Vladimír Šmicer – przez skromność do Premier League

Słuchaliście kiedyś z olbrzymią uwagą rodziców opowiadających wam różne bajki, prawda? Gdy Vladimir Šmicer był dzieckiem, miał swoją ulubioną książkę – „Klapzubova jedenáctka”. Zabawna historia czeskiego pisarza Eduarda Bassa wpłynęła na wyobraźnię młodego chłopaka, który czytając o rodzinie tworzącej drużynę piłkarską, sam stawał przed wielkimi marzeniami. Motyw braterstwa w zespole oraz to, że ciężka praca zawsze zostaje wynagrodzona, był świetnym wstępem do jego całkiem udanej kariery.


Pierwsze mistrzostwa, które pamiętam to rok 1982. Miałem 9 lat. Musieliśmy pokonać Kuwejt. Spojrzałem na dziadka, był cały zdenerwowany, nie wiem dlaczego. Myślałem, że wygrywamy. Dostaliśmy gola z dystansu na 1:1. Potem Anglia, wymieniliśmy bramkarza, między słupkami stanął Stanislav Seman i przegraliśmy 0:2. Na koniec był remis z Francją 1:1 – to pierwsze piłkarskie migawki z wielkiego ekranu, jakie pamięta Šmicer.

Trener i krytyk, czyli dziadek

W pierwszej klasie napisałem, że chciałbym zostać piłkarzem. Wiedziałem, że zawsze będę mógł grać w piłkę, nawet jeśli nie będę uprawiał tego sportu zawodowo. Mieliśmy własny klub, robiliśmy proporce, bramkami były stare drewniana budki. Mieliśmy ze cztery miejscówki, gdzie ciągle graliśmy. Po szkole zbierałem chłopaków z ulicy, aby pokopać. Najgorzej było latem, bo dzieci rozjeżdżały się na wakacje, a ja nie miałem z kim grać! – wspominał Vladimir.

Vladimir od małego był grzecznym, ale bardzo ruchliwym dzieckiem. Pierwszy jego trener to dziadek, który zaszczepił w nim pasję do futbolu. Prawdziwe święto, to czas, kiedy chłopiec siadał z nim w fotelu i oglądał mecze piłki nożnej. Oczywiście godzina 18:30 była zarezerwowana dla telewizyjnych wiadomości. Jednak, gdy rozbrzmiewał pierwszy gwizdek sędziego, to właśnie młody Šmica przejmował stery.

Nie wiem, czy to dziadek objawił we mnie talent, ale na pewno pchnął mnie do wielkiego futbolu. Jako pierwszy mnie wspierał, a myślę też, że go to cieszyło. Sam był piłkarzem, stał na bramce. Przez krótki czas grał w Teplicach, jednak nie dotarł nigdy do najwyższej ligi. Występował na trzecim, maksymalnie na drugim poziomie rozgrywek.

To właśnie dziadek najczęściej grywał z nim w piłkę. Mieli przez to świetne relacje. Opowiadał o historii futbolu, jak bardzo zmienił się na przestrzeni lat. Według niego wszystko dawniej wyglądało bardziej amatorsko – twarde piłki, pełno błota, lata 30. i 40. Senior był zadowolony za każdym razem, kiedy mógł oglądać Vladimira w akcji. Tata naszego bohatera pracował w rozgłośni radiowej na Bukowej Górze i także wspierał syna. Jednak gdy ten pytał go, jak wyglądała jego gra, zawsze odpowiadał, że dobrze. Zdecydowanie bardziej krytycznie wypowiadał się jego dziadek.

W Verneřice wybudowano piękną nową halę. Można było kopać w zimę. Warunek? Wyszorowanie podłogi mopem po skończonej grze. Vladimir lubił również tenis stołowy.

Komunizm był złym ustrojem, ale dla nas niekoniecznie. Człowiek nie miał żadnych zmartwień, rodzice mieli stałe pieniądze, można było kupić tanio rogaliki. W szkole dostawaliśmy kakao i wracaliśmy do domu o 12. Pamiętałem wiele z lekcji, wiec nie musiałem uczyć się po powrocie. Rzucałem teczkę w kąt i wyruszałem na swoje mecze.

Dlaczego Slavia Praga?

W wieku 14 lat Vladimir przeprowadził się z Vernic do Pragi, ponieważ rodzice chcieli, aby razem z siostrą mieli większe szanse rozwoju. Młody Šmicer miał rozwijać swój talent piłkarski. W dawnym miejscu zamieszkania, kibicował Dukli Praga, do czego zachęcił go były piłkarz ręczny tamtejszego zespołu, Josef Trojan. Ponadto, klub ten grał dobrze w tamtym czasie, wygrywał tytuły i miał dobry zespół.

Kiedy jesteś mały, zawsze dopingujesz tych, którzy wygrywają. Dlatego od zawsze kibicowałem Liverpoolowi, który zdobywał Puchary Mistrzów i inne trofea. Lubi się najlepszych, a nie przegranych, więc byłem kibicem Dukli.

Tj Kovostroj Děčín to klub z rodzinnej miejscowości Czecha. Kiedy wyjeżdżał, trener Jula Casny doradził mu, żeby spróbował swoich sił w Slavii, podkreślając, że dobrze tam się pracuje z młodzieżą. Chłopak posłuchał wskazówki. Z Vinohradów, gdzie mieszkała jego babcia do siedziby klubu – miał zaledwie 15 minut drogi. Zdecydował się na ważny krok w swoim życiu. Wsiadł do tramwaju z tatą, aby tego samego dnia zapisać się na treningi w poważnym zespole.

Początek był ciężki, bo byłem chłopcem ze wsi. Gdy wsiadaliśmy do tramwaju z tatą, to się wstydziłem. Mówiłem mu podczas przejażdżki: „Tato, chodźmy stąd, chodźmy gdzieś indziej”…

Na miejscu w sekretariacie klubowym spotkali Ivo Lubasa, dawnego zawodnika zespołu z Pragi. Nie ucieszył się. Ujrzał małego i wątłego chłopca. Kazał mu jednak przyjść na trening, po którym miało okazać się, czy pozostanie z zespołem na dłużej. Po tygodniu kopania z juniorami, Vlada stał się Slavistą.

Pierwszy kontrakt podpisałem w Slavii. Negocjacje przebiegały pomyślnie. Dali mi najmniejszą kwotę dwóch tysięcy koron, przez okres czterech lat, bez premii. Miałem wtedy 18 lat. Wypłatę dostawaliśmy w reklamówkach. Ale byłem podekscytowany swoim pierwszym profesjonalnym kontraktem. Nigdzie nie pracowałem, a po prostu chciałem grać w piłkę.

Potem Šmicer rozpoczął studia na akademii biznesu i chodził oglądać wszystkie mecze w Pradze. Dukla, Sparta, Bohemian. I oczywiście jego Slavia.

Im dłużej grałem w tej drużynie, tym bardziej mnie brało, stałem się Slavistą. Nie wyobrażałem sobie po czasie gry dla innego zespołu. Chciałem dostać się do pierwszego teamu, śniłem o tym. Slavia miała wtedy jedenaste miejsce, nie byli tacy dobrzy. Ja grałem w rezerwach. Nagle przyszedł Korbel, który zaczął za miliony kupować najlepszych graczy z całego kraju. A my w szatni siedzieliśmy i gadaliśmy o tym, jakiego mamy pecha. Co mieliśmy wtedy począć? Dziwna sprawa.

W Slavii byli: Pavel Kuka, Dragiša Binić oraz genialny Władimir Iosifowicz Tatarczuk. Šmica często podpatrywał zachowania starszych kolegów. Widział, jak rozciąga się Jaroslav Šilhavý, jak ciężko pracuje Honza Suchopárek. Dobra lekcja, która zaprocentowała, kiedy nasz bohater wyjeżdżał do Anglii, gdzie duży nacisk kładło się na grę fizyczną.

Początki w Slavii. Źródło: gettyimages.com

Po wielu latach spędzonych w Slavii, doszło do kilku konspiracyjnych spotkań. W walkę o Vladimira włączyła się Sparta, która za wszelką cenę chciała go przekonać do transferu. Kontrakt leżał już gotowy do podpisu, jednak po czasie zadzwonił Pan Pešek, który powiedział Šmicerowi: myślę, że nie siedzisz teraz gdzieś w Sparcie. Nie wiadomo, czy wiedział o zaistniałej sytuacji, jednak wtedy coś w nim drgnęło.

Poczułem ulgę. Byłem zadowolony z tej decyzji. W Slavii spędziłem 8 lat i czułem się tam dobrze. Pomimo lepszych warunków, jakie oferował mi Sparta, nie zmieniłem barw klubowych.

Oferowali nawet pięć razy tyle, co Slavia, jednak zdecydował sentyment. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. W latach 1995/96 zespół dotarł do półfinału Pucharu UEFA, a po 49 latach wygrał ligę, to było niesamowite przeżycie.

Zakupy w Niemczech i przełożony ślub

Między 15. a 18. rokiem życia, najważniejszą postacią stał się dla Vlado trener, Jiří Sust. Był niewątpliwie jego faworytem spośród wszystkich szkoleniowców, bo to właśnie on wskazał drogę rozwoju młodzieńcowi. Surowy, ale wyrozumiały. Potrafił przycisnąć, lecz wszystkich bardzo lubił. Później przeszedł do B-teamu Slavii, gdzie zabrał ze sobą najlepszych. Trenowali tam przez rok, a gdy zaczęli grać w lidze, ogłosił Šmicera kapitanem w meczu z Vitkovicami. Dzięki temu młodzik miał świetny wstęp do pierwszej drużyny, strzelając bramkę z Cork City w fazie wstępnej pucharu UEFA.

Pamiętam dokładnie, gdy dostałem drugą wypłatę, zabrałem wszystkich na kolację w Vinohradach, do restauracji u Spalicka.

Boże Narodzenie obfitowało w wysokie premie. Za jedną z nich Vladimir kupił walkmana, a później garnitur. Musiał go mieć, ponieważ jego nazwisko nabierało na renomie i coraz częściej zapraszano go do programów telewizyjnych. W tamtych czasach na zakupy jeździło się do Monachium, ponieważ w Czechach wiele produktów nie było dostępnych. Gdy serbski zawodnik Slavii, Dragisa Binić, pojawiał się w złotym łańcuszku, wszyscy myśleli, że musi zarabiać fortunę. Šmicer nie mógł sobie pozwolić na takie bezsensowne wydatki i nigdy nie chciał przypodobać się innym. Zamiast tego, wolał kupić Skodę 120L.

Šmicer i Berger w 2016. Ta przyjaźń wciąż trwa. Źródło: gettyimages.com

Chodził na dyskoteki z Patrikiem Bergerem, swoim najlepszym przyjacielem, którego poznał na początku przygody w Slavii. Spotykali tam różne dziewczyny. Byli braćmi. Na początku w Pradze, potem w Liverpoolu, a na koniec mogli grać razem w Slavii, jednak Patrick… wybrał Spartę. Los chciał, że jedna z poznanych na potańcówce dziewcząt, stała się późniejszą partnerką życiową Vladimira.

Z moją żoną jesteśmy razem już od ponad 20 lat. Przez futbol dwa razy przekładaliśmy ślub na inne terminy. Pierwszy raz planowany był na trzy dni po zakończeniu fazy grupowej, z której wyszliśmy, więc musieliśmy zmienić plany – 28 czerwiec miał być datą ostateczną. Po finale miałem dostać cztery dni wolnego, tuż przed wyjazdem do Lens. Ale Dušan Uhrin przewidział, że znowu będę przekładał, bo przecież ogramy w półfinałach Francję… (Czesi wygrali wówczas po karnych, nikt z zespołu się nie pomylił – przyp. red.)

Po trzech latach pobytu w Francji, na świat przyszło pierwsze dziecko czeskiej pary. Jedno urodziło się w Lens, drugie już w Anglii, a trzecie w Czechach.

Prawdopodobnie zasilimy cały parlament europejski – żartował Šmicer.

„Kiedyś mieliśmy inną kulturę picia”

W 1996 roku Czechy zostały drugim narodem na Mistrzostwach Europy w Anglii. Šmicer tworzył fenomenalny duet z Pavlem Kuką, z którym znali się już ze Slavii. Vladimir wcześniej dołączył do francuskiego Lens, gdzie zakolegował się z Stephanem Zianim, który pomógł mu w aklimatyzacji.

Zawsze znalazł się ktoś, kto starał się mi pomóc przez pierwsze dwa miesiące: znaleźć dom, założyć konto w banku, sprawy z ubezpieczeniami, wybrać auto, zawsze miałem człowieka do pomocy pod telefonem.

Dobra forma, którą prezentował za granicą przekładała się na reprezentację.

Kiedy szedłem ze Slavii do Lens, jeszcze przed ME, wszyscy mówili, że robię wielki błąd. A to, że do przeciętnego zespołu francuskiego, że po mistrzostwach mógłbym iść do mocniejszego itd. Po trzech latach regularnej gry, czułem, że się rozwijaliśmy. Myślę, że nie byłem gotowy wtedy na lepszą drużynę. Moja kariera inaczej nie potoczyłaby się w ten sposób. Przeciwko Lens grałem już dwukrotnie w Slavii, w europejskich pucharach. W obu meczach zagrałem naprawdę dobrze. Wiedzieli, że kończy mi się umowa, więc tym sposobem nie będą musieli za mnie płacić. Byłem młodym, dwudziestoletnim zawodnikiem. Wykorzystali okazję. Kojarzyli mnie z reprezentacji U-21, a dodatkowo znali Wernera Ličkę.

Vlado czuł przede wszystkim zaufanie trenera reprezentacji, Dušana Uhrina. Czesi zajęli trzecie miejsce w Pucharze Konfederacji, gdzie został drugim strzelcem, tuż za wielkim Romario, a wyprzedzając choćby Ronaldo. Wówczas pozycja Šmicera na boisku ulegała zmianie, ponieważ szybkiego i dobrego technicznie napastnika przesuwano do linii pomocy. To także okres napiętej atmosfery w kadrze. Rozłam na grupki, brak całkowitej jedności. Media były czujne i pilnowały zawodników jak oka w głowie, aby tylko nie przeoczyć sensacji.

W Hotelu w Pradze znaliśmy kelnerów i za każdym razem umawialiśmy się, że przyniosą nam na górę, dajmy na to 30 piw. W innym przypadku przywozili nam drugą kolację. Dostawaliśmy ją na stoliku obsługowym. Na górze były bochenki chleba czy kanapki, a na dole zakryte obrusem piwo czy wino.

Piłkarze narażeni na ciągłe ataki, nie pomagali sobie wzajemnie. Oczywiście, są to ludzie tacy jak inni, grunt, aby wszystko odbywało się kulturalnie. W Liverpoolu Vladimira trenował Phil Thompson, który żartobliwie mówił:

Kiedyś mieliśmy inną kulturę picia alkoholu. Do środy byliśmy pijani, na sobotę zdrowieliśmy, a następnie znowu do środy piliśmy.

Psycholog potrzebny od zaraz?

Pierwszy raz pomocy psychologa Vladimir doświadczył podczas pobytu w Lens. W tle słychać było kojącą muzykę. Drugi raz był związany z o wiele bardziej drastycznym wydarzeniem. Podczas meczu z Leeds United, szkoleniowiec Liverpoolu, Gerard Houlier, poczuł ucisk w klatce piersiowej. Dave Galley, fizjoterapeuta The Reds ruszył z pomocą, a niewiele później francuskiemu szkoleniowcowi pomogli lekarze. Z powodu rozwarstwienia aorty, Houlier musiał przejść ciężką operację, która trwała 11 godzin.

Trzy dni później polecieliśmy do Kijowa i dostaliśmy informację, że Houlier może nie przeżyć. Po powrocie przydzielono nam psychologa, ale na 22 zawodników nie każdy go potrzebował. To było dziwne.

Wszystko skończyło się szczęśliwie, ale ze względu na stan zdrowotny, Houlier nie mógł przez pewien czas prowadzić drużyny. W tym okresie objął ją wcześniej wspomniany Phil Thompson.

Gerard Houlier, stawiając na transfer Vladimira Šmicera, nie kupował kota w worku. Pięć lat wcześniej Patrice Bergues, asystent francuskiego szkoleniowca, trenował w Lens, więc znał wszystkich ludzi, którzy kręcili się koło zawodników. Taki początek na pewno ułatwił wejście do drużyny, która ograła w finale Ligi Mistrzów drugą ulubioną drużynę naszego bohatera – AC Milan. Skąd wzięło się zamiłowanie do tego zespołu? Liverpool wtedy nie grał w Europie, na topie był zespół z Mediolanu, który w składzie miał zawodników takich jak Ruud Gullit, Marco van Basten czy Paolo Maldini. Finał Vlado przeżył niesamowicie.

Ogromnie się bałem, kiedy przenosiłem się do Liverpoolu. Obawiałem się konkurencji z angielskimi graczami. Myślałem, że to jest dobre, że za to płacą pieniądze i jestem tutaj, aby trenować. Ale ta radość, kiedy wychodziłem z takich pojedynków zwycięsko, była nieoceniona. Czym silniejszy zespół… Slavia, Lens, Bordeaux, Liverpool, tym większa była konkurencja. W Liverpoolu mieliśmy 18 reprezentantów krajowych, w sumie w składzie 25, a grało tylko 11.

Myślę, że w Liverpoolu nie mieliśmy tak dobrej drużyny, bym mógł stwierdzić, że wygramy Ligę Mistrzów. Ale byliśmy dobrze poukładanym zespołem pod względem charakterów. Lepiej pracować bez jakichś primadonn. Tego właśnie bał się Houlier w przypadku Anelki. Myślał, że ten doskonały chłopak będzie gwiazdą. Niesamowicie walczył na treningach, na meczach, byliśmy pozytywnie zaskoczeni. Niestety szła za nim zła sława..

Finał tej historii mógł być całkiem inny. Podczas swoich przenosin do Liverpoolu, kiedy to Vladimir podpisał kontrakt, przed wyjazdem rozegrał pożegnalny mecz ze starą gwardią z Kozlovna. Niestety, podczas tego spotkania skręcił kostkę. Po przybyciu do klubu okazało się, że jest bardzo spuchnięta, a swoją kontuzję tłumaczył wypadkiem podczas gry w tenisa. Na samym wstępie nadszarpnął zaufanie zarządu, ale kibice oczekiwali show. Nikogo nie obchodził ból wywołany własną głupotą. W Liverpoolu liczyły się tylko dwie rzeczy – drużyna piłkarska oraz Beatelsi. Šmicer wytrzymał presję i sobie poradził.

Šmicer ofiarą decyzji Beniteza

Jednym z trenerów, których Vladimir miło nie wspomina, jest niewątpliwie Rafa Benitez. Można powiedzieć, że to właśnie jego osoba przyczyniła się do końca przygody Czecha w Liverpoolu. Bardzo podobnie jak w przypadku Jerzego Dudka. Po operacji kolana, w lutym, do Šmicera zadzwonił hiszpański szkoleniowiec. Powiedział mu wprost, że umowa, która kończy się latem, nie zostanie przedłużona.

Gdy przyszedł nowy szkoleniowiec, Benitez, powiedziałem mu wprost, że nie dam rady. Kolano bolało mnie już na Mistrzostwach Europy w Portugalii, ale wtedy jeszcze myślałem, że to przemęczenie. Gdy nie przestawało, postanowiliśmy odwiedzić doktora Steadmana, znanego futbolowego chirurga. Potem powiedział mi, że mam być gotowy na opuszczenie zespołu po sezonie. Miałem 32 lata, trzy operacje kolana za sobą, nie byłem już perspektywicznym graczem. Nikt nie mógł przewidzieć, że zagram w finale Ligi Mistrzów. Chciałem przed zakończeniem rundy wystąpić jeszcze w kilku spotkaniach, aby się pokazać innym klubom.

Finał w Stambule to ostatnie spotkaniem, w którym Vladimir mógł zaistnieć. Gazety zaczęły wypisywać, że nie zasłużył nawet na znalezienie się w 18-stce meczowej, co niewątpliwie go bolało. W tej samej prasie Šmicer przeczytał o nominacjach do meczu, w których odnalazł swoje nazwisko. Był pełen wątpliwości, czy sobie poradzi, ponieważ nie dostawał zbyt wielu szans. W autobusie, przed wyjazdem na mecz, Benitez włączył kompilację tego, jak strzelać bramki, a w tle słychać było muzykę Stereophonics, która miała nastawić bojowo drużynę.

Takich czułych uścisków ze strony Beniteza nie było wiele. Źródło: www.theage.com.au

Dodatkową motywacją była możliwość piątego tryumfu w historii Liverpoolu. Rano, przed meczem, Vladimir rozmawiał z Milanem Barošem na temat tego, czy zagrają w tak ważnym spotkaniu. Obaj nie mieli pewności, a byli nawet przekonani, że trener nie pozwoli powąchać im murawy. Dodatkowo Baroš dostał informację od menadżera, że po sezonie może odejść do Valencii.

Po odprawie meczowej poszliśmy na stadion. Wysłałem Beregerowi sms o treści: „Cześć, jedziemy wygrać ten puchar! Jak go zdobędę, zakrzyczę specjalnie dla Ciebie do kamery”.

Kibice Liverpoolu mieli wielką przewagę liczebności nad fanami Milanu. Przed spotkaniem wszyscy zawodnicy z Mediolanu dotykali pucharu, z Liverpoolu nikt. Dlaczego? Ponieważ wierzyli w przesąd, że nie powinno dotykać się trofeum, dopóki oficjalnie nie stanie się ich własnością. Po fenomenalnym meczu, Vladimir krzyczał, tak jak obiecał: Mamy to! Mamy!

Šmicer i Riise z pucharem Ligi Mistrzów. To właśnie Vlado wszedł za kontuzjowanego Kewella jeszcze w pierwszej połowie, a w drugiej zdobył bardzo ważną bramkę na 2:3.

Jednak szczęście nie trwało zbyt długo. Wiedział, że to koniec przygody w Liverpoolu. Zaczął żegnać się z chłopakami z drużyny i z Benitezem. Był ciekaw, co ten mu powie. Podziękował Vladimirowi za współprace i za finał. To było wszystko. Po chwili odwrócił się i każdy z nich poszedł w swoją stronę. Czeski zawodnik łudził się, że po tak wspaniałym meczu, Rafa zaoferuje mu jeszcze choć jeden rok kontraktu. Wtedy nie wiedział jeszcze, że zadzwoni po niego Bordeaux.

Czułem, że dokonałem wielkiej rzeczy… że chłopiec z Verenic doszedł tak daleko. Można to rozpatrywać w kategorii cudu. Podobnie Milan Baroš. Gość z Vigantic idzie do Liverpoolu i wygrywa Ligę Mistrzów. Dla normalnych ludzi to zwykły puchar, a dla nas to jest jak nagroda Oscara. Każdy ma swoim życiu jakiś Mount Everest, a my na ten Mount Everest dotarliśmy.

He is Czech, he is great, he is Patrik Berger’s mate

Reprezentant Czech po konsultacjach medycznych, zadecydował wspólnie z Karelem Brücknerem, szkoleniowcem reprezentacji, że nie ma po co jechać do Niemiec. Kontuzja kolana wykluczyła całkowicie Vladimira z mundialu.

Nie pojechałem na Puchar Świata, bo podczas gry w Bordeaux złapałem kontuzję. Właściwie można powiedzieć, że nigdy nie zagrałem na Mistrzostwach Świata. Pomogłem tylko się na nie zakwalifikować. Byłem załamany, to jedyny raz w mojej karierze, kiedy płakałem. W maju miałem zadecydować co zrobić, i musiałem definitywnie powiedzieć, że nie jadę. W Hotelu Praga ogłoszono, że za mnie pojedzie Libor Sionko, bo mam kontuzjowaną nogę i nie pomogę drużynie.

Im dłużej jesteś w klubie, tym bardziej go kochasz – taką zasadę wyznawał Šmicer. Po czasie wszyscy stają się jedną wielką rodziną, kiedy tylko dobrze ich poznasz. Nie miał zbyt wielu ciepłych wspomnieć z Bordeaux, gdzie grał tylko przez dwa sezony. Chciał zostać na kolejne dwa, ale kontuzja kolana mu na to nie pozwoliła. Dostąpił jednak zaszczytu noszenia opaski kapitańskiej. To wielkie wyróżnienie dla gracza zza granicy. Objął te funkcję po bramkarzu, Ulrichu Ramé. Po kilku miesiącach stał się kimś ważnym, lecz we wszystkim przeszkadzały cholerne kontuzje.

Cieszyłem się, gdy Bordeaux spotkało się w Lidze Mistrzów z Liverpoolem. Na Anfield kibice mnie pamiętali i zaczęli śpiewać „He is Czech, He is great, He is Patrik Berger’s mate”. Gdy słyszysz 40 tysięcy kibiców, to jest niesamowite.

Do Bordeaux przeszedł za darmo, ponieważ skończył mu się kontrakt w Liverpoolu. Chciał za wszelką cenę zostać w Europie. Kontrofertę stawiał Espanyol Barcelona, ale wybrał Francję, ze względu na to, że znał język, środowisko i wiedział, że nie będzie mieć większych problemów z aklimatyzacją.

Zacznijmy od początku

Gdy kończył mi się kontrakt z Bordeaux, oferowali mi przedłużenie o rok. Wiedzieli, że dwa to może być dla nich samobójstwo, bo skręciłem kolano i nie grałem. Pożegnaliśmy się w zgodzie, nie czułem już chęci gry w tym miejscu. Bordeaux to piękne miasto, dobre jedzenie, czterdzieści minut do morza. Ale ja nadal chciałem grać w piłkę, pójść tam, gdzie ktoś będzie mnie potrzebował i będę miał dobrą pozycję w zespole. Zacząłem szukać innych opcji, miałem propozycję z Dubaju, Rosji, Turcji, ale po pięciu latach we Francji i sześciu latach w Liverpoolu, nie chciałem do egzotycznych miejsc. Miałem dwójkę dzieci, dlaczego miałem wyjeżdżać w świat? Otrzymałem ofertę ze Slavii, gdzie dorastałem. Pomyślałem, że idealnie byłoby zakończyć karierę właśnie tam.

Strzał w dziesiątkę. Psychicznie Vladimir był dwudziestoparolatkiem, ale fizycznie czuł się grubo po 30. W Slavii trenował Karel Jarolim. Šmicer był jednak u siebie. W domu. Nie wiedział jak długo kolano wytrzyma, więc w każdej chwili zakładał możliwość zakończenia karierę i pozostania w Pradze. Miał także oferty zagraniczne, chociażby z Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ale po głowie chodziły wciąż czarne myśli związane z kontuzjami. Chęć próby bycia liderem w Slavii była silniejsza, pragnął pomóc zespołowi, z czym wiąże się historyczny awans.

Karel był surowym trenerem, jednak zawsze mi te treningi ze względu na wiek trochę odpuszczał. Dostawaliśmy w kość, jeździliśmy dużo na rowerach. Opanowałem całe przygotowanie fizyczne i udaliśmy się na obóz do Szwajcarii, i tam graliśmy dobre mecze, budowaliśmy zaufanie, mieliśmy w zespole Standu Vicka, a to był bardzo dobry napastnik. Pierwszy raz w historii klubu dotarliśmy do Ligi Mistrzów!

Najpierw przeszli mocną Żylinę ze Słowacji. Następnym przeciwnikiem był Ajax, przeciwko któremu Vladimir nie mógł zagrać z powodu żółtych kartek. Wyręczył go jednak Standu Vicek, który zdobył dwie bramki. Nieprawdopodobne rzeczy na boisku pokazywał również Martin Vaniak, którego po tym meczu zaczęto nazywać czarodziejem.

Vlado świętuje mistrzostwo w barwach swojej ukochanej Slavii. Źródło: isport.blesk.cz

Pod koniec mojej przygody z fubolem nazywali mnie „Szczęściarzem”, dlatego, że gdzie nie grałem, tam zawsze coś wygrałem. Poprzez zdobyte trofea, zwracasz na siebie uwagę, mimo że nie chcesz. Bo co to za kariera, w której nic nie osiągnąłeś?

Podczas pierwszych dwóch sezonów, Šmicer zdobył dwa tytuły mistrza kraju. O pierwszy walczyli do ostatniego spotkania. Drugi wygrali już na trzy kolejki przed końcem sezonu. W dużej mierze przyczynił się do tego ówczesny napastnik Slavii, Tomáš Necid, który dzisiaj przebywa w Legii Warszawa. W drugim sezonie nie awansowali do Ligi Mistrzów, ponieważ zatrzymała ich Fiorentina.

To już jest koniec

Vladimir postanowił zawiesić buty na kołku, kiedy doznał kontuzji kolana w meczu Slavii Praga z Viktorią Pilzno. Ogłosił, że po wyleczeniu urazu nie wróci do gry, mówiąc, że głowa i serce chciałyby grać, ale ciało już nie wytrzymuje…

Było kilka wariantów ostatniego meczu kończącego moją karierę. Mieliśmy zagrać ze Slavią przeciwko reprezentacji albo mecz starych gwardii Sparty i Slavii. Zaprosiłem chłopców z Liverpoolu, Bordeaux, Lens. Spotkanie odbyć się miało w Pradze. Wszystko wyszło świetnie.

Każdy piłkarz ma w karierze momenty, których żałuje najbardziej. W tak udanej przygodzie z piłką nożną, której doświadczył Vladimir Šmicer, zdarzyło się parę rozczarowań.

Najbardziej żałuję tego, że nie trafiłem decydującego gola w półfinale Euro 2004, o tym wolałbym zapomnieć… Dostaliśmy bramkę od Greków w ostatnich minutach. Mieliśmy świetny zespół, finał w zasięgu ręki. Podobnie jak w meczu Liverpool – Leverkusen, kiedy to wygrywaliśmy 3:2 i na pięć minut przed końcem bramkę strzelił Lucio. Mogliśmy dojść do półfinału z United, ale to Aptekarze zagrali z Realem w finale. Boli wtedy, kiedy tracisz wygraną w ostatniej chwili, okropnie. To przyprawia mnie wciąż o mdłości, czuję się winny, choć cierpieli wszyscy. Ten rożny w meczu przeciwko Grecji… całe mistrzostwa były wspaniałe i to bardzo smutne, że skończyły się w tak niefortunny sposób.

Gdyby wszystko układało się tak, jak każdy sobie życzy, zapewne nie zobaczylibyśmy w świecie sportu wielu dramatycznych historii. Jednym słowem – dziennikarze nie mieliby o czym pisać, a kibice nie mieliby czego wspominać. Vladimir w swojej karierze nękany był kontuzjami, co nie pozwoliło mu na co dzień się szczerze uśmiechać. Być może gdyby nie felerne kolano, a także osoba Beniteza, zostałby legendą Liverpoolu. Chociaż niewątpliwie dla wielu kibiców The Reds, Šmicer jest bardzo wysoko w hierarchii.

MARIUSZ ZIĘBA

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE.

Źródło cytatów: Šmíca: Autorizovaná zpověď fotbalové legendy – David Hrbek

Mariusz Zięba
O Mariusz Zięba 59 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.
  • Dominik Dziechciarz

    Witam !
    Bardzo polecam tego redaktora .
    Artykuł bardzo ciekawy oraz napisany z wielką pasją, polotem oraz finezją