Nic tak bardzo nie służy budowaniu sportowych opowieści, jak podróże. Tym razem wyruszyliśmy do Łodzi na zawody Speedway Grand Prix. Wizyta w tym mieście pozwoliła nam nie tylko przeżyć niezapomniane emocje, ale także wyciągnąć kilka wniosków dotyczących zarówno czarnego sportu, jak i wątków historycznych i społecznych.
Najpierw trzeba przedstawić kontekst. Zawody w Łodzi były siódmą rundą tegorocznych mistrzostw świata. Przed ich rozpoczęciem liderem klasyfikacji był broniący tytułu Bartosz Zmarzlik. Co ciekawe, każda z pierwszych sześciu rund miała innego zwycięzcę.
Na inaugurację w niemieckim Landshut wygrał Kacper Woryna. W Pradze najlepszy okazał się Duńczyk Leon Madsen. W Manchesterze, gdzie odbyły się dwie rundy, wygrywali Australijczycy – najpierw Max Fricke, a dzień później Brady Kurtz. Zmarzlik triumfował we Wrocławiu, a zawody w szwedzkiej Malilli padły łupem Duńczyka Andersa Thomsena.
Teraz karuzela żużlowego Grand Prix po raz pierwszy w historii zawitała do Łodzi, na Moto Arenę, gdzie mecze w rozgrywkach Metalkas 2. Ekstraligi rozgrywa miejscowa drużyna H. Skrzydlewska Orzeł. Zapowiadały się szalone emocje.
Godzina W
Rywalizacja najlepszych żużlowców świata została zaplanowana na 1 sierpnia – dzień szczególny dla historii naszego kraju. Już ponad dwie godziny przed rozpoczęciem zawodów pojawiliśmy się w żużlowym miasteczku zlokalizowanym pod stadionem. Zawodnicy rozdawali autografy i pozowali do zdjęć, kibice uczestniczyli w przygotowanych przez organizatorów grach i zabawach, z głośników płynęła głośna muzyka.
Nagle to wszystko ustało. Krótko przed godziną 17 spiker poprosił o minutę ciszy upamiętniającą Powstanie Warszawskie. Niemal wszyscy się zatrzymali, oddając się chwilowej zadumie. Powietrze przeszywał dźwięk syren. Tak wyglądał moment, w którym kibice oddali hołd walczącym o wolność.
Tylko kilku ignorantom nie chciało się ruszyć tyłków z kolorowych leżaków, ale najlepiej spuścić na nich zasłonę milczenia. Zdecydowana większość ludzi przebywających w okolicach Moto Areny zachowała się z godnością.
Łódzkie skojarzenia
Nie jest łatwo dostać się z Rzeszowa do Łodzi. Najpierw podróż do Krakowa umilona wizytą w warsie. Pod Wawelem szybka przesiadka, po której trasa prowadziła już do stolicy województwa łódzkiego. Trzeba było jednak jeszcze poczekać na kolejny pociąg – odjeżdżający ze stacji Łódź Widzew. Stamtąd już kilka minut i jesteśmy na miejscu.
Była to moja pierwsza wizyta w Łodzi. Wiele słyszałem o tym mieście i tym bardziej chciałem je odwiedzić. W głowie pobrzmiewało mnóstwo skojarzeń.
Sportowe: miasto dwóch mistrzów Polski – Widzewa i ŁKS.
Literackie: miejsce akcji „Ziemi obiecanej” – powieści napisanej przez Władysława Reymonta i zekranizowanej przez Andrzeja Wajdę. W dodatku właśnie w Łodzi urodzili się Julian Tuwim, Jerzy Kosiński i Andrzej Sapkowski.
Muzyczne: ogromna różnorodność. Hip-hopowa wizytówka miasta to O.S.T.R. Rockową stronę, w różnych odmianach, prezentują Coma i Cool Kids od Death. Popowe sceny swego czasu podbijał zespół Varius Manx. A wymieniony przede wszystkim powinien zostać przedstawiciel muzyki poważnej – Artur Rubinstein, jeden z najwybitniejszych pianistów XX wieku.
Filmowe: tutaj można byłoby się rozpisywać chyba najszerzej. Wspomnijmy więc tylko o Państwowej Wyższej Szkole Filmowej i Wytwórni Filmów Fabularnych. Chyba żadne polskie miasto nie jest tak mocno związane z kinem.
Uroki słynnej ulicy
Nawet jeśli nie było się w Łodzi, słyszało się o ulicy Piotrkowskiej – nie tylko najsłynniejszej ulicy w mieście, ale jednej z najsłynniejszych w Polsce. Niemal od razu po dotarciu do celu ruszyliśmy w oczywistym kierunku. Po południu trzeba było się posilić, więc konsumpcja dań zastąpiła zwiedzanie. Na nie też przyszedł czas, ale dopiero wieczorem, kiedy Piotrkowska rozkwita pełnią życia.
Samo przejście tą ulicą można nazwać podróżą. Jest ona długa i wypełniona przeróżnymi barami, knajpami, restauracjami i klubami. Można było zjeść, wypić i potańczyć. Co chwilę pojawiali się uśmiechnięci panowie, którzy zachęcali też do odwiedzenia lokali ze striptizem, ale nie daliśmy się namówić.
Pierwsze grzmoty dochodzące z oddali były oznaką, że pora wracać do hotelu. W drodze towarzyszyły nam błyskawice i lekki deszcz, co potęgowało klimat grozy, ale takiej delikatnej, bardziej przyprawiającej o dreszczyk emocji niż budzącej strach.
Przy okazji podróży sięgnąłem po książkę „Łódź. Miasto po przejściach”. To zbiór reportaży autorstwa Wojciecha Góreckiego i Bartosza Józefiaka. Wiele z nich powstało w latach 90., do niektórych po latach dopisano komentarze. Sporo się dowiedziałem, ale będąc na miejscu, mogłem też porównać sobie, jak miasto zmieniło się, rzecz jasna na lepsze, w porównaniu do czasów minionych.
Jedną z ciekawostek, które wyłowiłem w książce, były komunistyczne próby zmiany nazwy ulicy Piotrkowskiej tak, by nosiła ona imię jednego z najsłynniejszych przedstawicieli zbrodniczego systemu. Zajrzyjmy na karty reportażu:
W początkach lat pięćdziesiątych władze Łodzi otrzymały polecenie zmiany nazwy głównej ulicy miasta na Józefa Stalina. Ta historia stała się z czasem klasyczną łódzką anegdotą: zmyślni rajcy zamiast głównej ulicy przechrzcili bowiem ulicę Główną. Piotrkowska wyszła z tej hecy bez szwanku.
Na Piotrkowską wróciliśmy nazajutrz. Mimo przedpołudniowej pory ulica wypełniona była ludźmi – zarówno miejscowymi, jak i turystami. Chciało się chodzić i chłonąć. Główny punkt programu był jednak dopiero przed nami.
Najpierw juniorzy
W piątek czekał nas przedsmak emocji. Na ten dzień zaplanowano drugą rundę SGP2, czyli zmagań o mistrzostwo świata juniorów. Pierwszą wygrał Wiktor Przyjemski, który nie mógł wystąpić w Łodzi z powodu kontuzji. Wobec tego polscy kibice najmocniej liczyli na jego klubowego kolegę z Abramczyk Polonii Bydgoszcz – Maksymiliana Pawełczaka.
Świeżo upieczony młodzieżowy mistrz Polski spisał się świetnie. Wygrał fazę zasadniczą, zdobywając w niej komplet punktów. Finał miał niecodzienny scenariusz. Oprócz Pawełczaka znaleźli się w nim Australijczyk Beau Bailey oraz Duńczycy Mikkel Andersen i Nicolai Heiselberg.

Zawodnik z Antypodów przeprowadził atak, po którym został wykluczony, a Heiselberg nie był w stanie dalej jechać. Pawełczak i Andersen jeszcze raz przystąpili do startu, stając oko w oko. Polak, próbując wyprzedzić rywala, upadł na pierwszym okrążeniu i został sklasyfikowany na drugim miejscu. Zwycięstwo przypadło zatem Andersenowi.

Reprezentant Danii jest liderem klasyfikacji SGP2. Ma aż dziesięć punktów przewagi nad drugim Pawełczakiem, a do końca rywalizacji o tytuł indywidualnego mistrza świata juniorów pozostała już tylko jedna runda, która odbędzie się we wrześniu w duńskim Vojens.
Pora na danie główne
W sobotę do walki przystąpiła elita. Trybuny łódzkiego stadionu wypełniły się do ostatniego miejsca. Przed zawodami pogoda była niepewna, nad miastem gromadziły się czarne chmury, organizatorzy postanowili więc odwołać popołudniowy sprint i zasłonić tor specjalną plandeką.
Gdy pojawiliśmy się na miejscu rywalizacji, niebieska plandeka była właśnie ściągana. Trzeba przyznać, że ludzie odpowiedzialni za to zadanie poradzili sobie z nim sprawnie i szybko. Początkowo zanosiło się na burzę, a przynajmniej spoglądając w ciemne niebo, można było mieć obawy związane z pogodą.

Na szczęście wkrótce pojawiło się słońce, zaraz po nim tęcza i było już wiadomo, że warunki atmosferyczne nie przeszkodzą w przeprowadzeniu zawodów. Zmagania najlepszych żużlowców rozpoczęły się o czasie – punktualnie o godzinie 19.

Na trybunach wypatrzyliśmy Marka Cieślaka, legendarnego żużlowego trenera, który doprowadzał Polaków do wielkich triumfów. Co ciekawe, nie siedział on w żadnych miejscach przeznaczonych dla vipów, lecz po prostu między kibicami, rozmawiając z nimi i nikomu nie odmawiając wspólnego zdjęcia.

W przerwach między biegami na stadionowej scenie pojawił się pochodzący z Łodzi koszykarz Marcin Gortat mający za sobą występy na parkietach NBA. Spiker przeprowadził z nim krótką rozmowę. Najważniejsze tego dnia było jednak ściganie.
Liczono na Bartosza Zmarzlika. Sześciokrotny mistrz świata długo spisywał się jednak poniżej oczekiwań i w pewnym momencie wydawało się, że może go nawet zabraknąć nie tylko w finale, ale nawet w biegach barażowych.
Świetnie jeździł za to Patryk Dudek. Mistrz Europy w bardzo dobrym stylu wygrał fazę zasadniczą i, podobnie jak Brady Kurtz, zapewnił sobie udział w decydującej gonitwie. Zmarzlik ostatecznie zdołał przebić się do rywalizacji w barażach.

W jego biegu pojechał też Kacper Woryna, ale obaj Polacy musieli uznać wyższość Duńczyka Michaela Jepsena Jensena. W drugim barażu triumfował Robert Lambert, uzupełniając stawkę finalistów.
Brytyjczyk okazał się najlepszy również w ostatnim akcie łódzkiego widowiska. Pojechał doskonale, odnosząc pierwsze od września 2024 roku zwycięstwo w Speedway Grand Prix. Siódme zawody w sezonie wyłoniły siódmego triumfatora. Patryk Dudek zajął drugie miejsce, trzeci był Kurtz, a tuż za podium znalazł się Jepsen Jensen.
Ciekawie zrobiło się w klasyfikacji ogólnej SGP. Nowym liderem został Kurtz. Australijczyk zrównał się punktami ze Zmarzlikiem, ponieważ wyżej był w ostatnich zawodach, to on znalazł się na czele zestawienia.
Lambert dzięki zwycięstwu w Łodzi awansował na trzecią pozycję. Cała trójka liczy się w walce o tytuł i wydaje się, że ma bezpieczną przewagę nad resztą stawki. Do końca pozostały jeszcze trzy rundy – Ryga, Vojens i Toruń.

Po zakończeniu zawodów ulicami Łodzi ciągnął długi tłum, w którym znaleźli się kibice z całej Polski. Świadczyły o tym znajdujące się na ich szyjach szaliki różnych klubów. Tego dnia wszyscy byli zjednoczeni – chcieli zobaczyć kapitalny żużel i cieszyć się z dobrej postawy Biało-czerwonych. Zaiste, zawodnicy zaprezentowali kawał świetnego speedwaya, a sporo radości dało nam podium Patryka Dudka.
Opuszczaliśmy Łódź rozgrzani sportowymi emocjami i bogatsi o nowe doświadczenia. Miasto zrobiło na nas duże wrażenie, zachwyciło klimatem i historią. Kiedyś pewnie jeszcze tam wrócimy i uszyjemy kolejną sportową opowieść.

