Retro Wywiad #13: Sebastian Mila

Co powiedział Tomasz Wieszczycki przed strzałem na Maine Road? Dlaczego nie udało mu się w Austrii? Czy musiał wybrać ofertę z Wiednia? Ile płacił Spartak? Jak to jest grać w reprezentacji Polski? Zapraszamy do dzisiejszego wywiadu, którego bohaterem jest Sebastian Mila.

Kiedy i w jaki sposób zaczęła się twoja przygoda z piłką ?

Pierwsze wspomnienia, jakie mi przychodzą do głowy, to testy piłkarskie. W szkole podstawowej zauważyłem taki plakat na drzwiach, który głosił, że można iść na testy do jednego z klubów. Nie mówiąc tego tacie i mamie, poszedłem na nie. Później się okazało, że rodzice pilnie mnie poszukiwali i w pewnym momencie chcieli nawet dzwonić na policję. To były takie czasy, kiedy nie było telefonów komórkowych i nie można się było dowiedzieć się gdzie jesteś. Najgorsze było to, co mnie czekało, kiedy wróciłem do domu… Ostatecznie dostałem się do tego klubu i to był mój początek. To fantastyczne, kiedy możesz samemu coś takiego osiągnąć. Ten zespół zawsze będzie mi się kojarzył z testami, na które pojechałem w młodym wieku.

Twój ojciec był piłkarzem, znany kanadyjski hokeista Wojtek Wolski jest Twoim krewnym. Czy to oznacza, że byłeś skazany na sport?

Tata przetarł mi szlak swoją karierą. W ogóle, to u nas w domu zawsze mówiło się tylko i wyłącznie o piłce nożnej, i ogólnie o sporcie. Delektowaliśmy się tym, duch sportu zawsze nam towarzyszył. Częsta rywalizacja między mną a tatą, była czymś w rodzaju przygotowania do bycia w rywalizacji. Ojciec jakby mnie nakierował. Jak już byłem troszkę starszy, zawsze mówił, że za chwilę będę w seniorskiej piłce i muszę się spodziewać tego i tego, to będzie trudniejsze, a tamto łatwiejsze. Zwracał uwagę na rzeczy, które muszę sobie poukładać w głowie. On na to wszystko mnie uczulał już wcześniej, bo miał doświadczenie i to było najfajniejsze. Później tata był moim trenerem i to był chyba najtrudniejszy okres w moim życiu, bo pierwszy przychodziłem na treningi, zakładałem siatki, pompowałem piłki, a potem ściągałem te siatki i wszystko odnosiłem. Dopiero po tym wszystkim  wracaliśmy do domu. Zawsze byłem zmęczony. A jak był jakiś konflikt pomiędzy mną a kolegą z drużyny, to zawsze wina była moja, bez względu na to, czy tak było, czy też nie. Zawsze mi się obrywało, więc chłopaki się później ze mnie naśmiewali, ale to była dobra szkoła. To spowodowało, że teraz, dzięki tacie, jestem po prostu lepszym człowiekiem i piłkarzem.

Czytaj też: Sonia Śledź: „Jestem bardzo nudna”

Jak to było z twoim ojcem, bo gdzieś czytałem, że zdarzały się takie sytuacje, kiedy Twój ojciec nie pozwalał ci grać w piłkę w piątki, żebyś był lepiej przygotowany w sobotę.

Rzeczywiście. Tata zawsze mówił, że w piątek muszę odpocząć. Jak wszyscy już przychodzili ze szkoły, to wiadomo, nie było komputerów, czy Play Station, więc wszyscy od razu rzucali torby i pędzili na dwór grać w piłkę. Było po tyle osób, że zawsze grało się jakiś meczyk, no ale ja wtedy akurat musiałem siedzieć w domu i odpoczywać, bo tata mówił, że jutro jest ważniejsze spotkanie i muszę być absolutnie w stu procentach przygotowany.

Opłaciło się, bo sukcesy przyszły szybko, już w karierze juniorskiej. Mistrzostwo Europy juniorów, a potem wicemistrzostwo kontynentu w kategorii juniorskiej – to duże sukcesy.

Gdyby nie trener Globisz, to w ogóle nie miałbym takiej możliwości. Wiem, że wszystko, co mnie spotkało w seniorskiej piłce, jest zasługą tego, że kiedy byłem w młodym wieku, to on mnie dostrzegł i wyciągnął z Koszalina. Mogę tylko powiedzieć tyle, że mieliśmy fantastyczny zespół i wielu bardzo obiecujących piłkarzy, naprawdę dużo lepszych ode mnie. Musiałem się wiele napracować, żeby móc z nimi rywalizować o to miejsce w składzie, i żeby się tam w ogóle znaleźć.

Mimo tego, że jako junior odnosiłeś duże sukcesy, dość późno trafiłeś do Ekstraklasy. Najpierw grałeś w II lidze w Lechii/ Polonii Gdańsk i Orlenie Płock, a dopiero potem trafiłeś do Grodziska Wielkopolskiego.

To z kolei była zasługa trenera Kaczmarka, który od razu, kiedy obejmował Grodzisk – zadzwonił do mnie, żebym przyszedł. Mówił, że we mnie wierzy. Jednak te moje początki w Grodzisku były dosyć trudne. Początkowo nie mogłem sobie wywalczyć miejsca w podstawowym składzie. Trener bardzo chciał, żebym w nim występował, ale wiadomo, że kiedy forma nie pozwala na zbyt dużo, to nawet on nie poradzi nic w jednej chwili. Dlatego bardzo często robił mi i Sebastianowi Przyrowskiemu mnóstwo dodatkowych zajęć. Jak wszyscy mieli po południu wolne, to my z Sebastianem i młodymi piłkarzami przychodziliśmy, bo trener Kaczmarek uwielbiał robić dodatkowe treningi. Wykonywaliśmy różne ćwiczenia. Czy to strzeleckie, czy rzuty wolne. Wszystko to doskonaliliśmy, więc tak naprawdę mieliśmy super warunki w Grodzisku do tego, żeby się rozwijać. Bardzo mi się to podobało i fajnie, że  nie marnowaliśmy tego czasu, siedząc w domu, czy grając na komputerze.

Z Dyskobolią zagrałeś pamiętne mecze w europejskich pucharach. Potrafiliście na przykład wyeliminować przedstawiciela Bundesligi – Herthę Berlin, co dziś wydaje się nierealne. Co zapamiętałeś z tych pojedynków?

Pamiętam Niko Kovaca. To był strasznie trudny przeciwnik. Grał na pozycji defensywnego pomocnika, a ja byłem tym ofensywnym.. Do dziś pamiętam, jak w pewnym momencie starliśmy się na boisku. Miałem bliznę za kostką i cały czas myślałem, że kiedyś mi się zagoi, ale ona wciąż się nie zagoiła. Mam więc z tego meczu stempel, chyba na całe życie. Przygoda oczywiście była niesamowita, bo pokonanie przedstawiciela Bundesligi już wtedy graniczyło z cudem. To tak jakby dzisiaj Legia pokonała Borussię Dortmund.

A potem jeszcze ograliście przedstawiciela angielskiej Premier League – Manchester City. Czy to prawda, że zdarza Ci się czasem obejrzeć ten mecz?

Tak, bardzo często do niego wracam. Śmialiśmy się, że jak już była jakaś późniejsza godzina, to seans był murowany, bo Sebastianowi się o tym przypomni i znów będzie katował wszystkich tym samym. Lubiłem wracać do tego momentu, bo to był niesamowity kop do przodu. Z samym rzutem wolnym wiąże się niesamowita historia. Wieszczu do mnie mówił: „słuchaj, ty uderzasz teraz, bo jak ja strzelę, to w moim życiu, w mojej karierze, już się nic nie zdarzy, a jak ty strzelisz, to ci da niesamowitego kopa, pójdziesz do przodu”. I tak się właśnie stało. To dzięki niemu mogłem strzelić tego gola.

Doskonale pamiętam ten mecz i czasy, kiedy graliście razem z Tomaszem Wieszczyckim w Dyskobolii.  Miałem takie wrażenie, że Wieszczu jest kimś w rodzaju twojego mentora na boisku, kimś, kto cię kieruje, kto ci pokazuje jak się ustawiać. Kiedy trzeba to opieprzy, kiedy trzeba to pochwali.

To, co powiedziałeś, jest w stu procentach prawdą. Wieszczu się mną zajmował na początku, no i szybko się zakolegowaliśmy. Jeździliśmy razem na ryby, on mi pomagał na boisku, na treningu, kierował mną, podpowiadał mi jak mam grać, na co zwrócić uwagę, na co się przygotować w danych sytuacjach. Później ta nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń i okazało się, że czeka go coś jeszcze trudniejszego, bo zaczął wychowywać mnie jako człowieka. Traktuje mnie chyba jak młodszego brata. Wielokrotnie zwraca mi uwagę na pewne rzeczy, czasami mnie to wkurza, ale on jest jedną z niewielu osób, która na mnie wpływ. Do mnie po prostu dociera, jak on coś mówi. Myślę, że Wieszczu cały czas ma wpływ na to, jakim staję się człowiekiem.

Czy to właśnie od meczu z Manchesterem City zacząłeś zbierać koszulki?

Myślę, że to był to jeden z pierwszych meczów, bo chyba pierwszy raz miałem taką możliwość, żeby się wymienić koszulką. Od tamtego momentu już bardziej dbałem o te rzeczy. Mam z niego pamiątkę w postaci koszulek Joey Bartona i Nicolasa Anelki.

Potem trafiliście na Girondins Bordeaux. Była możliwość wyeliminowania Francuzów?

W pierwszym meczu była ogromna szansa na korzystny wynik, bo graliśmy w przewadze i stwarzaliśmy więcej sytuacji. Graliśmy dobre spotkanie, strzeliliśmy prawidłową bramkę, ale sędzia nam tego gola nie uznał. W rewanżu nie mieliśmy absolutnie żadnych szans. Tam była pełna dominacja z ich strony.

A gdyby w połowie sezonu z Dyskobolii nie odszedł najlepszy strzelec, Andrzej Niedzielan, czy Twoim zdaniem zmieniło by to coś?

Myślę, że nie. Andrzej był świetnym zawodnikiem i kapitalnie grał w Dyskobolii, ale myślę, że to mogłoby nie wystarczyć na takiego rywala, jak Girondins Bordeaux.

Miałeś już wtedy oferty z zagranicy, interesowały się Tobą: Ajax, Schalke czy Middlesborough, ale ostatecznie zdecydowałeś się na transfer do Austrii Wiedeń. Dlaczego?

Niektóre odrzuciłem, w innych przypadkach pojawiał się jakiś problem w negocjacjach. Trzeba też pamiętać, że zgodę na transfer musiał wyrazić klub. Musieli za mnie zapłacić, a w tamtych czasach to nie było takie proste. Wybrałem Austrię z prostego powodu – chciałem po prostu grać. Miałem plan, że nauczę się języka, zacznę regularnie występować w pierwszej jedenastce, a później lepsze kluby będą skłonne zapłacić za mnie większe pieniądze.

Były jeszcze jakieś inne oferty?

Byłem bardzo blisko porozumienia z FC Nantes. Rozmawiałem z dyrektorem sportowym przez telefon, ale tam wchodziło w grę tylko wypożyczenie, a władzom klubu taka opcja nie odpowiadała. Dyskobolia chciała mnie sprzedać definitywnie. No i był też Spartak Moskwa.

Ale kierunek wschodni cię nie kręcił.

Tak, chociaż oferowano mi tam niewiarygodne pieniądze. Pamiętam, jak spotkaliśmy się z moim managerem i on powiedział, że Spartak daje mi milion dolarów, a na tamte czasy była to oferta niewiarygodna. Po prostu nie mieściło się to w tej mojej główce.

W Austrii zdobyłeś mistrzostwo i Puchar kraju, ale odgrywałeś tam drugoplanową rolę.

Zgadza się, pierwszoplanową rolę odegrałem chyba tylko dwa razy. Raz strzeliłem gola z rzutu wolnego w finale Pucharu Austrii, a innym razem zdobyłem bramkę w europejskich pucharach w meczu z Parmą. To były ważne trafienia, ale ogólnie rzeczywiście grałem sporadycznie.

Co o tym zadecydowało?

Myślę, że nie byłem przygotowany mentalnie do tego wyjazdu. Gdzieś po drodze, popełniłem mnóstwo błędów właśnie w przygotowaniu mentalnym. Wydawało mi się, że coś mi się należy, a to nie jest prawdą. Generalnie w takich sytuacjach musisz zawalczyć o to, żeby się pokazać, mieć świetną formę i udowodnić, że jesteś dobry, a nie obrażać się na wszystko. Popełniłem mnóstwo błędów, jeśli chodzi o sferę mentalną, co spowodowało, że później absolutnie się nie nadawałem do tego, żeby tam grać.

Czytaj też: Marek Motyka: „Gdyby okazało się, że ktoś puścił mecz z Malmo, chyba podciąłbym sobie gardło”

Czy w Valerendze był taki sam scenariusz?

To była już konsekwencja tego, co było w Austrii. Nie byłem przygotowany, mało grałem, potrzebowałem czasu. Styl w Norwegii też mi nie przypasował, jednak prawda jest taka, że po prostu nie dawałem sobie rady. Musiałem gdzieś pograć, odbudować się, odpocząć i nabrać pewności siebie, bo trochę mi jej brakowało. Nie czułem się najlepiej i było to konsekwencją tego, że nie grałem w podstawowym składzie, więc musiałem wrócić, zrobić kilka kroków do tyłu.

Jak wspominasz Norwegię jako kraj?

Bardzo zimny, lato było fatalne. Pamiętam, że ludzie podchodzili bardzo przyjaźnie, jednak nie wspominam tego aż tak cudownie. To było bardziej takie przeczekiwanie, aż to wszystko się skończy. Podpisałem kontrakt na trzy lata, ale już po roku już wiedziałem, że to się nie uda. Nawet żona mówiła do mnie, że musimy po prostu wrócić i się odbudować, bo nie ma sensu tego dłużej ciągnąć, mając tylko dobry kontrakt. „Musisz zrobić dwa kroki w tył, mniej zarabiać, ale czerpać z tego radość i przyjemność” – mówiła. To było duże ryzyko, a wiadomo, że nie łatwo jest zrezygnować z lepszych pieniędzy na rzecz gorszych. Wiedziałem jednak, że muszę to zrobić i tak się właśnie stało. To pozwoliło mi później zrobić wiele kroków do przodu.

Zrobiłeś te dwa kroki do tyłu, decydując się na grę w ŁKS Łódź, ale właśnie tam wykonałeś ten pierwszy krok do przodu.

Wieszczu mi powiedział, że to będzie dobry krok i to zdecydowało o powrocie do Polski. On mnie trochę mentalnie podbudował. Muszę przyznać, że działacze ŁKS bardzo chcieli mnie pozyskać i to mnie zmotywowało. Byłem w takim momencie kariery, że nie wierzyłem do końca w to, czy jestem dobry. Zastanawiałem się czy ktoś w ogóle będzie mnie chciał. ŁKS zrobił taką otoczkę, która sprawiła, że uwierzyłem, że jednak umiem grać w piłkę. Postanowiłem więc, że jak ktoś tak bardzo mnie chce, to warto odwdzięczyć się dobrą grą.

Odwdzięczyłeś się na tyle dobrą grą, że szybko wyrwał Cię stamtąd Śląsk Wrocław.

Tutaj trener Tarasiewicz wykonał ogromną pracę. Świetny facet! Pamiętam, jak przyszedłem na rozmowę. Pierwsze, co on mi powiedział to:  „Słuchaj Sebastian, w 2012 roku chcemy zdobyć mistrzostwo Polski”. Myślę sobie, co to za wariat? Przyszedłem do beniaminka ekstraklasy, który się wzmocnił pięcioma czy sześcioma piłkarzami, więc odpowiedziałem „Co jest grane? Jakie mistrzostwo? O co chodzi? Żebyśmy się czasem z hukiem nie spierniczyli z ligi”. On mnie uspokoił i zapewnił, że będzie dobrze. Miał rację, bo zajęliśmy wówczas 5. miejsce, dzięki czemu wykreowało się wielu piłkarzy.

Ze Śląskiem zdobyłeś mistrzostwo Polski, ale trener Tarasiewicz już nie był wtedy trenerem wrocławian. Był nim Orest Lenczyk, którego niektórzy piłkarze nazywali wuefistą. Jak go wspominasz?

Wspólnie z trenerem Lenczykiem spędziłem fantastyczny czas. Mieliśmy czasami ze sobą nie po drodze, ale mimo różnych spięć, musieliśmy – ja jako kapitan, on jako trener – się porozumieć. W końcu jechaliśmy na tym samym wózku. Miło go wspominam i czasem mamy jakiś kontakt ze sobą, więc cieszę się, że był moim trenerem. Spowodował, że zdobyłem mistrzostwo Polski! Oczywiście było też wiele śmiechu podczas jego pracy w Śląsku, bo trener potrafił nas naprawdę czasami rozbroić. Trzeba mu przyznać, że doskonale nas przygotował do sezonu, w którym zdobyliśmy tytuł.

Orest Lenczyk zasiadał też na ławce trenerskiej podczas meczów w europejskich pucharach z Dundee United. Wspominał, że wiele lat wcześniej po klęsce z Dundee 2:7, został zwolniony ze Śląska?

Wspominał! Mówił, że po meczu z Dundee go wyrzucili z klubu i przestrzegał, żeby teraz czasem nie skończyło się tak samo. Generalnie się z tego śmiał. Miał ogromne poczucie humoru, ale też dobrą pamięć. Zapamiętywał bardzo wiele szczegółów ze swojej kariery trenerskiej.

Chyba nawet on nie pamiętał, żeby jakiś piłkarz mówił rzeczy, jakie wypowiedział Piotr Ćwielong na temat pory, w jakiej powinno się grać w piłkę. Media wtedy potraktowały Ćwielonga bardzo ostro, ale Ty potwierdziłeś jego słowa i też mówiłeś, że nie powinno się grać w niedzielę, kiedy świeci słońce…

I wciąż tak samo się do tego odnoszę. Piotrkowi rzeczywiście się bardzo mocno za to oberwało i musiał odpokutować, ale to zostało trochę podkoloryzowane. Ktoś pociągnął temat, chwycił za słówko i poszło. Internet nie wybacza. Ja mogę powiedzieć, że też wolę grać wieczorem, w godzinach Ligi Mistrzów, bo wtedy panuje atmosfera wielkiego święta. Wysoka temperatura w środku dnia, nie sprzyja do wykrzesania z siebie wszystkiego i grania na maksymalnym poziomie. Łatwiej to zrobić o godzinie 20:30 i właśnie dlatego, tak jak Piotrek, wolę grać w godzinach późniejszych.

Czytaj też: Jerzy Chromik: „Mamy kilku redaktorów. Reszta to rzemieślnicy słowa”

Internet nie wybacza, to fakt, ale tak jest w życiu, jeżeli popełnisz błąd, to musisz za to płacić. Przecież życie piłkarza to różnego rodzaju pokusy, którym trudno się oprzeć. Łatwo jest popełnić błąd i na przykład uzależnić się od kasyna. Jak Ty sobie radziłeś z takimi pokusami?

To nie jest łatwa sprawa. Myślę, że z biegiem lat coraz trudniej jest młodym piłkarzom z tym sobie radzić. Pokus jest coraz więcej, są inne możliwości, a w grę wchodzą większe pieniądze. Dużą rolę odgrywają w tym osoby, które cię otaczają. Mam tu na myśli: rodzinę, żonę, rodziców, przyjaciół, ale też trenerów i działaczy oraz wszystkie osoby związane z klubem. Oni też są w pewnym sensie taką przybraną rodziną. Czasem z nimi spędza się najwięcej czasu i wtedy ci ludzie potrafią człowieka ukształtować. Ja miałem świetnych przyjaciół, wiele wzorów do naśladowania. Spotkałem ludzi, którzy potrafili mnie ukierunkować i dzięki temu, dzisiaj mam na wszystko nieco inne spojrzenie. Owszem, człowiek w życiu popełniał i błędy i będzie to robił nadal, ale są to te z kategorii do naprawienia i ja szybko potrafiłem je zdiagnozować.

Zaczynałeś w ciekawych czasach, więc pewnie doskonale zapamiętałeś zasadę w szatni, zgodnie z którą – mówiąc kolokwialnie – kto nie pije, ten podpierdala…

Początki były bardzo podobne. Główną odskocznią od sportu były duże ilości alkoholu i nikt nie miał żadnego pomysłu, żeby inaczej spędzać czas. Ja, jako młody piłkarz, mogłem się temu tylko przyglądać i rzeczywiście pewne rzeczy zaobserwować, ale na szczęście z biegiem lat to się bardzo szybko zmieniało. Rywalizacja była coraz większa i sami zawodnicy zrozumieli, że nie tędy droga. Myślę, że w moim przypadku pomogło to, że miałem możliwość grać na w reprezentacji do lat 16 i do lat 18. Już wtedy dowiedziałem się, co to znaczy prawdziwy profesjonalizm.

Wracając do Śląska, w europejskich pucharach przegrywaliście z Dinamem Bukareszt, Hannoverem czy Sevillą, ale chyba najbardziej bolesna była porażka z Helsingborgiem. Wydawało się, że mistrz Szwecji jest w waszym zasięgu, tymczasem w dwumeczu przegraliście 1-6.

To był dla nas taki konkretny dzwon. Byliśmy bezradni. Mieliśmy trochę ubytków, odszedł  Waldek Sobota, a to był nasz motor napędowy. Odszedł Celeban, nie było Fojuta. To była zupełnie inna drużyna, co spowodowało, że musieliśmy wszystko budować od początku. To trudne, bo piłkarze byli ze sobą od wielu lat, mieliśmy super atmosferę, a po tym mistrzostwie Polski wszystko upadło.

Ale przecież do Śląska przyszli wtedy nieźli zawodnicy…

Tak, dołączyli do nas świetni piłkarze, ale jeszcze lepsi odeszli i to był ten problem. Zawsze trudno jest zastąpić kogoś, kto był dłużej, kto się sprawdzał i był w dobrej formie. Wiadomo jak to jest, kiedy przychodzi nowy gracz, nawet bardzo dobry, Nigdy nie wiadomo czy będzie on dobrze grał. To był problem naszej drużyny, ci piłkarze potrzebowali wtedy trochę czasu, a my oczekiwaliśmy zawodników na już, żeby się każdy natychmiast zaaklimatyzował, ale nie zawsze tak jest. Sam po sobie wiem, że to nie jest łatwe.

Pamiętam, że jak wylosowaliście Brugge, to też pomyślałem sobie, że nie macie szans, a tu wielka niespodzianka, awans po kapitalnym dwumeczu!

Najfajniejsze było to, że my dwa mecze z Brugge zagraliśmy absolutnie genialnie. Pierwszy wygraliśmy 1:0. Atakowaliśmy wysokim pressingiem, odbieraliśmy szybko piłkę i oni nie byli w stanie nic zrobić. Jeszcze udokumentowaliśmy to świetną bramką Sebino Plaku. W rewanżu zaczęliśmy świetnie, w pewnym momencie wygrywaliśmy wysoko, ale później daliśmy sobie strzelić dwie bramki. To spowodowało, że do naszej gry wkradła się nerwowość, i straciliśmy gola na 3:3, ale byliśmy zdecydowanie lepsi. Graliśmy koncert, zwłaszcza Waldek Sobota prezentował się kapitalnie i tym meczem sprzedał się sam. Zresztą, odszedł właśnie do Brugge.

Cofnijmy się nieco w czasie, 14. luty 2003, mówi Ci coś ta data?

Tak, mój debiut w reprezentacji Polski.

Jak wspominasz uczucie, które Ci towarzyszyło, kiedy otrzymałeś powołanie i kiedy wszedłeś na boisko?

Pamiętam jak dziś, że na zgrupowaniu nie mogłem zasnąć. To było dla mnie ogromne wyróżnienie i spełnienie najskrytszych marzeń. Przed meczem i już w momencie, kiedy wchodziłem na boisko, byłem ogromnie zdenerwowany. Myślałem tylko o tym, żeby nie popełnić jakiegoś błędu. To było krótkie zgrupowanie, ponieważ odbywało się to w ten sposób, że wcześniej reprezentacja grała mecz z Chorwacją, a na mecz z Macedonią przyjechali głównie młodzi piłkarze. Emocji było tak dużo, że tę datę zawsze będę miał w pamięci.

Zagrałeś 38 razy w pierwszej reprezentacji, ale tylko 13 gier w meczach eliminacyjnych, z czego tylko jeden przez pełne 90 minut. A więc jak to jest z tą kadrą? Szklanka jest do połowy pełna, czy w połowie pusta?

Pewnie, że chciałbym więcej, ale nie postrzegam tego w ten sposób. Każda minuta spędzona na zgrupowaniu, czy to na meczu, czy nawet na treningu, była dla mnie czymś wyjątkowym. Nigdy nie rozgraniczałem tego, czy to jest 90 minut, czy mniej. Zawsze liczyło się to, że mogłem reprezentować  kibiców, swój kraj, swoją rodzinę i samego siebie na arenie międzynarodowej.

Gdańsk to miejsce, w którym zapuścisz korzenie?

Taki był plan powrotu do Gdańska. To było miejsce, w którym zaczynałem grać w piłkę i tutaj będę chciał zakończyć karierę, pozostając na dłużej. Chcemy się w Gdańsku osiedlić z rodziną na stałe i jeżeli się nic nieoczekiwanego nie wydarzy, to tak właśnie się stanie.

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

 Mila Mila mila mila mila mila mila mila mila mila mila mila mila mila mila 

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 103 artykuły
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.