Retro Wywiad #10: Marek Motyka

Zdjęcie główne: katowickisport.pl

 Jak trafił do wielkiej Wisły pod koniec lat 70? W jaki sposób ta wielka Wisła odpadła z Malmö? Dlaczego Stanisława Goneta oskarżało się o „puszczenie” tego meczu, choć nikt nie miał żadnych dowodów? I w jaki sposób hoduje się owce na archipelagu Vestmannaeyjar… Tego wszystkiego dowiecie się z naszego kolejnego wywiadu z cyklu Retro Wywiad. Dziś rozmowa z Markiem Motyką.  Marek Motyka

Jak to się stało, że Góral z Żywca trafił do Krakowa?

Zaczęło się od zainteresowania ze strony… BKS Bielsko-Biała, gdzie pracował wówczas Antoni Piechniczek, który budował zespół na ekstraklasę. W Bielsku była wtedy bardzo mocna paka, no i oni nagle zaczęli zapraszać mnie, młodego chłopaka z Koszarawy Żywiec, na sprawdziany. Byłem z nimi nawet na obozie i byłem już bardzo blisko podpisania kontraktu, ale miałem wtedy zaledwie 15 lat i nie wszyscy byli jeszcze przekonani do mojej osoby. Pojawiły się też problemy ze zwrotem kosztów za przejazdy i trochę się do tego klubu zniechęciłem. W tym samym czasie zaczął się mną interesować Hutnik Kraków. Decyzję o transferze podjąłem po wypadku, który przytrafił mi się na boisku. Grałem mecz w Koszarawie na pozycji ostatniego stopera z Victorią Jaworzno i podczas jednej z interwencji zderzyłem się z bramkarzem i połamałem żebra. Odwiedziono mnie karetką do szpitala, gdzie spędziłem tydzień. Ten moment zdecydował, bo działacze Hutnika chcieli mnie zabrać do krakowskiego szpitala, żeby mnie leczyć, a Bielsko się mną nie zainteresowało. Zaimponowało mi to i zdecydowałem się na grę w Hutniku. W tym klubie grałem przez cztery lata i właśnie tam zostałem dostrzeżony przez zespoły z I ligi. Marek Motyka

Pomimo wielu propozycji zdecydował się Pan pozostać w Krakowie, wybierając ofertę Wisły

Wisła ze mną rozmawiała, ale początkowo do niczego nie doszło. Tam były wtedy takie gwiazdy jak Szymanowski, Musiał, Maculewicz, Płaszewski, trudno było się załapać do tej drużyny. W końcu dostałem pozycję z Ruchu Chorzów. Pojechałem do Chorzowa i właściwie podpisałem umowę i wziąłem pieniądze. Jak dowiedzieli się o tym działacze Wisły, to natychmiast zaprosili mnie do siebie. Prezes Jabłoński przeprowadził ze mną konkretną, ostrą rozmowę i w ten sposób powrócił temat Wisły. W efekcie musiałem zwracać pieniądze, które wcześniej otrzymałem z Ruchu. Cieszyłem się, ale też muszę przyznać, że się bałem, bo w Wiśle był Antek Szymanowski. To była gwiazda, idol, którego podglądałem na meczach i treningach, grając jeszcze w Hutniku. Marzyłem, żeby grać tak jak on i nigdy nie przypuszczałem, że będę miał okazję dzielić z nim szatnię i grać u jego boku. Marek Motyka

Ruch nie miał pretensji o tę całą sytuację?

Ruch podszedł do tej sprawy z dużą wyrozumiałością, nie robiono mi żadnych problemów. Do dziś mam ogromny szacunek do  tego  klubu i mam  w  nim  wielu  kolegów. Zawsze  będę  pamiętał  o  tej  propozycji. Marek Motyka

W Wiśle Kraków spotkał Pan Oresta Lenczyka. Jakim się Panu pracowało z 34-letnim wówczas trenerem? I jak radził on sobie wtedy z takimi autorytetami jak Kmiecik, Kapka, Szymanowski, Maculewicz, Gonet…

To byli inteligentni zawodnicy. Znali Lenczyka, bo on wcześniej pracował jako drugi trener przy Aleksandrze Brożyniaku. Wiedzieli, że ten człowiek miał duże umiejętności, a to, że był młody, pozwalało nam zachować pewną bliskość. Oczywiście Lenczyk też potrafił trzymać piłkarzy twardą ręką, ale przy tym był na tyle inteligentny, że umiał utrzymać szatnie, a jednocześnie na boisku pozwalał nam grać po swojemu. A my, robiąc swoje, trochę go lansowaliśmy, bo na początku zespół był niesamowicie mocny i on doskonale wiedział, że nie ma potrzeby przeprowadzać jakichś większych korekt. Na tym polegała jego mądrość. Marek Motyka

Problemy w szatni też się pojawiały. Pan na przykład miał trudności, ze względu na swoje pochodzenie.

Prawda była taka, że kiedy ja zostałem ściągnięty do Wisły, to decyzją trenera Lenczyka odszedł Adam Musiał, który był zawodnikiem bardzo lubianym. Początkowo zespół traktował mnie jako pupila trenera Lenczyka, co mnie osobiście trochę dziwiło, bo ja go wcześniej nie znałem. Starszym zawodnikom się to nie podobało. Początek miałem bardzo trudny, no musiałem najpierw przekonać do siebie starszyznę, ale w trakcie sezonu, w którym zdobyliśmy mistrzostwo, wywalczyłem miejsce w składzie, i wtedy już może nie przesadnie mnie kochali, ale zaczęli szanować. Nikt już nie podważał mojego miejsca w tej drużynie. Marek Motyka

Jest takie powiedzenie, że nie można się kopać z koniem, Pan jednak próbując przekonać do siebie starszyznę był gotowy wyskoczyć z „Koniem na solo”. Oczywiście mowa o Henryku Maculewiczu, który miał ksywkę „Koń”.

Ja byłem człowiekiem, który strasznie szanował zawodników Wisły. Byłem dumny z tego, że mogłem dzielić z nimi szatnie, to był dla mnie zaszczyt. Natomiast młodzi juniorzy Wisły z mojego rocznika, traktowali mnie jako obcego. Próbowano mnie ośmieszać, lekceważyć, robić jakieś psikusy. Ja może czasami reagowałem trochę za nerwowo. Jestem człowiekiem charakternym, który za ludzi, którzy mi w życiu pomagali, poszedłbym w ogień, a jeżeli mi ktoś stanął na odcisk, to ta adrenalina skakała i rzeczywiście szedłem va bank. Trochę czasami postępowałem za ostro, ale raczej nie byłem człowiekiem, który zawsze coś miał do kogoś, za to na pewno nie pozwalałem nikomu wejść sobie na głowę. Marek Motyka

Jak to było z tym starciem z Maculewiczem? Doszło do wymiany ciosów, czy skończyło się na słowach?

Z  Maculewiczem  była  dziwna  sytuacja. Heniek był po dwóch  fakultetach i  traktował mnie  trochę szorstko. Nikt  nigdy nie fikał  do  Makłeja bo on był  zbudowany  jak tur i wszyscy się go bali. Kiedyś  w szatni   potraktował mnie  chamsko i ja mu odpyskowałem przy całym zespole. Powiedział do mnie  przy  chłopakach, że mnie kopnie w du…, a ja mu na to  „to chodź  na  solo” i  on  skreczował. Szatnia była w szoku. Od  tego  czasu mnie nie prowokowano, bo wszyscy przekonali się, że  lepiej  ze mną żyć w zgodzie. Marek Motyka

Jako zawodnik Wisły zaliczył Pan piękną przygodę w europejskich pucharach. Na jej początku okazaliście się lepsi od belgijskiego Brugge.

Belgowie byli wtedy faworytem. Tam było wielu piłkarzy, którzy grali w reprezentacji, jak Jan Ceulemans czy Rene Vandereycken. Ja zapamiętałem ten mecz z innego powodu. Ze względu na fakt, że lecieliśmy tam czarterem, po raz pierwszy mogliśmy zabrać ze sobą żony. Mogliśmy wspólnie pójść na zakupy, czy wyjść na miasto. Ja, jako chłopak z Żywca, który dopiero wtedy zaczął zwiedzać świat, byłem szczególnie szczęśliwy, że mogłem żonie pokazać Bruggię. Sam mecz przegraliśmy, a jedną z bramek strzelił Ceulemans, którym miałem się opiekować. Gol strzelony na wyjeździe okazał się dużym sukcesem, bo  właśnie on zadecydował o naszym awansie, ponieważ u siebie zwyciężyliśmy 3:1. W tym drugim meczu postawiliśmy wszystko na jedną kartę i udało nam się sprawić niespodziankę, co odbiło się szerokim echem po całym kraju. Mieliśmy z tego ogromną satysfakcję.

Zbrojovka Brno z trenerem Masopustem okazała się jeszcze trudniejszą przeszkodą.

To był bardzo silny zespół. Awans dały nam dwa remisy, a o wszystkim zadecydował gol Maculewicza. Z tego dwumeczu została mi w pamięci fantastyczna atmosfera na Wiśle. Na stadionie był praktycznie nadkomplet kibiców, bo ludzie siedzieli nawet drzewach i stamtąd oglądali mecz. Doping był ogromny, dodawał nam wiary w to, że odniesiemy sukces. Ja miałem taki problem, że trener wystawił mnie na lewej obronie. Nie byłem ograny na tej pozycji i trochę ciężko mi się grało, ale nie popełniłem żadnych większych błędów i cieszyłem się, że mogłem uczestniczyć w tak wielkim sukcesie. Ludzie też bardzo się z tego cieszyli, bo po tym meczu nas prawie na rękach nosili.

 

To nie koniec tekstu. Wybierz poniżej kolejną stronę, aby czytać dalej

Strona: 1 2

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 110 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.