Wywiad: Zygmunt Anczok (cz. I)

Zygmunt Anczok

Dlaczego nie doszedł do skutku transfer do opolskiej Odry? Jak z prawego łącznika stał się lewym obrońcą? Jak zapamiętał debiut w reprezentacji na Hampden Park? Jaki człowiekiem był trener Koncewicz? Jak poradził sobie z Garrinchą na Maracanie? O tym i o wielu innych sprawach opowiada jeden z najlepszych lewych obrońców w polskiej piłce – Zygmunt Anczok.

Jak wyglądało Pana rodzinne miasto po wojnie? Lubliniec przed wojną był miastem przygranicznym.

Urodziłem się w 1946 r., a więc można powiedzieć, że świeżo po zakończeniu działań wojennych. Lubliniec był wtedy biednym miastem, dość starym. Wszyscy dopiero zbierali się i próbowali stanąć na nogi po tych wszystkich ciężkich chwilach. To, gdzie się urodziłem i w jakich warunkach, zaczynałem pojmować dopiero w wieku kilku lat. Samo miasto jednak było biedne.

A relacje między ludźmi? Więcej było życzliwości niż w dzisiejszych czasach?

Praktycznie wszyscy byli biedni. Jedynie nieliczni mieli może trochę lepiej. Pamiętam, że taką „elitą” z tamtych czasów, to byli aptekarze, no i oczywiście lekarze. Te grupy miały faktycznie lżej i nie doświadczały biedy tak jak reszta. Każdy starał się znaleźć pracę, ale kto chciał, to tę pracę miał. W tamtych latach w Lublińcu była jedna fabryka – Lentex. To ona dawała głównie zatrudnienie, a poza nią funkcjonowały jeszcze małe zakłady, takie manufaktury bym powiedział. Mój ojciec też pracował.

Czyli ogólnie rzecz biorąc praca była?

Tak, była, ale wynagrodzenie za tę pracę było bardzo niskie. Ja to nazwałbym dodatkiem finansowym, bo ciężko tu mówić o jakimś solidnym wynagrodzeniu. Z późniejszych rozmów z ojcem, wiem, że tych pieniędzy było tylko tyle, żeby jakoś przeżyć. Nam starczało jakoś do początku miesiąca, ale inni mieli gorsze warunki. Niektórym starczało tylko na dwa czy na trzy tygodnie. Wiadomo, to był inny świat wtedy, nie ma co porównywać z dzisiejszymi czasami. No ale w takich czasach przyszło mi dorastać i tak sobie rosłem.

A kiedy w Pańskim życiu pojawiła się piłka?

Trzeba zaznaczyć, że wtedy nie był sal. Pamiętam do dzisiaj – był tylko jedna sala gimnastyczna przy straży pożarnej. Tak sobie teraz myślę i aż trudno pojąć jak my wszyscy się w tej jednej sali zimą pomieściliśmy. Człowiek się cieszył, że może chociaż na godzinkę wejść. Sama piłka pojawiła się, kiedy miałem 5-6 lat. Nie chodziłem jeszcze do szkoły, bo wtedy do pierwszej klasy szły siedmiolatki, więc miałem dużo czasu. Śmiało mogę powiedzieć, że moje życie, jako takiego brzdąca, toczyło się głównie na ulicy w centrum miasta, a razem ze mną była piłka.

To było wtedy jeszcze takie kopanie na podwórku tak?

Nie na podwórku. To było na ulicy. Zbieraliśmy się na takiej wąskiej ulicy w centrum i tam graliśmy w co się tylko dało. Głównie w piłkę, ale nie tylko. Dużą popularnością cieszyły się też dwa ognie, bo przy tej zabawie było dużo ruchu i takiej trochę ciekawości. To tam dzieciaki, które nie chodziły jeszcze do przedszkola, bo przecież nie wszyscy chodzili, przychodziły i tam się spotykaliśmy. Tak właśnie wyglądały moje pierwsze kroki w takim ogólnym rozwoju sportowym. Bo nie ma co ukrywać, że dzięki tej aktywności na zewnątrz, na świeżym powietrzu, ten młody organizm ciągle się rozwijał.

Później nadeszły szkolne czasy, ale w szkole dobrze Pan sobie radził nie tylko w piłce nożnej.

Wtedy były tzw. siedmiolatki. Do szkoły chodziło się od siódmego do czternastego roku życia i było siedem klas. Myślę, że wtedy tego sportu w moim życiu było tyle samo, co wcześniej. Może nawet więcej, bo cała ta nasza grupa jeszcze bardziej angażowała się w życie sportowe. Tak jak powiedziałem, nie było łatwo, bo miasto było biedne, był jeden dom kultury, dość stary już, wokół którego toczyło się nasze życie popołudniami. Pamiętam czas, kiedy zaczęły się pojawiać odbiorniki telewizyjne. Takich odbiorników na całe miasto było może dwa, trzy i jeden z nich był też w tym domu kultury. Kiedy się oglądało jakieś transmisje, to trzeba było zająć miejsce jak najbliżej tego malutkiego ekranu, bo ci, którzy stali dalej, niewiele już widzieli. Wracając do zajęć w szkole, to oczywiście był wf, który należał do moich ulubionych przedmiotów. Byłem trochę bardziej wyrośnięty od rówieśników i mogę powiedzieć, że brylowałem wtedy na lekcjach wf-u. Bardzo polubiłem też gimnastykę. Zyskałem dzięki niej dużo takiej sprawności czy zwinności, co później bardzo się przydawało. Lubiłem skoki przez skrzynię, przez konia i tego typu ćwiczenia. Miałem też krótki epizod bokserski. Gdzieś w okolicach roku 1956 , może 1957, założono w Lublińcu sekcję bokserską. Założył ją były bokser, który musiał kiedyś trenować w jakimś sportowym stowarzyszeniu. Pewnie gdyby uprawiał inną dyscyplinę, to powstałaby inna sekcja. Niemniej sekcja zaczęła działać. Pojawiły się oczywiście rękawice bokserskie, ale dla mnie to była krótka historia. Kiedyś poszedłem z kolegą, wzięliśmy rękawice, zaczęliśmy walczyć, ale szybko dostałem cios w twarz, położył mnie na deski i kariera się skończyła. Byłem po tym trochę taki oszołomiony, no i jednak odpuściłem, tym bardziej, że rodzice za bardzo tego nie wiedzieli. Ojciec był zapracowany, praktycznie cały dzień spędzał w pracy, mama też pracowała, siostra do szkoły, a ja byłem tym takim ostatnim.

Pan był najmłodszy z rodzeństwa.

Tak, najmłodszy. Troje nas było. Cały czas gdzieś w tym moim młodym życiu był obecny sport. Szczególnie po lekcjach, czy w przerwach, to była jedna zasada, rzucało się torby w kąt i się grało. Pamiętam, że miałem blisko do szkoły i zawsze byłem pierwszy. Pukałem do drzwi i czekałem, kiedy woźna otworzy szkołę. Nie należałem do chłopców ułożonych czy grzecznych, ale myślę, że też wpływ miały na to czasy, w jakich przyszło mi dorastać.

Wszędzie było Pana pełno.

Tak, ale to zasługa przede wszystkim tych trudnych czasów. Taki trochę łobuz był ze mnie. Dzisiaj, kiedy czasami spaceruję, spoglądam na boisko, na którym kiedyś graliśmy i wracam pamięcią do tamtych czasów. To boisko istniało już przed moim narodzinami, klub już też wtedy działał. W ogóle kiedyś w Lublińcu były aż trzy kluby. Była Unia, byli Budowlani i Sparta. W końcu wszystkie się ze sobą połączyły, bo miasto było trochę za małe, żeby mogły się w nim utrzymać trzy kluby. No ale po każdym zostały jakieś tam obiekty, choć tak naprawdę ciężko to nazwać obiektami. Było trochę zielonej trawy i to wszystko. Ale nam to wystarczało. Nie było bramek, więc rolę słupków musiały spędzać nasze torby. To było najważniejsze, bo przecież trzeba było do czegoś strzelać. Na bramce zawsze ustawiało się takiego chłopaka, który miał najmniej pojęcia o grze. Czasem niektórzy się burzyli i mieli pretensje, ale brakowało im siły przebicia. No i w takim rytmie ten czas biegł. Potem przyszła szósta i siódma klasa. Wtedy już byłem dość solidnie rozwinięty pod względem sportowym, zwłaszcza biegowo. W szkołach było coś takiego jak czwórbój lekkoatletyczny. Składały się na niego rzut palantówką, skok wzwyż, bieg na 60 m i bieg na 1000 m. Przez dwa ostatnie lata podstawówki, w każdej z tych konkurencji zdobywałem pierwsze miejsce. Pod koniec szkoły już wiedziałem, że w biegach nie mam żadnej konkurencji. Wtedy właśnie zwróciło na mnie uwagę małżeństwo wuefistów, którzy pracowali w liceum i wyszukiwali uzdolnioną sportowo młodzież.

I to oni Pana wypatrzyli.

Tak. Działał wtedy Międzyszkolny Klub Sportowy – MKS. Widzieli mnie jak gram w piłkę ręczną i zaprosili na zajęcia. Mnie pasowały te wszystkie gry ruchowe – piłka nożna czy właśnie szczypiorniak. Lubiłem to, ale na ten MKS chodziłem, bo też może trochę nie miałem odwagi odmówić, bo wiadomo – zajęcia w liceum były sporym wyróżnieniem wtedy. Jednak w środku już wiedziałem, tak od szóstej, siódmej klasy, że najwięcej radości daje mi futbol. Tym bardziej, że już byłem w klubie.

Kiedy Pan tam trafił?

Wydaje mi się, że mogłem mieć 9-10 lat, nie więcej. Byłem dość wyrośnięty, więc szybko się zaaklimatyzowałem.

I zapewne grał Pan ze starszymi od siebie.

Tak, dokładnie. Grałem ze starszymi i dość szybko zadebiutowałem w Sparcie. Miałem chyba 13-14 lat i już grałem na obronie z takimi wielkimi chłopami, bo to wszyscy byli seniorzy wtedy. Potem w Śląskim Okręgowym Związku Piłki Nożnej powstała komórka, odpowiedzialna za grupy młodzieżowe. Trafiłem do reprezentacji województwa i graliśmy o puchar Michałowicza. To wtedy dostałem szansę i zostałem zauważony. Bardzo ważną rolę w moim rozwoju w tamtym okresie odegrał były piłkarz Polonii Bytom Helmut Cichoń. Przyszedł do Sparty jako trener i bardzo mi pomógł. Wtedy byłem blisko przejścia do Odry Opole.

No właśnie, dlaczego ten transfer nie doszedł do skutku? Przecież już praktycznie wszystko było ustalone.

To prawda. Miałem zajmować małe mieszkanie w bramie, były tam takie dwa pokoiki. Tam też miałem chodzić do szkoły. Nie bez znaczenia był też fakt, oba kluby miały ze sobą dość dobre relacje. No ale pojawił się trener Cichoń i powiedział „synek gdzie Ty tam pójdziesz”. Przekazał sprawę Polonii Bytom i po pierwszej klasie szkoły zawodowej, w wieku 15 lat trzeba było wyjechać.

Trener Cichoń załatwiał ten transfer czy to Polonia sama się po Pana zgłosiła?

Nie wiem, czy to w ogóle można nazwać transferem. Po prostu przyjechał do rodziców chyba któryś z wiceprezesów, porozmawiał, przedstawił sytuację i rodzice się zgodzili. Nie wiem czy coś z tego mieli, jeśli tak, to naprawdę niewiele. Sam dostałem ruski zegarek Poirot. Wziąłem torbę i pojechałem do Bytomia.

Nie miał Pan żadnych obaw?

Nie, raczej nie. Należę do takich dość ciekawych świata, odważnych osób. Nie tęskniłem, młody byłem, pojechałem tam z radością.

Był Pan nastolatkiem, zastanawiam się czy nie było jakiś trudnych momentów? Czy nie miał Pan chwili zwątpienia, żeby to wszystko rzucić i wrócić do domu?

Nie, nic takiego nie miało miejsca. Miałem 15 lat. Pamiętam, że po przyjeździe do Bytomia, od razu zaprowadzono mnie do internatu. Na Smolenia był taki internat. Można powiedzieć, że trochę wojskowy, bo sześć łóżek, drewniane deski, wyposażenie takie typowo wojskowe. Tam jakoś się zaaklimatyzowałem, za chwilę zaczęła się szkoła. Zacząłem od drugiej klasy, chodziłem do szkoły metalowej w Bytomiu, którą po dwóch latach skończyłem. Już wtedy w wieku 15-16 lat trenowałem razem z pierwszym zespołem Polonii, ale grałem jeszcze w juniorach.

Grając w juniorach Polonii, dostał Pan zaproszenie na konsultacje w Warszawie.

Tak, to było mniej więcej w tamtym czasie. Konsultacje organizował PZPN. Zawsze odbywały się w dwóch turnusach na obiektach AWF-u. Uczestników było dość sporo, bo 120. Młodych, utalentowanych zawodników wskazywały okręgowe związki piłki nożnej. Z Polonią wtedy dobrze nam szło, bo w 1963 r. zdobyliśmy mistrzostwo Polski juniorów.

W decydującym o tytule meczu byliście lepsi od Zagłębia Sosnowiec.

Zgadza się. I można powiedzieć, że tamta wygrana, to był taki pierwszy ważny moment w mojej przygodzie, taki znak, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałem na te konsultacje do Warszawy. To było zupełnie inne miasto niż teraz. Wyjechałem pociągiem w nocy z Lublińca, jechałem sam, trafiłem na miejsce zbiórki. Część piłkarzy ze Śląska już znałem, ale z resztą trzeba było się poznać. Wszyscy się cieszyli, że tam są, pamiętam, że warszawiacy lubili słuchać naszej śląskiej gwary. Same warunki pobytowe też były naprawdę bardzo dobre. Po każdym takim obozie powstawała nowa drużyna juniorów w reprezentacji. Oczywiście odbywało się na zasadzie zespołów A, B, C, D, E, F. Tworzyło się sześć takich grup i w tej najniższej byli ci najmniej znani zawodnicy, a ci, których trenerzy już znali, którzy jakoś się tam wyróżniali, stopniowo awansowali w hierarchii. W zajęciach brała też udział „stara” drużyna juniorów, ci troszkę starsi. I właśnie z tymi starszymi grał Włodek Lubański. Mimo że przecież był od nas młodszy. Kiedy pojawił się na obiektach AWF-u, to już wiedzieliśmy kim jest. Siedzieliśmy i czekaliśmy, co on pokaże. Włodek wtedy oszołomił wszystkich swoimi umiejętnościami i wszyscy go podziwiali. Można powiedzieć, że wyglądało to wtedy tak, że był Lubański i daleko za nim cała reszta. Takie miał umiejętności. Każdy starał się zaprezentować jak najlepiej przed trenerami. A trenerzy też nie byli z przypadku. Wszyscy byli trenerami ligowymi pierwszej klasy. Ja zaczynałem od zespołu D i zbierałem punkty, żeby wreszcie na koniec trafić do drużyny A. Tworzyli ją zawodnicy, z których później powstała nowa reprezentacja Polski juniorów. No i niedługo potem zaliczyłem debiut.

Pamięta Pan tamten mecz?

Niezbyt dokładnie. Wydaje mi się, że to było w Bydgoszczy i graliśmy chyba z juniorską reprezentacją NRD. Ale wtedy grałem na prawej obronie.

Ale swoją karierę zaczynał Pan jako prawy łącznik.

Tak. Najpierw grałem jako prawy łącznik. To były czasy, w których jeszcze grało się systemem WM i jak poszedłem do Polonii, to też w juniorach grałem jako łącznik. Wkrótce zacząłem coraz więcej znaczyć, coraz bardziej się rozwijałem. Nie tylko w aspekcie sportowym, ale też kulturalnym – wiadomo – Bytom był dużo większym miastem. Po ukończeniu szkoły metalowej zacząłem naukę w technikum energetycznym. Zajęcia miałem popołudniami i praktycznie cały dzień był zajęty, bo kończyły się zwykle koło 19-tej czy 20-tej. Pamiętam, że zawsze jak wracałem, to wstępowałem po drodze do baru mlecznego. Bardzo mi tam smakowała zupa ogórkowa, do której zawsze była też bułka. No i w takim rytmie mi te dni mijały i powoli zaczynałem wchodzić do pierwszej drużyny. Poznałem starszych zawodników, jak Liberda, który prezentował już wtedy wielką klasę. Nadal jednak grałem jako łącznik. Do czasu, kiedy pewnego razu, jak graliśmy w Bytomiu, chyba z Polonią Warszawa, kontuzji doznał lewy obrońca Wieczorek. Miał już 32 lata, a w trakcie meczu złamano mu nogę. I wtedy właśnie przesunięto mnie na lewą obronę.

I tak już zostało.

No nie do końca. W drużynie był jeszcze jeden lewy obrońca – Widawski. To on początkowo zastąpił Wieczorka. No ale też już miał swoje lata, popełnił kilka błędów i mu podziękowano. W ten sposób otworzyła się szansa dla mnie. Próbowano mnie jeszcze przez chwilę w środku pola, ale ostatecznie zostałem na lewej obronie. I wtedy cała ta moja kariera zaczęła przyspieszać. W Polonii Bytom było wtedy dużo lwowiaków, których bardzo miło wspominam. Istniały też wtedy takie powiązania między klubem a federacją. Wielu zawodników Polonii dostawało szansę w reprezentacji. Po moim debiucie w Polonii w wieku 17 lat stawałem się coraz ważniejszym zawodnikiem w klubie. Potem przyszły sukcesy w Pucharze Rappana i amerykańskiej Interlidze. No i wreszcie dostałem też szansę występu w drużynie narodowej. W 1965 r. graliśmy ze Szkocją na wyjeździe i wyszedłem w pierwszym składzie w wieku 19 lat. To był dla mnie taki skok, jak to mówią szybki i dobry, bo wkrótce wygrałem plebiscyt Sportu na najlepszego piłkarza roku. Tak więc mogę powiedzieć, że wtedy się poczułem takim pełnoprawnym członkiem tej „grupy szlacheckiej”.

Debiutował Pan na Hampden Park w Glasgow. Tak duży stadion robił wrażenie?

Dopiero niedawno gdzieś przeczytałem, w jakiejś książce sportowej, że na naszym meczu było przeszło 107 tys. widzów, aż mi się nie chciało wierzyć. Samo spotkanie zrobiło na mnie wielkie wrażenie, tym bardziej że to przecież był mój debiut. Pamiętam, że wcześniej był mecz Polska – Finlandia. Siedziałem wtedy na ławce. To było za trenera Koncewicza, a na lewej obronie grał śp. Romek Bazan. Ale już gdzieś tam byłem w tej reprezentacji. Trener Koncewicz pochodził ze Lwowa, więc też pewnie przychylniej patrzył na Polonię. Przecież oprócz mnie w drużynie narodowej wcześniej grali Grzegorczyk, Orzechowski czy Liberda. Jednak w tamtym mecz z Finlandią Polacy przegrali, a dla kibiców w kraju to był szok.

Praktycznie straciliśmy szanse na awans do mistrzostw świata w Anglii.

Tak, praktycznie pogrzebaliśmy swoje szanse, bo w grupie byli przecież jeszcze Włosi i Szkoci. Trener postanowił więc dać szansę nam. Pamiętam, że oprócz mnie ze Szkocją zadebiutował jeszcze Sadek. Ja grałem na lewej obronie i to był naprawdę ciężki mecz. Ta niesamowita publika, ciemno, deszcz, wiatr. Nie można powiedzieć, że inicjatywa była po naszej stronie, ale broniliśmy się twardo. Byliśmy bardziej waleczni od Szkotów. Nie brylowaliśmy techniką jak niektórzy z nich. Te drużyny z zachodu zawsze wyprzedzały nas tym wyszkoleniem technicznym, u nas z kolei większy nacisk był kładziony na siłę, wytrzymałość i waleczność właśnie. Zgodnie z oczekiwaniami przegrywaliśmy 0:1. Ja kryłem zawodnika grającego na prawym skrzydle – Johnstone się nazywał. Grał też wielki Dennis Law. No ciężki to  był mecz, pełen walki, ale wreszcie udało się wyrównać, a chwilę później strzelić drugą bramkę. Gol Ernesta Pohla pamiętam do dzisiaj. Dostał piłkę i strzałem z 16 metrów trafił w samo okienko.

To była ta słynna bomba Pohla, która wstrząsnęła Szkocją.

Tak, bomba Pohla. Po meczu Szkoci nie mogli uwierzyć, że to my wygraliśmy. Nie dochodziło to do nich. Dzięki temu zwycięstwu były jeszcze szanse na awans. Potem wygraliśmy w Szczecinie z Finlandią i niektórzy zobaczyli światełko w tunelu, ale następny mecz graliśmy na wyjeździe z Włochami. Szybko sprowadzili nas na ziemię i wygrali 6:1. Ciepło wtedy było, grało wielu starszych zawodników. Jednym z nich był Burza Szczepański. Grał na prawej obronie, a na co dzień występował w Odrze Opole. To on też maczał palce w tym moim przejściu do Odry, które ostatecznie nie doszło do skutku. Po porażce w Rzymie nastąpiła czystka w zespole i pokoleniowa zmiana w drużynie. Wielu starszych zawodników odeszło.

Szansę debiutu dał Panu Ryszard Koncewicz. Jakim był człowiekiem?

Był szefem trenerów. Razem z Talagą, z którym nieraz spotkałem się na zjazdach PZPN-u, pisali książki o treningach i systemach gry. Wtedy w Polsce wzorowaliśmy się na szkoleniowcach ze wschodu. No a wiadomo, że tam dominowała waleczność, siła, siła i jeszcze raz siła i przygotowanie fizyczne. Niestety to przygotowanie teraz się troszkę odzywa na starość. Trenowaliśmy z dużymi obciążeniami. Byłem młodym chłopakiem jeszcze, co ja miałem wtedy 16, 17 czy 18 lat? A trzeba było naprawdę ciężko trenować. Teraz wiem, że wtedy nie trzeba było nakładać na organizm, zwłaszcza tak młody, tak dużych obciążeń, żeby być dobrze przygotowanym. Jak teraz popatrzymy na piłkarzy Polonii, to niestety wielu nie żyje, wielu podupadło na zdrowiu, szwankują stawy biodrowe.

To wszystko się później odbiło.

Odbiło się. Myślę, że to też po części wina ówczesnej infrastruktury. Było jedno boisko, przeznaczone do gry, które oszczędzano, a my musieliśmy trenować na żużlowych. Często nie było nawet gdzie biegać. Zimą czy wiosną musieliśmy biegać po ulicach, błoto, śnieg czy deszcz, to nie było zmiłuj. To wszystko teraz zaczyna wychodzić.

A jaki był trener Koncewicz w relacjach z ludźmi? Sprawiał wrażenie dość surowego.

Ja myślę, że on tylko tak surowo wyglądał, do tego jeszcze ta jego nieodłączna fajka wzmacniała to wrażenie. Wydaje się, że nie był towarzyski, ale to nie tak. Jego myśli ciągle gdzieś tam krążyły wokół piłki. Nam się wydawało, że on może nie chce z nami rozmawiać, ale tak naprawdę cały czas coś tam sobie układał w głowie, czy to trening, czy taktykę, zawsze był zamyślony. Ale był dobrym człowiekiem. Można powiedzieć, że to on w dużej mierze budował polską piłkę. Przecież wielu znakomitych piłkarzy debiutowało właśnie u niego. Położył podwaliny pod przyszłe sukcesy. Razem z Talagą wydawali te podręczniki, pełne szkiców, systemów gry. Sam, kiedy byłem krótko trenerem, to właśnie z ich książek się uczyłem.

Na początku 1966 roku Polska grała z Anglią i Pan ten mecz odpuścił.

To znaczy, to była taka sytuacja, że to był grudzień, przełom roku. W tamtym okresie wydawało mi się, że nie muszę jechać, że przecież jestem wielkim piłkarzem i mogę odpuścić. Tak mi się wydaje, że to mógł być powód. Mieszkałem wtedy w Bytomiu, zbliżał się sylwester, to wszystko ze sobą kolidowało. Mówiłem sobie, że przecież cały czas gram, to trochę odpoczynku mi się należy. A ta oferta rozegrania meczu wpłynęła do związku dość niespodziewanie i szybko trzeba było zmontować drużynę. No ale mimo wszystko trener kazał mi przyjechać do Warszawy i się pokazać lekarzowi. Akurat miałem wtedy lekko skręconą kostkę, to poszedłem wcześniej do lekarza, żeby mi dali mały gips do kolana i tak pojechałem do Warszawy. No i na tym się skończyło i wróciłem do domu. Tak nieraz się zastanawiam, że z Anglią w sumie zagrałem tylko jeden mecz, który mi dobrze wyszedł, przed mistrzostwami świata w 1966 r. No i to mi tak trochę może osłodziło fakt, że w tym Liverpoolu nie zagrałem. Ale taki błąd tylko raz zrobiłem.

Dalej postrzega Pan to jako błąd?

Tak, no bo później zdałem sobie sprawę co to znaczy kontuzja… Co to znaczy nie jechać z tego powodu… A mogłem przecież fajny mecz sobie rozegrać, a sam z tego zrezygnowałem…

Z drugiej strony mógł Pan też wtedy odnieść kontuzję.

Mogłem, ale teraz to możemy sobie gdybać. Życie pokazało jednak, że potrafi płatać figle, także pozostaje mi się cieszyć, że dane było mi zagrać tak dobry mecz na Stadionie Śląskim, mimo że przegraliśmy 1:0.

To było tuż przed mistrzostwami świata w Anglii.

Tak. Byliśmy sparing partnerem dla Anglików.

Mówił Pan, że to był Pana najlepszy mecz.

Najlepszy. Później zostałem też wybrany najlepszym piłkarzem w plebiscycie Sportu, wyprzedziłem wtedy Włodka.

W tym samym roku odwiedziliście Amerykę Południową. Graliście z Brazylią i z Argentyną.

To tournée było już za trenera Brzeżańczyka, ale jechał też trener Koncewicz. Fajny wyjazd to był. Pierwszy mecz graliśmy z drugą reprezentacją Brazylii w Belo Horizonte.

Ta druga reprezentacja Brazylii bardzo chciała się pokazać.

Tak, chcieli się zaprezentować z jak najlepszej strony. Na prawej stronie grał wtedy Jairzinho. Dobrze mi się przeciwko niemu grało. Co prawda przegraliśmy ten mecz, ale ja lubiłem walkę. Należałem do zawodników, którzy nie puszczali przeciwnika. Nie pozwalałem, żeby rywal miał metr czy dwa wolnej przestrzeni. Mój napastnik zawsze czuł mój oddech na plecach, a nie mówiąc już o palcach i rękach (śmiech). Dobry mecz zagraliśmy, no ale przegrany. Nowością były dla nas piłki, jakimi graliśmy. Były bardzo twarde, jakby za dużo powierza miały. My byliśmy przyzwyczajeni do lżejszych i na rozgrzewce się zastanawialiśmy, o co chodzi, że Brazylijczycy strzelali z 20 metrów, piłka szła do bramki i siatka się trzęsła, a my jak te piłki kopaliśmy, to one ledwo dochodziły do obrony… Potem przyszła kolej na starcie już z pierwszym zespołem. Do dzisiaj pamiętam, jak wychodziliśmy w tunelu przed meczem i jak zobaczyliśmy tę wielką Maracanę z tak ogromną widownią.

Szatnia robiła wrażenie?

Oj duża była, bardzo duża. Dla nas to nie do pomyślenia wtedy. U nas nawet w szatni Górnika, gdzie były już baseny było dość ciasno i przez pomyłkę można było założyć but siedzącego obok kolegi (śmiech). Pamiętam, że wielka radość była z tego meczu. Przegraliśmy 1:2, ale Jasiek Liberda strzelił bramkę, Walter Winkler grał na stoperze, no a ja grałem na Garrinchę. Wiedziałem wtedy co to za piłkarz… On się bawił z piłką, nie należał do takich zawodników, że piłka poszła do przodu, on ją przejął i uciekł obrońcy. To nie było w jego stylu, on się chciał bawić piłką, puścić ją rywalowi między nogami, ośmieszyć go. Ja wiedziałem, że jeśli tylko dam mu trochę swobody, to za każdym razem mnie ogra. Cały czas starłem się go nie odstępować, wciskać gdzieś tam nogę, wyprzedzać go. Ciągle miał problem, bo był plecami do mnie odwrócony i nie pozwalałem mu się obrócić. Kiedy dochodziło do pojedynków jeden na jednego, których nie było za wiele, to jakoś zawsze wślizgiem gdzieś tę piłkę wybiłem. Mimo porażki to był bardzo dobry mecz naszej drużyny. Pierwszy raz graliśmy na Maracanie, to było coś pięknego. Później pytałem takiego jednego Polaka, co ci kibice tam z góry widzą, a on mi mówił, że mieli małe radyjka z jedną falą, gdzie spiker komentował zawody i lornetki. Więc oglądali mecz z lornetkami i radiem przy uchu.

A jak wyglądała wtedy Brazylia jako kraj?

Biedota, biedota. Mieszaliśmy w hotelu przy plaży, u nich była zima, ale jaka to tam zima i tak było ciepło. Na plaży dużo bezdomnych było w tym sporo dzieci. Spali poprzykrywani byle czym… To była taka druga strona tej Brazylii, jak się wyjechało trochę dalej od hotelu… No ale porównując to z sytuacją w Kolumbii, to tam była katastrofa. Dzieci przychodziły tam pod hotel, żal było patrzeć na takich bezdomnych trzylatków czy czterolatków. Bez rodziców, sami, spali na papierze czy na jakichś dyktach przy sklepach, blisko gdzieś jakiś nadmuchów, gdzie było trochę cieplejsze powietrze. Widząc ich los, wzięliśmy jakąś bułkę, trochę jedzenia i im daliśmy, ale właściciel hotelu zaraz nam mówił, że nie ma do nas żalu, ale jak tak dalej będziemy robić, to będzie musiał nam podziękować, bo za chwilę tych dzieciaków przyjdzie sto czy dwieście. Pytaliśmy, skąd tyle tych dzieci się tu wzięło, jak to się stało. Tłumaczono nam, że w górach wielu mężczyzn pracuje przy wyrębie lasu, tak dorywczo, no i pojawiały się tam też kobiety, gdzieś tam się bawili razem i zachodziły w ciążę. Później mężczyzna szedł pracować dalej, w inny region, zapominał o tej kobiecie, a ona jak już urodziła, to zapominała o dziecku…

Tamto tournée kończył mecz z Argentyną.

Dobrze mi się grało w tym meczu, tam chyba remis był. Wiem, że na pewno grałem na prawej obronie, a pamiętam to dlatego, że udawało mi się przecinać podania do skrzydłowego. Tak się jakoś potrafiłem ustawić i go wyprzedzić, że piłki do niego nie dochodziły.

Przenieśmy się o kilka lat do przodu. W 1971 r. zagrał Pan razem z Lubańskim w pożegnalnym meczu Lwa Jaszyna. Jak Pan trafił do tamtego zespołu?

Cały czas grałem w pierwszej drużynie Polonii, również w reprezentacji szło całkiem dobrze. Ja myślę, że to była decyzja kogoś z federacji, żebym ja też jechał, choć trenerem był oczywiście Helmut Schön. Jak przyjechaliśmy na miejsce, to aż roiło się tam od wielkich gwiazd.

A wśród nich był Pana idol – Giacinto Facchetti.

Tak, mój idol Facchetti. Pamiętam, jak biegałem po dachu, żeby odpowiednio antenę przestawić i móc oglądać mecze drużyny włoskiej. A potem się okazało, że zagram obok niego na boisku. Oczywiście barierą nie do przeskoczenia w tamtych czasach był język. Byli co prawda piłkarze, nawet w Polonii, jak Jasiu Liberda, którzy potrafili się jakoś dogadać po niemiecku, no ale my mogliśmy tylko wydusić z siebie „hey” albo „hello”, ewentualnie wziąć kogoś do pomocy. Właśnie kiedy poszedłem się przedstawić Facchettiemu, to wziąłem ze sobą jednego zawodnika do pomocy w tłumaczeniu. Chciałem się przywitać i opowiedzieć jak ustawiałem antenę, żeby móc oglądać jego grę. Ale kiedy tak mu to wszystko opowiadałam, to patrzył na mnie trochę ze zdziwieniem, no bo pewnie nie mógł pojąć, o co chodzi z tym przestawianiem anteny. Dla mnie było to bardzo ważne spotkanie i bardzo się cieszyłem, że mogę chwilę z nim porozmawiać, dla niego pewnie była to rozmowa jakich wiele. No bo ktoś przyszedł, przywitał się i jeszcze nie umiał gadać po włosku czy po angielsku (śmiech). Patrząc z perspektywy czasu to był wtedy mój szczyt w Polonii, więcej mogłem osiągnąć, jedynie przechodząc do Górnika.

Do tego za chwilę dojdziemy. Jaszynowi daliście pewien prezent.

Trudno nazwać to prezentem. Daliśmy mu komplet sztućców. Taki komplet zapakowany w walizkę był typowym prezentem na weselach. Mieliśmy tylko to, nic więcej nam nie dali.

To związek Wam to przekazał?

Tak, dostaliśmy to od związku. Zapakowane w taki szary, zwykły papier. Jak żeśmy tam przyjechali, to wydawało nam się, że gdzieś to na boku położymy i tyle. Nie wiedzieliśmy, że trzeba będzie wyjść na środek i że po kolei będą delegacje. Ale jakoś tak się udało, że poszliśmy razem z Węgrem, bo oni mieli piękną miniaturę ich parlamentu z kości słoniowej i do tego jeszcze sygnet. Z zazdrością żeśmy trochę na nich patrzyli, bo my tylko ze sztućcami, ale położyliśmy, a Jaszyn podziękował. Tak sobie teraz myślę, że dobrze, że tego od razu nie otwierał. Bo sztućce były tak zapakowane, że trzeba to było umiejętnie otworzyć, żeby się nie wysypały (śmiech).

Po ostatnim gwizdku udało się Panu zabrać piłkę dla siebie.

Tak jest, zabrałem piłkę. To była taka sytuacja, że wyszła na aut, blisko chorągiewki, a sędzia zagwizdał po raz ostatni. Szybko wziąłem ją w ręce i już sobie pomyślałem, że będzie moja, ale zauważyłem, że sędzia biegnie w moim kierunku, bo też ją chciał wziąć. Jednak inni zawodnicy, którzy byli obok mnie, wzięli moją stronę i tak jakbym dostał od nich ochronę. Udało się i piłka była moja. Na tamte czasy to było coś niespotykanego, nie do pomyślenia, że ktoś może chcieć zabrać piłkę z meczu. Teraz tak patrząc wstecz, to człowiek trochę żałuje, choć też inna technika wówczas była. Piłka była skórzana, lakierowana i podpisali mi się na niej mazakiem wszyscy uczestnicy. Gdyby wtedy ją odpowiednio się zakonserwowało, to zupełnie inaczej by wyglądała. Minęło już prawie 50 lat od tamtego meczu przecież, a ta piłka starzała się razem ze mną.

Ma ją Pan do dzisiaj?

Owszem, zajmuje honorowe miejsce na półce. Kiedyś jeden z wnuczków się nią bawił. Jak tak na nią patrzę, to naprawdę żałuję, że nie została zakonserwowana w takim stanie, jak ją zdobyłem. Dzisiaj bym ją pewnie oddał na jakąś aukcję WOŚP, bo podejrzewam, że byłaby sporo warta. Teraz jest już jednak w takim stanie, że ciężko rozpoznać podpisy piłkarzy, tylko ja jestem w stanie je odczytać, bo po prostu wiem, gdzie kto mi się podpisał. Była dwa razy w Zabrzu na wystawie, a tak to leży sobie w rogu i starzeje się razem ze mną.

Jak wyglądał pomeczowy bankiet?

To była raczej kolacja niż bankiet. Wszystko odbywało się w którymś z moskiewskich hoteli. Najpierw oczywiście były te wszystkie delegacje, w takiej dużej sali, a później całe towarzystwo zeszło na dół do baru. My z Włodkiem trzymaliśmy się razem z Węgrem i z Czechami. Pamiętam, że każdy dostał kopertę. A w kopertach 500 dolarów, ale tylko dla zawodników zza „żelaznej kurtyny”. W naszych było też 500, ale rubli. To była dla nas taka troszkę niezbyt przyjemna sytuacja, no bo pokazywało to, jak bardzo ta Europa jest podzielona.

500 dolarów na ówczesne warunki w Polsce to była dość pokaźna suma.

No to już była całkiem fajna sumka, nie był to nie wiadomo jaki majątek, ale ta kieszeń już trochę by poczuła ten zastrzyk gotówki. Już można było sobie na coś więcej pozwolić. No a za te 500 rubli to kupiłem stabilizator do telewizora. Pamiętam, że był dość ciężki, a trzeba go było nieść przez te wszystkie lotniska i terminale, a to nie było tak jak dzisiaj, bo wysiadało się wszędzie na płycie i dość spory kawałek musiałem go nieść. Ale wracając do tego całego „bankietu”, to staliśmy tak z Włodkiem razem i w pewnej chwili mówię do niego: „Włodek, chodź, zrobimy taką małą imprezkę tutaj…”.

I wtedy wjechały na stół szampany.

Tak, wtedy były te szampany. Do dziś pamiętam moment, jak kelner z nimi wjeżdżał. Wszyscy myśleli początkowo, że to od organizatorów, ale powiedzieliśmy kelnerowi, żeby wskazał na nas. Tak mi się przy tej okazji przypomniało, jak byliśmy w USA, w jednym z polskich klubów. Wiadomo było, że w każdym takim klubie musiał być bar. Bar, bilard i szafa grająca to były podstawowe elementy, które po prostu musiały być w klubie. Kiedy się przychodziło do takiego lokalu, to nie było tak, że co chwilę się wyciągało się portfel i płaciło za drinki, tylko dawało się barmanowi 10 dolarów na blat i on tym dysponował. Do dzisiaj pamiętam, że jak siedzieliśmy w takim większym klubie w polskiej dzielnicy w Chicago, to niekiedy mieliśmy przed sobą sześć kieliszków. Barman przynosił i tylko pokazywał od kogo i tamta osoba wtedy do nas machała. Oczywiście dziękowaliśmy, ale potem stwierdziliśmy, że przecież nie będziemy w stanie tyle wypić. Na szczęście mieliśmy swojego barmana, którym był Jasiu Czajkowski, który wcześniej grał na bramce w Stali Rzeszów. Mówiliśmy mu, żeby tego pierwszego kieliszka koniaku nalał, ale żeby do następnych już nalewał nam takiej ciemnej herbaty. Inaczej przecież byśmy wpadli w alkoholizm (śmiech). Później jeszcze trzeba było udawać, bo skoro tyle tych kolejek wypiliśmy, to nie mogliśmy być tacy całkiem trzeźwi (śmiech). No i wracając do Moskwy, to jak kelner wskazał na nas, to reszta sobie pewnie pomyślała, że ale ci Polacy mają gest, albo może chcą, żeby ich kupić (śmiech). Wiadomo, czasy były wtedy takie, że o transferach można było zapomnieć… Później jeszcze dostałem list od trenera Schöna. Bardzo miłe słowa mi wtedy napisał. List mam do dzisiaj.

Pisał w nim, że chętnie widziałby Pana w Bundeslidze.

Tak, to prawda. Chciałby mnie zobaczyć w Bundeslidze, ale żałował, że są takie czasy, że jest to niemożliwe.

Czyli też zdawali sobie sprawę z tego, że transfer Polaka na Zachód jest nierealny?

No to było wtedy zupełnie niemożliwe. Ja paszport dostałem jeszcze jako junior, bo już wtedy wyjeżdżałem za granicę. No ale przed wydaniem miałem spotkanie z szefem milicji i jak dostałem już paszport, to od razu zaznaczono, że zaraz po powrocie mam go zdać. Wtedy jeszcze PZPN nie pomagał, wszystko trzeba było załatwić samemu, wszystkie dane wypisać itd. Gdyby się okazało, że coś jest nie tak, to sprawa była prosta – nie byłoby paszportu i bym nie pojechał. Później dopiero była komórka w PZPN-ie, która zajmowała się paszportami i wizami.

Po pożegnalnym meczu Jaszyna zmienił barwy Pan barwy klubowe. Podobno dopłacono Panu do Wartburga.

Nie, nie. Jeśli chodzi o Wartburga, to dostałem na niego talon, ale wiadomo, że wtedy samochodów nie było w takiej sprzedaży jak dzisiaj. A co do dopłaty, to dopłacili nam po zdobyciu olimpijskiego złota do malucha. Pamiętam, że dostaliśmy wtedy chyba po 40 czy 45 tys. złotych, a maluch kosztował 60 tys. Wtedy generał Ziętek, który był Ślązakiem, stwierdził, że nam dołoży, żebyśmy mieli na to auto. No i dołożył. Maluch długo mi służył. Woziłem nim wszystko, kiedy budowałem dom w Lublińcu. Był przydatny, woziłem w nim deski, cement i masę innych rzeczy. A kiedy go sprzedawałem, to dostałem więcej, niż sam zapłaciłem.

Po przejściu do Górnika, kibice Polonii urządzali Panu pobudkę pod oknami.

To były inne czasy. Wtedy było nie do pomyślenia, że zawodnik z Polonii przeszedł do Górnika. To stało się niedługo po pożegnalnym meczu Jaszyna. Rozmawiałem wtedy z Włodkiem i pytał, czy bym nie przyszedł do Górnika. To był już rok 1971, a Polonii szło coraz gorzej…

To już nie była ta sama drużyna co kilka lat wcześniej. Okres świetności miała już za sobą.

Takim trudnym momentem dla zespołu było pozostanie na Zachodzie trzech zawodników w 1966 r. Wtedy, na początku lat 70. reprezentację budowało się na zawodnikach z dwóch klubów – Legii i Górnika. Zbliżały się igrzyska olimpijskie i zdawałem sobie sprawę, że grając dalej w Polonii, która była coraz słabsza, mogę się nie załapać. To jeszcze bardziej mnie przekonało do zmiany klubu. Pamiętam, że jak na koniec sezonu piłkarze Polonii pojechali na urlop nad morze, to ja już z nimi nie jechałem. Miałem już wszystko ustalone i zaczęło do nich dochodzić, że ten Anczok coś kombinuje. Górnik chciał rozmów na temat mojego przejścia, ale Polonia nie chciała się zgodzić.

Robili problemy z transferem.

Trudności były, ale krótkie. Wtedy dużo większą rolę  niż dzisiaj odgrywała w sporcie polityka. Kluby były wspierane przez państwo, przez kopalnie. Wystarczył jeden telefon i Polonia nie miała wyjścia. Musiała się zgodzić, działacze mieli swoje sposoby. Z racji tego, że blisko mieszkałem, to stwierdziłem, że nie będę się przeprowadzać. Dalej mieszkałem w Bytomiu. Wiadomo, że kibic zawsze jest kibicem, ja starałem się nie pokazywać, ale i tak codziennie o piątej rano miałem pobudkę. Zresztą nie tylko ja, ale i pół bloku. To właśnie kibice Polonii krzyczeli, już nie powiem jak, bo nie wypada, ale na ch…

Możemy się domyśleć…

Tak… No ale jakoś udało się przetrwać ten okres. Później już kibice się oswoili z moim odejściem, a poza tym mówiłem, że moje serce zawsze jest w Bytomiu, bo przecież się nie przeprowadziłem.

A nie myślał Pan w tym trudnym okresie o przeprowadzce do Zabrza?

Nie, nie. To było rok przed igrzyskami, ja osiągnąłem wtedy szczyt formy i widziałem, że nic mi tutaj nie zagraża. Choć z drugiej strony, gdybym wiedział, że kres mojej przygody z piłką jest tak blisko, to kto wie, czy bym się zdecydował na ten krok. Ale jednak chciałem iść do przodu, do czołowej drużyny w kraju. To była główna przyczyna zmiany klubu. Poza tym wyjeżdżali na tournée do Ameryki i z Górnika było dużo bliżej do reprezentacji. Początkowo nie chciałem i nie grałem przeciwko Polonii, bo była też zawarta taka cicha umowa słowna między działaczami. Jednak w drugim sezonie w Górniku, już po powrocie z Monachium, prezes Wyra powiedział, że muszę zagrać w meczu z dawnym klubem. No i wtedy zaczęły się problemy zdrowotne. Chociaż przed wyjazdem na igrzyska czułem się dobrze, nie było żadnego sygnału, żeby iść do lekarza, bo coś tam strzyka.

Ale już na przedolimpijskim zgrupowaniu w Zakopanem poczuł Pan ukłucie w nodze.

Zgoda, ale to było takie ukłucie, jakby mnie gdzieś tam pszczółka użądliła. Nic więcej. Nawet nie poszedłem do lekarza.

Jakieś dolegliwości z tego powodu Pan odczuwał?

Nie, raczej nie. Jedynie może przy jakiś zwrotach, bo należałem do zawodników takich dynamicznych, dużo biegania, zwrotów, zatrzymań, przyspieszeń. No ale to nie było nic takiego, żeby coś tam podejrzewać. Pewnie gdybym poszedł do lekarza i jak zrobiliby mi zdjęcie, to do Monachium bym nie pojechał. Bo wtedy już byłoby to widać na zdjęciu. Po igrzyskach jednak zbadał mnie w Piekarach dr Głóg i tam wszystko wyszło jak na dłoni – pęknięcie zmęczeniowe kości śródstopia – szczelina już była widoczna.

Wtedy nie wydawało się, że to będzie poważna kontuzja.

Nie, absolutnie. Nawet jak na ówczesny poziom medycyny – dostałem po prostu wkładkę do butów i chodziłem. Tyle tylko, że oczywiście nie grałem meczów. Ale jeździłem na mecze i patrzyłem z boku. Kiedy Oślizło doznał kontuzji, to widziałem z trybun spojrzenie prezesa na lekarza i sobie pomyślałem, że chyba trzeba będzie zagrać. Poza grą byłem przez jakieś trzy tygodnie. Zbadano mnie i lekarz zobaczył na zdjęciu, że ta szczelina jest już „zalana”. Człowiek wtedy nie miał pojęcia o tych sprawach, dopiero później się dowiedziałem, ile czasu się leczy takie kontuzje. Teraz oczywiście robi się to szybciej – np. Beckham złamał piątą kość śródstopia przed mistrzostwami w Korei i już po pięciu tygodniach grał. Ja po trzech tygodniach wyszedłem na mecz z Dynamem, potem ligowe starcie z ŁKS-em i rewanż na Stadionie Śląskim z Dynamem. I wtedy już strzeliło całkowicie.

To już nie było pęknięcie, tylko złamanie.

Tak, była złamana. Ale to też się wydawało, że nic takiego. Do gipsu i po problemie. Chodziłem w tym gipsie, nie trenowałem, sporo czasu spędzałem w Lublińcu, na działce przebywałem.

Długo Pan nosił gips?

Za pierwszym razem to nie był długi okres. Później po operacji dopiero trochę dłużej. Operacja polegała na tym, że z biodra, z talerza biodrowego, zdjęto mi przy pomocy dłuta i młotka wióry kostne i obłożono tamtą szczelinkę. No i potem znowu w gips. W gipsie chodziłem trzy miesiące, później razem z Włodkiem pojechaliśmy do Lądka Zdroju. Jak tę moją nogę zobaczyłem bez gipsu, to wyglądała jak nie moja. Cała była taka wychudzona i osłabiona, że ciężko ją było poznać. Te trzy miesiące jednak zostawiły spory ślad. Jeszcze było wtedy trochę czasu do mistrzostw, ale warto też wspomnieć, że będąc w tym Lądku, to o mały włos byśmy się spalili z Włodkiem.

To była ta sytuacja, kiedy poczuł Pan spaleniznę?

To było tak, że my żeśmy tam sobie głównie spacerowali, a mieszkaliśmy w takim drewnianym budynku na trzecim piętrze. Pewnego razu poszliśmy na obiad, na kurczaka i do tego wzięliśmy małe piwko. Wróciliśmy do pokoju i jak zwykle koło południa chcieliśmy się trochę zdrzemnąć. Łóżka mieliśmy naprzeciwko siebie, Włodek po prawej stronie, ja po lewej. Kiedy leżałem i jeszcze chwilę z nim rozmawiałem, to widoczne było gniazdko na ścianie. I całe szczęście, że było je widać, bo w pewnym momencie zauważyłem wydobywający się z niego mały dymek. Skończyłem technikum energetyczne, więc wiedziałem, że coś musi być nie tak – jakieś spięcie czy zwarcie. Mówię do Włodka, że coś tam się dymi, ale on mi mówi „co Ty tam opowiadasz, leż”. No ale nie dało mi to spokoju. Wstałem, podszedłem, wącham, a węch mam do dzisiaj dobry i wyraźnie poczułem dym. Zastanawiałem się jak, skąd, przecież to niemożliwe. Za ścianą był jednak jeszcze jeden pokój, który zajmowała pewna pani dietetyk ze swoim przyjacielem. Wyszliśmy na korytarz, kulturalnie pukamy do drzwi, ale nikt się nie odzywa. Drzwi były jeszcze takie dość stare z dużą dziurką od klucza. Była tak duża, że gdyby człowiek zajrzał, to jakby ktoś rozebrany chodził, to śmiało można było podglądać (śmiech). No i zaglądam przez tę dziurkę do środka, a tam ogień w całym pomieszczaniu. A ta nasza ściana, drzwi, wszystko było z takiej drewnianej płyty. Z kopa otworzyliśmy te drzwi i momentalnie pojawiły się kłęby czarnego dymu. Z przedsionka szybko podbiegliśmy do okna, żeby je otworzyć. Źle zrobiliśmy, bo wszystko dostało „cugu” i jeszcze mocniej zaczęło się palić, ale tym dymem zaczęliśmy się dusić. Krzyczeliśmy, że pożar i mocno pochyleni przeszliśmy z powrotem do drzwi. I wtedy zobaczyłem przy tej naszej ścianie rozerwany dzbanek. Dzbanek z grzałką, która stała na obitym pianką krześle i kłęby czarnego dymu. Wszystko to stało zaraz przy naszej ścianie, która też już się paliła. Po całym tym zdarzeniu wszyscy się z nami witali i gratulowali, a na stołówce mieliśmy stolik na samym środku jak jacyś królowie (śmiech). No i później przyszła kolej na pierwsze treningi po przeszczepie. Warunki były trudne, biegałem samotnie po lesie w Lublińcu. Jak jeszcze leżał śnieg, to było w miarę miękko, więc było dobrze. Starałem się jak mogłem. Potem pojechałem na obozy z Górnikiem do Szczyrku i do Bielska, no a później na tournée do Ameryki Południowej. No i po zimie przeszedł czas, żeby wrócić na boisko.

To była zima 1973/74

Tak. Już się zaczynały ruchy kadrowe przed mistrzostwami świata. Trener Górski zastanawiał się już nad szeroką kadrą zespołu. Rozegrałem kilka meczów, Kaziu Górski dzwonił, że przyjedzie na mecz mnie zobaczyć. To było spotkanie z Odrą Opole. Trochę jeszcze brakowało mi ogrania, a przede wszystkim cały czas w głowie siedziało, że jestem po kontuzji, to nie było tak, że zapominałem. Najpierw był impuls w głowie, a dopiero potem ruch. Nie pamiętam dokładnie dlaczego, ale w tamtym spotkaniu grałem na prawej obronie. No i poszła akcja do przodu, ja mocno pobiegłem, zrobiłem zwód przy chorągiewce w narożniku boiska, w lewo, w prawo, a to prawa była tą osłabioną po kontuzji, no i mocniej się na niej oparłem i wszystko strzeliło. Chwyciłem się tylko chorągiewki i stałem… Lekarz, kiedy biegł w moim kierunku już wiedział co się stało… Zaraz zabrało mnie pogotowie i wtedy do mnie doszło, że to już jest koniec… Tyle razy już to było łamane…

ROZMAWIAŁ: BARTOSZ DWERNICKI

W drugiej części wywiadu, która ukaże się za tydzień, pan Zygmunt opowiada m.in. o problemach z wyjazdem do USA, o życiu na emigracji w Chicago i w Norwegii, o pracy taksówkarza i sklepikarza, o igrzyskach w Monachium i atmosferze po zamachu, a także o zmarnowanym pokoleniu polskiej piłki.

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Oceń ten tekst!
[Suma: 2 Średnia: 5]
Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 48 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt