Wywiad: Piotr Reiss

Legenda poznańskiego „Kolejorza”, postać, którą kojarzy większość kibiców piłki nożnej w Polsce. W wywiadzie przeprowadzonym przez Pawła Klamę i Bartłomieja Matulewicza dla Retro Futbol, mówi między innymi o początkach swojej kariery, rozwoju w Lechu Poznań, aferze korupcyjnej oraz o obecnym zespole Jana Urbana.

Wywiady( kliknij i sprawdź): Sonia Śledź    Andrzej Twarowski    Adam Kotleszka    Tadeusz Pawłowski   

 

Jak wyglądały początki Piotra Reissa z piłką nożna i w zasadzie, dlaczego właśnie piłka?

To decyzja mojego taty, nie ukrywam, że mi samemu jest ciężko sobie przypomnieć moje początki. Odkąd pamiętam, to właśnie tata chciał, żebym został piłkarzem. To on prowadził ze mną pierwsze treningi. Wydaje mi się, że miałem spełniać jego marzenia, które mu się nie spełniły. On też chciał zostać piłkarzem, jednak to mu się nie udało.

Z piłką od najmłodszych lat?

Dokładnie. Jak tylko zacząłem dobrze chodzić, to on rzucał mi piłkę na głowę, na nogi. To pewnie wpoiło we mnie miłość do futbolu. Później, kiedy już miałem pewną świadomość, to chciałem tym piłkarzem zostać. Cieszę się, że udało mi się te marzenia z lat dziecięcych spełnić. Gdyby ktoś mi przepowiedział, gdy miałem sześć czy siedem lat, że zagram w Lechu Poznań to pewnie byłbym prze szczęśliwy. Nie trzeba ukrywać, że jest to klub, któremu kibicowałem od małego, mieszkałem niedaleko stadionu, chodziłem na wszystkie mecze, na które miałem możliwość się udać. Piotr Reiss

Można więc stwierdzić, że nie tyle ile twoje marzenia, ale te taty zostały spełnione całkowicie.

Tak. Rodzice pewnie mogą być ze mnie dumni i to nie tylko dlatego, że zostałem piłkarzem. Zawsze każdy skromny powie, że to tylko przygoda z piłką, ale jednak nie każdy strzela ponad sto bramek w ekstraklasie. Jest chyba niewielu piłkarzy w całej historii polskiej piłki, którzy mogą pochwalić się takim dorobkiem bramkowym. Rodzice mogą być ze mnie dumni, ale nie tylko ze względu, że zostałem piłkarzem, a z tego, na jakiego człowieka mnie wychowali, za co im bardzo dziękuję.  Piotr Reiss

Życie wokół piłki kręciło się od najmłodszych lat, pierwsze wspomnienia z dzieciństwa również dotyczą piłki?

Na pewno, piłka była tematem numer jeden. Na podwórku, na którym mieszkałem miałem kilku kolegów, z którymi najczęściej właśnie kopaliśmy futbolówkę. Nie mieliśmy do dyspozycji takich boisk, jakie są dzisiaj, przykładowo o takim orliku można było tylko pomarzyć. Natomiast jeśli tylko znaleźliśmy wolny skrawek ziemi, to nie robiliśmy nic innego poza graniem. Pamiętam, że staraliśmy się żonglować piłką jak najczęściej, bo do tego niekoniecznie potrzebne było boisko, a sprawiało nam to radość. Być może dzięki temu nabrałem tak dobrej techniki użytkowej. Całe dzieciństwo jak sobie tylko przypominam, kręciło się wokół piłki, piłki i jeszcze raz piłki.  Piotr Reiss

Padło stwierdzenie o kibicowaniu od najmłodszych lat. Jakie są twoje pierwsze wspomnienia związane z Lechem, ale od strony kibica?

Pamiętam, że życie toczyło się od soboty do soboty. Nie mogłem doczekać się tego dnia, kiedy pójdę na mecz. Kiedy tylko budziłem się w sobotę rano, nie myślałem o niczym innym, jak tylko o tym, że niedługo Lech będzie rozgrywać swoje spotkanie na Bułgarskiej. Tam swoje mecze rozgrywali, odkąd skończyłem osiem lat, wcześniej z tatą chodziłem na Dębiec. Żyło się zupełnie inaczej, można śmiało stwierdzić, że przeszedłem każdy etap kibicowania. Od momentu, kiedy chodziłem na spotkania właśnie z tatą, później samemu, przenosiny do „Kotła”. Później kibicowałem jako junior klubu, a finalnie właśnie jako piłkarz Lecha. Oczywiście nie można zapominać o tym, że wyruszało się za „Kolejorzem” na wyjazdy.

Twoim zdaniem łatwiej jest przejść drogę od kibica do piłkarza teraz, czy wtedy? Wydaje się, że to dosyć „uniwersalne” pytanie, ale nie jest to takie jednoznaczne.  Piotr Reiss

Trudno powiedzieć. Kiedyś rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Spotkań nie pokazywano w telewizji, nie było portali społecznościowych. Nawet mi, jako piłkarzowi Lecha, grającemu najpierw w trampkarzach, później w juniorach mimo wszystko było łatwiej pojawić się we wcześniej wspomnianym „Kotle” i śpiewać, dopingować zespół Lecha niż teraz. Choćby z racji tych wszystkich portali społecznościowych mało kto jest incognito i to kibicowanie z mojej strony było łatwiejsze, bo zapewniało anonimowość. Pewnie nawet mój trener nie wiedział, że w taki sposób dopinguje zespół, ani kibice wokół mnie nie wiedzieli, że jestem piłkarzem. Myślę, że fajnie by było, jakby każdy piłkarz obecnie przeszedł taką drogę jak ja. Na pewno bardziej by go to wiązało z klubem, emocjonalnie wiązałoby go z drużyną i tak dalej. Dzisiaj piłka to tylko zawodowstwo, każdy patrzy na piłkę przez pryzmat kontraktu. Oczywiście czasami zdarza się wyjątek.

Piłka stała się zawodem, podstawowym źródłem utrzymania.

Tak to dziś wygląda, aczkolwiek ja nie ukrywam, że od momentu jak zagrałem pierwszy raz w barwach Lecha w tej seniorskiej drużynie, piłka stała się moim zawodem. Natomiast otrzymywałem też propozycje z innych klubów dużo lepsze finansowo, z których do pewnego momentu nie korzystałem. Przyszedł taki moment, gdy moja wartość rynkowa osiągnęła „dobrą cenę”. W tamtym momencie jedynym rozwiązaniem dla klubu, które pozwalało dalej w jakiś sposób egzystować, była sprzedaż. W tym konkretnym przypadku na dobrą sprawę to nie do końca była tylko moja decyzja, byli też włodarze klubu, którzy nie widzieli innego rozwiązania poza sprzedaniem mnie.

Jak wyglądały początki z profesjonalną piłkę od strony młodego adepta, który stawiał pierwsze kroki w tym „wielkim” świecie?

Przede wszystkim trudno mi mówić co przeżywają obecnie piłkarze. Ja mogę mówić wyłącznie ze swojej strony. Myślę, że dobrze by było porozmawiać o tym z Dawidem Kownackim, który jest dość podobnym, jeśli mogę to tak nazwać, przypadkiem jak ja. Przeszedł wszystkie szczeble elementarzu piłki nożnej w Lechu. Z mojej strony dojście tak wysoko było spełnieniem marzeń. Moje pierwsze spotkanie miało miejsce w Łodzi z ŁKS-em. Pamiętam ten mecz jak dzisiaj. Podczas drogi autokarem nie spodziewałem się, że w tym spotkaniu wyjdę w pierwszym składzie. Okazało się, że trener na mnie postawił. Odwdzięczyłem mu się najlepiej, jak tylko mogłem, czyli dobrą grą i strzeleniem bramki. Wygraliśmy tamto spotkanie 2:0. Jest to jedno z moich najlepszych wspomnień, mój debiut, spełnienie marzeń z lat dzieciństwa. Jak o teraz jest odbierane? Trudno mi powiedzieć, mam nadzieję, że porozmawiacie z Dawidem Kownackim. Wtedy można pokusić się o stworzenie porównania, jak to było kiedyś w osobie Piotra Reissa, a jak jest dziś w jego przypadku.

Pamiętasz swój pierwszy profesjonalny kontrakt, poważne pieniądze i czy potrafisz sobie przypomnieć, co kupiłeś za pierwszą wypłatę?

Nie potrafię sobie przypomnieć, na co wydałem pierwsze zarobione w Lechu pieniądze, natomiast tak jak wspomnieliśmy, były to zupełnie inne czasy. Dzisiaj kontrakt na przykład Kownackiego negocjuje menadżer, niektórzy mają ich kilku, a wtedy swoją umowę negocjowałem ja sam, nie było nikogo innego, kto by się tym zajmował. Trudno było, będąc młodym chłopakiem, wynegocjować sobie bardzo dobre warunki finansowe. Natomiast znałem swoją rolę, wartość i wiedziałem, na co mnie stać. Dziś to wygląda trochę inaczej. Piłkarz bez kontraktu nie może grać w żadnym klubie, natomiast na pierwszy mecz w Łodzi pojechałem bez żadnej umowy. Wtedy i zapewne dziś nikt by się nie spodziewał, że tak dobrze wypadnę.

Po meczu w Łodzi było łatwiej?

Z całą pewnością zupełnie inaczej negocjowało mi się po tym spotkaniu, aniżeli przed nim. Początkowo, czyli przed meczem nie mogłem dojść do porozumienia z włodarzami klubu i nie chodziło tu o wysokość kontraktu, a o to, jak się szanuje młodego wychowanka klubu, który dorastał w nim przed dziesięć lat. Nie chciałem być kimś, komu daje się po prostu ochłapy, tylko dlatego, że dostał szansę ze strony klubu, gdzie się szkolił, a nie jest piłkarzem już z jakąś tam wyrobioną marką. Po powrocie z Łodzi moje szanse w negocjacjach znacznie podskoczyły i wtedy uszanowano mnie jako piłkarza, może nie na takim poziomie jak większość ówczesnych piłkarzy, ale na podobnej stopie.

 

To nie koniec tekstu. Wybierz poniżej kolejną stronę, aby czytać dalej

Strona: 1 2

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl