Wielki szacunek dla Marcelo, czyli Wisła Kraków to nasza historia

Kiedyś na naszych łamach opublikowaliśmy tekst pt „Wódka pomaga zrozumieć”. Części z Was się podobał, część nie szczędziła krytyki, a ostatni chyba nie do końca zrozumieli wniosek, jaki nosił za sobą tamten artykuł. Mniej więcej wniosek był taki: obcokrajowcy, którzy opuścili Ekstraklasę, mają ją w głębokim poważaniu. A los klubów, których barwy kiedyś reprezentowali, wisi im krzywym kalafiorem. I nie zaprzeczajcie, że tak jest. Nie mamy zamiaru też zaklinać rzeczywistości, bo mamy ligę nie reprezentowaną w Lidze Mistrzów już dwie dekady. Są jednak wyjątki, a tą miłą odmianą od smutnej rzeczywistości jest postać Marcelo Guedesa.

Mamy wręcz obowiązek pochwalić byłego defensora Wisły Kraków za to, że na wieść o tym, że w klubie nie dzieje się najlepiej, zdecydował się na przyjazd do Polski na zwykły mecz charytatywny. Zrobił to w przerwie reprezentacyjnej, choć w Hannoverze 96 pewnie nie poklepali za to po plecach. Marcelo w Wiśle pamiętają chyba tutaj wszyscy, jednak prewencyjnie przypomnijmy.

Marcelo w 2008 roku nie przedłużył kontraktu ze swoim dotychczasowym klubem – FC Santos –  i przeniósł się do Wisły Kraków. Wtedy miał 21 lat, a w Brazylii nie był postacią anonimową – wystarczy wspomnieć o 45 meczach dla Santosu i 4 występach w reprezentacji Brazylii U-20. W lecie ,przed siedmioma laty, ludzie zainteresowani polską ligą zachodzili w głowę – co gotowy obrońca do dobrego europejskiego futbolu może szukać w Polsce, wszak Wisła Kraków – mimo, że mistrz kraju – już nie taka, jak kilka lat temu. Może ktoś chłopaka nie uświadomił, gdzie chce grać? Albo ma jakieś kłopoty – alkohol, kontuzje? Wisła Kraków zakontraktowała wtedy piłkarza, który już w momencie transferu bezgotówkowego był wart około 3 milionów euro.

Dzisiaj Marcelo jest nazywany jednym z najlepszych obcokrajowców w historii Ekstraklasy, W pewnym momencie zaczął radzić sobie w naszej lidze na tyle dobrze, że niczym profesor – po prostu się nudził. Jedyne pojedynki na poważnie, w których mógł się sprawdzić, to te z Robertem Lewandowskim, kiedy już zaczął zachwycać w Lechu Poznań

„Wisła Kraków to nasza historia” – zmyślny pod względem PR event, mający na celu przypomnieć, czym była dawna Wisła Kraków. Jak kiedyś mogliśmy poszczycić się w polskiej lidze jedynym klubem piłkarskim na europejskim poziomie. Zaczęto dzwonić do byłych wiślaków, aby zaprosić ich do drużyny „Legendy Wisły Kraków” i wiemy, że cześć z nich albo nie odbierała, albo odkładała słuchawkę, albo wykręcała się sianem. Zgodził się Marcelo. Dzisiaj piłkarz Hannoveru 96, którego przez pewien czas hiszpańska prasa łączyła z transferem do FC Barcelony. Miał prawo powiedzieć – ej, chłopaki zagrałem u was w drużynie, dałem z siebie wszystko, a za mój transfer zgarnęliście konkretne siano. Dzisiejszy kryzys to nie mój problem.

Wielkich ludzi poznaje się po tym, że nie myślą szablonowo.

Marcelo uznał, że ten przysłowiowy kibic Wisły, który chodzi na Reymonta od dziesiątek lat, chodzi tam dalej. A jeśli się pojawia, Wisła Kraków to wciąż ta sama drużyna, niezależnie od biurowych przepychanek i zmian w strukturach klubu. Tym większy szacunek dla Brazylijczyka, że ma wiele mniej wspólnego z Wisłą niż rzesza obcokrajowców, która reprezentowała Białą Gwiazdę jeszcze kilka lat wcześniej. Marcelo z Wisłą zdobył jedno mistrzostwo kraju. Trudno w to uwierzyć z perspektywy czasu, ale Marcelo rozegrał w europejskich pucharach z Wisłą tylko trzykrotnie – w tym dwa razy po 90 minut z Levadią Tallin. Doliczmy do tego 8 minut z Tottenhamem w Krakowie i to wszystko.

Co z innymi, którzy w Wiśle Kraków eliminowali Schalke, Parmę czy Saragossę?

Nie ma ich. Albo być nie chcieli. Marcelo zagrał w Wiśle Kraków 49 meczów. Dużo mniej niż potem w PSV Eindhoven i Hannoverze 96.

Dziwne uczucie, że ludzie zapominają o tobie wprost proporcjonalnie do pogarszającego stanu finansów. Marcelo Guedes jest inny, a co ważniejsze, postąpił inaczej i pojawił się w Krakowie w sobotnie popołudnie. Za to należy mu się ogromny szacunek.

KAMIL ROGÓLSKI

 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl