Bert Trautmann – nazista, którego pokochała Anglia

Nazista, który stał się ulubieńcem jednego z kraju aliantów. Brzmi jak science-fiction? Nic bardziej mylnego. Oto Bert Trautmann – człowiek, który w czasach wojny walczył po stronie Hitlera, a po roku 1945 przeprowadził się do Anglii, gdzie zjednał sobie swoją grą tamtejszych kibiców, sięgając z Manchesterem City po FA Cup.

Zacznijmy najpierw od tego, kim był wcześniej wspomniany bohater. Nazywał się Bernhard Carl Trautmann i urodził w 1923 roku w Bremie. Jego dzieciństwo nie różniło się zbytnio od tego okresu u innych. Nie był zbyt bogaty, ojciec pracował w fabryce nawozów, a matka zajmowała się domem. Posiadał też młodszego brata, któremu na imię było Karl-Heinz. Obu łączyły bliskie stosunki. Jak pewnie się domyślacie, Bert interesował się sportem. Swój wolny czas poświęcał na grę w piłkę ręczną czy piłkę nożną. Za dziecka występował w Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej i klubie piłkarskim Blau und Weisse. Czasy jego młodości przypadają na przejęcie władzy przez Hitlera, więc wiadomo, że był związany z ideologią nazizmu. Tak więc nie mając wiele do powiedzenia, Trautmann został zapisany do Deutsches Jungvolk. Była to obowiązkowa organizacja zrzeszająca chłopców od 10. do 14. roku życia. Tego typu organizacje nazistowskie nie zapewniały swoim członkom środków do życia. Bert Trautmann w poszukiwaniu pieniędzy na początku wojny pracował, jak wielu młodych mężczyzn, jako mechanik samochodowy. Dwa lata po rozpoczęciu II wojny światowej, dołączył do Luftwaffe, gdzie pełni funkcję operatora radiowego i spadochroniarza.

Zgłosiłem się do armii, kiedy miałem 17 lat. Ludzie pytają: dlaczego? Kiedy jesteś młodym chłopcem, postrzegasz wojnę jako przygodę. Kiedy jesteś zaangażowany w walkę, może stać się wiele rzeczy, wszędzie dostrzegasz straszne obrazy, które mają miejsce jak: śmierć, ciała. Nie kontrolujesz siebie. Twoje ciało się trzęsie, a ty zaczynasz mieć bałagan w spodniach – wspomina w wywiadzie dla „The Guardian”.

Walczył na terenach okupowanej Polski, a także na wschodnim froncie na Ukrainie. Z uwagi na sporo wolnego czasu, Bert Trautmann powrócił do uprawiania sportu. Słynął też z nieprzeciętnego poczucia humoru, które zaprowadziło go do więzienia. Jak to się stało? Pewnego razu Bert stracił panowanie nad swoim psikusem i w rezultacie – ręce strażnika zajęły się ogniem. Nie uszło mu to zachowanie płazem i usłyszał wyrok: trzy miesiące więzienia. Miał szczęście. Nie dość, że kara nie była zbyt długa, to jeszcze w tym czasie doznał zapalenia wyrostka robaczkowego, przez co resztę kary odbywał w szpitalu. Zatem niewiele „skosztował” więziennego życia. Ten incydent nie miał żadnego wpływu na całokształt oceny zasług Berta w armii nazistów. Został odznaczony Krzyżem Żelaznym I Klasy.

Adolf Hitler
Hitler i młodzi chłopcy z Deutsches Jungvolk.

Szala zwycięstwa II wojny światowej zaczęła stopniowo przechylać się na aliancką stronę, a niemieccy żołnierze ginęli lub trafiali do niewoli. Naszego bohatera spotkał podobny los. Podczas pobytu w mieście Kleve, cudem przeżył bombardowania aliantów, w których zginęło wielu jego kompanów. Wtedy właśnie zdecydował się na wyjazd do Bremy. Była to jednak pechowa decyzja, ponieważ został tam złapany przez żołnierzy US Army, którzy chcieli go rozstrzelać. Na szczęście udało mu się zbiec. W końcu trafił jednak do obozu w Ostendzie, skąd został przeniesiony do obozu jenieckiego w Ashton-in-Makerfield – małej miejscowości w hrabstwie Lancashire pomiędzy St Helens a Wigan – gdzie znajdował się do roku 1948. Chętnie brał udział w rozgrywkach sportowych, organizowanych przez więźniów i żołnierzy. Był znany przede wszystkim ze swojej nienagannej kondycji fizycznej i niesamowitej woli walki.

Wojna, wojna, a po wojnie?

Rok 1948 był kluczowy w życiu młodego Niemca. Jego kraj przegrał wcześniej II wojnę światową, przez co był w fatalnym stanie gospodarczym. Niemcy dzielono na strefy okupacyjne, przez co wielu mieszkańców decydowało się na emigrację. Z Bertem było podobnie, Odrzucił możliwość repatriacji i osiedlił się na stałe w Anglii. Początki nowego życia były dla niego trudne. Najpierw zarabiał na życie jako rolnik, a potem jako robotnik. Każdą wolną chwilę poświęcał na treningi w lokalnym St Helens Town. Tam zauważono nieprzeciętne zdolności młodego bramkarza, który swoją grą przyciągnął uwagę kilku klubów z Anglii.

W październiku 1949 roku swoje zainteresowanie golkiperem wyraził Manchester City i właśnie tam wkrótce trafił. Jego przybycie do drużyny nie uszło uwadze miejscowych fanów i zdecydowanie nie wywołało pozytywnych reakcji. Kibice Obywateli nie mogli zrozumieć, jak ich ukochany klub mógł pozyskać zawodnika, który był nazistą i walczył przeciwko nim. W ramach protestu chcieli oddać swoje bilety, bojkotowali też z tego tytułu spotkania. W końcu były żołnierz armii Hitlera miał zastąpić w bramce ich legendę – Franka Swifta. Nie minęło zbyt wiele lat po wojnie, rany były świeże nie tylko w sercu, a efekty walk były wciąż widoczne w miastach i wsiach. Forma i niesamowita gra Trautmanna spowodowała, że stopniowo zaczęli zapominać o mrocznej historii ich bramkarza i zaczęli doceniać jego umiejętności.

Wizyta w Londynie

Mecz w Londynie pozwolił zjednać sympatię tłumów. Manchester City, który znajdował się głęboko w strefie spadkowej, podejmował na wyjeździe Fulham. Faworyzowanie lokalnej ekipy było całkiem normalne, uwagę zwracał jednak fakt, iż Bert ponownie musiał wysługiwać obelg typu „Szwab” czy „morderca”. Była to jego pierwsza wizyta w stolicy Anglii, zatem trudno się dziwić reakcji miejscowych. Swoją grą uciszył wszystkich, nawet kibiców rywali. Golkiper uratował honor Obywateli, wpuszczając zaledwie jedną bramkę. Ten występ był tak niesamowity, że zachwycił nie tylko kolegów z drużyny, ale też drużynę przeciwną, będącą pod wrażeniem jego gry. Otrzymał oklaski i owacje na stojąco od widowni. Od tego momentu już cała angielska społeczność zmieniła zdanie o Trautmannie. Nie był to już niemiecki nazista, ale heroiczny bramkarz Manchesteru City. Jego wyczyny między słupkami nie pomogły drużynie, która po sezonie spadła z ligi. Jeden bohater to zdecydowanie za mało, aby utrzymać drużynę na powierzchni. Bert zyskał jednak coś innego – zaczął kształtować swoją własną legendę w lidze angielskiej…

Słodko-gorzki finał FA Cup

Rok 1956 z pewnością jest datą, która zapisała się w historii Obywateli, ale też i Berta Trautmanna. The Citizens dotarli bowiem do finału FA Cup. Zespół Niemca mierzył się z Birmingham City. Ekipa z niebieskiej części Manchesteru okazała się w tym starciu lepsza i wygrała 3:1 po bramkach: Hayesa, Dysona i Johnstone’a. Bramkarz City nie mógł jednak wspominać dobrze tego spotkania. Jego wspaniały występ przyćmiła koszmarna kontuzja z 75. minuty – został uderzony kolanem w szyję przez Murphy’ego. Cały stadion wówczas wstrzymał oddech na widok tych dramatycznych obrazów. Można powiedzieć, że cudem uniknął śmierci. Niemiec miał pięć złamanych kręgów szyjnych, w tym jeden zupełnie pęknięty na pół. Tylko niebiosom zawdzięcza to, że nie był sparaliżowany. W tamtych czasach nie można było przeprowadzać zmian w zespołach, więc starano się złagodzić kontuzję gąbką nasączoną wodą. Pomimo ogromnego bólu spowodowanego złamanym karkiem, Bert Trautmann musiał kontynuować grę.

Pamiętam, że do dośrodkowania wyszedłem ja i wyszedł napastnik. Zderzyliśmy się, a ja czułem się, jakby zderzyły się ze sobą dwa rozpędzone pociągi. Trafił mnie udem w szyję, a ja straciłem przytomność. Byłem zmuszony do dalszej gry, z której w sumie nic nie pamiętam. Nie widziałem kolorów, tylko szarość i kontury graczy. Ponoć udawało mi się jeszcze coś wybronić – tak  Bert Trautmann wspomina wydarzenia z tamtego spotkania.

Pomimo że sam tego nie pamięta, z trudem trzymając się na nogach, wciąż był ostoją swojego zespołu. Aż trudno w to uwierzyć, jak bramkarz, który nie widział prawie nic w ciągu 15 minut, zdążył uratować zespół przed stratą kolejnych bramek. Wraz z końcowym gwizdkiem, Bert mógł się cieszyć ze zdobycia FA Cup. Koledzy pomagali mu iść, aby mógł odebrać medal. Było to jedyne trofeum, jakie zdobył, grając przez 15 lat w Manchesterze City. Triumf zatem smakował jeszcze lepiej.

Bert Trautmann
W akcji przeciwko Boltonowi – 1954 rok.

Do piłki po kontuzji wrócił pod koniec 1956 roku i grał regularnie w swoim zespole do 1964 roku. Uraz dał się jednak we znaki. Niczym nie przypominał już bramkarza, który tak zachwycał w poprzednich sezonach. Już nigdy potem nie powrócił do swojej formy sprzed pamiętnego finału. W dzisiejszych czasach chyba trudno wyobrazić sobie taki stan rzeczy, że pomimo słabszej dyspozycji, Manchester City nigdy nie odsunął go od gry, choć apelowali o to kibice. Bert Trautmann rozegrał ostatecznie 545 spotkań dla Obywateli. Czy jednak wszyscy uważają go za najlepszego golkipera? Niekoniecznie. Po dziś dzień kibice City są pod tym względem podzieleni. Przypomina to niejako kwestię oceny najlepszego piłkarza świata: Ronaldo czy Messi. Każda ze stron ma rację i każda bez problemu znajdzie kilka argumentów na poparcie swojej tezy. Dziś jest podobnie, jeśli chodzi o najlepszego golkipera Obywateli. Jedni uważają za niego właśnie Berta Trautmanna, a inni Franka Swifta, którego Niemiec zastąpił między słupkami. Anglik to prawdziwa legenda niebieskiej części Manchesteru. Całą swoją seniorską karierę spędził w tym klubie, rozgrywając ponad 300 spotkań. W pierwszym sezonie po II wojnie światowej, Manchester City zdobył mistrzostwo drugiej ligi i wrócił tym samym do najwyższej klasy rozgrywkowej. Swift zachował wtedy rekordową liczbę czystych kont – 17 spotkań bez wpuszczonego gola. Rekord ten został pobity dopiero prawie 40 lat później przez Alexa Williamsa. Warto też dodać, że za Frankiem przemawia to, iż jest rodowitym Anglikiem, a Bert bądź co bądź był wrogiem aliantów, przez co nigdy nie zjednał sobie w pełni całej publiczności i raz po raz powracano do jego przeszłości tak jak, chociażby w pamiętnym spotkaniu z Fulham.

Kariera reprezentacyjna – Bert Trautmann

Bert Trautmann nigdy nie reprezentował Niemiec na arenie międzynarodowej, zatem jego nazwisko nie jest tak powszechnie znane przez przeciętnego kibica, jak chociażby Maier czy Kahn. Klasą im jednak nie ustępował. Dziś na każdym kroku możemy znaleźć reprezentację, w której grają zawodnicy z różnych lig, a nawet zawodników w nich grających, a pochodzących z różnych narodowości. Obecna reprezentacja Niemiec składa się z takiej mozaiki narodowościowej, że łatwiej znaleźć tych naturalizowanych, bądź nieposiadających korzeni niemieckich od rodowitych obywateli tego kraju. Za czasów Trautmanna było zupełnie inaczej. W 1953 roku spotkał się z selekcjonerem kadry Seppem Herbergerem, a ten wyjaśnił mu, że z przyczyn politycznych nie mógł go powoływać. Bert grał wówczas w lidze angielskiej i stąd taka, a nie inna decyzja. Najlepszy bramkarz kraju nie mógł zagrać w reprezentacji narodowej, która w 1954 roku sięgała po mistrzostwo świata. Zamiast niego występował Toni Turek związany z Fortuną Düsseldorf.

Bert Trautmann
W szpitalu, kilka dni po pechowym meczu.

Ostatni mecz, emerytura i śmierć

Swój ostatni mecz w barwach City, Trautmann rozegrał w 1964 roku. Spotkanie to oglądało oficjalnie około 47000 osób. Nieoficjalna liczba widzów, która po raz ostatni chciała zobaczyć tego bramkarza w akcji, mogła sięgać nawet do 60000. Był to mecz pomiędzy zawodnikami obydwu drużyn z Manchesteru a reprezentacją Anglii. Po odejściu z The Citizens, Niemiec krótko pograł w Wellington Town. Rozegrał tylko dwa spotkania. Podczas ostatniego, otrzymał czerwoną kartkę za niesportowe zachowanie i tak zakończyła się jego kariera. Po przejściu na emeryturę, Trautmann nie osiedlił się od razu na stałe w jednym miejscu. Najpierw próbował swoich sił w coachingu w Birmie i Jemenie. Po nieco egzotycznych podróżach, powrócił do Europy, gdzie zamieszkał w Hiszpanii. Pomimo wszystko nie zapominał o Wyspach Brytyjskich. W jednym z wywiadów wyznał, że gdyby mógł sobie pozwolić na powrót do Anglii, to bez wahania by to uczynił. Aż do śmierci odczuwał też skutki kontuzji z finału FA Cup, na co często żalił się dziennikarzom. W 2004 roku został oznaczony orderem British Empire za rozwijanie angielsko-niemieckiego porozumienia poprzez piłkę nożną. Bert Trautmann

Trautmann zmarł w 2013 roku, mając 89 lat.

MARIKA ZIMNA


Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl