Silna Rumunia, czyli złota dekada Hagiego i spółki

Złota era. Dla nas sformułowanie dosyć odległe, w polskiej piłce nożnej zarezerwowane na lata 1972-1982. Rumuni mogą mieć w tym przypadku o wiele świeższe wspomnienia. W momencie, kiedy przeżywaliśmy jeden z najbardziej ubogich okresów w historii naszego futbolu, nad Morzem Czarnym kibice cieszyli się występami jednej z najlepszych reprezentacji globu. Mimo że zespół ten przez blisko dziesięć lat nie zdobył żadnego medalu na mistrzowskim turnieju, przysporzył swoim kibicom wielu powodów do dumy, a rywalom – powodów do zmartwień. Oto Rumunia i jej lata świetności w futbolu.

Mistrzostwa Świata w USA. Ćwierćfinały. 7 na 8 zespołów grających w ćwierćfinałach reprezentuję Europę, a oprócz starych potęg pokroju: Włochów, Holendrów i Niemców, prym wiodą „nowe siły” w postaci: Bułgarii, Szwecji i Rumunii. Ostatecznie medal zgarniają Szwedzi, najgłośniej jest o Bułgarach, jednakże najbardziej stabilną ekipą w dłuższej perspektywie okazują się być Rumuni. Prezentując ładny dla oka futbol i bezkompromisowość w grze, zostają zapamiętani jako Ci, którzy zakończyli kolumbijskie i argentyńskie marzenia o medalu, wchodząc z drzwiami do światowej czołowki na kilka, kolejnych lat.

Pionierzy mundialu i długa susza

Do 1986 roku Rumunia mogła być uznawana za czarną dziurę na mapie europejskiego i światowego futbolu. Fakt, byli jednym z pomysłodawców i pierwszych uczestników mistrzostw świata. Ba, wzięli udział w trzech turniejach z rzędu w latach 1930-1938, będąc wówczas pionierami piłki na Starym Kontynencie. Za dużym znaczeniem dla strukturalizacji futbolu nie poszły jednak konkretne wyniki i jakość. Na wielką scenę wrócili dopiero w 1970 roku, awansem na mundial w Meksyku. Los nie zdawał się być jednak dla nich łaskawy i w grupie przyszło im się zmierzyć z silną Czechosłowacją, obrońcami tytułu – Anglią i przyszłymi mistrzami świata – Brazylijczykami. Rumunia nic wielkiego nie ugrała, jednak dała się zapamiętać z dobrego występu przeciwko tym ostatnim, zakończonym ostatecznie pechową porażką 2:3.

Reprezentacja nie była więc wybitna, a drużyny klubowe… no cóż, mówiąc kolokwialnie, szału nie robiły. Rumuńską piłkę, podobnie jak polską, dusił w ówczesnych czasach komunizm. Piłkarze być może i byli uprzywilejowani, ale za darmowymi mieszkaniami i samochodami, szła też całkowita kontrola nad ich życiem i karierami. W efekcie, wielu utalentowanych piłkarzy (np. Alexandru Apolzan i Nicolae Dobrin), nigdy tak naprawdę nie miało szans poznać futbolu na najwyższym poziomie z powodu blokad transferów za granicę, jaki wprowadzał reżim Nicolae Ceausescu.

Zwrot akcji

Przełamanie nadeszło w 1986 roku, kiedy to Steaua Bukareszt jako pierwsza drużyna zza „Żelaznej Kurtyny” podniosła Puchar Europy, po zwycięstwie nad Barceloną po dramatycznym spotkaniu w Sewilli. Tryumf miał być swoistym preludium, a do reprezentacji, której człon stanowili piłkarze Steauy, dołączyć mieli młodzi gniewni. I choć na EURO 1988 awansować się Rumunom nie udało, kolejne eliminacje, tym razem do mistrzostw świata, okazały się być marszem po swoje.

Złota drużyna Steauy Bukareszt. Zwycięzcy z 1986, półfinaliście dwa lata później i finaliści w 1989.
Złota drużyna Steauy Bukareszt. Zwycięzcy z 1986, półfinaliści dwa lata później i finaliści z 1989.

Coraz lepsza gra reprezentacji zbiegła się w czasie z burzliwą „jesienią ludów” w Europie Wschodniej w 1989 roku. Podobnie jak Polacy, również Rumuni w tym czasie walczyli o swoje podstawowe prawa, jednakże w odróżnieniu od nas, ich walka nie zakończyła się na Okrągłym Stole, a bezceremonialnym zabiciu Nicolae Ceausescu – co miało oznaczać koniec blisko dwudziestoletniej dyktatury.

Z perspektywy czasu może się to wydawać tezą przesadzoną, ale uwolnienie się od Ceausescu, wpłynęło na reprezentację Rumunii jak katalizator. Granice już przestały być zamknięte dla piłkarzy, a część z nich wreszcie mogła wyjechać na Zachód, uzyskując okazję nie tylko do zarobienia większych pieniędzy, ale też do poprawy własnych umiejętności – i co za tym idzie – polepszenia wyników kadry.

Przykładem na to, jak destrukcyjny zakaz mógł to być, była chociażby kariera obrońcy Steauy – Miodraga Belodediciego. Legendarny obrońca rumuńskiej kadry w 1988 roku musiał uciekać z kraju do Serbii, w wyniku prześladowań miejscowej bezpieki. Zawodnik miał zostać piłkarzem Crvenej Zvezdy Belgrad, jednak rumuński związek sfałszował jego kontrakt, co doprowadziło do rocznego zawieszenia Belodediciego przez UEFA, a także skazania go na dziesięć lat więzienia przez reżim Ceausescu. W efekcie, dobrze zapowiadająca się kariera, mogła ulec załamaniu w wyniku politycznych rozgrywek.

Miodrag Belodedici - jeden z najlepszych obrońców na świecie pierwszej połowy lat 90.
Miodrag Belodedici – jeden z najlepszych obrońców na świecie pierwszej połowy lat 90.

Prawdziwy rozkwit

Lata 90. okazały się być cudowną „Złotą Erą” w historii rumuńskiego futbolu. Exodus rumuńskich piłkarzy do zachodnich lig sprawił, iż piłkarze z Rumunii zaczęli stanowić o sile największych zespołów na Starym Kontynencie. Gheorge Hagi trafił do Realu Madryt, Gheorge Popescu do PSV, a Dan Petrescu do Genoi. Lista ta była zdecydowanie dłuższa, w dalszej perspektywie obejmując jeszcze większą liczbę piłkarzy.

Już na mundialu w 1990 roku, kadra prowadzona przez Emercica Jenei, doszła do 1/8 turnieju, pechowo przegrywając po rzutach karnych z Irlandią. Turniej ten był jasnym sygnałem, że w Europie pojawiła się nowa siła. Relatywnie młody zespół (większość pierwszego składu nie przekraczała 25. roku życia) miał więc przed sobą świetlaną przyszłość.

Po mundialu doszło jednak do zmian, które zaburzyły harmonijnie rozwijającą się reprezentację Rumunii. Z roli szkoleniowca zrezygnował Jenei, przyjmując propozycję ponownego objęcia Steauy, a zespół eliminacje do Mistrzostw Europy w Szwecji rozpoczął od dwóch porażek – ze Szkocją i Bułgarią. Posadę stracił następca Jenei’ego, Gheorghe Constantin, a jego następca – Mircea Radulescu – mimo dobrych wyników – nie zdołał nadrobić straty ze startu eliminacji i w efekcie zespół nie awansował do turnieju finałowego.

Były to jednak chwilowe zawirowania, które jak się później miało okazać, wykuły kręgosłup drużyny. Ta miała w ciągu najbliższych czterech lat być jedną z dziesięciu najmocniejszych na świecie. Do kolejnego mundialu, w USA, Rumunia, będąc losowana z trzeciego koszyka (tego samego co Polska), wygrała swoją grupę razem z Belgią, w pokonanym polu pozostawiając m.in. bardzo silną reprezentację Czechosłowacji (mimo porażki 2:5). Zespół prowadzony już wówczas przez Anghela Iordanescu jechał za Ocean jako jeden z potencjalnych „czarnych koni”, w składzie mając gwiazdy europejskiego futbolu i mocno zrównoważoną ekipę.

Turniej życia

Już na „dzień dobry” Rumunów czekało stracie z jednym faworytów całego turnieju – rewelacyjną Kolumbią. Mimo optycznej przewagi zespołu z Ameryki Południowej, podopieczni Iordanescu okazali się być zabójczo skuteczni i spośród nielicznych wypadów, jakie wyprowadzili pod pole karne, dwa z nich zakończyły się trafieniami. Szczególnie zapamiętane zostało kapitalne uderzenie Hagiego, które jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych momentów turnieju w USA.

Ostatecznie Rumuni wygrali spotkanie 3:1 i potwierdzili swój status, jako potencjalnej rewelacji całego turnieju. Do kolejnego meczu ze Szwajcarią podchodzili już w roli faworytów, co starali się potwierdzić na boisku, dominując w posiadaniu piłki i prowadząc grę. Skończyło się to jednak katastrofą, gdyż szybcy Szwajcarzy ze Stephanem Chapuisatem wchodzili w rumuńską obronę, jak w masło. Efekt? Dotkliwa porażka 1:4. Mimo tego lania, Rumuni zdołali wywalczyć awans, ogrywając w ostatniej kolejce gospodarzy turnieju – USA, po bramce Dana Petrescu.

W 1/8 zagrali prawdopodobnie swój najlepszy mecz w historii całego kraju, ogrywając Argentynę prowadzoną wówczas przez Batistutę i Canigię 3:2 (Diego Maradona był zawieszony za pozytywny wynik testów na obecność narkotyków). Zespół Iordanescu był wówczas wielki. Znakomicie spisywali się Popescu i Lupescu, skuteczny w defensywie był doświadczony Belodedici, a ze skrzydła raz za razem atakowali Munteanu i Raducioiu. Rumuni grali przyjemny dla oka, finezyjny futbol, z dużą wymiennością pozycji i bez zbędnych kalkulacji. Co więcej, mieli Hagiego, który dyrygował całą tą orkiestrą. I to właśnie on, mimo dwóch bramek Dumitrescu, został bohaterem całego spotkania, raz za razem gnębiąc argentyńskich obrońców atakami z różnych stref boiska. Zwłaszcza bramka na 2:0, w której „Maradona Karpat” popisał się kapitalnym dograniem do Dumitrescu, definiowała styl, jaki Rumuni i on sam prezentowali na całym turnieju – opierający się na szybkiej wymianie podań i szukający mało oczywistych rozwiązań dla przeciwnika.

W ćwierćfinale Rumuni pechowo odpadli po rzutach karnych ze Szwedami, którzy kończyli mecz w dziesiątkę i wyrównali stan meczu na pięć minut przed zakończeniem dodatkowego czasu gry. W konkursie jedenastek pechowcem okazał się być Miodrag Belodedici, rozgrywający kapitalny turniej (skąd my to znamy?) i marzenia o medalu Rumunia musiała odłożyć.

Po turnieju Hagi został wybrany do jedenastki całego turnieju, a Belodedici znalazł się na liście rezerwowej. Jak się miało okazać, turniej ten był apogeum „złotej ery” w rumuńskim futbolu. Fakt, kadra uczestniczyła w kolejnych trzech wielkich turniejach (ME 1996 i 2000, MŚ 1998), jednak nigdy nie zbliżyła się już do poziomu prezentowanego w 1994 roku. Nadal była uznawana za mocną, europejską ekipę, będąc nawet w 1997 roku sklasyfikowana na trzecim miejscu w rankingu FIFA, ale już wówczas było jasne, że jest to pozycja wygórowana, a zespołu nie stać na wyrównanie lub przebicie wyniku z 1994 roku. Sam Gheorghe Hagi wielokrotnie wspominał, że porażka w ćwierćfinale ze Szwecją utkwiła w nim na zawsze i było to zapewne nie tylko jego problemem. Kto wie jakby się to potoczyło dalej, gdyby pokonali zespół ze Skandynawii…

Gheorghe Hagi - symbol wspaniałej ery rumuńskiej piłki
Gheorghe Hagi – symbol wspaniałej ery rumuńskiej piłki

Powolne składanie broni

Przeczyć tej tezie mógł turniej w 1998 roku. Stara gwardia, z Hagim, Popescu, Petrescu i Moldovanem na czele, wzmocniona została piłkarzami pokroju Adriana Ilie i Constantina Galci. Faza grupowa ponownie była popisem podopiecznych Iordanescu, którzy pewnie ograli Kolumbię i Anglię, wychodząc z pierwszego miejsca z siedmioma punktami. Do katastrofy doszło jednak w 1/8, gdzie na drodze Rumunów do upragnionego półfinału stanęła prowadzona przez Davora Sukera Chorwacja. Mecz zakończył się zwycięstwem podopiecznych Miroslava Blazevicia i jak się miało później okazać – było to ostatnie spotkanie Rumunii na mistrzostwach świata.

Na mistrzostwa Europy do Belgii i Holandii, kadra Rumunii jechała jako jeden z najbardziej doświadczonych zespołów w turnieju. Kręgosłup drużyny nadal stanowili piłkarze ze znakomitych roczników 1967 i 1968 (Petrescu, Lupescu, Popescu, Hagi), wzmocnieni dodatkowo dwoma, fantastycznie utalentowanymi zawodnikami (Adrian Mutu i Cristian Chivu). Spisali się powyżej oczekiwać, aczkolwiek trudno było mówić tutaj o porywającym futbolu. Zwycięstwo nad Anglią 3:2 w ostatniej kolejce, dało Hagiemu i spółce wyjście z trudnej grupy (z Niemcami i Portugalią), ale ćwierćfinał z Włochami był już aktem kapitulacji i porażką 0:2 – trudną do zapamiętania po latach.

Po tym turnieju z gry w kadrze zrezygnowali Dan Petrescu i Gheorghe Hagi. Stawało się powoli jasne, że weterani potrzebują już odpoczynku i nie są w stanie ciągnąć już tego wózka tak skutecznie, jak w latach 90. Po kolejnych trzech latach z gry w kadrze zrezygnował Popescu, a kadra Rumunii popadła w przeciętność. Mimo awansów do dwóch turnieju Mistrzostw Europy (Austria i Szwajcaria, Francja), zespół nie zbliżył się już do poziomu prezentowanego w latach 90.

PIOTR JUNIK

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Piotr Junik
O Piotr Junik 18 artykułów
Sympatyk Realu Madryt i wszystkiego, co związane z ligą hiszpańską. Oprócz tego piłka reprezentacyjna i futbol na uboczu. Fan seriali i muzyki elektronicznej.