Kto w latach dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych choć raz przyjechał w weekend do Pruszkowa, ten wie, że to miasto pachniało wtedy czymś zupełnie innym niż sąsiednia Warszawa. Pachniało rozgrzanym parkietem, tanimi hot dogami z budki pod halą, dymem z papierosów palonych ukradkiem w przerwie meczu i przede wszystkim – czystą, niczym niezmąconą adrenaliną. Halę MOS-u przy Gomulińskiego znał każdy. Nawet ci, którzy na co dzień odróżnialiby piłkę do kosza od futbolówki tylko po kolorze, wiedzieli, że w piątek czy sobotę „grają” i że nieobecność tam uchodziła za małe lokalne faux-pas.
Od lokalnych ambicji do koszykarskiego trzęsienia ziemi
Zaczęło się zresztą skromnie, choć w gęstej od przemian atmosferze początku lat 90. Cały kraj szalał wtedy na punkcie NBA, w telewizji leciały powtórki meczów Chicago Bulls z komentującym je Włodzimierzem Szaranowiczem, a podwórkowe boiska pękały w szwach. W Pruszkowie postanowiono przekuć ten ogólnokrajowy głód koszykówki w coś namacalnego. Klub rósł powoli, ale organicznie, opierając się na ludziach, dla których Znicz nie był po prostu miejscem pracy, tylko drugim domem. Prawdziwym kamieniem milowym okazało się wejście na scenę Jacka Gembala. Człowieka stąd, zawodnika, który w barwach Znicza zostawił lata młodości, a potem usiadł na ławce trenerskiej. Gembal miał w sobie ten rzadki rodzaj boiskowego sprytu i charyzmy, które potrafiły zmusić chłopaków do nadludzkiego wysiłku. To pod jego wodzą w 1993 roku pruszkowski zespół wdarł się do ekstraklasy. Rok później mało kto jeszcze traktował beniaminka poważnie, ale już w 1995 roku w Pruszkowie wybuchła prawdziwa bomba. Małe miasto pod Warszawą nagle przeskoczyło wielkie ośrodki z tradycjami, a fundamentem było Mistrzostwo Polski.
Hoop, Mazowszanka i zapach wielkich meczów
Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Sponsorem strategicznym została Mazowszanka, chwilę później pojawili się kolejni – Pekaes, Hoop, Old Spice. Wchodziliśmy w kapitalizm pełną parą, a koszykówka w Pruszkowie była jego najbarwniejszą wizytówką. Ze sponsorem w nazwie czy nie, dla nas to zawsze był „Znicz”

