Cesarzowa Vallecas

Nadeszła vendimia 1934 roku w Jerez de la Frontera, w Andaluzji. Jesienne święto zbioru winogron w mieście, które słynie z produkcji wina. Najsłynniejsza bodega w Jerez, winnica oraz winiarnia, należy od pokoleń do rodziny Sánchez-Romate…

…Josepa Sánchez-Romate Pemartín, dziedziczka bodegi, znana jako Pepa, bierze w dłoń kiść winogron i przygląda się pracownikom winnicy. Z tych owoców niedługo powstanie słynny trunek bodegi Sánchez-Romate: „¡Viva la Pepa!”. Pepa uśmiecha się na myśli o tym, że to właśnie po tym winie nadano jej imię. Czy może raczej należałoby powiedzieć, że po konstytucji Cádiz z 1812 roku, ogłoszonej w dniu świętego Józefa, którą ludzie z tego powodu pieszczotliwie ochrzcili imieniem Pepa, czyli Józefa. „¡Viva la Pepa!” znaczy ni mniej, ni więcej, niż „Niech żyje Konstytucja”. Już niedługo owoce trafią do beczek, gdzie dojrzewać będzie słynna sherry i manzanilla, która przelana do butelek ozdobiona zostanie etykietami z wizerunkiem tancerki flamenco i hasłem „¡Viva la Pepa!”. Pepa nadal trzymając w dłoni winogrona drugą ręką dotyka swojego brzucha. Zastanawia się kim będzie to dziecko, które na wiosnę powiększy rodzinę jej i jej męża, znanego adwokata z Jerez, Salvadora Rivero Pastora. Pepa i Salvador mają już ośmiu synów, czy to najmłodsze dziecko, które przyjdzie na świat wiosną, będzie kolejnym chłopcem? A jeśli nie? Pepa myśli nad tym i postanawia, że jeśli w końcu doczeka się córki da jej na imię María.

foto:todocoleccion.net
foto:todocoleccion.net

19 maja przyjdzie na świat dziewiąte dziecko Pepy i Salvadora, pierwsza i jedyna dziewczynka. Otrzyma ona na chrzcie imię Maria, jednak gdy podrośnie znana będzie pod swoim drugim imieniem, jako Teresa Rivero.

***

            … – O nie, to spojrzenie mi się nie podoba! Rób je tak żebym nie wyglądała staro – upomina fotografa Teresa.

            Od vendimii 1934 roku upłynęło siedemdziesiąt lat, Teresa jest teraz cesarzową w Vallecas. Wygląda jakby przybyła z zupełnie innych czasów. Arystokratyczna, pewna siebie, nieznosząca sprzeciwu, ale pogodna. Pozuje przed aparatem fotografa, który ma przygotować zdjęcia do reportażu o niej w magazynie „El Mundo”. Współczesna Evita Perón pół wieku później. Otoczona wianuszkiem wpatrzonych w nią wnuków i przyjaciół.

            – Pozujesz jak Claudia Schiffer! Jak prawdziwa gwiazda – komentują.

            Teresa jedynie uśmiecha się blado do obiektywu.

            To mnie nudzi – wypomina fotografowi; nie zmienia to faktu, że sesja zdjęciowa zajmuje ponad pół godziny.

            Teresa przybyła na spotkanie spóźniona o godzinę, nic dziwnego – zawsze się spóźnia. Tym razem utknęła w korku. Trudno spodziewać się od niej słowa przeprosin. Proponuje by zacząć zdjęcia najszybciej jak się da. Zawiesza przy wejściu kosztowne futro z norek, poprawia klasyczny tweedowy kostium i staje przed aparatem z rękami opartymi na biodrach. Doña Teresa. Prezydent Rayo Vallecano. Pierwsza kobieta pełniąca tę funkcję w historii Primera División.

 ***

            Plac świętego Marka, ścisłe centrum Jerez i samo serce Starego Miasta. Grupa dzieci, kilku chłopców i jedna dziewczynka – mniejsza, wyraźnie młodsza od nich – wybiega z domu i wśród śmiechów i krzyków udaje się w stronę areny, na której odbędzie się corrida. Jeden chłopców szepcze coś na ucho dziewczynce. Ona kiwa głową. Zrozumiała.

Wszyscy są już na arenie, włącznie z toreadorem, którego ciemna sylwetka wyraźnie odcina się od jasnej ziemi. Publiczność ogarnia pełna wyczekiwania cisza, którą nagle przerywa głośny okrzyk dziecka:

            – Gitanillo de Triana jest najlepszy! – krzyczy mała Teresa.

Jej bracia uśmiechają się do siebie. Ich siostra jeszcze wyrośnie na ludzi. Na razie Teresa nie zna się jeszcze na corridzie, ale ósemka jej starszych braci zadba, by odebrała w tej kwestii odpowiednie wykształcenie. „Teraz powinnaś klaskać”, „Kiedy wyjdzie tamten siedź cicho” – instruują ją nieustannie. Mała Teresa chciwie chłonie atmosferę walk byków; to w niej przyjdzie jej dorosnąć, a corrida stanie się jej pierwszą sportową pasją. Z biegiem lat naprawdę pokocha walki byków, jej ulubionymi torreadorami zostaną Antonio Ordóñez i Antonio Bienvenida.

Dzieciństwo Teresy jest tak andaluzyjskie, że wręcz karykaturalne. Jej matka, Pepa, jak przystało na damę – nie pracuje. Jest panią domu, która dba o wychowanie swoich dzieci, odpowiednie wychowanie, oczywiście. Teresa ma w przyszłości także zostać panią domu, dlatego mimo iż rodzina Rivero ma do dyspozycji liczną służbę dziewczynka musi się nauczyć słać łóżko, prasować czy nakrywać stół. To wszystko będzie jej potrzebne, gdy wyjdzie za mąż. Prócz walk byków pasją dorastającej Teresy stanie się gra na gitarze i flamenco. Wraz z upływem lat Teresa zaczyna myśleć o swojej przyszłości, wśród jej marzeń coraz częściej pojawia się to o podjęciu studiów medycznych. Nie uda jej się go spełnić – w przyszłości ma zostać żoną, taką wizję jej życia ma już zaplanowaną Pepa, więc edukacja, którą odbierze Teresa ma ją przygotować do tego by dobrze wyjść za mąż.

            Kariera lekarza nie jest jedynym marzeniem, z którego Teresę wyleczy dorosłość. Gdy w końcu wypełni tak skrupulatnie zaplanowane jej przez rodzinę przeznaczenie – weźmie ślub, będzie musiała porzucić także jedną ze swoich wielkich pasji – grę na gitarze. Gdy w wieku 23 lat po raz pierwszy zajdzie w ciążę odkryje, że rosnący brzuch uniemożliwia trzymanie tego instrumentu. A Teresa od tej chwili będzie w tym błogosławionym stanie niemal nieustannie, co roku rodząc kolejne dziecko. W sumie na świat przyjdzie trzynaścioro dzieci: sześciu chłopców i siedem dziewczynek. Dla dwóch najstarszych córek, Begoñi i Patricii, zatrudni nauczyciela gry na gitarze, żeby dziewczynki mogły spełniać jej własne marzenia.

Bez nazwy-2

***

             – José María, Iñigo, Bernardo, Fátima, Javier, Alvaro, María, Zoilo, Jaime, Begoña, Carlos, Leticia, Blanca, Ignacio, Joaquín, Marta, Patricia, Lucia, Alberto, Teresa, Alfonso, Pablo, Almudena, Rocio, Victoria, María, Luis, Teresa, Alejandra, Carlota, Patricia, Juan i Gonzalo – wymienia doña Teresa jednym tchem.

            To imiona jej trzydziestu trzech wnucząt; w wieku 75 lat Teresa będzie ich mieć już pięćdziesęcioro dwoje. Na żart dziennikarza, który pyta czy na rodzinny obiad dla ponad siedemdziesięciu osób trzeba rozstawiać stół na murawie stadionu Rayo odpowiada bez cienia uśmiechu i z pełną powagą:

            – Nie ma takiej potrzeby. W jadalni mam odpowiedni stół dla tak licznej rodziny.

            Podobno doña Teresa, matrona rodu, piłkarzy Rayo także traktuje jak swoją wielką rodzinę. Dziennikarz znów próbuje zażartować.

            – To pewne, że dla wszystkich zawodników robi pani szaliki na drutach, prawda?

            – Nie. Tego nie robię. Nie mam czasu.

            Mimo to skład Rayo Teresa umie wymienić tak samo szybko jak imiona swoich wnucząt:

            – Keller, Mingo, Ballesteros, De Quintana, Alcázar, Gláucio, Poscher, Iván Iglesias, Michel, Bolic, Bolo.

            Jest pamiętny sezon 2000/01, w którym Rayo Vallecano pod wodzą Juande Ramosa zagra w Pucharze UEFA; drużyna z Vallecas, której prezydentem od ponad sześciu lat jest doña Teresa odpadnie z rozgrywek na etapie ćwierćfinałów, wyeliminowana przez Deportivo Alavés, które zostanie wicemistrzem pucharu, w finale ulegając Liverpoolowi 4:5.

***

            Jest wieczór, dwudziestojednoletnia Teresa uczy się wraz z  przyjaciółką w jej pokoju. Rozlega się pukanie do drzwi, kobiety podnoszą spojrzenia znad książek. Ach tak, to znów on. Do pokoju wchodzi brat przyjaciółki Teresy, José María. Ostatnio bardzo często do nich zagląda, pyta co u nich, wymienia kilka pustych zdań. Rozmowa jakoś się nie klei. Teresa dobrze zdaje sobie sprawę, że mu się podoba, jednak bez wzajemności. José María nie jest człowiekiem w typie praktycznej i twardo stąpającej po ziemi Teresy. Jego komplementy w żaden sposób do niej nie trafiają, wszystko, co słyszy od José Maríi to dla niej tylko drobne, nic nieznaczące głupoty, a jednak… Jednak coś w jej podejściu do José powoli zaczyna się zmieniać. José María Ruiz-Mateos y Jiménez de Tejada, hrabia Olivary, jest cztery lata starszy od niej. Elegancki, uprzejmy, szarmancki, pełen poczucia humoru… Jednak nie to ostatecznie ujęło Teresę. Po wielu latach będzie temu zaprzeczać, twierdząc, że to wcale nie wiara w końcu ich połączyła. Mimo to przyznaje, że to właśnie religijność wyróżniała José spośród innych, znanych jej mężczyzn.

Teresa wyrosła w rodzinie bardzo religijnej – w domu Rivero codziennie modlono się na różańcu, każdy posiłek należało pobłogosławić. Teresa, gdy tylko dorosła, dołączyła do Opus Dei, katolickiej prałatury powstałej na kilka lat przed jej urodzeniem w stolicy Hiszpanii.

1298012645783

            Dwa lata później Teresa Rivero i José María Ruiz-Mateos wezmą ślub. Od tej chwili rozpocznie się historia klanu Ruiz-Mateos, który po wielu latach stanie się jedną z najbardziej bogatych i wpływowych rodzin w Hiszpanii, jednocześnie jednak najbardziej kontrowersyjnych, skonfliktowanych, a w wielu przypadkach nawet znienawidzonych.

***

            Niedzielny poranek. Teresa stoi przed lustrem malując wargi na jasny, nienaturalny odcień różu. Układa włosy, jak zawsze wysoko utapirowane. Raz jeszcze zerka w kierunku lustra by sprawdzić czy wygląda nienagannie, zakłada na ramiona płaszcz i wychodzi. Za chwilę będzie już na trybunach Estadio de Vallecas.

            Odkąd objęła stanowisko prezydenta Rayo w każdy weekend powtarza ten sam rytuał. Z początku, gdy decyzją męża została wrzucona w zupełnie nie pasujący do niej świat futbolu nie widziała szans na to, że się w nim odnajdzie. Piłka ją nudziła. Konieczność wzięcia na siebie funkcji prezydent klubu była dla niej niczym kara. Jednak powoli, krok po kroku, tak jak kiedyś jej obecny mąż, futbol zaczął ją zdobywać, aż do chwili gdy Teresa, dystyngowana dama z innej epoki, siadając na trybunach głośno protestuje przeciwko decyzjom arbitra.

           – Czy weszłaby pani do szatni swoich zawodników bez pytania? – pyta dziennikarz.

           Oczywiście, że nie – odpowiada oburzona Teresa; nic dziwnego, w końcu to wbrew zasadom. – To wydaje mi się brakiem szacunku. Nie sądzę żeby męska szatnia była właściwym miejscem dla kobiety.

            A jednak. Mimo iż Rayo znajduje się na miejscu premiowanym awansem do Primera División, drużyna z Vallecas od trzech kolejek nie sięgnęła po zwycięstwo. Jest 45. minuta spotkania i Huesca pokonuje Franjirrojos już 2:0. Teresa nie wytrzymuje, w przerwie wpada do szatni i krzyczy na zawodników. Rayo przegra ostatecznie 4:1.

            – Grali fatalnie – podsumuje ten mecz Teresa. – Nic z siebie nie dawali. Wygląda na to, że piłkarzom wcale nie zależy na tym, by wygrywać.

***

            Rok 1967. Rodzina Ruiz-Mateos przenosi się do stolicy kraju. W tej chwili jest to już liczna familia, odkąd dwudziestotrzyletnia Teresa wyszła za mąż, niemal permanentnie jest w ciąży. Do tego stopnia, że w jej szafie znajdują się jedynie ubrania ciążowe. Sama przyznaje, że czas, gdy nie spodziewała się dziecka zawsze trwał bardzo krótko. Niektórzy z jej znajomych i przyjaciół, którzy poznali ją już po ślubie nie mieli nawet pojęcia jak Teresa wygląda będąc w „normalnym” stanie, ponieważ nawet po urodzeniu dziecka jeszcze przez dłuższy czas powracała do pierwotnej wagi. A za chwilę w drodze było kolejne dziecko. Wiele osób widząc ją, zaokrągloną, w luźnym ciążowym ubraniu, pytało:

            – Kolejny raz się spodziewasz, prawda?

            Ależ skąd! – protestowała. – Przecież urodziłam dziecko ledwie trzy miesiące temu!

            W 1961 roku, jeszcze przed przeprowadzką do Madrytu, José María Ruiz-Mateos zostaje założycielem i głównym akcjonariuszem grupy Rumasa, zrzeszającej rozmaite przedsiębiorstwa. Rumasa działa głównie na rynku bankowości, hotelarstwa i produkcji wina. Jej symbolem jest pszczoła, która ma oznaczać pracowitość i oddanie.

…Po wielu latach ta właśnie pszczoła zostanie oficjalną maskotką Rayo Vallecano, wbrew niezadowoleniu i oburzeniu kibiców Piratów. I bynajmniej nie chodziło o to, że maskotka jest wyjątkowo szpetna i ogromnymi oczami o maleńkich źrenicach obłąkańczo patrzy na ludzi zebranych na trybunach, choć tak jest w rzeczywistości. Oburzenie wzbudził fakt, że rodzina Ruiz-Mateos maskotką klubu uczyniła symbol Rumasy, nie mający nic wspólnego z Vallecas ani Rayo. We wschodnim Madrycie zaczyna krążyć dowcip, że Vallecas zostało głównym producentem miodu w Hiszpanii…

            W roku 1983 rząd dokonuje wywłaszczenia Rumasy, która zostaje podzielona na 700 spółek. Według słów Teresy, gdy tylko José María dowiaduje się o tej decyzji zaczyna odmawiać Nowennę do Najświętszej Marii Panny. W telewizji jednak zobaczymy zupełnie inny obraz. José María szarpie się pośród ogólnej szamotaniny i krzyczy w kierunku ówczesnego ministra gospodarki mityczną frazę: „Boyer, zaraz ci przywalę, do cholery! Zaraz ci przywalę!”. Scena ma miejsce w budynku sądu, świadkom zdarzenia nie udaje się utrzymać José Maríi, który spełnia swoją groźbę i zaczyna okładać Boyera pięściami po głowie. Konsekwencją tego wybuchu będzie rok spędzony w więzieniu. Po latach, przebrany w karykaturalny strój Supermana będzie przed kamerami parodiować sam siebie wznosząc pięść i krzycząc te same słowa, które wtedy wykrzyczał do Boyera. Teresa ma do tej historii mniej dystansu, przyznaje, że do dziś czuje nienawiść w stosunku do tych, który mieli swój udział w decyzji o wywłaszczeniu.

            – Mam ochotę im dokopać. Oczywiście, później muszę powiedzieć: „Boże mój, wybacz mi, bo źle uczyniłam. Czuję nienawiść i to nie jest dobre”.

Jose-Maria-Ruiz-Mateos-vestido-Superman-durante-juicio-caso-Ibercorp-22-1992

            Rumasa powraca na rynek jak bumerang, tym razem jako holding pod nazwą Nowa Rumasa i jest to największy holding jaki kiedykolwiek widział hiszpański rynek. Imperium José Maríi rośnie w siłę. W 1991 Ruiz-Matoes i jego Nowa Rumasa zostają właścicielami klubu piłkarskiego Rayo Vallecano, który pozostanie w ich posiadaniu przez kolejną dekadę. Trzy lata później José María przekaże funkcję prezydenta klubu swojej żonie.

            María Teresa Rivero Sánchez-Romate. Matka, babcia, potem prababcia. Pani domu. Żona, zawsze wiernie stojąca u boku swojego męża, zawsze w jego cieniu. W wieku 59. lat jej świat staje na głowie.

***

            Teresa poprawia sztywno ułożone włosy.

             – Czy to problem, że jestem jedyną kobietą w Hiszpanii, która pełni tę funkcję? Wręcz przeciwnie. Wszyscy są dla mnie bardzo mili. Pamiętam, że na jednym z zebrań, w których uczestniczyli właściciele klubów ktoś powiedział: „Jest z nami prezydent Rayo, dlatego musimy rozmawiać grzeczniej niż zwykle”. To oczywiste, że w świecie futbolu jest sporo machismo, ale nie uważam, by było to potrzebne. Tak samo jak niepotrzebny jest feminizm.

            Gdy słyszy pytanie o nazwę stadionu uśmiecha się ciepło.

            – Wszyscy sądzą, że to niecodzienne. Po pierwsze dlatego, że jestem kobietą i uważa się, że na pierwszym miejscu powinnam być żoną, matką dla wszystkich moich dzieci i że nie rozumiem futbolu. Ale tu, w klubie, naprawdę się mnie uwielbia. A ja naprawdę ich kocham. Nazwa stadionu to wyraz uznania dla mojego męża – dodaje po chwili. – Dla całej jego pracy na rzecz klubu w chwili, gdy ten był bliski upadku.

***

            „Czy chcesz żeby stadion klubu nosił imię Teresy Rivero?”, pod spodem tylko dwie kratki z odpowiedziami, które można było zakreślić – „tak” i „nie”. Tylko tyle, jedno pytanie, zobaczyli na kartach do głosowania socios Rayo Vallecano w 2004 roku. Pomysł uczczenia imperium Ruiza-Mateosa poprzez nadanie stadionowi imienia jego żony został przegłosowany. Od tej chwili aż do 2011 roku piłkarze Franjirrojos grali na murawie Estadio Teresa Rivero.

            Pod rządami klanu Ruiz-Mateos Rayo spędziło w najwyższej klasie rozgrywkowej osiem z piętnastu sezonów, dotarło to ćwierćfinału Pucharu UEFA zaś kobieca drużyna z Vallecas sięgnęła po mistrzostwo Hiszpanii oraz Puchar Królowej. To jednak tylko jedna z dwóch stron medalu jakim była prezydentura Teresy Rivero, a druga strona nie jest już tak błyszcząca. Kryzys finansowy, który przeżyła Nowa Rumasa uderzył w klub. Rozpoczęła się fala zwolnień. Pracownicy klubu, od piłkarzy począwszy, na ekipie sprzątającej skończywszy, nie otrzymywali wynagrodzeń. Jednocześnie rodzina Ruiz-Mateos, ze swoja cesarzową na czele, zawsze będącą odbiciem woli jej męża, uśmiechała się do kamer mówiąc o tym jak bardzo kochana jest w Vallecas.

foto: fotocommunity.es

            Kibice Franjirrojos utworzyli organizację pod nazwą Fila 0, która miała działać na rzecz pracowników klubu, piłkarzy i wychowanków. Fundusze zbierano sprzedając koszulki z napisem „Drużyna i kibice – zjednoczeni uczuciem”. Wraz z upływem czasu niezadowolenie z rządów Teresy Rivero rosło. Gdy wypowiedziała słowa o braku zaangażowania piłkarzy, którzy grali nie dostając wynagrodzenia, ktoś zamalował jej imię w nazwie stadionu czarną farbą. Na obiekcie przy ulicy Payaso Fofó, który według kibiców Rayo, zwłaszcza tych najbardziej fanatycznych – Bukaneros, w żadnym razie nie był stadionem Teresy Rivero, umieszczono wielką sektorówkę z symbolem Rumasy, pszczołą, która widniała także na koszulkach piłkarzy, rozrywaną przez czerwoną błyskawicę i napisem: „Rayo tak. Rumasa nie”. A to był dopiero początek… W 15. minucie meczu z Alcorcónem, po pamiętnym meczu z Huescą i słowach, prezydent, które tak głęboko dotknęły kibiców przygotowano demonstrację. Prócz okrzyków „Rayo tak. Rumasa nie.” można było także usłyszeć „Teresa vete ya!” – „Kończ już, Teresa!”. Kiedy Teresa pojawiła się na trybunach stadionu, gdzie z jej imienia nie zmyto jeszcze czarnej farby, rozległy się gwizdy i krzyki. Wystarczył rzut oka na trybuny, by na licznych transparentach mogła przeczytać skierowane do niej przesłania: „Jedyną rodziną w Vallecas są rayistas”, „Tereso, niech ci Bóg wybaczy, bo kibice nie uczynią tego nigdy!”… 12 marca demonstracja kibiców przeszła z dzielnicy Puente de Vallecas aż do stadionu Rayo pod sztandarem z hasłem „87 lat historii zasługuje na więcej szacunku”. Przed meczem z Granadą kibice, chwytając się za ręce utworzyli łańcuch, który otoczył cały stadion. Członkowie Bukaneros przynieśli ze sobą przerobione plakaty Ojca Chrzestnego, na których zamiast Marlona Brando można było zobaczyć twarzy Ruiza-Mateosa. Pod czarno-białym portretem widniał napis „La familia”, „Rodzina”. Przekaz był jasny – klan Ruiza-Mateosa jest dla kibiców mafią zżerającą klub. Powiedzieć, że imperium, którego cesarzową mianowano Teresę, chyliło się ku upadkowi – to zbyt mało.

 

foto: abc.es

            W 2011 roku klub przeszedł w ręce Raúla Martína Presy, który spłacił 40 milionów euro zadłużenia ciążącego na Rayo i przejął je z rąk Nowej Rumasy. Taki był koniec rodziny Ruiz-Mateos i Teresy Rivero w klubie Franjirrojos, jednak to nie koniec historii. Dwa lata później Teresa oraz dwóch jej synów, Zoilo i Francisco Javier, zostało oskarżonych o przestępstwa podatkowe i niegospodarność podczas zarządzania Rayo. Prokurator zażądał dla nich kary pozbawiania wolności za defraudację sumy, która miała przekroczyć 13 milionów euro, a w sumie oskarżono ich o sześć różnych przestępstw. Ostatecznie Teresa i jej synowie zostali uniewinnieni z powodu nie przyjęcia przez sąd opinii biegłego, któremu podczas zeznań wyrwały się słowa: „W tej sprawie nie sądzimy naszego kochanego Rayo, tylko tych, którzy nim zarządzali”. Te wyrazy miłości względem klubu wyrażone przez Antonio Domíngueza przesądziły o oczyszczeniu Teresy z zarzutów.

***

            – Gdyby lekarz zakazał pani się denerwować czy porzuciłaby pani futbol?

            – W takim wypadku lepiej byłoby to zrobić, ale teraz, w tym momencie, jestem gotowa umrzeć walcząc.

            – A co jest dla pani najważniejsze?

            – Jestem bardzo wierząca, zawsze chciałam wpajać wiarę moim dzieciom żeby były honorowe, pracowite i żyły w Bogu.

            Teresa dopija herbatę, którą ją poczęstowano. Wyciera usta serwetką ścierając nieco plastikowo-różowej szminki. Podchodzi do drzwi. Zanim wyjdzie czeka aż ktoś poda jej płaszcz z norek. Za drzwiami już czekają na nią jej wnuki.

 

Tekst: Magdalena Żywicka

Bez nazwy-1

Tekst pochodzi ze strony ¡Olé! Magazynu

Redakcja
O Redakcja 352 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl