„Kici” – recenzja

Muszę się przyznać, że nie jestem fanem książek pisanych w formie wywiadu. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czegoś mi w nich brakuje. Jednak kiedy trafi się na właściwą osobę to rzeczywiście wystarczy pozwolić jej mówić, nadając pytaniami odpowiednią chronologię. I tak jest w przypadku książki „Kici”. Opowieść Lucjana Brychczego sprawiają, że kolejne literki wsiąkają w człowieka jak woda w gąbkę.

Z jednej strony Lucjana Brychczego nie trzeba nikomu przedstawiać, bo każdy wie, że jest to legenda Legii Warszawa. Jednak dzisiaj wymieniając największych polskich piłkarzy mówi się o Kazimierzu Deynie, Zbigniewie Bońku czy Włodzimierzu Lubańskim, pomijając przy tym Kiciego. A prawda jest taka, że w tym zestawieniu Lucjana Brychczego nie może zabraknąć! Dlaczego kibice go pomijają? Może dlatego, że Brychczy nigdy nie pchał się na pierwsze strony gazet. Pozostał skromnym człowiekiem, stawiając swoje zasady znacznie wyżej niż sławę czy pieniądze. A przecież mógł grać w słynnym Realu Madryt z takimi gwiazdami jak Alfredo Di Stefano czy Ferenc Puskas.

Książka „Kici” jest właściwie długi wywiadem, w którym zawarta jest niemal cała historia warszawskiej Legii. Czy kogoś może to dziwić? Raczej nie, bo przecież Brychczy jest związany z Legią od 1954 roku, a więc w tym roku minie 61 lat jego pracy na Łazienkowskiej. Sam bohater pozostaje jednak nie stawia swojej osoby na piedestale, choć patrząc na początki jego kariery, nie jest też tak skromny jak kiedyś. Być może gdyby bardziej zaciekle walczył o swoje, to nigdy nie zagrałby w Legii Warszawa, bo jak sam opowiedział, był o krok od związania się z Ruchem Chorzów.

− W 1952 roku po Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach przyjechali do Łabęd reprezentanci Polski, olimpijczycy, którzy grali na co dzień w Ruchu Chorzów. Byli wśród nich Cieślik i Alszer. Opowiadali o igrzyskach, o meczach i swoich wrażeniach z tej imprezy. Władze mojego klubu zaproponowały mnie działaczom Ruchu. Ci wykazali zainteresowanie i zaprosili mnie na najbliższy trening. Byłem dumny i miałem ochotę skakać z radości. Grać w Ruchu, który królował w polskim futbolu, i w dodatku obok Gerarda Cieślika, najlepszego polskiego piłkarza… To było coś! Mama dała mi błogosławieństwo na drogę i pojechałem do Chorzowa. Niestety, wbrew temu, czego oczekiwałem, potraktowano mnie tam niepoważnie. Wysłali mnie po sprzęt, a magazynier rzucił mi tenisówki, które były o kilka numerów za duże! Nawet mnie nie spytał jaki mam rozmiar. Czułem, że zrobił to celowo, rzucając małemu chłopakowi „kajaki”. Zapamiętałem tę chwilę na całe życie.

W książce znajdziemy też masę historii z późniejszych czasów. Są też kapitalne anegdoty. Możemy na przykład przeczytać o tym, jak Kazimierz Deyna kazał młodym piłkarzom wybrać pomiędzy studiami a nauką, przekonamy się jak wojskowi chcieli testować piłkarzy poprzez biegi na 50 kilometrów w pełnym oporządzeniu i finiszu w masce przeciwgazowej, a także poznamy historię pewnej grupy kibiców, która urządziła sobie na promie zabawę, która niektórym dziennikarzom kojarzyła się ze scenami z filmu „Planeta Małp”.

Ale te wszystkie mecze, gole czy anegdoty to jedna rzecz. W książce „Kici” jest coś więcej. Coś, czego nie da się opisać słowami. Jest to jakaś siła, która jest ukryta gdzieś pomiędzy słowami. Być może najbliższym słowem oddającym to coś jest charyzma. W każdym razie gdyby takie słowo wymyślono, to musiałoby ono wiązać się z zasadami, które dla Pana Lucjana zawsze były ważniejsze niż worek pieniędzy, z szacunkiem a także z inną zasadą, która zapewne jest jedną z najważniejszych w jego życiu – zasadą, według której Legia jest najważniejsza.

Przeczytaj także nasz tekst o Lucjanie Brychczym: „Kici legenda Łazienkowskiej”

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 111 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.