Maracanazo

Rzymianie zaliczyli swoją klęskę pod Carrhae, Napoleon poległ pod Waterloo, a Turcy zostali rozgromieni pod Chocimiem. Swoją narodową katastrofę, którą Nelson Rodriguez określił jako „brazylijską Hiroshimę”, zaliczyli także Canarinhos, kiedy to przegrali na Maracanie z Urugwajem podczas Mundialu w 1950 roku.

Pierwsze rozgrywane na brazylijskiej ziemi Mistrzostwa Świata to było wielkie święto całego narodu. W 1946 roku w Brazylii obalona została dyktatura, a wygranie mundialu cztery lata później miało być ostatecznym stemplem transformacji ustrojowej i świetlanej przyszłości rysowanej przed południowo amerykańskim krajem. Canarinhos mieli notować dalszy rozwój gospodarczy, a obywatele państwa zacząć żyć w dobrobycie jako piłkarscy mistrzowie globu.

Miłe złego początki

Od startu mistrzostw wszystko układało się znakomicie, a wiara wśród narodu była ogromna i rosła z każdym kolejnym sukcesem. W pierwszej fazie grupowej Brazylijczycy z kwitkiem odprawili Meksyk i Jugosławię, a w meczu ze Szwajcarią zanotowali remis, z łatwością awansując do decydujących rozgrywek. W finałowej rundzie, w której brały udział cztery zespoły, rozgromili Szwecję i Hiszpanię odpowiednio 7-1 i 6-1, a do końcowego triumfu potrzebowali jednego oczka w starcu z Urugwajem. W połączeniu z mistrzostwem Copa America, gdzie w finale Zizinho i spółka upokorzyli Paragwaj wygrywając aż 7-0, nie można się dziwić, że to Canarinhos byli zdecydowanymi faworytami ostatecznego starcia z Urusami.

Przeczytaj także: „Heleno De Freitas – zapomniany król” 

Z czasem jednak wiara w zwycięstwo przerodziła się w nadmierną pewność siebie i pychę. Dzień przed finałem „Gazeta Esportiva” na stronie tytułowej zamieściła napis „Jutro wygramy z Urugwajem”, a w poranek przed ostatnim pojedynkiem „O Mundo” opublikowało zdjęcie brazylijskiej ekipy z podpisem „O to mistrzowie świata”. Piłkarze ze wszystkich stron zbierali gratulacje i podpisywali autografy, a gubernator Rio Angelo Mendes de Moraes piał z zachwytu:

Wy, piłkarze, którzy już za kilka godzin zostaniecie okrzyknięci mistrzami świata przez miliony rodaków! Wy, którym nikt na całej półkuli nie jest w stanie dorównać! Wy, którzy pokonacie każdego przeciwnika! Wy, którym już teraz oddaję hołd jako zwycięzcom!

Wszyscy zapomnieli jednak o jednym małym szczególe, że mecz z Urusami jeszcze trzeba rozegrać i go nie przegrać.

Feralny „finał”

Gwoli ścisłości – spotkanie z Urugwajem nie było finałem mistrzostw, ale ostatnim meczem drugiej fazy grupowej, a los chciał, że przy okazji także decydującym o ostatecznym triumfie. Atmosfera meczu była wyjątkowa. Na olbrzymiej Maracanie według różnych danych zgromadziło się od 173 tysięcy aż do 203 tysięcy kibiców, a tumult i wrzawa były tak onieśmielające, że jeden z reprezentantów Urugwaju, Julio Perez, zsikał się w spodnie w trakcie odgrywania hymnu narodowego.

Maracanazo
Około 200 tysięcy ludzi na Maracanie po finałowym starciu

Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Kilka minut po przerwie po podaniu Edemira, króla strzelców turnieju, piłkę do siatki wpakował Friaca, do dziś jedyny Brazylijczyk, który zdobył gola w finale rozgrywanym na Maracanie. Na trybunach trwało święto i oczekiwanie na końcowy gwizdek, a południowi sąsiedzi potrzebowali dwóch bramek, aby odwrócić losy rywalizacji. Ciosem ostrzegawczym, który wzbudził poczucie niepokoju wśród fanów, było wyrównujące trafienie Schiaffino po podani Ghiggii. Remis wciąż jednak dawał Brazylii zwycięstwo w ostatecznym rozrachunku. O godzinie 16:33 stało się jednak to, czego Canarinhos nie przewidywali nawet w najgorszych koszmarach. Ghiggia zdecydował się na niesygnalizowany strzał z ostrego kąta w krótki róg, a zaskoczony Barbosa nie zdążył z interwencją. Kibice na stadionie ucichli i w milczeniu oglądali wielki triumf Urusów. Ich życie podzieliło się na dwa etapy – przed i po golu Ghiggii.

Dla Brazylijczyków to nie był zwykły przegrany mecz – to była wielka tragedia, która dotknęła wszystkich obywateli, prawdziwy dzień żałoby narodowej. – Żaden wynik meczu piłki nożnej nie miał tak silnego i trwałego wpływu na życie emocjonalne całego narodu – pisał w „Futebolu” Alex Bellos. Choć od feralnego 1950 roku Canarinhos pięciokrotnie sięgali po tytuł mistrzowski, to właśnie porażka na Maracanie jest wspominana najwcześniej. O decydującym starciu z Urugwajem powstało wiele publikacji literackich, a poeci pisali o klęsce wiersze, podczas gdy o zespole z 1970 roku, uważanego za najlepszy w historii, powstała dotychczas w Kraju Kawy jedna książka. –Jesteśmy narodem pechowców, narodem, któremu odmówiono radości zwycięstwa, który z czystej złośliwości dziejów zawsze prześladuje nieszczęście – pisał o Maracanzie pisarz Jose Lins do Rego. Największy brazylijski stadion do dziś utożsamiany jest z areną upokorzenia Canarinhos. – Przesadzam z moimi uczuciami, bo nic większego się w moim życiu nie wydarzyło. Nawet teraz są tylko dwie daty w roku, które pamiętam: moje urodziny i 16 lipca – powiedział brazylijski dziennikarz Joao Luiz, wspominając lipcowe popołudnie.

Dla Brazylijczyków drugie miejsce, to pierwsze przegrane. Miejsce godne zapomnienia, które przynosi ból świadomością, jak blisko było triumfu. – Jedyna okazja kiedy dobrze jest być wice, to wiceprezydentem, bo zostajesz prezydentem, jeśli obecny zginie. Tu nie morduje się prezydentów, więc nawet w tym przypadku nie opłaca się być „wice” – powiedział Zizinho, uznawany za najlepszego piłkarza tamtego zespołu. Wielu historyków futbolu uważa, że gdyby Canarinhos sięgnęli w 1950 roku po złoto, to Zizinho byłby wymieniany w jednym rzędzie obok Pelego. O wicemistrzach jednak w Kraju Kawy nikt nie próbuje nawet pamiętać…

Kozioł ofiarny

Gdy w Kraju Kawy trochę ochłonęli po Maracanzo, zaczęło się polowanie na czarownice. Oczywistym wyborem był Moacyr Barbosa, który przy drugim golu dał się zaskoczyć Ghiggii. Na nic zdało się to, że brazylijski golkiper został wybrany najlepszym bramkarzem mundialu, a i wcześniej błyszczał genialnymi interwencjami. Co ciekawe, autor decydującego trafienia nie uważa, aby golkiper popełnił błąd. – On zachował się logicznie, a ja wręcz przeciwnie.. i miałem trochę szczęścia. W piłce musisz mieć szczęście i musisz umieć z niego skorzystać – wspominał po latach Ghiggia. Brak farta w decydującym momencie skazał bramkarza na społeczny ostracyzm i podążał za nim aż do śmierci.

W Brazylijskim prawie najwyższy wyrok to 30 lat, ale moja kara trwa już 50 – powiedział o swoim losie Barbosa. Jako najsmutniejszy moment swojego życia podał sytuację ze sklepu, kiedy to pewna kobieta na jego widok powiedziała do swojego dziecka – zobacz, przez tego człowieka płakała kiedyś cała Brazylia. Przeświadczenie o pechu przynoszonym przez bramkarza Canarinhos panowało także w 1993 roku. BBC zaprosiło Barbosę jako jednego z ekspertów na zgrupowanie reprezentacji Brazylii, ale Mario Zagallo, asystent ówczesnego selekcjonera Carlosa Alberto Perreiry odmówił wpuszczenia go na zgrupowanie, widząc w nim uosobienie brazylijskiej tragedii. Według relacji autora biografii tej najbardziej tragicznej postaci Maracanazy, Barbosa zaprosił kiedyś znajomych na grilla, gdzie za podpałkę służyły słupki z meczu z Urugwajem. Duchowe oczyszczenie nie przyniosło mu jednak przebaczenia narodu.

Po błędzie Barbosy w Brazylii wytworzyło się paranoiczne przekonanie, że żadna drużyna nie powinna mieć czarnoskórego bramkarza, jako że ten zawsze może zawieść w najważniejszym momencie i pociągnąć całą drużynę na dno. Okryty złą sławą golkiper umarł w biedzie w 2000 roku, kilka miesięcy po tym, gdy Dida zagrał w reprezentacji Canarinhos. Był to pierwszy czarnoskóry bramkarz między słupkami ekipy z Kraju Kawy od prawie 50 lat.

Maracanazo
Piłka w siatce po decydującym golu Ghiggii. Obok leży bezradny Barbosa.

Za winne porażki, oprócz nieszczęsnego Barbosy, zostały uznane także koszulki, w których grali reprezentanci Canarinhos. Białe koszulki z niebieskimi kołnierzykami zamienione zostały na żółte, a trykoty w kanarkowych barwach stały się cechą charakterystyczną reprezentacji Brazylii. Nowy kolor koszulek w pewien sposób jednoczy cały naród podczas najważniejszych wydarzeń sportowych. Co ciekawe, Aldyr Garcia Schlee, projektant nowego kroju stroju, prywatnie jest kibicem… Urugwaju.

Zapomniani bohaterowie

Dla Brazylijczyków porażka była wydarzeniem epokowym, które do dziś jest rokrocznie rozważane i analizowane, ale w Urugwaju nie spotkało się z euforią przenoszoną z pokolenia na pokolenie. – Młodzi Urugwajczycy tak naprawdę nie przejmują się przeszłością. Nie pamiętają o mistrzostwach świata w 1950. To wydarzyło się zbyt dawno temu – powiedział Juan Jose Oliviera, przewodnik wycieczek po kraju Urusów. W zapomnieniu żyje także strzelec zwycięskiego gola, a jego wyczyn wspominany jest praktycznie tylko raz do roku, w dniu rocznicy zdobycia mistrzostwa.

 Czasem mam wrażenie, że jestem duchem Brazylii. Jestem wiecznie żywy w ich wspomnieniach. W Urugwaju cieszyliśmy się tamtą chwilą. Teraz już o niej zapomnieliśmy

– podzielił się swoimi spostrzeżeniami Ghiggia. Sam siebie dumnie nazywa jednak jedną z trzech osób, obok Franka Sinatry i Jana Pawła II, które uciszyły Maracanę.

Choć porażka Brazylii z Niemcami jest najbardziej sromotną klęską w historii tamtejszego futbolu, to jednak Maracanza była przegraną bardziej bolesną. Przyszła kompletnie niespodziewanie i była totalnym zaskoczeniem. Szokiem, który miał wpływ na dalsze życie wielu Brazylijczyków. Jedynie Garrincha uznał, że to głupie tak bulwersować się i opłakiwać niepowodzenie. Dla wielu Canarinhos to dalej najbardziej traumatyczne przeżycie i to nie tylko pod względem sportowym.

Cytaty pochodzą z „Futebolu” Alexa Bellosa

FILIP BŁAJET

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl