Kazimierz Górski – historia nieznana

Zdjęcie główne: PAP

Któż nie zna słynnej piosenki zachwalającej uroki życia we Lwowie? Zaczynała się tak: „Niech inni se jadą gdzie mogą, gdzie chcą, do Wiednia, Paryża, Londynu. A ja się ze Lwowa nie ruszę za próg! za skarby, ta skarz mnie Bóg!” A potem było o tym, że gdyby człowiek mógł się urodzić raz jeszcze, to tylko we Lwowie. My skupimy się na człowieku, który co prawda na świat przyszedł tylko raz, ale bogactwem swojego życiorysu mógłby obdarzyć niejednego lwowianina. Choć o sukcesach jego drużyny powiedziano i napisano już chyba wszystko, on sam ciągle skrywa wiele fascynujących sekretów. Panie i panowie, przed wami Trener Tysiąclecia.

Zaczęliśmy od muzycznego nawiązania, ale by lepiej wczuć się w klimat domu państwa Górskich powinniśmy posłuchać raczej czegoś innego – np. fragmentu z Księżniczki Czardasza, najważniejszego dzieła Imre Kalmanna:

Ten, jak i inne utwory składające się na wspomnianą Księżniczkę czardasza czy Wesołą wdówkę Lehara, często bowiem rozbrzmiewały w mieszkaniu przy ulicy Gródeckiej, a wszystko za sprawą głowy rodziny – pana Maksymiliana Górskiego, kolejarza, melomana, czynnego ciężarowca, a przy tym działacza sportowego i politycznego. Był wierny ideom Józefa Piłsudskiego, a w czasie obrony Lwowa u zarania II Rzeczpospolitej kierował słynnym lwowskim pociągiem pancernym, którym do miasta przyjechał także sam Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych. W 1920 roku Maksymilian Górski ożenił się z Zofią Petrysko, a już w marcu następnego roku na świat przyszło ich pierwsze dziecko – syn Kazimierz.

Być jak Wacław Kuchar

Mały Kaziu był wzorem dla pięciorga rodzeństwa, które wpatrzone w niego jak w obrazek próbowało naśladować starszego brata, ucząc się m.in. kamuflowania przed mamą pokiereszowanej garderoby po powrocie z zabawy na dworze. Od małego uwielbiał grać w piłkę, ale nie tylko – w tamtych czasach w modzie była wszechstronna sprawność, a jednym z idoli młodego Kazimierza Górskiego był Wacław Kuchar, najwszechstronniejszy sportowiec w historii Polski, którego osiągnięć nie sposób będzie przebić w dzisiejszych czasach. Oprócz piłki Kaziu grał zatem także w siatkówkę, koszykówkę, ping-ponga, a także szachy. W tej ostatniej grze potrafił raz ograć nawet mistrza Lwowa, choć ten sport traktował raczej jako rozrywkę i sposób na zabicie czasu.

Karierę piłkarską Kazimierz Górski rozpoczął w lwowskim RKS-ie, klubie kolejarzy, którego skład oparty był na piłkarzach jeszcze nieopierzonych. Gdy późniejszy Trener Tysiąclecia dołączał do zespołu, ten występował w lidze okręgowej, czyli drugim szczeblu rozgrywkowym w przedwojennej Polsce. Już w meczu juniorów przeciwko Pogoni Lwów zwrócił na siebie uwagę trenera słynnych rywali. „To drugi Wilimowski!”– miał krzyczeć z zachwytu po kapitalnej akcji Górskiego. Dzięki swojej postawie na boisku 18-letni Kaziu wkrótce otrzymał powołanie do drugiej reprezentacji Lwowa od samego Wacława Kuchara. Jak sam wspominał, stał się tym samym piłkarzem pełną gębą. Momentalnie wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie RKS-u i systematycznie zdobywał coraz to większe zaufanie trenera i kolegów. W ostatnim meczu sezonu 1938-1939 strzelił dwa gole Koronie Sambor, które zapewniły jego drużynie utrzymanie na zapleczu pierwszej ligi, kosztem drużyny znad Dniestru. Obiecująco zapowiadającą się karierę Kazimierza Górskiego przerwała, podobnie jak Wilimowskiemu i wielu innym piłkarzom, druga wojna światowa.

W czasie wojny Lwów znalazł się pod dwiema okupacjami – najpierw radziecką, a po rozpoczęciu Operacji Barbarossa, także niemiecką. Choć trudno mówić o sielance, pierwsze dwa lata wojny nie były dla lwowskich piłkarzy najgorsze. Nowe władze zorganizowały najpierw turniej czterech drużyn, a później zaczęły reorganizację sportu na model radziecki. Rozwiązano polskie kluby, wprowadzając w ich miejsce zrzeszenia i drużyny resortowe. Kazimierz Górski był jednym z twórców potęgi Spartaka, do którego selekcjonował piłkarzy. Nie interesowała go wówczas polityka, ciężko było mu nagle zrezygnować z uprawiania sportu, dlatego przystał na propozycję Bolesława Drobuta. Ich zespół był zdecydowanie najlepszy, a gracze mogli liczyć na przyzwoite, jak na tamte realia, warunki życiowe – wiedli całkiem spokojne życie, zarabiali nie najgorzej i nie musieli martwić się kolejkami do pustych sklepów spożywczych. Sytuacja pogorszyła się wraz z wkroczeniem do miasta oddziałów niemieckich. Nowy okupant z miejsca zakazał organizacji jakichkolwiek zawodów sportowych, a stadiony zamienił w magazyn sprzętu wojskowego. Dopiero w 1944 roku umożliwiono garstce piłkarzy, pod wodzą Kuchara, na rozgrywanie meczów – z reguły jednak przy pustych trybunach. Ludzie bali się przyjść na stadion z obawy przed łapankami.

Wśród najważniejszych postanowień konferencji w Teheranie z udziałem Franklina Delano Roosevelta, Winstona Churchilla i Józefa Stalina należy wymienić walkę aż do bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Rosjanie rozpoczęli zatem marsz na zachód, zajmując ponownie Lwów w lipcu 1944 roku. NKWD wiedziała wszystko o Kazimierzu Górskim, a zatem także o jego talencie piłkarskim. Zaproponowano mu więc grę w odrestaurowanym Dynamie, która zapewniłaby Górskiemu sielskie życie – zwolnienie z wojska czy słynne sklepy za „żółtymi firankami” dla prominentów. Kazimierz nie chciał jednak być obywatelem lepszej kategorii, wręcz przeciwnie – chciał uciec ze Lwowa, dlatego wraz z grupą przyjaciół zgłosił się na ochotnika do wojska. Najpierw znalazł się w 8. Zapasowym Pułku Piechoty w Majdanku, a po jego likwidacji – w 1. Pułku Zapasowym we wsi Serniki pod Lublinem. Choć oddział Kazimierza Górskiego wyjechał zdobywać Berlin, on sam znalazł się w Warszawie, gdzie przystąpił do tworzenia I Wojskowego Klubu Sportowego, czyli późniejszej Legii.

Kazimierz Górski i Stefan Majewski
Kazimierz Górski ze Stefanem Majewskim.    Foto: legia.com

Nie po raz pierwszy i jak dobrze wiemy – nie po raz ostatni, Kazimierz Górski został selekcjonerem. Nowych piłkarzy warszawskiego klubu wyszukiwał wśród chętnych żołnierzy, z których tworzył kolejne drużyny pułkowe i batalionowe. W końcu wojna się skończyła, żołdacy zostali zwolnieni do domów, a Górski… został w stolicy, choć namawiano go do gry na Śląsku. Urodzony we Lwowie zawodnik wyróżniał się na tle swoich boiskowych kompanów, którzy ze względu na zamiłowanie do libacji alkoholowych nie potrafili utrzymać stabilnej formy. Potrafił nieźle postraszyć obrońców i bramkarzy drużyn przeciwnych, a do tego przejawiał cechy znakomitego rozgrywającego. Nic dziwnego, że szybko znalazł się w kręgu zainteresowań Henryka Reymana, który odpowiadał za selekcję piłkarzy do drużyny narodowej. W 1946 roku, gdy reprezentacja odradzała się z powojennych zgliszczy, Górski nie mógł dołączyć do zgrupowania z powodu kontuzji, co kosztowało go utratą na jakiś czas dobrej pozycji na rynku. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze.

Powołanie do drużyny narodowej Kazimierz Górski dostał od Zygmunta Alfusa w 1948 roku przed meczem z Danią w Kopenhadze. Przed każdym spotkaniem piłkarze przez dwa tygodnie trenowali w Warszawie, wylewając siódme poty podczas ćwiczeń kondycyjnych i sprawnościowych. Jak się okazało, zostali, jak to się dzisiaj mówi, zajechani, przez prowadzącego zajęcia Wacława Kuchara. Jak wspominał Kazimierz Górski, do stolicy Danii przyjechał cały obolały i zdegustowany. Silni Duńczycy zagrali twardo w obronie, od której Górski odbijał się jak piłka od ściany. Ostatecznie nie wytrzymał tego meczu fizycznie i został zmieniony w przerwie przez Józefa Kohuta. 26 czerwca 1948 roku Polacy ponieśli swoją najwyższą jak do tej pory, porażkę: 0:8. Dla Kazimierza Górskiego debiut był zarazem ostatnim meczem w reprezentacji Polski.

Gdy kilka lat później Kazimierz Górski zaczął tracić na znaczeniu w Legii, od razu zaczął przygotowywać się do nowej profesji – jeszcze jako piłkarz uczestniczył w kursach trenerskich. Z rolą czynnego gracza pożegnał się w 1953 roku, w wieku 32 lat.

Wacław Kuchar – postać, której entuzjastom historii polskiego sportu przedstawiać nie trzeba. W przedwojennym Lwowie mali chłopcy, w tym Kaziu Górski, czekali pod stadionem na niego i innych piłkarzy Pogoni, żeby nosić ich tobołki i móc tym samym wejść na stadion. Ten sam Kuchar powołał Kazimierza do drugiej reprezentacji Lwowa i prowadził treningi na jedynym zgrupowaniu drużyny narodowej, na które zaproszony został Górski. Dwie wybitne postaci polskiego sportu były ze sobą powiązane jakąś niewidzialną nicią, a to jeszcze nie koniec ich współpracy. Swoją karierę trenerską Kazimierz Górski rozpoczął bowiem jako asystent trenera Legii Warszawa. Tak, tak, tym trenerem był Wacław Kuchar.

Obowiązującym wzorcem piłkarskiego rzemiosła była wówczas reprezentacja Węgier. Polskie władze postanowiły – gonimy bratanków, i już! Nastała moda na węgierskich szkoleniowców, młodzi adepci szkół trenerskich mieli oglądać mecze tamtejszej reprezentacji i przyswajać stosowaną przez Madziarów taktykę gry. Kilka lat później, gdy Kazimierz Górski był już selekcjonerem reprezentacji juniorskiej, na żywo oglądał mistrzostwa świata rozgrywane w Szwecji, by potem zreferować swoje spostrzeżenia pozostałym polskim trenerom i działaczom. Jakie to były wnioski? Należy grać ofensywnie, stosować nowoczesną taktykę i dbać o kreatywność i wyszkolenie techniczne naszych piłkarzy. Trzeba naśladować mistrzów świata – Brazylię. Nie minęło kilka kolejnych lat, a Kazimierz Górski ograł zarówno Węgrów, jak i Brazylijczyków, na zawsze przechodząc do historii polskiej piłki nożnej.

5 grudnia 1970 roku rozemocjonowana sekretarka PZPN-u zaprosiła Kazimierza Górskiego na ważne spotkanie z prezesem Związku, Wiesławem Ociepką. „Nie mam wątpliwości, że podjęliście już decyzję” – odparł Ociepka, gdy Górski poprosił o czas do namysłu nad propozycją objęcia reprezentacji. Rzeczywiście, decyzja zapadła w ułamku sekundy i odcisnęła niebywałe piętno na historii polskiego futbolu.

Papież polskiego futbolu

Jeśli chodzi o reprezentację, jestem w zasadzie wychowankiem pana Kazimierza, ponieważ byłem także graczem prowadzonej przez niego kadry młodzieżowej. Gdy został trenerem pierwszej drużyny, z tamtego zespołu zabrał ze sobą mnie, Tomaszewskiego, Gorgonia, Musiała, Szymanowskiego, Ćmikiewicza, Kmiecika, Szarmacha. Właściwie wszyscy oni grali w juniorskiej reprezentacji Kazimierza Górskiego – mówi Grzegorz Lato, zapytany przez nas o swoje pierwsze doświadczenia z selekcjonerem. Bardzo barwne wspomnienia ma inny z „Orłów”, Jan Tomaszewski. „Nie przyjechałem na zgrupowanie pierwszej reprezentacji, tylko prowadzonej przez Andrzeja Strejalua kadry młodzieżowej. Tak się zdarzyło, że kontuzji doznał Gomola, wspaniały bramkarz, wówczas numer jeden w drużynie narodowej. Obie drużyny przebywały w Warszawie i pan Kazimierz zadecydował, że mam przejść z jednego hotelu na Bielanach do drugiego – z młodzieżówki do pierwszej reprezentacji– wspomina nam bohater z Wembley.

Choć ci dwaj bohaterowie drużyny Kazimierza Górskiego nie szczędzili sobie ostrych słów w czasach, gdy Lato był prezesem PZPN, w ocenie swojego mentora są fascynująco zgodni.

To nie był trener z teczki, jakiś farbowany lis. On przeszedł wszystkie szczeble futbolu. Każda jego decyzja, nie wiem, czy była dobra, czy zła, była świadoma, bo on znał wszystkich młodych piłkarzy w Polsce”– ocenia Tomaszewski i dodaje – „Dla mnie to jest papież polskiej piłki. Pewne rzeczy robił i przewidywał tak, jak gdyby miał dogmat.

Grzegorz Lato zwraca także uwagę na wyjątkową osobowość selekcjonera – „Trener Kazimierz Górski był również bardzo dobrym psychologiem, trenerem-wychowawcą, miał ojcowskie podejście do zawodników. Wiedział, czego chce, zawsze słuchał wszystkich, ale robił swoje i to mu wychodziło na dobre.

Za istotę futbolu Kazimierz Górski uważał grę ofensywną, pod którą przygotowywał koncepcje taktyczne. Niezwykle ważna była dla niego również dyscyplina w realizacji przedmeczowych założeń, o czym na własnej skórze przekonał się nawet sam Zbigniew Boniek. Obecny prezes PZPN wypadł z kadry na igrzyska w Montrealu, ponieważ nie wykonywał powierzonych mu zadań w towarzyskim meczu z Irlandią w Poznaniu. Jak mówią jego podopieczni, pan Kazimierz nie zawsze wybierał piłkarzy najlepszych, ale tych, którzy najlepiej pasowali do jego koncepcji.

Pamiętam, że na igrzyska do Monachium jechaliśmy z mieszanymi uczuciami, a przywieźliśmy złote medale. Później trafiliśmy do grupy eliminacyjnej z Anglikami i chyba nikt nie wierzył, że jesteśmy w stanie ich wyeliminować. Kazimierz Górski chyba jako jedyny wierzył, że jesteśmy w stanie nie przegrać na Wembley, bo jeśli chodzi o dziennikarzy, to było różnie, patrzyli, żebyśmy nie przegrali za wysoko– opowiada nam dalej Lato. Pan Kazimierz nigdy nie mówił o żadnych celach. Ciągle za to powtarzał jedną sprawę: rozegracie 100-200 spotkań ligowych, 20-30 w reprezentacji, ale są takie mecze, które przechodzą do historii. Kto wie, czy to nie będzie taki mecz – mówił przed każdym spotkaniem – relacjonuje Tomaszewski – Nie było presji. Pan Kazimierz mówił: nas jest 11, ich też jest 11, mamy podjąć walkę.

GÓRSKI STREJLAU GMOCH
Kazimierz Górski (C) podczas meczu o 3. miejsce mistrzostw świata z Brazylią. Obok siedzą asystenci Góskiego Jacek Gmoch (L) i Andrzej Strejlau (2 z P).

31 lipca 1976 roku, Montreal, finał igrzysk olimpijskich. Dopiero co zdobyte złote medale przez Jacka Wszołę i Jerzego Rybickiego podsyciły nastroje wśród polskich kibiców na kolejny tego dnia krążek z najcenniejszego kruszcu. Problemy pojawiły się jednak już przed wyjściem na boisko – niedyspozycję zgłaszał Jerzy Gorgoń. Górski zbagatelizował sprawę, uznając to za zwykłą tremę, i nakazał kontynuować rozgrzewkę. Tuż przed rozpoczęciu meczu z NRD obrońca kolejny raz zasygnalizował jednak, że z bólu nie da rady rozegrać tego spotkania. Na boisko zatem w ostatniej chwili wprowadzony został Wieczorek. Defensywa nie była już monolitem, co szybko poskutkowało dwoma straconymi bramkami, po których Górski stracił wiarę w sukces. Ostatecznie Polacy przegrali 1:3. Jak się okazało, był to ostatni mecz Kazimierza Górskiego na ławce reprezentacji Polski. Grzegorz Lato nie ma wątpliwości, że współpraca została zakończona przedwcześnie. Moim zdaniem to było niesprawiedliwe. Była wielka obraza, że nie zdobyliśmy złotego medalu, tylko srebrny. Z nim za sterami zdobyliśmy złoto i srebro na igrzyskach oraz trzecie miejsce na mundialu. Byliśmy tym zaskoczeni, ale to nie piłkarze decydują o tym, kto ma być trenerem, tylko działacze, którzy wtedy się nie popisali. Takiego szkoleniowca się nie zmienia – ocenia były napastnik.

Pozostają nam do omówienia dwie kwestie. Po pierwsze, jak to naprawdę było z nie najlepszymi relacjami na linii Gmoch-Górski? Grzegorz Lato nie pozostawia nam najmniejszych wątpliwości:

Jacek Gmoch był strasznie zazdrosny o sukcesy, uważał się za ojca sukcesu. Bzdury. Jacek Gmoch odpowiadał za bank informacji, a oprócz tego drugim trenerem przy Górskim był Andrzej Strejlau. Całym strategiem i prowadzącym treningi był natomiast trener Górski. Jacek chciał być większym trenerem niż Kazimierz Górski, ale nic z tego nie wyszło, choć też ma sukces, bo trzeba powiedzieć, że 5-6 miejsce na mundialu witalibyśmy dzisiaj z otwartymi ramionami. Jacek jest trochę zakompleksionym człowiekiem. Najgorsze jest to, że wypowiedział się niesympatycznie o panu Kazimierzu, kiedy ten już nie żył.

I jeszcze druga kwestia, rozważanie czystko akademickie – czy ta sama grupa wspaniałych piłkarzy osiągnęłaby podobny sukces, gdyby na ławce trenerskiej zasiadał wówczas kto inny? Nasi rozmówcy nie mają złudzeń – to niemożliwe. Pan Kazimierz zastał polską piłkę drewnianą, a zostawił murowaną. Pracowali przed nim wspaniali fachowcy, ale oni nigdy nie doprowadzili reprezentacji na wyżyny. Żaden trener by tego nie zrobił, a zrobił to pan Górski. Do czasu Nawałki wszyscy prowadzili kadrę na zasadzie »mamy takich futbolistów, jakich mamy«. Pan Kazimierz nigdy nie narzekał na piłkarzy, tylko robił swoje i doprowadził do tego, że każdy piłkarz z wyjściowej jedenastki był w gronie 5 albo 10 najlepszych piłkarzy świata na danej pozycji. To jest nieosiągalne do tej pory. Trenerzy przed nim mieli lepszych piłkarzy od nas, którzy jednak nie osiągnęli sukcesu, bo szkoleniowcy nie potrafili stworzyć zespołu, który by zaistniał w świecie. Po nas również byli wspaniali gracze, młodzi piłkarze wygrywali mistrzostwa Europy… I co ci piłkarze osiągnęli? Jakie były wyniki? Efektem tego było 80. miejsce na świecie– komentuje Tomaszewski.

Nowy bóg na Olimpie

Propozycja pracy w Grecji zastała pana Kazimierza na konferencji trenerskiej w Meksyku. Gdy przyleciał do Aten, aby objąć Panathinaikos, na lotnisku czekały na niego tłumy podnieconych kibiców. W klubie natomiast czekało go wyzwanie – musiał bowiem stanąć twarzą w twarz z zawodnikami, którzy dopiero co sabotowali pracę Aymore Moreiry. Ku zdziwieniu wszystkich dookoła, piłkarze karnie wykonywali polecenia nowego trenera, odrobili stratę w ligowej tabeli i w sezonie 1976/77 sięgnęli po pierwszy dublet od roku 1969. Górski szybko stał się w Grecji kolejnym bogiem na Olimpie. Trzeba wyrzucić niepokornych, choć zasłużonych dla klubu piłkarzy? Publika przyklaskuje. Nawet gdy w niezbyt przyjemnej atmosferze opuszczał klub – z powodu właśnie zawodników, którzy wprost oświadczyli, że nie chcą z nim dłużej pracować – prasa potraktowała go wyjątkowo delikatnie, a kibice złorzeczyli nie jemu, lecz graczom. Grecka przygoda to pasmo sukcesów – tych dużych, do których należą zdobyte mistrzostwa i puchary z drużynami Panathinaikosu i Olympiakosu, jak i tych mniejszych, jak zajęcie miejsca w połowie stawki z drużyną Kastorii, którą miał jedynie utrzymać w lidze. Przeprowadzka na południe Europy poskutkowała także znacznym podwyższeniem stopy życiowej rodziny, polepszeniem stanu zdrowia, a także… naprawdę niebywałymi historiami.

Kazimierz_Górski_2006
Kazimierz Górski chwilę przed śmiercią.

Do Grecji przyleciał znajomy pana Kazimierza, którego krewny podczas wycieczki w Grecji został oszukany na grube pieniądze – zapewniano go, że kupowana bransoletka jest ze złota, a tymczasem okazała się być tombakiem. Wtedy Trener Tysiąclecia przypomniał sobie o nietypowej osobie, którą dane mu było poznać – „króla” przestępczego półświatka w stolicy Grecji, który to zasypując pana Kazimierza komplementami, zostawił mu swój numer telefonu. Górski wybrał numer, przedstawił się i wyjaśnił, na czym polega sprawa. Gdy spotkali się następnego dnia w ekskluzywnym nocnym klubie w Pireusie, „król” wydał swoim podwładnym jasne polecenie – macie znaleźć oszusta do południa. Już o dziesiątej następnego dnia w domu Kazimierza Górskiego zadzwonił telefon, a po drugiej stronie słuchawki dało się słyszeć skruszonego handlarza.

Gdy wrócił na stałe do Polski, piastował kolejne funkcje w PZPN, aż w 1991 roku został jego prezesem. Z powodzeniem udało mu się przeprowadzić Związek przez okres reformacji ustrojowej, odnosząc przy tym także sukces sportowy, jakim były srebrne medale wywalczone przez drużynę Janusza Wójcika na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.

Po długiej walce z chorobą nowotworową Kazimierz Górski odszedł 23 maja 2006 roku, nieco ponad dwa tygodnie przed rozpoczęciem piłkarskich mistrzostw świata w Niemczech. Pośmiertnie został odznaczony Rubinowym Orderem Zasługi – najwyższym z możliwych odznaczeń przyznawanych przez UEFA, a przed rozpoczęciem mundialu jego pamięć uczczono minutą ciszy.

Nasi rozmówcy niechętnie odpowiadają na pytanie, z czego szczególnie zapamiętali Kazimierza Górskiego. Za dużo było tego wszystkiego. Był wychowawcą, ojcem, człowiekiem, który wiedział, czego chce, a dobierając materiał ludzki trafił szóstkę w totka– podsumowuje Grzegorz Lato. Pan Kazimierz zasłużył sobie na pomnik. Zasłużył na Order Orła Białego, o który wnioskowałem. Nie wiem, czemu go nie dostał – mówi Tomaszewski.

Sam Kazimierz Górski jako swoje największe osiągnięcie wymieniał jednak ludzką sympatię i uśmiech.

BARTŁOMIEJ KRAWCZYK

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl