Marian Ostafiński – bezkompromisowy stoper z Podkarpacia

Jeśli zastanowimy się nad najlepszymi stoperami złotych czasów polskiej piłki, to w pierwszej chwili na myśl przychodzą dwa nazwiska: Jerzy Gorgoń i Władysław Żmuda. Warto przypomnieć jeszcze kogoś. Młodsi kibice mogą go nie kojarzyć, ale starszym jego występy na pewno zapadły w pamięć. Był jednym z najlepszych polskich obrońców lat 70. Na podbój pierwszoligowych boisk ruszał z dalekiego Przemyśla, leżącego kilkanaście kilometrów od radzieckiej granicy. Wieloletni zawodnik Stali Rzeszów i mistrz Polski z chorzowskim Ruchem. Niektórzy zarzucali mu lenistwo, ale swoją ambicję i wolę walki udowodnił w meczu, w którym grał ze złamaną ręką – Marian Ostafiński.

W latach 50. w 40-tysięcznym Przemyślu młodzi ludzie nie mieli zbyt wielu perspektyw rozwoju. Podobnie zresztą jak w wielu innych podobnych miastach. Kraj przecież dopiero stawał na nogi po wojnie. W tym przygranicznym mieście do wyboru była praca w Zakładach Automatyki POLNA lub w zakładach chemicznych Astra. Dopiero później powstały inne, istniejące do dziś firmy. W takiej szarej i monotonnej rzeczywistości dorastał Marian Ostafiński.

Talent z Przemyśla

Urodzony 8 grudnia 1946 r. chłopak od najmłodszych lat z upodobaniem biegał za piłką. Razem z kolegami wykorzystywali każdy wolny kawałek trawy, żeby choć na chwilę oderwać się od codziennych zajęć. W wieku 11 lat trafił do drużyny trampkarzy Polonii Przemyśl. Futbol nie był jedynym sportem, jaki uprawiał Marian Ostafiński. Dobrze radził sobie również jako szablista na szermierczej planszy. Jednak inne dyscypliny, jak właśnie szermierkę, koszykówkę czy narciarstwo traktował raczej jako sporty uzupełniające. Prawdziwą jego pasją pozostawała i nadal pozostaje piłka nożna.

Boisko przy ulicy Sportowej było blisko mojego miejsca zamieszkania. A poszedłem tam już z kilkoma umiejętnościami piłkarskimi, nabytymi na podwórku. Na podwórku grało się w „kapki”, piłką zrobioną ze starych pończoch czy „mitki”– zużytą piłeczką do tenisa ziemnego. Tam uczyło się techniki i po takim „szkoleniu” trafiłem do juniorów Polonii. W niej trafiłem z kolei na Jerzego Miśkiewicza, który był moim pierwszym prawdziwym trenerem klubowym i który zawsze przypominał mi: Marian, pamiętaj, to ja byłem twoim pierwszym trenerem. I o tym pamiętam. – opowiadał  w wywiadzie z Józefem Zagulakiem dla Życia Podkarpackiego.

Młody piłkarz nie od razu występował w obronie. Podobnie jak jego kolega z reprezentacji – Jerzy Gorgoń – swoją przygodę z piłką rozpoczynał od gry w ataku i radował się ze zdobytych bramek. Trzynastoletni Marian wyróżniał się wzrostem, dzięki czemu dobrze radził sobie w powietrzu. O tym, że został obrońcą, zadecydował… przypadek:

W Polonii Przemyśl zaczynałem jako napastnik, strzelałem gole. Przed meczem z Czuwajem Przemyśl nasz środkowy obrońca doznał kontuzji. Ponieważ byłem wysoki i dobrze radziłem sobie w pojedynkach główkowych, więc udanie go zastąpiłem. W ten sposób zostałem stoperem, choć czasami wystawiano mnie i na boczną obronę – wspominał w rozmowie z Grzegorzem Stańskim dla Piłki Nożnej Plus.

Marian Ostafiński w barwach Polonii Przemyśl. Stoi trzeci od lewej;
źródło: zycie.pl; prywatne archiwum piłkarza

Cztery lata później grał już w zespole seniorów, który występował w lidze okręgowej. Okręgówka była wszystkim, na co stać było przemyski zespół. Tymczasem talent Ostafińskiego musiał się dalej rozwijać. Regularnie przychodziły powołania do juniorskich i młodzieżowych reprezentacji województwa rzeszowskiego. To wtedy poznał Jana Domarskiego. Przymierzano go też do narodowej kadry juniorów, ale mimo że dostał powołanie, to na zgrupowanie nie pojechał.

Bardzo mnie wówczas namawiał do wyjazdu na tę konsultację mój trener w Polonii, ale powiedziałem mu krótko: „nie mam za co pojechać, i nie mam odpowiedniego sprzętu”  – mówił w wywiadzie z Dariuszem Leśnikowskim dla Przeglądu Sportowego.

Powołanie do wojska

W Polonii występował do 1965 r. Wtedy po 19-latka zgłosiło się wojsko. Dzięki temu, że całkiem dobrze radził sobie z piłką, mógł odbyć służbę, grając dla zespołu Bieszczady Rzeszów. Zapomniany już dzisiaj klub w tamtych czasach prowadził kilka sekcji, wśród których uwagę zwracała zwłaszcza bokserska. Marian jednak nie boksował, ale oprócz gry w futbol z powodzeniem występował w drużynie piłki ręcznej, z którą awansował do drugiej ligi. Kiedy przychodził do klubu, to sekcja piłkarska grała w lidze okręgowej. Podczas jego pobytu w Rzeszowie zespół zanotował awans do ligi międzywojewódzkiej, czyli na trzeci szczebel rozgrywek. Po awansie Ostafiński nabierał coraz większej pewności, że wkrótce trafi do pierwszoligowej Stali Rzeszów.

W Bieszczadach był wyróżniającym się zawodnikiem i to nie tylko w formacjach obronnych. Był etatowym wykonawcą rzutów wolnych i pewnie egzekwował jedenastki, co przekładało się na dość sporą liczbę bramek. Do I ligi nie trafił jednak od razu.

Byłem niejako „pod ręką” dla Stali – zwłaszcza kiedy skończyłem służbę wojskową. Najwyraźniej jednak nie chciał mnie Kazimierz Trampisz, który wtedy prowadził ten zespół w I lidze. Musiałby przecież odstawić któregoś z kolegów, grających wówczas na środku obrony. Grali – a raczej „tuptali” – tam wtedy „wiekowi” Edward Kohut i Leon Szalacha. Widać nie chciał się z nimi rozstawać, jakby pomylił I ligę z ligą oldbojów… – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego.

Stal, Stal i… Stal

Po zakończeniu służby wojskowej przez miesiąc trenował ze Stalą Mielec, ale ostatecznie trafił do innej Stali – do Stalowej Woli. Tamtejszy zespół, podobnie jak rzeszowskie Bieszczady, występował w lidze międzywojewódzkiej. W mieście nad Sanem spędził dwa sezony. Czuł jednak, że potrzebuje nowych wyzwań, czegoś nowego. Postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedy na początku sezonu 1969/70 Stal Rzeszów przegrała cztery mecze z rzędu, pojechał do Rzeszowa.

W przerwie na mecze reprezentacji sam pojechałem do prezesa rzeszowskiego klubu i spytałem go: „bierzecie mnie czy nie?”. No i wzięli! – opowiadał Dariuszowi Leśnikowskiemu.

W pierwszoligowej wtedy Stali grał u boku dwóch piłkarzy, którzy mieli już za sobą debiut w reprezentacji – Jana Domarskiego i Mariana Kozerskiego. Zadebiutował w 5. kolejce w meczu z Ruchem Chorzów. Zaraz na początku meczu przewrócił się i doznał urazu. Ból ręki, która z każdą minutą coraz bardziej puchła, dawał się mocno we znaki. Ostafiński jednak pokazał swój zawzięty charakter, zacisnął zęby i wytrzymał do końcowego gwizdka. Później po przeprowadzonych badaniach okazało się, że ręka była złamana. Kontuzja trochę przeszkodziła mu w wejściu do zespołu, ale na ławce rezerwowych nie przesiadywał zbyt długo.

Po kilku miesiącach swoją postawą zyskał uznanie w oczach kibiców. Był bezkompromisowy, ambitny, waleczny i uparty, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Wkrótce, po serii dobrych występów, zwłaszcza wśród napastników zaczął uchodzić za bardzo trudną do pokonania przeszkodę. W samym Rzeszowie miał tak silną pozycję, że podobno dobudowano mu balkon w bloku, w którym mieszkał, mimo że projekt tego nie przewidywał.

Przez Poznań i Gijón do Hamburga

Z pierwszoligowych boisk było dużo bliżej do reprezentacji. Zanim wystąpił w drużynie Kazimierza Górskiego, został sprawdzony w meczu reprezentacji młodzieżowej. 27 października 1971 r. Poznaniu zagrał przeciwko Czechosłowacji. Ostafiński miał już wtedy 25 lat, więc debiutował dość późno, ale dobry występ przeciwko naszym południowym sąsiadom stał się przepustką do pierwszej drużyny. To wtedy zwrócił na siebie uwagę Kazimierza Górskiego, który postanowił dać mu szansę w swoim zespole.

10 listopada Polacy wyjechali do hiszpańskiego Gijón, gdzie rozpoczynali walkę o awans na igrzyska. Przed meczem z amatorską reprezentacją Hiszpanii byli ostrożni, ale raczej spokojni o wynik. Optymistą był też Górski. Po pamiętnej porażce z RFN na Stadionie Dziesięciolecia w eliminacjach mistrzostw Europy, trener postanowił zamieszać w składzie. Jedną z poczynionych zmian było wystawienie właśnie Ostafińskiego. Sam piłkarz nie spodziewał się debiutu, ale to właśnie on wystąpił na środku obrony obok Gorgonia.

Marian Ostafiński w rozmowie z Kazimierzem Górskim;
źródło: zycie.pl; prywatne archiwum piłkarza

Hiszpanie, choć amatorzy, to walczyli bardzo ambitnie i wcale nie położyli się na boisku. Polacy przeważali, ale do przerwy utrzymywał się bezbramkowy rezultat. Górski był jednak pewny zwycięstwa. W drugiej połowie nasza drużyna nie pozostawiła złudzeń piłkarzom z Półwyspu Iberyjskiego i strzelając dwie bramki, pewnie wygrała. Dobre występy nowych zawodników przekonały selekcjonera, że warto na nich postawić również w rewanżowym meczu z RFN. Ostafiński wspominał, że Niemcy patrzyli na polskich piłkarzy z góry, traktowali ich jak stworzenia z innej gliny. W naszych wywołało to dodatkową motywację. Jednym z wyróżniających się zawodników był właśnie zawodnik rzeszowskiej Stali, który do spółki z Gorgoniem wybił z głowy Müllerowi zdobywanie bramek. To po tym spotkaniu na stałe zadomowił się w reprezentacji. Sam mecz zapamiętał tak:

Bardzo szybko przeleciało mi te 90 minut. Jeszcze dobrze się I połowa nie zaczęła, a już trzeba było schodzić do szatni. Podobnie z II częścią gry. Człowiek nie miał czasu się zastanawiać, jak długo jeszcze potrwa mecz, bo działo się wiele. Myślę, że dobrze wtedy graliśmy  – wspominał w rozmowie dla Przeglądu Sportowego.

Druga część sezonu była słabsza w wykonaniu Ostafińskiego. Wielu zarzucało mu, że w spotkaniu z Bułgarią w Starej Zagorze to po jego starciu z Christo Bonewem sędzia podyktował wątpliwego karnego. Po tym meczu stracił na trochę miejsce w pierwszym składzie reprezentacji. Z klubem wygrał natomiast tylko w czterech ligowych pojedynkach i na koniec sezonu zabrakło im jednego punktu do utrzymania. Wobec takiego scenariusza, po rozegraniu 67 meczów w I lidze zdecydował się odejść z klubu. Na horyzoncie pojawiła się możliwość gry w chorzowskim Ruchu.

Zależało mi jednak na grze w reprezentacji Polski, a z drugiej ligi było do niej zdecydowanie dalej niż z ekstraklasy. Przyznam szczerze, że nie paliłem się do zamieszkania na Śląsku, lecz perspektywa występów w silnym zespole przeważyła szalę. Zresztą Ruch pragnął mnie pozyskać znacznie wcześniej – mówił o swoim odejściu ze Stali w wywiadzie dla Piłki Nożnej Plus.

Ostoja defensywy Niebieskich

Po sukcesach, jakie pod wodzą obcokrajowców osiągały Legia i Górnik, na zatrudnienie zagranicznego trenera zdecydowano się także w Ruchu Chorzów. W lipcu 1971 r. szkoleniowcem Niebieskich został zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów ze Slovanem Bratysława – Michal Vičan. Po roku pracy poprosił działaczy o poszukanie następcy dla odchodzących Antoniego Piechniczka i Antoniego Nieroby. Wybór padł na Mariana Ostafińskiego, który obok Jerzego Gorgonia był już wtedy uważany za najlepszego stopera w kraju.

To on w dużej mierze decydował o obliczu obrony Ruchu;
źródło: ruchchorzow.com.pl

Mówiło się, że duży wpływ na jego sprowadzenie miał Stanisław Fangor – działacz, który pochodził z tego samego regionu co Ostafiński. Najprawdopodobniej jednak decydujące były pieniądze i możliwość występów w I lidze. W Chorzowie reprezentacyjny obrońca (wraz z Jerzym Wyrobkiem na środku, Konradem Bajgerem na prawej stronie i Piotrem Drzewieckim na lewej) stworzył świetnie funkcjonujący blok obronny, który naprawdę trudno było sforsować.

Niewiele brakowało, a losy Ostafińskiego mogłyby potoczyć się inaczej. Czechosłowacki trener aplikował potężne dawki treningów. Zawodnicy często byli po nich wyczerpani. Piłkarz nawet nosił się z zamiarem zakończenia swojej przygody z piłką.

Zimą 1973 roku harowaliśmy naprawdę ciężko! Nigdy wcześniej tak nie trenowałem! W Rzeszowie miałem dwóch węgierskich trenerów, Karoly’ego Kontę i Nandora Hidegkutiego, ale w dupę dostałem dopiero u Vičana. Zresztą dla innych chorzowian jego metody treningowe to też był szok. A potworne zmęczenie powodowało złość – przynajmniej u mnie. Ze stadionu przy Cichej na Tysiąclecie wracałem pieszo. Przychodziłem tak wykończony i wściekły, że naprawdę chciałem dać sobie z tym spokój – opowiadał o treningach Vičana w wywiadzie z Dariuszem Leśnikowskim.

„Najmodniejszy jest niebieski”

Mordercze treningi przyniosły za to oczekiwany skutek. W pierwszym sezonie Ostafiński i koledzy musieli jeszcze uznać wyższość Stali Mielec, ale rok później nie było już mocnych na Niebieskich. Chorzowianie przegrali tylko trzy spotkania i pewnie sięgnęli po tytuł mistrza kraju. Mistrzostwo zapewnili sobie na trzy kolejki przed końcem i dorzucili do tego jeszcze Puchar Polski. 7 października 1973 r. Ostafiński strzelił swoją pierwszą bramkę w ekstraklasie w wygranym 3:2 meczu z warszawską Gwardią. W relacjach prasowych bardzo często uznawano go za jednego z najlepszych na boisku. W mistrzowskim sezonie zespół bardzo dobrze radził sobie również w europejskich pucharach. Pod względem fizycznym absolutnie nie odstawali od rywali. W ćwierćfinale Pucharu UEFA trafili na holenderski Feyenoord. Po dwóch remisach 1:1 do wyłonienia zwycięzcy dwumeczu konieczne było przeprowadzenie dogrywki. W tej lepsi okazali się zawodnicy z Holandii, którzy jak się później okazało, wygrali trofeum.

Jestem święcie przekonany, że przed tą dogrywką Holendrzy czegoś się naćpali. Naprawdę! Widział pan kiedyś, żeby po 90 minutach drużyna zeszła do szatni i siedziała tam 10 minut? A myśmy tyle czekali w Rotterdamie na rywali! Nie wiem co oni wtedy w tej szatni dostali, ale w dogrywce ruszyli na nas jak huragan. Najlepsze zaś jest to, że żaden z naszych działaczy nie próbował interweniować, gdy Feyenoord zniknął w tej szatni. Choć przecież – zgodnie z przepisami – jest to niedozwolone. Takich niestety Ruch miał w owym czasie działaczy – wspominał tamten mecz na łamach Sportu.

W 1974 r. nie było na nich mocnych w kraju. Ostafiński stoi w górnym rzędzie, czwarty od lewej;
źródło: forum.niebiescy.pl

Mimo porażki schodzili z boiska przy brawach holenderskiej publiczności. Po powrocie z Rotterdamu podejmowali swojego wielkiego rywala – Górnika Zabrze. W meczu, w którym po kontuzji wracać próbował Włodzimierz Lubański, Niebiescy nie pozostawili złudzeń przeciwnikowi i pewnie zwyciężyli 3:0. Nie było na nich mocnych w kraju, a śmiało można stwierdzić, że i w Europie byli jedną z wyróżniających się drużyn. Swój prymat potwierdzili w kolejnym sezonie. W Pucharze Europy Mistrzów Krajowych dotarli do ćwierćfinału, gdzie dość pechowo przegrali z francuskim Saint-Étienne. Na krajowym podwórku znowu jednak nie było na nich mocnych, dzięki czemu zdobyli drugi z rzędu tytuł.

Jak grałem w Ruchu, to robiliśmy punkty jak na zawołanie. Byliśmy maszynką do robienia punktów. Kiedyś mieliśmy nawet chyba 17 punktów przewagi nad drugim zespołem, a wtedy za wygrany mecz były 2 oczka. Robiliśmy punkty na bieżąco i bez problemów, a do tego ciągle byliśmy niezadowoleni. Nie tylko my mieliśmy inny charakter, ale trener też był inny. Vičan nie pozwalał sobie na to, żebyśmy przy kilku punktach przewagi myśleli, że jesteśmy już mistrzami. On nam wmawiał, żebyśmy byli na to uczuleni – mówił w rozmowie dla portalu niebiescy.pl.

W starciu z francuskim Saint-Étienne naprawdę niewiele zabrakło, żeby znaleźć się w czwórce najlepszych w Europie;
źródło: pinterest.com

Zmienna rola w kadrze

Wydawać by się mogło, że w epoce największych sukcesów polskiej piłki, to na najlepszej drużynie klubowej oparta będzie reprezentacja. Nie do końca tak było… Po meczu w Starej Zagorze Ostafiński musiał trochę poczekać na kolejny oficjalny występ w narodowych barwach. Ligowa forma chorzowian nie mogła umknąć uwadze Kazimierza Górskiego, który zastanawiał się nad powołaniami na igrzyska. Kadrę budował w oparciu o dwójki i trójki zawodników grających w jednym klubie. I tak z Ruchu na igrzyska pojechali: Zygmunt Maszczyk, Joachim Marx i Marian Ostafiński.

Kadra przed meczem z NRD w Norymberdze. Ostafiński stoi drugi od prawej;
źródło: pilkajestpiekna.pl

Pochodzący z Przemyśla zawodnik nie od razu wskoczył do składu. Pierwsze mecze z Kolumbią i Ghaną przesiedział na ławce w roli rezerwowego. Od pierwszych minut wystąpił dopiero w trudnym meczu z NRD. Trzeba pamiętać, że w reprezentacji debiutował ledwie rok wcześniej. Na turnieju olimpijskim wystąpił w trzech spotkaniach. Poza wspomnianym z naszymi zachodnimi sąsiadami, Górski wystawił go w bardzo ciężkim pojedynku z ZSRR i w następnym spotkaniu z Marokiem. We wszystkich grał pewnie, spokojnie i solidnie. Tak jak na obrońcę jego klasy przystało. W finałowym spotkaniu z Węgrami jednak nie zagrał. Sam po latach miał żal do selekcjonera.

No i co mam dziś powiedzieć? Że wkurzył mnie wtedy trener Górski? No bo wkurzył. Powtarzał zawsze, że zwycięskiego składu się nie zmienia. A zmienił – i to w najważniejszym meczu. Przecież ja wcześniej w turnieju olimpijskim grałem w najtrudniejszych spotkaniach: z NRD, ze Związkiem Radzieckim. Nawet w ostatnim przed finałem meczu z Marokiem też zagrałem. Jeszcze dzień przed grą o złoto byłem pewien, że w niej wystąpię. Byłem wytypowany do podstawowej jedenastki. A kilka godzin później, na przedmeczowej odprawie, okazało się, że mnie nie ma mnie w wyjściowym składzie. Zły byłem jak cholera. Tym bardziej że przecież trener Górski zawsze mi powtarzał: „Marian, ty lepiej grasz jesienią niż wiosną. A już na mokrym boisku jesteś najlepszy”. A w Monachium lało… – opowiadał w wywiadzie z Dariuszem Leśnikowskim.

Przyczyn swojej absencji w finałowym spotkaniu doszukiwał się w nie najlepszych relacjach z Jackiem Gmochem. Kiedy wybrzmiał końcowy gwizdek, wszyscy razem świętowali zwycięstwo. Piłkarz wspominał, że szczególnie dobrze bawili się piłkarze Ruchu i Górnika. Dołączyli też do nich przedstawiciele innych dyscyplin, a sukces oblewali m.in. japońską sake, którą Ostafiński dostał od trenera polskich dżudoków po meczu z NRD.

Złoty medal olimpijski zajmuje szczególne miejsce w jego życiu;
źródło: katowickisport.pl

O włos od wyjazdu do RFN

Po igrzyskach zniknął jednak z kadry. Zabrakło go w meczach eliminacyjnych mistrzostw świata. Chociaż przed meczem z Anglią w Chorzowie Górski rozważał jego kandydaturę, to statecznie nie powołał go z uwagi na fakt, że był w tak słabej formie, że nawet we własnym klubie większość czasu w meczach ligowych spędzał na ławce rezerwowych. Rok później, kiedy Ruch rządził w lidze, Górski inaczej już patrzył na zawodników z Chorzowa. 7 kwietnia po meczu z Górnikiem zwrócił uwagą zwłaszcza na Zygmunta Maszczyka i Joachima Marxa, ale nie umknął mu też bardzo dobry występ Ostafińskiego, o którym w swoich wspomnieniach napisał, że mógł się podobać.

Zawodnik brał udział w zgrupowaniu przed mistrzostwami świata, ale do RFN ostatecznie nie pojechał. Był co prawda w gronie pięciu rezerwowych, którzy mieli pozostawać do dyspozycji, ale raczej marna to pociecha. Mistrzostwa pokazały, że selekcjoner trafił ze składem i młody Władysław Żmuda, który zastąpił Ostafińskiego na środku obrony obok Gorgonia, znakomicie wywiązywał się z powierzonych mu zadań. Piłkarz Ruchu był oczywiście rozczarowany i uważa, że przy braku powołania kluczowy był mecz z VfB Stuttgart z 13 kwietnia.

Myślę, że zaszkodził mi mecz kontrolny kadry z VfB Stuttgart. Przegraliśmy 1:4, a niesamowite rzeczy „odstawiali” dwaj boczni obrońcy – Zbigniew Gut i Adam Musiał. Dawali się ogrywać jak dzieci. Nie byłem w stanie „połatać dziur”; wychodząc do szarżującego od linii bocznej rywala, zostawiałem „swojego” napastnika. No przecież nie mogłem pozwolić chłopu bezkarnie wjeżdżać w pole karne! Ale i tak usłyszałem od Jacka Gmocha: „Po co się dawałeś tak wyciągać do boku?” – mówił w rozmowie dla Przeglądu Sportowego.

Do reprezentacji powrócił, ale tylko na kilka spotkań. Ostatnie rozegrał z Włochami w 1975 r. Jedenaście oficjalnych i dwa nieoficjalne występy w narodowych barwach, to chyba jednak zbyt mało na takiego formatu zawodnika. Jak sam przyznaje, trafił wtedy na okres, w którym rywalizacja o miejsce w składzie była ogromna. Dodatkowo w harmonijnym rozwoju nie pomagały mu kontuzje i polityka działaczy Ruchu, którzy niechętnie skłaniali się ku zwalnianiu zawodników na mecze reprezentacji.

Vičan był znakomitym fachowcem, dysponował grupą świetnych zawodników, ale liczyła ona 12-13 zawodników. Jedna czy dwie kontuzje stawiały go w niełatwej sytuacji. Korzystniej zatem było wystawić zawodnikowi niekoniecznie prawdziwe zwolnienie lekarskie, założyć mu opatrunek gipsowy, i tak dalej, niż wysłać go na zgrupowanie kadry, mecz reprezentacji. Przez takie sztuczki Zygmunt Maszczyk omal nie zostałby wyeliminowany z mistrzostw świata – opisywał działania włodarzy klubu w wywiadzie dla Piłki Nożnej Plus.

Odejście z Ruchu i zarzuty korupcyjne

Po dwóch zdobytych mistrzostwach piłkarze Ruchu spuścili z tonu. Zespół był najstarszy w lidze. Zawodnicy nie mogli podołać już tak intensywnym treningom. Brakowało trochę ambicji, niektórzy zbliżali się powoli do końca swoich karier. Mimo że po rundzie jesiennej byli liderem, to rozgrywki zakończyli na czwartym miejscu. To był jednak początek końca wielkiego Ruchu. Odszedł trener Vičan, a na jego miejscu pojawił się František Havránek. To on twierdził, że Ostafińskiego wytykano palcami jako tego, który sprzedawał mecze. Sam piłkarz wspominał, że Czech w porównaniu do swojego poprzednika wydawał się trenerskim amatorem. Miał też podobno otrzymać zadanie wyczyszczenia zespołu ze starszych zawodników. Od zarzutów korupcyjnych Ostafiński jednak się odcinał.

Havránek albo miał coś z oczami, albo kompletnie nie znał naszej ligowej rzeczywistości. Fakt, niekiedy padały zaskakujące wyniki, bo trzeba było kogoś ratować, komuś pomóc. Jednak nie zawodnicy podejmowali w takich kwestiach decyzje – mówił w rozmowie z Grzegorzem Stańskim.

W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego mówił, że nigdy nie był inicjatorem tego typu działań. Dodawał też, że opinia, jaka do niego przylgnęła, to głównie zasługa działaczy, z którymi nie miał zbyt dobrych układów. Kiedy w 1976 r. przegrali z Lechem Poznań, to kierownik Alojzy Dzielong zarzucił jednemu z zawodników Ruchu – Janowi Benigierowi, że ten przeszedł obok meczu. O mało nie doszło do rękoczynów, ale Ostafiński stanął w obronie kolegi i załagodził sytuację. Nazajutrz, po przyjściu na trening, Stanisław Fangor wręczył mu pismo z informacją o dwutygodniowym zawieszeniu. Stwierdzono, że skoro bronił Benigiera, to musiał być zamieszany w porażkę, czyli prawdopodobnie sprzedał mecz.

Pierwszy raz wszedł w drogę kierownictwu już na początku swojej przygody z Ruchem. Wtedy to po którymś z meczów oskarżono jego, Maszczyka i Bulę, że sprzedali mecz. Ostafiński nie miał pojęcia o co chodzi, a na spotkaniu z zarządem doszło do pewnego incydentu.

Na spotkaniu zarządu powiedział mi prezes: „jak już skończycie, towarzyszu, grać w piłkę, to wrócicie tam, skąd przyszliście: gęsi paść”. A ja mu nie zostałem dłużny: „jak pan skończy już być wiceministrem, to pana taki los czeka” – odpaliłem. Chwycił ciężką, szklaną popielniczkę i rzucił w moim kierunku. Złapałem i mu ją odrzuciłem! Pełna konsternacja! W końcu wszystko rozeszło się po kościach, ale – jak widać – pamiętano mi to – wspominał na łamach Przeglądu Sportowego.

Balansowanie na krawędzi spadku

Ostatni mecz w barwach Niebieskich rozegrał w listopadzie 1976 r. Rundę wiosenną spędził w Polonii Bytom, z którą awansował do ekstraklasy. Był podstawowym zawodnikiem ekipy, która całkiem nieźle radziła sobie w lidze. Przyzwoicie zapowiadający się sezon zakończył się dla niego już 1 listopada 1977 r.

Gdy grałem w Polonii Bytom, w meczu z Zawiszą Bydgoszcz doznałem złamania kości strzałkowej w kostce. Nie mogłem grać przez osiem miesięcy. Robiłem wtedy wślizg, wybiłem piłkę rywalowi, a on wpadł całym ciałem na moją nogę. To był facet z dużą nadwagą i kość nie wytrzymała. Pamiętam do dzisiaj, że graliśmy 1 listopada, czyli we Wszystkich Świętych! Sędzia, który prowadził zawody, już przed meczem świętował. Był pijany, bo jak podszedł do mnie, to czuć było od niego alkoholem. Podejmował wtedy sporo złych decyzji. Gdyby dzisiaj sędziował na bani, poniósłby surowe konsekwencje, ale wtedy było inaczej – mówił w rozmowie z Dariuszem Leśnikowskim.

Później zdecydował się na wyjazd na zachód. Podobnie jak kilku innych piłkarzy z drużyny Górskiego, wybrał grę we Francji. W zespole SC Hazebrouck wielkiej kariery jednak nie zrobił i wkrótce znalazł się z powrotem w Bytomiu. Wrócił do składu Polonii, kiedy ta okupowała ostatnie miejsce w tabeli. Zagrał w siedmiu meczach sezonu, które decydowały o pozostaniu w lidze. Dzięki uporządkowaniu gry obronnej i poprawie skuteczności bytomianie rzutem na taśmę utrzymali się w lidze. Kolejny sezon był już jego ostatnim w karierze. Grał praktycznie tylko jesienią, a z ekstraklasą pożegnał się 9 marca 1980 przegranym 0:1 meczem ze Stalą Mielec. To właśnie pobyt w bytomskiej drużynie najmilej wspominał:

Wszędzie zostawiłem trochę zdrowia i serca, wszędzie miałem przyjaciół, ale najmilej wspominam grę w Bytomiu. Może, że to był ostatni mój klub, a może zadziałał syndrom kresowiaka, bowiem wcześniej grała tam grupa zawodników, która miała lwowskie i wschodnie korzenie. W Polonii Bytom czuło się atmosferę wschodniej Polski i często słyszało się „ta joj”. – opowiadał  w wywiadzie z Józefem Zagulakiem.

Koniec kariery, ale nie przygody z piłką

Buty na kołku zawiesił w wieku 34 lat, a więc mógł jeszcze trochę pograć na przyzwoitym poziomie. Niestety uniemożliwiły mu to związane z grypą powikłania mięśnia sercowego i musiał się wycofać. W katowickiej AWF ukończył dwuletni kurs i otrzymał dyplom trenera drugiej klasy. Prowadził młodzieżowe drużyny Polonii Bytom i przez pewien czas był nawet asystentem w pierwszym zespole. Oprócz tego trenował: Wartę Zawiercie, Chorzowiankę, Beskid Andrychów, MK Katowice i Zagłębie Dąbrowa Górnicza. Dolegliwości sercowe sprawiły jednak, że przeszedł na rentę. Kilka lat pomagał żonie w prowadzeniu sklepu spożywczego. Dziś nadal jest blisko piłki. Chętnie udziela wywiadów i komentuje bieżące zmagania ligowe. Jest taki sam jak przed laty – zawsze mówi to, co myśli. Nawet jeśli jego oceny są surowe i kontrowersyjne, to nie waha się ich wygłaszać i nie owija w bawełnę.

Przy okazji różnych imprez chętnie wspomina stare czasy. Na zdjęciu z Piotrem Czają podczas spotkania Niebieskich Mistrzów w 2014 r.;
źródło: ruchchorzow.com.pl

Był jednym z najlepszych stoperów w historii naszej piłki. Bez niego obrona Ruchu nie byłaby tak skuteczna. Szkoda, że nie spełnił się w reprezentacji, bo na pewno miał ku temu zarówno talent, jak i umiejętności. Twardy charakter i cięty język nie zawsze przysparzał mu przyjaciół, ale wsłuchując się w jego wypowiedzi, nawet dzisiaj trudno nie przyznać mu racji. Zawsze imponował wielką klasą i opanowaniem, a Andrzej Gowarzewski pisał, że w kronikach polskiego futbolu niewielu było lepszych od niego.

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 35 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt