Retro Wywiad #15: Sławomir Majak (cz. I)

Zdjęcie główne: dwadozera.pl

Z 22-krotnym reprezentantem Polski, Sławomirem Majakiem, porozmawialiśmy między innymi o Widzewie Łódź, korupcji, o zasadach dopuszczania byłych piłkarzy na kurs trenerski, oraz o… szybko biegających skorpionach. Zapraszamy do lektury! Wywiad jest dość obszerny, więc podzieliliśmy go na dwie części. W pierwszej przeczytacie głównie o przygodzie w Widzewie w europejskich pucharach, czy krótki epizod w ŁKS przeszkodził w wejściu do szatki Widzewa i dowiecie się jaka atmosfera panowała w pewnym lokalu integracyjnym… 

Na myśl o Sławomirze Majaku, od razu przypomina mi się gol dla Widzewa Łódź z Broendby Kopenhaga. Co ciekawe, gol strzelony przez Pawła Wojtalę…

Na temat tej bramki, a szczególnie tego, przez kogo ona została strzelona, urosły różne mity. Natomiast ja od samego początku mówiłem, że tam nie liczyło się to, kto tę bramkę zdobył, czy to Paweł Wojtala, czy Sławek Majak. Dla mnie było ważne, że ta bramka w ogóle padła i w konsekwencji pozwoliła nam awansować do Ligi Mistrzów.

To był wyjątkowy mecz, bo przegrywaliście już 3:0 i później strzeliliście dwie bramki. Skończyło się na wyniku 2:3 i awansie do Ligi Mistrzów. Co się z wami stało w drugiej połowie?

Oglądałem to niedawno w Internecie, więc wywołałem trochę ten temat do tablicy. Było już 3:0 i do momentu strzelenia bramki na 3:1, tak jakby nie istnieliśmy na boisku. To nie wróżyło nam dobrze. Bramka Marka Citko była kluczowym momentem. Myślę, że gdyby nie ten gol, to mogło się tam skończyć na lekkiej kompromitacji, ale ta bramka przywróciła nam wiarę w awans.

Później była już ta upragniona Liga Mistrzów. Pamiętam doskonale mecz z Atletico Madryt, miałem wtedy jakieś 15 lat i chodziłem do szkoły podstawowej. Zrobiłem szkolny konkurs na wytypowanie trafnego wyniku, a sam obstawiłem 1:4, no i okazało się, że trafiłem.

Widzę, że w nas wierzyłeś (śmiech). To był dziwny mecz. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jest to bardzo dobry przeciwnik, być może nawet najlepszy w tej grupie. Wtedy to Borussia zdobyła trofeum, ale piłkarsko zdecydowanie lepiej wyglądało Atletico. Pamiętam, że było oberwanie chmury, boisko bardzo grząskie, więc te umiejętności techniczne bardzo się tu przydały. Aczkolwiek był moment, gdzie byliśmy bardzo blisko wyrównania, już po kapitalnym strzale marka Citko na 2:1. Potem stuprocentową sytuację miał Jacek Dembiński i to się na nas zemściło. Skończyło się w efekcie na 1:4, wyniku wysokim i troszeczkę niezasłużonym. Żadna sensacja, bo było jasne, że te dwie potęgi, czyli Borussia i Atletico, są poza naszym zasięgiem. Nie ukrywam też, że mieliśmy wtedy bardzo okrojoną kadrę. Graliśmy praktycznie gołą jedenastką. Ta ławka rezerwowych była oczywiście wyrównana, ale my się rozeszliśmy z rzeczywistością, mając na uwadze Puchar Polski, Ligę Mistrzów i rozgrywki krajowe, a do tego dochodziła jeszcze przecież reprezentacja kraju. To wszystko powodowało, że nasza kadra się co raz bardziej uszczuplała, co odbiło się na nas w meczu z Atletico.

Wspomniałeś o Borussii Dortmund, która wygrała ostatecznie Ligę Mistrzów. Pamiętam, że zremisowaliście z nimi 2:2, a ja, oglądając ten mecz poczułem, że żyje w jakimś innym, lepszym świecie, kiedy Jacek Dembiński strzelał gola na 2:1.

To świadczyło o tym, że potrafiliśmy się przeciwstawić bardzo dobremu zespołowi. Na pewno był to mecz dla nas wyjątkowy, bo przypomnę, że to jedyny punkt stracony przez Borussię w całych rozgrywkach Ligi Mistrzów. To najlepszy dowód na to, że tamten Widzew był drużyną, która potrafiła, szczególnie w pojedynkach u siebie, grać z najlepszymi zespołami w Europie. Nie zapominajmy też, że pierwszy mecz w Dortmundzie też przegraliśmy minimalnie, po bardzo dobrej grze.

No właśnie, Widzew miał wtedy ogromne możliwości, ale na czym to polegało? Mam wrażenie że drużyna była znacznie lepsza niż suma indywidualnych umiejętności wszystkich zawodników.

Ten zespół nie był budowany tak, jak to się nieraz widzi w krajach, gdzie są duże pieniądze. To była drużyna skonstruowana pod kątem charakterologicznym. Wybierano takich zawodników, którzy już coś osiągnęli w futbolu, ale też takich, którzy pasowali do tego widzewskiego charakteru. W efekcie wszyscy się świetnie wkomponowali. A przypomnę, że zdobywając pierwsze mistrzostwo Polski, zespół się nie osłabił, co teraz jest nagminną rzeczą w ekipie mistrza Polski. Nawet ściągnął pięciu reprezentantów Polski! Każdy zawodnik, który dołączył do klubu w tym momencie, był osobą nadającą ton tej drużynie i każdy się w niej sprawdził w stu procentach.

A jaką role w budowie tej drużyny odegrał Franciszek Smuda? Niektórzy twierdzą, że zbudowanie tego zespołu to wyłącznie jego dzieło, inni wspominają, że ogromny wkład miał Władysław Stachurski, który pracował w Widzewie przed słynnym „Franzem”.

Trener Stachurski prowadził ten zespół wcześniej i to prawda, że coś do tego ogródka włożył. Na pewno Smuda i Stachurski to dwie zupełnie inne osobowości. Stachurski był wyważony i spokojny, a Smuda przypominał wulkan energii na ławce i poza nią. Wydaje mi się, że każdy budował ten zespół na swój sposób i zarówno wizja trenera Stachurskiego, jak i wizja trenera Smudy udowodniła, że kierunek obrany przez klub był właściwy. To się przekładało też na wyniki, bo przecież świat dla Widzewa nie skończył się na Lidze Mistrzów. Odpadliśmy praktycznie po trzech kolejkach. Już wtedy było wiadomo, że nie mamy szans na to żeby odegrać jakąś rolę w tej Lidze Mistrzów, tym bardziej że nie było tak, jak teraz, że trzecie miejsce dawało gwarancję grania w Lidze Europejskiej, więc mogliśmy się już skupić tylko na lidze i my tę ligę znów wygraliśmy.

Mieliście swoje miejsce, lokal, który nazywał się John Bull. Czy to prawda, że tam budowała się ta fantastyczna widzewska atmosfera?

To był lokal, w którym rozstrzygaliśmy wszelkie swoje problemy. W rundzie wiosennej sezonu 1996/97 był taki moment, chyba w marcu 1997 roku, kiedy przegraliśmy dwa pierwsze mecze, najpierw derby z ŁKS u siebie, a potem ze Stomilem. Później jeszcze było kilka słabszych meczów i ta przewaga, którą mieliśmy nad Legią stopniała. Zrobiło się jakieś pięć punktów. Zaczęliśmy się gubić. Mistrzostwo się oddalało i rzeczywiście potrzebne były nam te spotkania przy piwku, a nawet czymś mocniejszym, na których wszystko sobie wyjaśnialiśmy. Wychodziliśmy stamtąd z wiarą, że wszystko jest wyjaśnione, i że nie ma między nami żadnych kwasów. To była taka nasza enklawa. Nie tylko my tak mieliśmy, bo Legia posiadała swój Garaż. Dla nas takim garażem był Johny Bull. Dzięki temu, że wszystko było tam załatwiane, szatnia trzymała się mocno.

Co się stało w meczu z Legią, który w dramatycznych okolicznościach wygraliście 3:2?

Ostatnio ten mecz oglądałem, bo ze mną tak już jest, że jak coś zacznę oglądać, to całą serię. Fajnie się wraca do takich momentów. Wiadomo, że na temat tego spotkania krążą legendy. Wiadomo też w jakich okolicznościach mój zespół wygrał. W momencie, kiedy się przegrywa 0:2 w 88 minucie, to nikt trzeźwo myślący nie wierzy, że można ten wynik odwrócić. Nam się to udało, ale prawda jest taka, że takich spotkań w wykonaniu Widzewa było więcej. Szczerze mówiąc, kiedy przegrywaliśmy z Legią 0:2, to nie przypuszczałem, że jesteśmy w stanie wygrać to spotkanie, ale bramka strzelona przeze mnie na 1:2, w jakiś sposób dała całej drużynie energię i wiarę w to, że te pięć minut, które zostało do końca meczu, może o wszystkim zadecydować. Tak się faktycznie stało, bo my przez te pięć minut graliśmy tak, jak powinniśmy grać od początku. Po latach można zauważyć, że może nie mieliśmy jasnych założeń taktycznych, ale było widać jak bardzo obydwie drużyny chciały grać ofensywnie. To było bardzo fajne dla kibiców i w konsekwencji skończyło się dla nas bardzo szczęśliwie. To też w pewien sposób zamknęło moja przygodę z Widzewem i cieszę się, że mogłem tę przygodę zakończyć jako mistrz Polski.

Czy ten wielki Widzew z połowy lat 90. skończył się dlatego, że były zaległe pensje i problemy finansowe, i to pomimo ogromnych pieniędzy, jakie klub otrzymywał z racji gry w Champions League?

Jak tak patrzę na wszystko z perspektywy czasu, to wydaje mi się, że to jest nierealne. Legia Warszawa, która rok wcześniej też grała w Lidze Mistrzów, choć oczywiście zaszła dalej od nas, mogła dzięki temu przez długi czasu swobodnie funkcjonować, jeśli chodzi o sferę finansową. Wiadomo, to jest Warszawa, tu jest Łódź, ale jeśli chodzi o potencjał, to wydaje mi się porównywalny, jak na tamte czasy. Jednak w naszym przypadku nie przełożyło się to na dalsze funkcjonowanie klubu i później, rok po roku ten Widzew grał o coraz niższe pozycje w tabeli. W konsekwencji była destabilizacja, później pierwsza, a potem druga liga. Obecnie klub się odbudowuje i uważam, że w ciągu najbliższych lat powinien wrócić na miejsce które mu się należy.

Temat Widzewa już troszeczkę zostawimy, bo Sławomir Majak to nie tylko piłkarz Widzewa, ale na przykład Zagłębia Lubin czy Hansy Rostock. Wszystko zaczęło się w Gidlach, a potem rozwinęło się w Radomsku. Opowiesz nam o swoich początkach?

Byłem wtedy młodym chłopcem, miałem chyba 15 lat, jak przyszedłem ze swojej rodzinnej miejscowości do RKS, do IV ligi. Był to dla mnie przeskok, bo wiadomo że A-klasa to jednak nie to, co IV liga, a należy podkreślić, że była to mocna IV liga. To były inne czasy, inny poziom, i taki młody chłopak jak ja, idąc do tej ligi, naprawdę musiał się postarać, żeby tam wystąpić. Miło wspominam ten czas. Spędziłem tam dwa, czy trzy lata w bardzo fajnej atmosferze, z wieloma zawodnikami utrzymuję kontakt, często się też spotykamy. Muszę przyznać, że nie wierzyłem, że to będzie jakiś przystanek do wielkiej kariery, ale myślałem o tym, że jeżeli ktoś mnie wyciągnął z takiej małej miejscowości, z której pochodzę, to może przy odrobinie szczęścia i ciężkiej pracy uda się coś osiągnąć.

Z Radomska wyciągnął Cię ŁKS Łódź i w tym klubie nie tylko debiutowałeś w lidze, ale zagrałeś w Pucharze Intertoto. To musiał być dla Ciebie potężny przeskok.

Odchodząc z Radomska, miałem ledwo ukończone 18 lat, więc rzeczywiście był to dla mnie ogromny przeskok. Iść z miasteczka, które miało 20 tysięcy mieszkańców do prawie milionowej Łodzi. Przestawiłem się na zupełnie inne tory funkcjonowania. Spotykałem się z zawodnikami, których jak to tej pory znałem tylko z wywiadów, czy z telewizji. Pamiętam, że wtedy w Łodzi pojawiła się nowa fala młodych zawodników i dla każdego z nas było to coś wielkiego przebywać w szatni z takimi piłkarzami jak Marek Chojnacki i Jarosław Bako. Po latach wszyscy wiedzą kim byli ci piłkarze, a dla młodego piłkarza ze wsi było to coś naprawdę wielkiego.

Czy twój epizod w ŁKS Łódź wpłynął na to, jak przyjęli Cię kibice w Widzewie?

Myślę, że nie, ponieważ w ŁKS byłem jeszcze młodym zawodnikiem i minęło wiele lat, zanim trafiłem do Widzewa. Miałem wtedy w ŁKS dużo gier w podstawowym składzie, natomiast w zimie zacząłem mieć problemy zdrowotne. Nie najlepiej też układała się moja sytuacja z trenerem Jezierskim i w końcu zdecydowałem, że przyszła już pora na zmianę. Dlatego też wykonałem celowy krok wstecz do Igloopolu, żeby zaistnieć na poziomie drugiej ligi, i żeby znowu odbudować swoją formę. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to się udało, bo wywalczyłem miejsce w pierwszym składzie, awansowaliśmy do pierwszej ligi, a potem był kolejny transfer.

Wspomniałeś o Igloopolu, w którym grali przecież świetni piłkarze z Jerzym Podbrożnym, Jackiem Zielińskim i Markiem Bajorem na czele. Co się stało, że Dębica nie zadomowiła się na dłużej na piłkarskiej mapie Polski?

Ja tam trafiłem we wrześniu 1989, wtedy już czuło się zmianę ustroju. W kraju padały wielkie fabryki i kopalnie. W Igloopolu też pojawiły się problemy finansowe, a to był nasz jedyny sponsor, dzięki któremu klub awansował z najniższej klasy rozrywkowej do ekstraklasy. Te kluby grały w dużym stopniu dzięki dotacjom finansowym od państwa, ale w nowej rzeczywistości funkcjonowały coraz słabiej i to było szczególnie widoczne w Igloopolu, który po awansie do najwyższej klasy rozgrywkowej, utrzymał się dosyć spokojnie, ale w drugim już odcinał kupony. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że spadniemy. W pewnym momencie wydawało się nam, że złapaliśmy pana Boga za nogi, bo jedna firma z Rzeszowa zaczęła w nas inwestować. Niestety okazało się to krótkotrwałe. Po pewnym czasie wyszło na jaw, że ta firma nie jest w stanie sama uratować klubu. Sponsor się wycofał, a konsekwencją był spadek do drugiej ligi. Mi pomógł wtedy ówczesny kierownik zespołu, Stanisław Baczyński, który wraz z panem Jurkiem Kopą ściągnął mnie na kilka miesięcy do Szwecji, gdzie mogłem zarobić trochę pieniędzy i zapewnić sobie stabilność finansową.

To by było na tyle, jeśli chodzi o pierwszą część wywiadu ze Sławkiem Majakiem. Jeśli rozmowa was zainteresowała, to zapewniamy, że kontynuacja ukaże się na naszym portalu w kolejny piątek.

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 110 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.