Euro 1960 – jak w bólach rodził się turniej

Kapitan Igor Nietto z pucharem, a za nim oczywiście Lew Jaszyn i reszta ekipy ZSRR.

Mistrzostwami świata – największą futbolową imprezą – świat zachwyca się już od 1930 roku. Na pierwszy taki turniej w Europie trzeba było czekać do 1960. Początki tego turnieju nie były łatwe. Kiedy po raz pierwszy walczono o tytuł najlepszej reprezentacji Starego Kontynentu, zmagania te nie cieszyły się tak dużą popularnością. Zachodnie kraje, ze względu na zbyt małą renomę, odmówiły udziału w eliminacjach. Jak wyglądały pierwsze mistrzostwa Europy?

Polacy zmiażdżeni przez Real i Barcelonę

Kiedy przygotowywano się do pierwszych w historii mistrzostw Europy, w UEFA było 29 członków. Do eliminacji premierowego turnieju przystąpiło jednak zaledwie 17 reprezentacji. Zabrakło w stawce m.in. Anglii, RFN, Włoch czy będącej wówczas wicemistrzem świata Szwecji. Zainteresowanie w krajach zachodniej Europy było zatem niewielkie. Inaczej sytuacja wyglądała na Wschodzie. W eliminacjach wystartowały wszystkie kraje socjalistyczne oprócz Albanii. W turnieju finałowym miały wziąć udział tylko cztery drużyny. Droga do elity były więc trudna, ale krótka. W rundzie wstępnej Czechosłowacja okazała się lepsza od Irlandii. Pozostałe drużyny zaczynały walkę od 1/8 finału.

Antonio Ramellets, Fernando Olivella, Jesus Garay, Sigfrido Gracia, Juan Segarra, Enrique Gensana, Justo Tejada, Laszlo Kubala, Alfredo Di Stefano, Luis Suarez i Francisco Gento. Aż dziesięciu z z tych panów zagrało na stadionie w Chorzowie. Zabrakło jedynie słynnego Laszlo Kubali. Szczególnie skarcili nas Di Stefano oraz Suarez.

W tej fazie do boju przystąpiła także reprezentacja Polski. Los skojarzył nas z Hiszpanią. Kadra tego kraju oparta była na gwiazdach Realu Madryt i Barcelony. Pierwszy mecz rozegrano 28 czerwca 1959 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wielu obserwatorów uważa, że było to najwspanialsze spotkanie, jakie odbyło się na tej słynnej arenie. Obiekt oczywiście wypełnił się tego dnia do ostatniego miejsca. O 17:30 angielski sędzia Artur Edward Ellis, jeden z najsłynniejszych wówczas arbitrów na świecie, dał sygnał do rozpoczęcia gry. Naszych rywali prowadził wielki Helenio Herrera. Jego zespół tworzyły takie gwiazdy jak: Alfredo di Stefano, Luis Suarez czy Francisco Gento. Nic więc dziwnego, że rywalizacja ta wzbudziła tak duże zainteresowanie. Biało-czerwoni niespodziewanie pierwsi objęli prowadzenie. Ernest Pol uszczęśliwił polskich kibiców. Niestety później do głosu doszli Hiszpanie. Po dwa gole dla gości strzelili di StefanoSuarez. Polaków stać było jedynie na trafienie Lucjana Brychczego. Ekipa z Półwyspu Iberyjskiego wygrała 4:2 i była w znakomitej sytuacji przed rewanżem. Po polskich kibicach nie było widać rozczarowania. Przeważała radość z tego, że można było na własne oczy zobaczyć gwiazdy światowej piłki, które zawitały do Chorzowa. W Madrycie Hiszpanie wygrali 3:0 i bardzo pewnie awansowali do kolejnej rundy. Już tyko jeden dwumecz dzielił ich od turnieju finałowego. Do sportu po raz kolejny wkroczyła jednak polityka…

Polityka 1:0 futbol

Polscy kibice mieli w kolejnej fazie po cichu trzymać kciuki za Hiszpanów. Po pierwsze iberyjscy piłkarze oczarowali naszych rodaków piękną grą na chorzowskim gigancie, a po drugie ich następnym rywalem miał być Związek Radziecki. Do konfrontacji jednak w ogóle nie doszło. Dlaczego? Wszystko to z powodów politycznych. Spory na temat miejsca i terminu rozegrania spotkań były długie i burzliwe. Hiszpanie zaproponowali rozegranie meczów na neutralnym terenie, ale Rosjanie nie wyrazili na to zgody. Daty potyczek pomogła w końcu ustalić UEFA. Wydawało się, że wspaniale zapowiadająca się hiszpańsko-radziecka rywalizacja dojdzie do skutku.

Niestety atmosfera międzynarodowa zaostrzyła się po tym, jak nad ZSRR zestrzelony został amerykański samolot szpiegowski U-2. Kiedy hiszpańscy piłkarze byli już na madryckim lotnisku i oczekiwali na lot, generał Franco wydał rozkaz powrotu. Dwumecz nie został rozegrany. Drużynie radzieckiej w obu meczach przyznano walkower, co oznaczało jej awans do turnieju finałowego.

Turniej czterech drużyn

W 2016 roku po raz pierwszy w rozgrywkach finałowych o europejski prymat wzięły udział aż 24 drużyny. Kiedy opisywany w tym tekście turniej odbywał się w tym kraju 56 lat wcześniej, uczestniczyły w nim zaledwie cztery zespoły. Oprócz Związku Radzieckiego do Francji przyjechały Czechosłowacja i Jugosławia. Stawkę uzupełniali oczywiście gospodarze. Reprezentanci Czechosłowacji, jak już wspomniano, musieli zacząć walkę wcześniej. Nie mieli jednak problemów z pokonaniem Irlandii. W 1/8 finału zanotowali remis i wysokie zwycięstwo nad Danią, a w rywalizacji o najlepszą czwórkę dwukrotnie ograli Rumunię. Jugosławia zaczęła od zwycięstwa i remisu z Bułgarią, a następnie wyeliminowała Portugalię. Wprawdzie na wyjeździe zawodnicy z Bałkanów przegrali, ale u siebie nie dali rywalom żadnych szans. Francuzi bez większych problemów eliminowali Greków i Austriaków.

Francuzi ograli w dwumeczu Grecję 8:2, a Austrię 9:4. Defensywy rywali straszył między innymi Just Fontaine, król strzelców MŚ 1958. Z pięcioma bramkami został też królem strzelców pierwszych w historii eliminacji do Euro, jednak na samym turnieju nie wystąpił, podobnie jak kilka innych gwiazd.

Gospodarze podchodzili do turnieju z małą wiarą w sukces. Nie była to już ta reprezentacja, która dwa lata wcześniej na mundialu w Szwecji zajęła trzecie miejsce. Z kadry odeszli tacy gwiazdorzy jak: Kopa, Fontaine, Marche, Penverne, Kaelbel czy Abbes, którzy uczestniczyli jeszcze w eliminacjach, ale w turnieju finałowym już nie zagrali. Albert Batteux miał więc za zadanie poprowadzić odmłodzoną drużynę. W rozgrywanym na Parc de Princes w Paryżu półfinale doszło do niesamowitej, okraszonej aż dziewięcioma golami rywalizacji z Jugosławią. Do przerwy Trójkolorowi prowadzili 2:1. Jednobramkowa przewaga nie może dawać drużynie pewności, ale gdy na kwadrans przed końcem Francuzi prowadzili 4:2, wydawało się, że muszą zagrać w finale. Jugosłowianie nie poddali się. Zajrzyjmy na łamy gazety „L’Equipe”, które tak opisała końcowe fragmenty tego spotkania:

Wystarczyło niespełna pięć minut, aby Jugosłowianie uzyskali trzy gole! „Tomo” Knez, a potem dwukrotnie Drażen Jerković w odstępie 55 sekund, pozbawili nas wszelki złudzeń, że walka z brakiem szczęścia może przynieść sukces.

Jugosławia wygrała 5:4 i znalazła się w finale. Niemal w tym samym czasie, gdy pozbawiała marzeń gospodarzy, na Stade Velodrome w Marsylii rozpoczynał się drugi półfinał. Związek Radziecki pewnie pokonał Czechosłowację 3:0. Pokonani dwa lata później zajmą na chilijskich boiskach drugie miejsce w mistrzostwach świata. Teraz musieli pogodzić się z tym, że awans do finału dużego turnieju nie padł ich łupem.

Hokeista z golem na Euro

Stadion w Marsylii był areną meczu o trzecie miejsce. Reprezentanci Czechosłowacji pozostali więc w tym mieście, zaś z Paryża przyjechali Francuzi. Gospodarze byli załamani półfinałem, gdzie zwycięstwo zostało im wyrwane z gardeł. W dodatku kibice „obrazili się” na reprezentację. Tego dnia na marsylskim obiekcie zasiadło mniej niż 10 tysięcy widzów. W porównaniu do półfinałowego boju, selekcjoner Francji przeprowadził w składzie aż pięć zmian. Wiele to nie dało. W drugiej połowie przyjezdni wyszli na prowadzenie. Bramkę zdobył zawodnik, dla którego… piłka nożna nie była jedyną sportową miłością:

Po godzinie prowadzenie uzyskał „Vlasta” Bubnik, dzielący swe niezwykłe talenty sportowe między futbol – latem i hokej – zimą. W pogoni za krążkiem sięgał po trofea w igrzyskach olimpijskich oraz mistrzostwach świata. W Marsylii do „lodowych” medali dorzucił brązowy krążek w mistrzostwach Europy. W kronikach wielkiego sportu jest bodaj ostatnim, który stawał na podium w dwóch tak różnych dyscyplinach – pisano o zdobywcy pierwszej bramki w finale w tomie encyklopedii piłkarskiej „Fuji” poświęconemu ME 1960.

Czechosłowacy dołożyli jeszcze drugą bramkę, zdobywcą której był „Laco” Pavlović, zdołali zachować czyste konto i sprawili, że gospodarze skończyli turniej poza podium. To był wielki czas czechosłowackiej piłki. Ciekawostkę stanowi fakt, że obu zdobywców bramek w tym meczu zabrakło dwa lata później w zespole, który sięgnął po wspomniane wicemistrzostwo świata.

Jeśli mielibyśmy się pokusić o ocenę – jaki sport Bubnik kochał bardziej – to byłby to z całą pewnością hokej, w którym grał na czterech zimowych Igrzyskach Olimpijskich. W piłkarskiej reprezentacji wystąpił 11 razy. Sportowy fenomen.

Poniedziałek w niedzielę

Nazajutrz rozegrany został mecz finałowy mający wyłonić pierwszego w historii piłkarskiego mistrza Europy. Na Parc des Princes spotkały się reprezentacje Związku Radzieckiego i Jugosławii, ale ich rywalizacja nie przyciągnęła na trybuny tłumów. Pojawiło się około 18 tysięcy kibiców. Sędzią finałowego starcia był wspomniany już Anglik Ellis, który pełnił rolę rozjemcy także w eliminacyjnym boku Polaków z Hiszpanami w Chorzowie. Początkowo dominowali Jugosłowianie. To oni strzelili pierwszego gola, a padł on w niecodziennych okolicznościach, co opisane zostało we wspomnianej publikacji „Fuji” poświęconej pierwszym mistrzostwom:

Maslenkin toczył ostry pojedynek z Drażenem Jerkoviciem tuż przy końcowej linii boiska. Nagle obaj stanęli w miejscu oczekując gwizdka arbitra, gdyż – ich zdaniem – piłka przekroczyła białą linię. Wykorzystał to Milan Galić, po raz drugi uzyskując prowadzenie na stadionie w Parku Książąt.

Wcześniej trafił do siatki w półfinale z Francją. Wówczas jego bramka pomogła w zwycięstwie nad Francuzami. Tym razem nie wystarczyła do pokonania rywali. Wprawdzie do przerwy prowadziła drużyna z Bałkanów, ale Rosjanie wyszli na drugą połowę z ogromną wolą walki, podrażnieni utratą gola w kontrowersyjnych okolicznościach. Krótko po zmianie stron zdołali doprowadzić do remisu.

„Bomba” Walentina Bubkina nie zaskoczyła olbrzymiego Blagoje Vidinicia, ale siła uderzenia była tak wielka, że bramkarz zdołał tylko wybić piłkę przed siebie. Doskoczył do niej prawoskrzydłowy Sława Metreweli i leciutko wepchnął do siatki – napisano w encyklopedii „Fuji”.

W drugiej części gra reprezentantów Związku Radzieckiego wyglądała lepiej, ale nie zdołali zdobyć w podstawowym czasie drugiej bramki. Padła ona dopiero w dogrywce. Na zegarkach zbliżała się północ, zaś zegar meczowy odmierzał 113. minutę. Wówczas miał miejsce chyba najważniejszy gol w historii radzieckiego futbolu. Sięgnijmy znów po cytowaną wcześniej publikację, w której znaleźć można taki opis ostatniego finałowego trafienia:

Michaił Meschi, filigranowy skrzydłowy, ograł po lewej stronie boiska Durkovicia, znalazł nieco miejsca na rzucenie piłki na pole karne, a tam najwyżej wyskoczył w górę Wiktor Poniedielnik. Uderzył głową wystarczająco silnie i sprytnie, aby zaskoczyć Vidinicia.

Widać, że finał rozgrywano już o dość później porze…

W taki sposób reprezentacja Związku Radzieckiego została pierwszym w historii mistrzem Europy. Radości z tego faktu nie krył zdobywca najważniejszej bramki, Wiktor Poniedielnik:

To był najważniejszy moment w moim życiu – powiedział po meczu.

Puchar odebrano już po północy, a więc można powiedzieć, że poniedziałek dla strzelca – Wiktora „Poniedziałka” (tak byśmy przetłumaczyli jego nazwisko) był szczęśliwy. Aż pięciu piłkarzy zostało królami strzelców, ponieważ w dwóch spotkaniach zdobyli po dwie bramki. Największą gwiazdą turnieju był za to w zgodnej opinii fachowców Lew Jaszyn. O legendarnym bramkarzu można napisać wiele (zachęcamy do zapoznania się z podlinkowanym artykułem). W młodości strzegł bramki hokejowej i sięgnął nawet po mistrzostwo ZSRR z Dynamem Moskwa. W 1963 roku „France Football” przyznał mu Złotą Piłkę. Jaszyn do dziś jest jedynym golkiperem, którego spotkał ten zaszczyt. Tak opisywano tę postać w publikacji „Księga 100 piłkarzy stulecia”:

Kibice oraz eksperci najbardziej podziwiali Jaszyna za sposób gry: rozszerzał obszar akcji poza pole karne, organizował obronę i występował jako dodatkowy pomocnik ataku. Zdolność przewidywania zagrań sprawiała, że jego eskapady nie były ryzykowne: wyjątkowo rzadko dawał się zaskoczyć strzałom z daleka.

Tak wyglądały początki turnieju, w którym obecnie biją się ze sobą aż 24 reprezentacje. Wielkość piłkarskich mistrzostw Europy była budowana przez lata. Rozgrywki nie były atrakcyjne dla kilku silnych krajów. Media z zachodniej części kontynentu potraktowały turniej finałowy po macoszemu. Brytyjska prasa zamieściła zaledwie kilka słów, nie podając nawet składu finalistów. Chłodna notka na temat finału znalazła się w niemieckim „Kickerze”. Rozgrywki w należyty sposób były eksponowane tylko na Wschodzie. Zainteresowanie w tej części Europy miało przełożenie na wyniki, gdyż całe podium zajęły właśnie te zespoły. Z czasem mistrzostwa Europy zyskały większy prestiż, choć trzeba uczciwie przyznać, że nigdy mundialowi nie dorównają. Warto wiedzieć, że to, co dziś jest wielką i cenioną imprezą, jak podaje tytuł mojego artykułu, rodziło się w bólach.

GRZEGORZ ZIMNY

Źródła, z których korzystałem:

  • Jerzy Cierpiatka, Marek Latasiewicz, Mirosław Nowak – „Mundial Historia. Od Urugwaju do Rosji”
  • Encyklopedia piłkarska „Fuji” – Mistrzostwa Europy 1960
  • „Piłkarska Europa” – praca zbiorowa
  • „Euro Historia. Od Francji do Francji” – publikacja wydana przez „Przegląd Sportowy”
  • Oficjalny Skarb Kibica UEFA Euro 2016
  • Fabian Clemens, Norbert O Klingenthal i inni – „Księga 100 piłkarzy stulecia”