić w imieniu już licznego, i coraz liczniejszego, grona sympatyków najpiękniejszej gry na świecie, które to grono jest krytyczne w stosunku do stanu futbolu. Z takiej właśnie krytycznej pozycji pisany jest ten tekst. Uprzedzając pytania, które pewnie pojawią się po lekturze, odpowiadam: żeby naprawić coś, co jest zepsute, należy to najpierw dobrze zdiagnozować. Nie będzie tutaj zatem recept na naprawę piłki. Dziś skupimy się na tym, jak bardzo futbol zmienił się w ostatnich 3-4 dekadach i dlaczego tak się stało.

Mecz FA Cup pomiędzy Milwall i Headington United. Czasy przedwojenne

I nie chodzi tylko o to, że się zmienił, bo to rzecz nieunikniona. Sedno sprawy tkwi w tym, że zmienił się na gorsze, pomijając jedynie sam poziom kopania piłki, który rzecz jasna jest nieporównywalnie wyższy niż kiedykolwiek wcześniej (i na to narzekać nie będziemy). Piękno gry, która zawładnęła naszymi sercami i naszym życiem, umiera. Niektórzy twierdzą, że już umarło. Że futbol jest tak zepsuty, że jedynie totalna rewolucja byłaby w stanie nam go zwrócić. A na taką rewolucję, uprzedzając po części wnioski końcowe, zupełnie się dzisiaj nie zanosi. Wszystko podąża wręcz w przeciwnym kierunku. Kiedy zaczął się ten upadek i dlaczego, cytując klasyka, „kiedyś to były czasy, a dzisiaj to już nie ma czasów” w futbolowym świecie?

Nie chcemy zbyt wielu Leicester”

W sezonie 2012/2013 Wigan sensacyjnie pokonało Manchester City 1:0 w finale FA Cup i sięgnęło po najstarsze trofeum na świecie. 3 lata później kopciuszek z Leicester, też sensacyjnie, zdobył mistrzostwo Anglii. Dwa słowa-klucze w takich przypadkach to „sensacyjnie” i „kopciuszek”. Że sensacyjnie, to chyba wszyscy się zgodzą. Wigan w tym samym sezonie spadło z Premier League, a dla Leicester był to przecież pierwszy tytuł w historii klubu. Co do kopciuszka, to pewnie już więcej osób miałoby wątpliwości. Jak możemy nazywać kopciuszkiem klub, który wydaje grube miliony na transfery i pensje dla swoich piłkarzy i który najpewniej należy do 1% najbogatszych klubów na świecie? Ano możemy. A nawet musimy. Przepaść między klubami pokroju Leicester, nie wspominając już o biednym Wigan, a finansową elitą, jest bowiem dziś tak potężna (i wciąż powiększająca się), że już nie do zasypania.

Podobał Wam się sukces Leicester? Jeśli tak, to wracajcie do niego jak najczęściej, bo prędko coś takiego się nie powtórzy. Jeśli nie, to tym lepiej dla Was. Dla Was i dla finansowej elity superklubów, do której Leicester w żadnym wypadku nie należy. I najpewniej nigdy należeć nie będzie. Uprzedzając ewentualne zarzuty, gdyby coś podobnego powtórzyło się wkrótce, odpowiadam: w porządku, ale nie przyzwyczajajcie się za bardzo, bo to jedynie wyjątek potwierdzający regułę. Mistrzostwa dla klubów spoza niezwykle wąskiej finansowej elity będą w najbliższych latach zdarzały się raz na przysłowiowy ruski rok.

Trofeum wygrane, nie kupione.

Fani Leicester po historycznym sezonie mistrzowskim

„We don’t want too many Leicester Citys” – nie chcemy zbyt wielu Leicester. Takie słowa padły z ust jednego z właścicieli wielkiej szóstki angielskich klubów (tej szóstki, która zgłosiła swoją chęć dołączenia do superligi) podczas spotkania w jednym z londyńskich hoteli kilka lat temu. Czego jeszcze mieli dowiedzieć się jego uczestnicy? Między innymi tego, że zbyt demokratyczna liga jest zła dla interesów. Czyich interesów? Ano właśnie – interesów największych klubów. Już te dwa zdania powinny rozwiać jakiekolwiek wątpliwości tych, którzy nie do końca są przekonani, że projekt superligi był przede wszystkim skokiem na kasę, a nie troską o dobro futbolu.

Nieprzewidywalność piłki nożnej jest jedną z jej najpiękniejszych cech. Tę nieprzewidywalność, to piękno, najwięksi próbują nam zabrać i, stwierdzamy ze smutkiem, wychodzi im to całkiem dobrze. O skoku na kasę i fałszywej trosce o futbol będzie więcej w dalszej części. Teraz przejdźmy jednak do sedna sprawy, czyli do nudy, jaką bezczelnie od pewnego czasu serwuje nam wielki futbol. Tutaj natomiast nudy nie będzie. Będzie za to dużo cyferek udowadniających, że jeszcze nigdy piłka nie była tak mało interesująca, tak mało ludzka i tak odpychająca, jak dziś.

Klub miliardów czy klub miliarderów?

Finał mistrzostw świata w 2018 pomiędzy Francją i Chorwacją obejrzał 1 miliard 120 milionów ludzi na całej planecie. 1/7 ludzkiej populacji. W sumie mundial w Rosji obejrzała połowa populacji Ziemi, podobnie jak IO w Londynie w 2012 i w Rio de Janeiro w 2016. Pierwsze 24 miejsca na liście najchętniej oglądanych transmisji na żywo w historii świata to wydarzenia sportowe: piłka nożna przeplatana z igrzyskami, dwiema walkami Muhammada Alego i mistrzostwami świata w krykiecie w Anglii i Walii w 2019. Pierwszą niesportową pozycją na tej liście, na miejscu nr 25 (ex aequo), jest pogrzeb księżnej Diany i ataki na WTC. W teorii więc piłka nożna to klub miliardów.

W praktyce: klub miliarderów. Ktoś mógłby powiedzieć: przecież w piłce tak było zawsze. Zawsze tytułami dzielili się najlepsi, a mniejszym raz na jakiś czas udawało się sprawić niespodziankę. Tak po prawdzie, to dokładnie takie słowa już padły. I to z ust byłego prezydenta Realu Madryt, Ramóna Calderóna. Pan Calderón i każdy, kto tak uważa, jest jednak w błędzie. Nie zawsze tak było. Z roku na rok jest pod tym względem coraz gorzej i opinie, że ten trend jest już nie do odwrócenia, nie wyglądają na przesadzone. Doszliśmy do momentu, w którym wąska (bardzo wąska) grupa ultrabogatych superklubów tak bardzo zdominowała piłkę nożną, tak bardzo odjechała całej reszcie, że wygrywa więcej meczów niż kiedykolwiek, większą różnicą goli niż kiedykolwiek, bijąc przy tym więcej rekordów niż kiedykolwiek.

Właściciel Manchesteru City – Mansour bin Zayed Al Nahyan

Powód? Bardzo prosty: pieniądze. Potężne, horrendalnie wielkie pieniądze. Ta różnica pomiędzy Realem, Barceloną, Manchesterem City czy Juventusem a Granadą, Betisem, Fulham czy Cagliari jest wielka na papierze, a jeszcze większa na boisku. Poprzednia dekada uraczyła nas takimi rekordami, jak:

  • druga w historii Hiszpanii potrójna korona
  • pierwsza w historii Niemiec potrójna korona
  • pierwsza w historii Włoch potrójna korona
  • pierwsza w historii Anglii potrójna korona (wraz z rozgrywkami pucharu ligi)
  • trzy potrójne korony (wraz z pucharem ligi) we Francji w ciągu czterech sezonów
  • pierwsze 100-punktowe sezony we Włoszech, w Hiszpanii i Anglii
  • sezony, w których mistrz nie doznał ani jednej porażki we Włoszech, Portugalii, Szkocji, i siedmiu innych ligach w Europie
  • najdłuższy okres dominacji jednego klubu w 13 z 54 lig europejskich

Takie wyczyny były niewykonalne przez długie dekady. W każdym z krajów zdarzały się mniejsze (częściej) bądź większe (rzadziej) niespodzianki, ale wszystkie z powyższych zostały, rzecz jasna, osiągnięte przez tych najbogatszych. I to się nie zmieni, jeśli futbol się nie zmieni. Stężenie pieniędzy przyniosło stężenie jakości, a ta przełożyła się na sukcesy. Będą się zdarzały słabsze sezony, takie jak np. ten obecny w wykonaniu Barcelony czy Realu, choć to o tyle zabawne, że rzeczywiście oglądamy najsłabsze od lat w ich wykonaniu rozgrywki, a i tak na kilka kolejek przed końcem obaj giganci mają niemałe szanse na mistrzostwo. Ich rywalem do tytułu zresztą jest nie Athletic Bilbao czy Huesca, a Atlético, czyli jedyny klub, który hegemonię Realu i Barcelony potrafił w ciągu ostatnich 15 lat przełamać. I to tylko raz!

PRZECZYTAJ TEŻ:

To jednak tylko błędy w systemie, który zaprojektowany jest tak, żeby większość klubów spoza elity nigdy się do tytułu nawet nie zbliżyło. Od czasu do czasu się to zdarzy, bo w grę wchodzi też czynnik ludzki. Długoterminowe trendy są mimo to bezlitosne dla kogokolwiek, kto nie jest Realem, Manchesterem (obojętnie którym) czy PSG. Dwa czy trzy morderstwa rocznie na Islandii nie spowodują, że nagle ogłosimy ją najniebezpieczniejszym krajem świata (ani nawet mało bezpiecznym). Dla wyjaśnienia: na Islandii na przestrzeni kilku ostatnich dekad notuje się średnio mniej niż jedno morderstwo rocznie. Długoterminowy trend jest taki, że Islandia jest ekstremalnie bezpiecznym krajem. Długoterminowy trend jest też taki, że piłka nożna stała się ekstremalnie przewidywalnym sportem.

UEFA i FIFA jako obrońcy romantyzmu?

I nie chodzi tu o z góry zaplanowany spisek. To, co widzimy, to naturalna konsekwencja środowiska pozbawionego jakichkolwiek regulacji. Wielkie kluby zaczęły gromadzić wielkie majątki, co przełożyło się na ich coraz większą dominację. Kolejne próby uruchomienia superligi czekają nas bez wątpienia w najbliższych latach. To w dużej mierze chęć wykorzystania warunków, jakie UEFA czy FIFA tym największym stworzyły. Obecna sytuacja to zatem wina nie tylko wielkich klubów, bo gdyby nie wskoczyły do tego pociągu, dzisiaj nie byłyby wielkie. Trudno jednak nie czuć do nich żalu, bo same nie zrobiły nic, by to szaleństwo zatrzymać.

A żeby uświadomić szerszej publice, że naprawdę coś jest na rzeczy (albo że naprawdę mamy już potężny problem), spójrzmy na to, co do powiedzenia na ten temat ma Deloitte Football Money League: „a situation where on-pitch results are too heavily influenced by the financial resources available as well as the danger to the integrity and unpredictability crucial to the long-term value of the sport”. Potężna korporacja badająca jak bawią się dzieci najbogatszych rodziców w okolicy, ostrzega, że pieniądze zbyt mocno wpływają na boiskowe poczynania i stwarzają zagrożenie co do uczciwości i nieprzewidywalności piłki nożnej. Robi wrażenie, co?

Sepp Blater, były przewodniczący FIFA

No to teraz pomyślmy, że rodzice tych dzieci chcą zabrać je z tej piaskownicy i stworzyć swoją, do której inne dzieci nie będą mogły wejść. I robią to dla dobra tych innych dzieci. Absurdalne, prawda? To nie jest sposób na uleczenie futbolu. To sposób na to, aby choremu w ramach terapii zaproponować wszystkie używki świata na raz. Niektórzy zapewne będą bawili się przednio, ale naszemu pacjentowi na dłuższą metę to nie pomoże.

Powiedzmy sobie to jasno: wielkim klubom nie zależy na dobru futbolu, jako sportu dla mas, dla każdego. Zależy im wyłącznie na ich interesie. Czy na tym dobru zależy organizacjom takim jak FIFA i UEFA? Też nie. Nie miejmy co do tego wątpliwości. Dlatego ta niedawna wojenka pomiędzy UEFA a superligą była tak komiczna. Wielu zauważyło, że UEFA to ostatnia instytucja, która ma prawo mówić o moralności w sporcie (co chyba nie do końca jest prawdą, bo ostatnia jest FIFA). Byli też tacy, którzy przyjęli stanowisko obrońców europejskiej konfederacji i po upadku superligi ogłosili wielkie zwycięstwo futbolu, wartości i romantyzmu nad chciwością i pieniędzmi.

Nic z tych rzeczy. To nie było żadne zwycięstwo. To jedynie odroczenie egzekucji. Ogłoszenie superligi miało miejsce kilka dni po ujawnieniu planowanych reform Ligi Mistrzów, czy też – jak mawiają złośliwi – Ligi Czwartych Miejsc. Reforma (która może doprowadzić do powstania Ligi Szóstych Miejsc) to tak naprawdę zakamuflowana opcja superligi, w nieco szerszym gronie. Jaki problem z proponowanymi zmianami w LM miały największe kluby? Pieniądze. Za mało pieniędzy. Temat został już opisany bardzo szeroko, więc szczegółowo do tego wracać nie będziemy, ale 300 mln euro za sam udział w porównaniu do 60 milionów za zwycięstwo to jednak spora różnica. I te grube miliony, które i tak prędzej czy później do najbogatszych powędrują, to oczywiście troska o futbol jako sport. Bardzo przekonujące.

Rzekomo na szczytach piłkarskich władz toczą się zażarte dyskusje na temat rosnących nierówności w świecie piłki. Rzekomo traktowane są poważnie. Rzekomo pojawiają się głosy, że należy ten trend zatrzymać już teraz, bo zaniechanie grozi całkowitym zniszczeniem piłkarskiego ekosystemu. Być może rzeczywiście takie dyskusje się toczą, elity robią natomiast coś dokładnie odwrotnego, co potwierdziła groteskowa reforma LM.

Najbogatszy promil

Johan Cruyff powiedział kiedyś, że futbol jest grą błędów. To sprawia, że nigdy nie możemy być pewni, kto wygra (lub czy ktokolwiek wygra). Kilkanaście największych, najbogatszych klubów urosło do takich rozmiarów, że błędy, zarówno te boiskowe, jak i w systemie, który stworzyliśmy, stały się niezwykle rzadkie. Te potwory są tak gigantyczne, że porównywanie ich z całą resztą nie ma najmniejszego sensu.

VFL Wolfsburg jest finansowany od lat przez wielki samochodowy koncern. Podobnie jak w przypadku Leicester trudno nazywać ich biedakiem lub kopciuszkiem. Prawda jest jednak taka, że oni tymi biedakami są. Nie w porównaniu do czwartoligowych klubów niemieckich, ale w porównaniu do Bayernu, Realu czy PSG. Wolfsburg nigdy nie osiągnie takiego poziomu, co najbogatsza dwunastka (czy też piętnastka). Chyba że nagle do Wolfsburga zawita bogaty szejk z łamiącego na potęgę prawa człowieka Kataru (lub innej Arabii Saudyjskiej) lub rosyjski oligarcha ze swoimi brudnymi, krwawymi pieniędzmi. Jeśli to się nie wydarzy, to Wolfsburg już nigdy nie zostanie mistrzem Niemiec. No, może raz w ciągu najbliższych 50 lat. Reguła, wyjątek.

Władimir Putin symbolicznie przekazuje prawa do organizacji mistrzostw śŚwiata szejkowi Al-Thaniemu

To nie jest już kwestia najbogatszego 1% klubów. To kwestia najbogatszej 0,1%. Nie chodzi o to, że pieniądze gwarantują sukces. Wolfsburg je ma, Leicester je ma, Burnley je ma, Granada też. Sęk w tym, że dziś, żeby w ogóle zacząć jakąkolwiek poważną zabawę, trzeba mieć minimum 400 milionów euro. Na sam start. Żeby wziąć udział. Struktura piłkarskiego ekosystemu jest dzisiaj taka, że pieniądze zgarnia właściwie tylko bardzo wąska grupa najbogatszych.

Rozmiar ma znaczenie

Wróćmy więc do genezy erozji futbolu, a więc do lat 80. ubiegłego wieku, żeby zobaczyć, jak bardzo futbol się zmienił. W Anglii dominował wtedy Liverpool. Była to jednak dominacja zupełnie innej natury niż ta dzisiejsza. Liverpool po prostu miał najlepszą drużynę. Nie najlepszych indywidualnie piłkarzy, nie najwięcej pieniędzy. Liverpool najlepiej grał w piłkę i dlatego wygrywał. Ligowa elita wydawała na pensje dla piłkarzy zaledwie niecałą trzykrotność tego, co drużyny z dołu tabeli (tak było w sezonie 92/93). Był taki moment, że dwóch najlepiej zarabiających piłkarzy w Anglii grało dla Brighton. W Anglii realne szanse na walkę o podium miało 12-13 klubów, to samo w Hiszpanii, a Aston Villa, Steaua, PSV czy Crvena Zvezda mogły z powodzeniem walczyć o triumfy w Pucharze Mistrzów. Czy to jest dzisiaj realne?

Kontrakt ówczesnej First Division (najwyższego szczebla ligowego w Anglii) opiewał na kwotę 5,2 mln funtów. Transmisje zagraniczne przynosiły… 50 tysięcy funtów. Dziś prawa telewizyjne Premier League to prawie 8,5 miliarda funtów. Łączna kwota nagród w LM zaledwie 10 lat temu była czterokrotnie niższa niż dzisiaj. Kto na tym zarabia? Zgadliście – najbogatsi. A to czyni ich jeszcze bogatszymi. Obrót Manchesteru United na początku XXI wieku – 117 mln funtów. Dzisiaj? Ponad 600 mln. Mniejsze kluby też zarabiają, ale to nie ta skala. W latach 80. była to rywalizacja osiedlowego sklepu z marketem, pod koniec XX wieku – z supermarketem. Dzisiaj ten sam osiedlowy musi rywalizować z całym centrum handlowym. Jak ma to zrobić?

Pieniądze naprawdę robią tu wielką różnicę. Rozmiar budżetu, a już zwłaszcza rozmiar budżetu płacowego, to dziś czynnik numer 1 przy przewidywaniu szans poszczególnych zespołów. We wspomnianym już sezonie 1992/1993 mistrz wydał na tygodniówki 2,85x tyle, co ostatnia drużyna. W sezonie 2019/2020 ta różnica wyniosła już 4,7. Prawie dwa razy tyle, ale Premier League i tak jest tu jedną z bardziej wyrównanych pod tym względem lig, m.in. ze względu na stosunkowo sprawiedliwy podział pieniędzy z kontraktów telewizyjnych oraz rekompensat dla spadkowiczów. W Hiszpanii ta różnica wyniosła ponad 17 razy, a w Szwajcarii aż 20! Bardziej obrazowo: drużyna A ma na tygodniówki 1 milion, a drużyna X 50 tysięcy. Czy to w ogóle jeszcze jest sport?

Piłka to dziś potężny biznes. W Europie potężniejszy niż branża kinowa czy wydawnicza. Przepływ tych pieniędzy jest jednak niezwykle nierówny, choć definicja nierówności zależy tu od punktu siedzenia. Florentino Pérez, Andrea Agnelli i reszta projektantów superligi podkreślają, że jednym z powodów ich próby oderwania od struktur UEFA jest chęć sprawiedliwego podziału pieniędzy. Sprawiedliwy w tym wypadku oznacza jeszcze więcej pieniędzy dla najbogatszych. To nie naprawi piłki.

Kilka badań na ten temat, z których najsłynniejsze należy do Stefana Szymanskiego i Tima Kuypersa (książka „The Business Strategy of Football”), wyraźnie pokazuje, że nie ma dzisiaj bardziej wpływającego na wynik elementu niż wysokość pensji dla zawodników. Kwoty wydane na transfery nie mają przy tym prawie żadnego znaczenia, a to one zdają się wywoływać wśród kibiców i w mediach najwięcej emocji. Jak widać – błędnie. Ferran Soriano, CEO Manchesteru City, w swojej książce „The Ball Doesn’t Go In By Chance”, pisze: Kupowanie najdroższych zawodników nie oznacza z automatu dobrych wyników. To, co jest tutaj najważniejsze, to posiadanie najlepszych zawodników oraz płacenie im największych pieniędzy.

Nicola Cortese, CEO Southamptonu, przyznał w zeszłorocznej rozmowie z The Independent, że nie brakowało mu pieniędzy na kupowanie zawodników. Zabrakło ich jednak na ich zatrzymanie. Taki problem na większość klubów Premier League. Sześć największych zespołów ligi (doskonale wiecie, o jaką szóstkę chodzi) płaci ponad połowę wszystkich tygodniówek. 30% odpowiada za 51,3% pieniędzy dla piłkarzy. A pamiętajcie, że Premier League i tak jest dość wyrównana na tle innych europejskich lig.

Dobre sianko, dobre granko

I widać to w tabelach, które pod każdym względem są bardziej przewidywalne niż 10, 20 czy 30 lat temu. Weźmy na tapetę 5 najsilniejszych lig. Wszystkie statystyki uwzględniają 3 punkty za zwycięstwo. Średnia punktów mistrza Hiszpanii w latach 1990-1999 wyniosła 80,5 punktu. W kolejnej dekadzie (2000-2009) 79,3. W latach 2010-2019 – kosmiczne 94,3 punktu.

Dla Anglii wartości te wynoszą odpowiednio: 79, 88 i 89 punktów. Dla Włoch 79,4, 85,1 i 89,3. Dla Francji 78,1, 77,3 i 86,6. Dla Niemiec (34 kolejki w sezonie) to 68,2, 72,2 i 81,8. Niemcy to zresztą świetny przykład na to, jak bardzo ligi dominowane są przez jeden klub lub wąską grupę kilku klubów. Przyzwyczailiśmy się już, że Bayern jest bezlitosnym dominatorem. Fakt, jest. Pewnie myślicie, że zawsze tak było. Otóż nie.

Monachijczycy obecnie notują serię 9 tytułów mistrzowskich z rzędu. To nie zdarzyło się jeszcze nigdy w historii. Nie było nawet blisko. Wyłączając tę obecną serię Bayern (czy jakikolwiek inny klub) w przeszłości zostawał mistrzem maksymalnie 3 razy z rzędu (Bayernowi udało się to trzykrotnie, raz Borussii Mönchengladbach). W latach 2000-2019 5 drużyn sięgało po trofeum mistrza Niemiec. W latach 1980-1999 – 6. W latach 1960-1979 – aż 10. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko poprzednią dekadę, to grono zmniejsza nam się do 2.

We Francji mamy dzisiaj do czynienia z drugą w XXI wieku niezwykłą serią mistrzowską. Najpierw krajem trząsł Lyon, zdobywając mistrzostwo 7 razy z rzędu. Teraz PSG dokonało prawie tego samego – wygrało w 7 z 8 sezonów. I to zwykle z bardzo dużą przewagą. 12, 9, 8, 31 (!), 13, 16 i 12 (jeden rozegrany mecz mniej) – tyle wynosiła w tych 7 sezonach przewaga paryżan nad wicemistrzem. A po drodze drużyna katarskich szejków chciała też przecież wygrać LM i czasami część meczów w lidze odpuszczała.

Nasser Al-Khelaifi, właściciel PSG

Podobnie wygląda sytuacja we Włoszech. Od momentu powstania zawodowej ligi calcio nie było takiej serii, jaką obecnie notuje Juventus. Ta akurat już się skończyła, bo świeżokoronowanym mistrzem Italii został Inter, no ale ileż można, prawda? 9 scudetto bez przerwy chyba wystarczy.

Weźmy pod lupę bodaj najbardziej jednostronną (czy może raczej dwustronną) ligę w Europie, a może i na świecie – szkocką Premier League. Od 36 lat nie wygrał tam nikt poza wielką dwójką z Glasgow. Niektórzy oczywiście będą się upierać, że obecny mistrzowski sezon Rangersów to ich pierwszy tytuł (i pewnie będą mieć rację), ale tego typu dyskusje sobie dzisiaj odpuścimy. Od momentu reorganizacji Scottish Football League w 1976 mieliśmy czterech mistrzów: oprócz Celtiku i Rangers ligę trzykrotnie wygrał Aberdeen i raz Dundee United. Kiedy? Ostatni raz w 1985.

Okres pomiędzy 1947 (powstanie zawodowej ligi) a 1975 też był zdominowany przez wielką dwójkę, ale tamtejsza przewidywalność zupełnie nie miała podjazdu do dzisiejszej. 11 razy wygrali Rangersi, 10 razy Celtic, 3 razy Hibernian, 2 razy Hearts, a raz Aberdeen, Dundee i Kilmarnock. Do 1975 Celtic i Rangers zgarnęli „zaledwie” 72% tytułów. Od 1976 do dzisiaj – 91%. Powodów jest wiele. Najważniejszym – pieniądze.

Było źle, jest fatalnie

Zmiana średniej liczby punktów mistrza w Anglii wygląda na niewielką względem poprzedniej dekady. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę jedynie ostatnie 4 sezony, otrzymamy gigantyczny średni dorobek w postaci 97,5 punktu. Największe kluby wygrywają dziś częściej niż kiedykolwiek. Problem ten nie dotyczy tylko największych klubów w Europie, ale też tych największych w poszczególnych krajach, ale powód jest dokładnie ten sam.

14 z 15 (a za chwilę 15 z 16) ostatnich tytułów mistrzowskich w Chorwacji to dzieło Dinama Zagrzeb. Olympiakos sięgnął po mistrzostwo Grecji 21 razy w ciągu ostatnich 25 sezonów. 6 z 7 poprzednich sezonów w Andorze kończyło się zwycięstwem Santa Colomy. Cypr? APOEL siedmiokrotnie z rzędu. Azerbejdżan? Qarabakh – 7 na 7 możliwych. To zresztą bardzo jaskrawy przykład tego, jak przewaga finansowa przekłada się na tę na boisku. Qarabakh jest narzędziem politycznym Ilhama Alijewa i władz Azerbejdżanu. Pupilem, maskotką, elementem azerskiej soft power (miękka siła – pojęcie z geopolityki), no ale też hegemonem finansowym, przez co z kolei hegemonem piłkarskim. Na tę chwilę jest oczywiście liderem ligi, więc z 7 na 7 zaraz może zrobić się 8 na 8. Austriacka Bundesliga? Nuda. RB Salzburg zaraz zrobi swoje ósme mistrzostwo w ośmiu sezonach. Finansowo zjada resztę ligi na śniadanie.

Maksimir, stadion chorwackiego hegemona

Ta sytuacja nie omija też przecież Polski. Legia to dziś klub z największym budżetem i największymi płacami. 7 tytułów w 9 sezonów. A to, że ta dominacja nie przekłada się na rywalizację w europucharach to tylko kolejny element dominacji najsilniejszych finansowo. Możemy sobie narzekać, że nasi piłkarze zarabiają dużo i co roku kompromitują się w pucharach. Kiedy spojrzymy na finanse, wszystko stanie się jednak jasne jak słońce. Nie usprawiedliwia to oczywiście porażek z Luksemburczykami, ale Legia – czy jakikolwiek inny mistrz Polski – i tak na arenie europejskiej jest finansowym pariasem i nie ma prawa regularnie osiągać znaczących sukcesów.

Jeszcze nigdy w historii europejskie rozgrywki ligowe nie były tak zdominowane przez jeden tylko klub. Obecnie taka sytuacja występuje w 13 z 54 lig na naszym kontynencie. Dysproporcje w ligach krajowych w dużej mierze są kreowane przez pieniądze z europejskich pucharów. Większości lokalnych hegemonów wystarcza to zaledwie do dominacji na swoim podwórku. Liga Mistrzów, którzy niekoniecznie muszą być mistrzami, to impreza dla dużych chłopców.

To nie jest świat dla biednych ludzi

Ci mniejsi, którzy ledwo wystają głową ponad stół, od czasu do czasu są zapraszani na piłkarskie salony. Kiedy zbliża się czas wielkiej wieczornej uczty i tańców, grzecznie się ich wyprasza, wsuwa dyszkę do kieszeni i zamyka drzwi. Oni za tę dyszkę urządzają się we własnej piaskownicy, gdzie są niedoścignionym wzorem dla mniejszych kolegów i tak to się kręci. Zanim przejdziemy do cyferek związanych z najlepszą piłkarską ligą świata, spróbujemy zbić jeden z koronnych argumentów kibiców, którzy przeciwni są łatwiejszej drodze tych mniejszych do bram piłkarskiego raju.

Kto by chciał oglądać Ferencvaros z Dynamem Kijów, prawda? Kiedy o tej samej porze gra Barcelona z Manchesterem City albo Real z PSG, nikt nie będzie (poza kibicami tych klubów i futbolowymi nerdami) tracił czasu na mecz mistrza Węgier z mistrzem Ukrainy. Poziom nieporównywalnie gorszy, naprawdę nic ciekawego, kiedy na drugim kanale Messi bierze udział w magicznym pojedynku z Mahrezem.

No więc, drodzy kibice, mówiąc najprościej jak się da: jeśli nic się nie zmieni, to nic się nie zmieni. Najbogatsi są najlepsi, bo są najbogatsi. Kiedy mniejsi odpadają w rundzie grupowej, ci więksi idą zarabiać poważne pieniądze, przez co są jeszcze bogatsi i jeszcze lepsi. I jeszcze bardziej odstają od tych małych. I tak w kółko, od wielu lat. Przepaść, choć już kosmiczna, ciągle się powiększa. A teraz cyferki. Finaliści ostatnich 10 sezonów Ligi Mistrzów: Bayern, PSG, Liverpool, Tottenham, Real Madryt, Liverpool, Real, Juventus, Real, Atlético, Barcelona, Juventus, Real, Atlético, Bayern, Borussia, Chelsea, Bayern, Inter, Bayern. Żadnego klubu spoza absolutnej finansowej elity.

Ostatni raz, kiedy taka sytuacja miała miejsce? Na siłę można tu wstawić Porto i Monaco, które spotkały się w finale w 2004 roku. Może Valencia w 2001 i 2000? Jest konkret – Crvena Zvezda Belgrad w 1991 (a to jeszcze przecież nie była Liga Mistrzów, tylko Puchar Europy). Steaua Bukareszt w 1989 i 1986. W finale Ligi Mistrzów dwa razy zagrała drużyna z Holandii (Ajax) i raz z Portugalii (Porto). Cała reszta to kluby francuskie, niemieckie, angielskie, włoskie i hiszpańskie. Zwykle te same. Ktokolwiek, kto nie jest Realem, Barceloną, Manchesterem czy Juventusem (i dosłownie kilkoma innymi klubami) jest błędem w statystyce.

Crvena Zvezda sięga po Puchar Europy w 1991

W erze Pucharu Europy różnorodność była nieporównywalnie większa. Była wspomniana Steaua i Zvezda. Było Malmö, był Celtic, Panathinaikos, Partizan Belgrad czy też kluby z najsilniejszych lig, ale te, które dzisiaj już nic nie znaczą i pewnie nigdy już nic znaczyć nie będą (bo krajowi rywale są zbyt bogaci): Nottingham Forest, Reims, Fiorentina, Eintracht Frankfurt, Leeds, Saint-Étienne, HSV, Sampdoria.

Jest fatalnie, będzie jeszcze gorzej

W latach 1990-1999, kiedy rozbieżności finansowe pomiędzy drużynami dopiero zaczynały się zaznaczać, w czołowej czwórce Premier League skończyło 13 różnych klubów. 13 drużyn w 10 lat. Nieźle. W kolejnych dwudziestu, a licząc obecny sezon już dwudziestu jeden, mieliśmy 10 różnych klubów. 10 drużyn w 21 lat. Pomiędzy 2010 a 2019 ta liczba zmalała do 7. W latach 60. i 70. było takich klubów 15. Sensacją tego sezonu jest West Ham. Co to jednak za sensacja, skoro od mistrzostwa Anglii dzielą „Młoty” lata świetlne, a i tak na ten moment nie ma ich w top 4. Wszyscy zachwyceni, bo wreszcie ktoś spoza stałej ekipy wdarł się do czołówki. Na piąte (obecnie) miejsce. Piąte! Ze stratą 22 punktów do lidera na 4 kolejki przed końcem. To jest właśnie skala tego, co zrobiliśmy futbolowi. Skala zepsucia. I skala nudy.

W każdej z pięciu czołowych lig Europy dzieje się dokładnie tak samo: spadek z 12 do 9 w Hiszpanii w analogicznym okresie, z 12 do 9 we Włoszech, z 12 do 10 w Niemczech i z 11 do 9 we Francji. Zwiększają się też rozmiary zwycięstw tych najlepszych. Mecze wygrane przez Bayern trzema lub więcej golami pomiędzy 1990-1999? 16,3% spotkań. W latach 2000-2009 to już 19,7%. W poprzedniej dekadzie – 31,8%! W Hiszpanii Barcelona i Real pomiędzy ostatnią dekadą XX wieku a tą, która niedawno się zakończyła, zwiększyły ten odsetek z 20,5% do 37,8%!

Na jednym ze spotkań przedstawicieli Premier League dotyczącego podziału pieniędzy z praw telewizyjnych, właściciel Tottenhamu – Daniel Levy – na każdy argument pozostałej czternastki odpowiadał: my tylko chcemy, żeby było sprawiedliwie. Sprawiedliwe w mniemaniu wielkiej szóstki oznacza, że skoro to oba Manchestery, Arsenal, Chelsea, Tottenham i Liverpool przyciągają większość uwagi z zagranicy, to im należy się większość pieniędzy.

Problem w tym, że czym więcej pieniędzy dla nich, tym lepsi się stają. A im są lepsi, tym więcej przyciągają uwagi. Znowu dostają więcej pieniędzy (nie tylko z praw, ale i z reklam), więc stają się jeszcze lepsi. I tak w kółko. Groźba stworzenia superligi pojawia się od dobrych 20 lat. Dziwnym trafem zawsze wtedy, kiedy jest mowa o podziale pieniędzy.

Futbol niemal pozbawiony jest regulacji. I nie chodzi tu o regulacje państwowe, a o regulacje wewnątrz środowiska, których celem byłby dobrobyt piłki nożnej jako naszego wspólnego dobra, a nie zabawki dla kilkunastu miliarderów i ich ludzi. A dokładnie tym jest dzisiaj wielka piłka. Nie ma w niej zbyt wielu ideałów, nie ma troski o coś innego niż własny interes. Zanim władze piłkarskie zorientowały się, że jest potrzeba, aby coś z tym zrobić, było już za późno. Potężne nierówności niszczące sport i rządy wielkiej kasy już od zbyt dawna są integralną częścią futbolu.

Wigan z pucharem Anglii po pokonaniu Manchesteru City, rok 2013

Jeśli dla kogoś groźba superligi i powyższe statystyki to za mało, mamy świeżutki przykład z Włoch, do czego to wszystko zmierza. Włoska federacja ogłosiła właśnie, że w Coppa Italia od przyszłego sezonu zagrają jedynie drużyny z Serie A i Serie B. 40 zespołów. Piękno krajowych pucharów, i tak już nieco legendarne przez napakowanie terminarza do granic możliwości i odpuszczanie niektórych rozgrywek, zniknie tam zupełnie. Choć akurat w Italii próżno go szukać już od dawna. Ostatni raz drużyna spoza Serie A zagrała w finale rozgrywek w sezonie… 1993/1994. Ancona, która spadła z elity rok wcześniej, przegrała w dwumeczu z Sampdorią. Sukcesy drużyn grających niżej niż Serie B? Szkoda gadać. Tak bardzo elitarny jest futbol we Włoszech.

Jest robota dla Robin Hooda

W 1983 roku w statucie FA ciągle widniała Zasada 34. Mówiła ona, że kluby są instytucjami społecznymi. Zasada 34 nakładała pewne finansowe ograniczenia na rządzących klubami. Tottenham jako pierwszy spróbował ją obejść, a FA tylko wzruszyła ramionami. Finansowanie zaczęto przerzucać z trybun na gabinety szefów. A tam najgoręcej było w związku z prawami telewizyjnymi, które, co widzimy dzisiaj, nie mają ograniczeń. Kiedy w 1986 Silvio Berlusconi przejął AC Milan, maszyna ruszyła już pełną parą. Berlusconi postrzegał futbol jako spektakl telewizyjny, show, a nie rozrywkę dla klasy pracującej.

To on jako pierwszy wyszedł z inicjatywą superligi. Nie mógł zrozumieć, dlaczego największe kluby nie spotykają się regularnie w jednej lidze, zupełnie oderwanej od reszty środowiska. UEFA przez kilka lat oponowała, ale w sezonie 1992/1993 wystartowała pierwsza edycja Ligi Mistrzów. W tym samym czasie ruszyła też Premier League. Przypadek? W żadnym wypadku.

John McGovern, kapitan Nottingham Forest, wznosi Puchar Europy w 1979

Gdyby Nottingham Forest wygrało Ligę Mistrzów 20 lat później (Anglicy zwyciężyli dwukrotnie z rzędu w Pucharze Europy w latach 1978-1980), dziś miałoby jedną z najsilniejszych drużyn w Europie. Śmiało mogłoby być na miejscu Liverpoolu czy Chelsea. Pod koniec lat 70. nie było jeszcze jednak w tych rozgrywkach takich pieniędzy (i tak nierówno dzielonych) i Forest zwyczajnie nie byli w stanie konkurencji odjechać. To w ogóle dość symboliczny przykład, bo przecież to właśnie w okolicach Nottingham miał działać Robin Hood – obrońca biednych i uciśnionych. Dziś, gdyby interesował się piłką, miałby ręce pełne roboty.

Troska o młodzież czy o własną kieszeń?

Florentino Pérez i wielcy świata piłki próbują kreować się na ratowniczych naszej ukochanej gry. Wiele badań wskazuje na to, że młodzież traci zainteresowanie tym sportem. Co ciekawe, niektórzy Pérezowi i jemu podobnym uwierzyli i są przekonani, że naprawdę chodzi o coś innego, niż władza i pieniądze. Jeden z najbardziej groteskowych pomysłów rzuconych przez prezydenta Realu to skrócenie meczów do 80 minut. Powód? Trudności z koncentracją i skupieniem, przez co młodzi nie są w stanie wysiedzieć przed telewizorem 90 minut. To fakt, że XXI wiek przyniósł nam rzesze młodych ludzi przyklejonych do smartfonów, co bezpośrednio przekłada się między innymi na problemy z koncentracją. I nie jest to wina Péreza, ale czy rozwiązaniem tego problemu mają być krótsze mecze? Czy tylko ja widzę tu absurd? To nie jest żadna troska o młodzież ani o sport. To chęć zwiększenia zysków w łatwy, a jednocześnie komiczny sposób.

Pokolenie wchodzące właśnie w dorosłość, jak każde poprzednie, ma swoje mocne i słabe strony. To, co wyróżnia je na tle starszych, to empatia. Rośnie nam cała generacja ludzi niezwykle empatycznych i wrażliwych społecznie (fakt – czasami prowadzi to do pewnych wypaczeń, ale to przecież ciągle nie do końca ukształtowani ludzie). Wśród możnych świata piłki, ewidentnie oderwanych od rzeczywistości, nikt nie wpadł na pomysł, że wąska grupa obrzydliwie bogatych panów bawiąca się w futbol to może nie być najlepsza reklama (podobnie jak nie jest nią niedorzeczna kolekcja kolorowych cacek na czterech kółkach czy przychodzenie na trening w butach wysadzanych kamieniami szlachetnymi – w obu przypadkach to Pierre-Emerick Aubameyang). Gdyby jeszcze majątek tych panów zawsze był nieskazitelnie czysty, to rozmowa byłaby nieco inna, ale kluby finansowane przez ludzi pokroju Abramowicza czy Al-Khelaifiego to szczyt znieczulicy. Nie przesądzam, że to byłby klucz do odzyskania młodych ludzi dla futbolu. Warto to jednak rozważyć, bo to może być istotny element tej walki, jeśli rzeczywiście o młodzież i o sport tu chodzi.

Być może z wyżej wymienionych powodów coraz większe rzesze fanów, choć ciągle nieporównywalne w liczbach do kibiców największych klubów, odwracają się od elity i pojawiają się na trybunach małych, lokalnych drużyn, takich jak londyński Dulwich Hamlet, Fisher FC czy FC United of Manchester (w Polsce jest to np. AKS Zły czy SF Fairant). Takich, które naprawdę znaczą coś więcej, niż klub. A na pewno znaczą zdecydowanie więcej niż kosmiczne pieniądze i moralne zepsucie.

Problem Evertonu” i co ma z tym wszystkim wspólnego futbol amerykański

The Everton Problem – tak nazywa się (przynajmniej w Anglii) zjawisko, które dotyka dziesiątki (setki, tysiące?) klubów, które nie są w stanie dobić do elity. W dużym skrócie chodzi o to, że nawet jeśli zespoły pokoju Evertonu, Sevilli czy Wolfsburga mają niezłe pieniądze, czasem mogące (w pojedynczych przypadkach, nie w skali całej drużyny) konkurować z najlepszymi, zwykle i tak trafiają im się gracze nieco poniżej topu. Jeśli już jednak jakiś piłkarz o umiejętnościach z absolutnie najwyższej półki trafi do takiej ekipy, tak jak np. Romelu Lukaku do Evertonu, szybko jest zgarniany przez najbogatszych.

Drużyny takie jak Everton są w stanie dobić do czołówki jedynie na chwilę. Zbyt wiele jest przeszkód na drodze do takiego celu, rozpędzanie się trwa zbyt długo, a jeżeli już uda się rozpędzić, to szybko następuje zderzenie ze ścianą. Jeśli ktoś postawi na jedną kartę, tak jak niedawno Valencia lub Leeds kilkanaście lat temu – w przypadku niepowodzenia może się to skończyć finansową katastrofą. A niepowodzenie jest niemal pewne. Od tego zaczął się zjazd Wisły Kraków na początku zeszłej dekady. W Krakowie zagrano va banque. Zabrakło 3 minut w Nikozji. Po Wiśle z pierwszej dekady XXI wieku nie ma już śladu. Gdyby się udało, to zapewne i tak wystarczyłoby jedynie na dalsze lata dominacji w kraju. Liga Mistrzów, jak już wspomniałem, to zabawa dla dużych chłopców z bogatych domów.

Gdyby Finansowe Fair Play zostało wprowadzone na przykład 20 lat temu (i gdyby było ściśle przestrzegane), dzisiaj moglibyśmy być w innym miejscu. Dzisiaj jakiekolwiek dyskusje o przyzwoitych płatnościach solidarnościowych są z góry skazane na porażkę. Te zresztą niedawno zmalały z 8,5% do 7,3%. Próby zmiany statusu quo kończą się groźbami wielkich klubów. Potem, jak widzieliśmy kilkanaście dni temu, grozi z kolei UEFA. Zawsze jednak kończy się to urwaniem jeszcze jednego kawałka tortu dla największych. Krok po kroku, grosz do grosza. Nawet kluby takie jak West Ham, Villarreal czy Bayer Leverkusen, które przecież są wielkie, nie mają dzisiaj szans na doszusowanie do elity.

Goodison Park. Dom Evertonu

Pewnym wzorem do naśladowania mogłyby być ligi amerykańskie. Nie ma tu już miejsca na dokładne tłumaczenie niuansów funkcjonowania lig takich jak np. NFL. NFL też jest ligą zamkniętą (tak jak proponowana superliga) – różnic jest natomiast multum. Wszystkie najważniejsze na korzyść ligi zza oceanu. Ta najważniejsza – wyrównana liga, zmieniająca się z roku na rok, brak betonozy. Największa dominacja ostatnich lat w NFL wyglądała tak, że New England Patriots, najlepsza drużyna XXI wieku, wygrali 6 razy w ciągu 20 lat. W tym czasie tylko raz udało im się wygrać dwa razy z rzędu. W obecnym milenium był to jedyny przypadek, że mistrz z poprzedniego sezonu obronił tytuł. Wcześniej zdarzyło się to kilka razy, ale NIGDY żadna drużyna nie wygrała Super Bowl trzy razy z rzędu.

Podobnie rzecz ma się z finałami – rywale co roku są inni. Skład playoffów też zmienia się znacząco z sezonu na sezon. Do tego sezon jest krótki (5 miesięcy), ale intensywny. Kalendarz nie jest przeładowany (ledwie 16, a od nowego sezonu 17 meczów w sezonie zasadniczym + playoffy), a każdy mecz to wielkie święto, na które czeka się z utęsknieniem. Całe szczęście, że piłkarskie mistrzostwa świata i Europy mam raz na 4 lata, bo i to by nam się przejadło. Ale to też dobry przykład, że wyczekane smakuje lepiej.

Mistrzostwo NFL to jest naprawdę wielka rzecz. NFL ma wspaniałe zaplecze w postaci limitów płacowych, draftu, emocjonującego okresu pomiędzy sezonami i futbolu uniwersyteckiego, który jest w USA religią i często sprowadza na trybuny tłumy w liczbie 80, 90 czy 100 tysięcy widzów (i drużynowych orkiestr dętych – polecam sprawdzić temat na Youtube). Każda drużyna ma bogatego właściciela, ale pieniądze, które może on wydać na kontrakty dla graczy, są dla każdego takie same. Najgorsza drużyna dostaje w następnym sezonie pierwszy wybór w drafcie, którym najczęściej jest najlepszy quarterback (rozgrywający – mózg drużyny) wśród graczy drużyn uczelnianych. Mistrz dostaje natomiast wybór nr 32 w pierwszej rundzie draftu (32 drużyny grają w NFL). Nie ma też mowy o tym, że mistrz dostaje z praw telewizyjnych grube miliony, a ostatniej drużynie rzucane są ochłapy.

Joe Burrow z Louisiana State University, nr 1 draftu w 2020

To chyba najlepszy argument na obalenie pseudoargumentu, że próba wyrównania szans w sporcie to jakiś socjalizm, skoro taki właśnie socjalizm, a raczej „socjalizm” uprawia na potęgę w swoich ligach sportowych stolica kapitalizmu. Podobnie działa przecież NHL, NBA, MLB czy MLS. Dziś w piłce tylko kilkanaście klubów w pełni korzysta z czołowej pozycji futbolu w światowej hierarchii sportów.

A komu to potrzebne? A dlaczego?

Piłkarski świat jest coraz bardziej zabetonowany. Celem dzisiejszego futbolu na najwyższym poziomie nie są emocje, nieprzewidywalność czy atrakcyjność rozgrywek (spychając wielkie ideały już całkowicie na bok) – jest nim maksymalizacja zysków wąskiej elity finansowych hipergigantów i postawienie jeszcze większej ilości szklanych sufitów tak, aby nikt spoza klubu miliarderów już nigdy tych sufitów nie przebił.

Londyński Dulwich Hamlet FC. Klub piłkarski i organizacja społeczna w jednym, fot. Katie Chan

Jedynym krajem, który na swoim podwórku wprowadził pewną formę piłkarskiego egalitaryzmu, jest Szwecja. Efekty? Całkiem sympatyczne. W XXI wieku mieliśmy w Szwecji aż 9 mistrzów. Najwięcej tytułów zgarnęło Malmö – 7. Sytuacja mocno przypomina więc to, co obserwujemy w NFL. Najdłuższa seria mistrzowska z rzędu? 2 tytuły. Allsvenskan to jedna z niewielu w miarę poważnych lig w Europie, w których rywalizacja jest tak wyrównana. Takie przypadki jednak nie w smak Realom i Barcelonom, Juventusom i Interom, Manchesterom i… Manchesterom. Piłka jest dzisiaj bardziej showbiznesem niż sportem, a showbiznesu nie obchodzi, by mniejsze kluby stały się większe i by rywalizacja była bardziej zacięta.

Interes największych (a więc najbogatszych) jest dzisiaj sprzeczny z interesem sportu jako całości. Być może, a raczej (prawie) na pewno, doszliśmy już do momentu, w którym włodarze największych klubów wpadli w spiralę samodestrukcji. Stan Kroenke, Daniel Levy czy Florentino Pérez zwyczajnie nie rozumieją, co znajduje się na szali. A stawką, wbrew temu, co wydają się sądzić właściciele i prezydenci największych piłkarskich potęg, jest coś więcej niż tylko pieniądze z transmisji telewizyjnych. Niszczymy ekosystem najpiękniejszego sportu na świecie w imię… No właśnie. W imię czego? W imię interesów kilkunastu miliarderów? Czy to ma sens?

MIŁOSZ WOJTALA