Włodzimierz Lubański – dżentelmen polskiej piłki

Na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. nasz futbol odniósł największy sukces w swojej dotychczasowej historii. Polacy zajęli trzecie miejsce i wracali do kraju ze srebrnymi medalami. 9 lipca 1974 r. zgotowano im gorące i owacyjne powitanie na Okęciu. Triumfalnie przejechali ulicami Warszawy otwartym autokarem, by wreszcie spotkać się z kierownictwem partii i rządu. Były gratulacje, odznaczenia i uroczyste przyjęcia. W tym samym czasie w Wiedniu po operacji kolana dochodził do siebie Włodzimierz Lubański, bez którego być może na mistrzostwach w ogóle byśmy nie zagrali. Mistrzostwa musiał oglądać w telewizji. Na początku lat 70. był uważany za najlepszego polskiego piłkarza. Poznajcie bliżej historię tego, któremu świat zawalił się 6 czerwca 1973 r. 

Tego dnia Polska podejmowała na Stadionie Śląskim reprezentację Anglii. Lubański miał w ogóle nie grać w tym spotkaniu. W sparingu odniósł kontuzję, przez którą musiał pauzować. Nie przyjechał na przedmeczowe zgrupowanie do Kamienia pod Rybnikiem. Zamiast tego,  sam w spokoju dochodził do pełni sił. Trener Kazimierz Górski na pytania dziennikarzy odpowiedział:

Umówiłem się z Włodkiem, że przyjedzie, jak będzie zdrów. Niech leczy się tak, jak mu najwygodniej. Jestem pewien, że zrobi wszystko, aby dobrze przygotować się do meczu.

Trzy dni przed meczem trenował sam na stadionie Górnika w strugach ulewnego deszczu. Czuł się coraz lepiej, a intensywne masaże doktora Michała Siekierzyńskego przyniosły oczekiwane skutki. W dniu meczu sam poprosił trenera, żeby wstawił go do składu. Sztab medyczny starannie przypudrował bliznę na kolanie, tak aby ukryć słaby punkt przed rywalami. Na rozgrzewkę Lubański wyszedł z 10 na plecach.

Kocioł czarownic

Na trybunach zgromadziło się około 100 tys. widzów. Nieco ponad dwa miesiące wcześniej Polacy pechowo przegrali z Walią w Cardiff. Żeby przedłużyć swoje szanse na awans do finałów mistrzostw świata – potrzebowali zwycięstwa. Nie było to łatwe zadanie, bo na ich drodze stanęli mistrzowie świata sprzed ośmiu lat, ojcowie futbolu, dumni i pewni siebie Anglicy. To oni w oczach ekspertów byli zdecydowanymi faworytami tamtego meczu. Niesieni fantastycznym dopingiem Polacy już w 8. minucie objęli prowadzenie. Po dośrodkowaniu Roberta Gadochy z rzutu wolnego, piłkę do bramki skierował Jan Banaś, choć do dzisiaj są wątpliwości, któremu z nich faktycznie powinno zapisać się tego gola. Cały zespół spisywał się fantastycznie i dzielnie stawiał czoła Synom Albionu. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie.

Dwie minuty po rozpoczęciu drugiej połowy, Lubański otrzymał długie podanie od Antoniego Szymanowskiego. Wyskoczył do piłki razem z kryjącym go McFarlandem i zagrał do Banasia. Ten chciał mu ją odegrać, ale piłka zatoczyła dziwny łuk i znalazła się pod nogami Moore’a. Lubański przypomniał sobie przedmeczowe odprawy i uwagi Kazimierza Górskiego oraz szefa banku informacji Jacka Gmocha. Zwracali oni uwagę na sposób przyjęcia piłki i wyprowadzania akcji przez Anglika. Polak odebrał piłkę jednemu z najlepszych defensorów w historii piłki nożnej i pognał na bramkę Shiltona. Moore’a asekurował McFarland, ale on także nie zdołał przerwać akcji.

[McFarland] biegł na ukos, chcąc wybić mi piłkę. Tymczasem z lewej strony dojrzałem pędzącego Roberta Gadochę. To był bardzo ważny moment. McFarland znalazł się w potrzasku. Nie widział co zrobię: czy podciągnę kilka metrów i będę strzelał, czy też podam do Roberta – taki był zresztą mój pierwszy zamysł, bowiem angielski obrońca nabrał szybkości i mógłby mi wślizgiem przerwać akcję. Jeszcze metr do linii pola karnego. Wypuszczam piłkę o metr, może dwa, jestem już na linii pola karnego, rzucam okiem na Shiltona i decyduję się na strzał. Uderzam z całej siły prostym podbiciem. Trafiam idealnie. I mam trochę szczęścia, bo ono też jest potrzebne. Piłka zatacza łuk, odbija się od słupka i wpada do siatki poza plecami bramkarza. Jest 2:0. 

Do końca meczu zostało wprawdzie jeszcze dużo czasu, ale sprawa zwycięstwa została prawie rozstrzygnięta. Anglicy zaczęli tracić nad sobą panowanie, czego efektem była czerwona kartka dla Allana Balla za brutalny faul na Lesławie Ćmikiewiczu. Polacy nabrali wiary w swoje umiejętności, a sen o występie na mistrzostwach świata stawał się coraz bardziej realny.

„To nie był złośliwy faul”

Kilka minut po zdobyciu bramki, Lubański wdał się w pojedynek biegowy z McFarlandem. Anglik lekko tylko trącił Polaka, ale przy takiej prędkości, to wystarczyło do wybicia go z rytmu i stracenia przez niego równowagi.

Pędzę ile sił w nogach. A za mną McFarland. Wiem, że jeśli dotknę piłki przed nim, nie zdoła mi jej wybić wślizgiem. Jakby urosły mi skrzydła. Słyszałem ryk stutysięcznego tłumu. Byłem rozluźniony po zdobyciu bramki. Dopadłem do piłki jako pierwszy, Anglik wykonał wślizg. Nieszczęście polegało na tym, że lekko mnie potrącił. Naprawdę lekko, ale przy takiej szybkości… Stawiając nogę trafiłem na jakąś nierówność boiska. Całym ciężarem rozpędzonego ciała, mając lekko skrzywione kolano, usiadłem dosłownie na nodze. Trzask był okrutny. Tak głośny, że słyszałem go mimo wiwatów tłumu. Poczułem potworny ból. I już wiedziałem, że stało się coś bardzo poważnego.

Bezpośrednią przyczyną kontuzji Lubańskiego było osłabienie mięśni. Nie przygotował się odpowiednio do takiego meczu. Kilka dni bez treningu pozostawiło swój ślad. Wbrew temu co się mówiło w mediach, to nie był żaden brutalny czy złośliwy faul. Lubański nie grał całkowicie zdrowy.

Ja przy każdej okazji podkreślam, że to był zwykły wypadek przy pracy. McFarland wchodził w momencie, kiedy ja dotykałem piłki, nie faulował mnie, ledwie uderzył, dopiero kiedy ja odszedłem na drugi krok, doznałem urazu kolana. To nie był faul z jego strony.

Na stadion wjechała karetka, odwieziono piłkarza na ostry dyżur do Katowic. Tam jednak wszyscy byli pochłonięci oglądaniem meczu. W końcu jednak zjawił się jakiś lekarz, obejrzał z grubsza kontuzjowaną nogę i stwierdził, że dla pewności włożą ją w szynę i odwiozą Lubańskiego z powrotem.

To prawda, że nie stwierdzono żadnych zewnętrznych obrażeń. Ale gdybym trafił na dobrego chirurga, zdolnego spokojnie i wnikliwie wysłuchać co się stało i jak się stało, podjąłby natychmiast decyzję o operacji.

Po zdjęciu szyny ból jednak nie ustępował. Raz się wzmagał, raz słabł. Na jednym z lekkich treningów kolano zostało zablokowane. Dopiero wtedy podjęto decyzję o operacji. Zabieg przeprowadzano w Piekarach Śląskich. Miał trwać krótko, ale nieoczekiwanie się bardzo przedłużył. Później okazało się, że operacja była nieudana, gdyż nie usunięto z kolana wszystkiego… Mimo trwającej rehabilitacji, noga bolała coraz bardziej. Lubański nie potrafił wręcz grać i po jednym z meczów stwierdził, że chyba pora na zakończenie kariery. Słyszał to wiceminister górnictwa Eryk Porąbka, który momentalnie zareagował:

No, kurwa mać, jak nie potrafią cię tu wyleczyć, to pojedziesz jutro do Wiednia i tam cię będą operować!

Wszystkie formalności załatwiono bardzo szybko, łącznie z paszportem. W Wiedniu Lubańskiego i jego klubowego lekarza Herberta Głucha odebrali ludzie, którzy zajmowali się tam sprzedażą polskiego węgla. Pomogli znaleźć im klinikę dr Schwingera. Po błyskawicznych badaniach zapadła decyzja o operacji. Lubański czuł się po niej znakomicie, nie było żadnych powikłań. Wkrótce zjawił się dr Schwinger i podbudował piłkarza słowami:

Wierzę, że będzie pan jeszcze grał w piłkę. Jestem tego pewien!

Po operacji do Lubańskiego dojechała żona. Dziś to się wydaje oczywiste, ale w połowie 1974 r. nie było to takie proste. Cały pobyt w Wiedniu został bardzo dobrze zorganizowany. Kolano przestawało boleć, ale na pewno żal było piłkarzowi, że nie może pomóc kolegom na mistrzostwach świata.

Mistrzostwa świata w RFN oglądałem w Wiedniu. W telewizji. I przeżywałem je inaczej niż piłkarze. Miło mi było, bo nie zapomnieli o mnie. Dostałem na pamiątkę złoty zegarek, taki sam jak oni wszyscy. Była gdzieś cząstka mego udziału w tym, że grali na mistrzostwach świata. Nie zapomnieli… 

Pierwsze kroki na Kulawiku

Swoje pierwsze piłkarskie kroki mały Włodek stawiał w dużym przedpokoju mieszkania, przy ulicy Sztygarskiej 11 w Sośnicy. To tutaj uczył się precyzji w przyjmowaniu piłki i oddawaniu strzałów. Kiedy już trochę podrósł, przyszła pora na wyjście na zewnątrz. Pomiędzy blokami było duże podwórko, a na jego końcach dwa trzepaki, które pełniły rolę bramek. Mali chłopcy spędzali tam całe dnie. Włodek potrafił ćwiczyć sam, nawet przez wiele godzin odbijając piłkę o mur, na zmianę lewą i prawą nogą, czy też główkując. Z czasem podnosił skalę trudności ćwiczeń, uderzając np. tylko prostym podbiciem lub zewnętrzną częścią stopy. Drugim miejscem, na którym toczyło się piłkarskie życie młodego Lubańskiego, był tzw. kulawik. Trzydziestometrowy plac nad rzeką, otoczony drzewami. Tam wszyscy zbierali się w grupach i grali klasa na klasę albo ulica na ulicę. Joachim Marx wspominał:

Włodek był z nas wszystkich najmłodszy i najmniejszy, ale kiedy dwóch kapitanów wybierało zespół, jego imię padało zawsze jako pierwsze. Mieć Włodka w drużynie, to już wtedy pachniało bramkami. Niższy od nas o głowę, jeszcze słaby fizycznie, miał niebywały instynkt piłkarski. To, czym w późniejszych latach imponował na stadionach piłkarskich świata. Nazywaliśmy go „Kici”, pozostając pod wrażeniem grającego w warszawskiej Legii Lucjana Brychczego. Rzeczywiście, pod względem techniki Włodek przerastał nas o głowę.

Zanim jednak zaczął strzelać bramki, jako najmłodszy i najmniejszy gronie kolegów, miał do wyboru grę albo w obronie, albo na bramce. Mały Włodek wybrał rolę golkipera. Pewnego razu jeden z sąsiadów przybiegł do mieszkania państwa Lubańskich i zawołał z przejęciem żeby pan Władysław zszedł na dół i zobaczył co jego syn wyprawia. Kiedy zeszli na dół, zobaczyli jak mały Włodek w strugach ulewnego deszczu, na pokrytym czarnym błotem boisku, odważnie rzucał się pod nogi innych chłopaków. Kupiony ledwie kilka dni temu nowy dres wyglądał tragicznie, a umorusanego chłopca z trudem szło rozpoznać. Pan Władysław westchnął i powiedział do sąsiada:

I cóż pan, sąsiedzie, głowę zawracasz? Chłopaki po prostu grają w piłkę. Myślałem, że coś rzeczywiście zbroił.

Sam Lubański tak zapamiętał tamto zdarzenie:

Byłem mokry, niesamowicie umorusany ale szczęśliwy, że tego dnia właśnie, w obecności taty, nikt nie potrafił wpakować piłki do strzeżonej przeze mnie bramki. Potem, gdy szedłem z ojcem do domu, nic nie powiedział, tylko poklepał mnie po plechach.

To właśnie ojciec umacniał we Włodku futbolową pasję. Pełnił on przez wiele lat rolę wiceprezesa, a potem prezesa klubu Górnik Sośnica i od najmłodszych lat zabierał syna na mecze grającej w A-klasie drużyny.

Siedziałem na ławce i przyglądałem się piłkarzom. To było ogromne przeżycie. Patrzyłem na nich jak na herosów, na ich spodenki, koszulki, getry i buty, przysłuchiwałem się dyskusjom, zapamiętywałem każde słowo, każdy gest. W tym czasie nie było dla mnie nic ważniejszego na świecie.

Kiedy poszedł do szkoły, to również grał ze starszymi kolegami i coraz bardziej na ich tle zaczynał się wyróżniać. W końcu za namową jednego z chłopaków postanowił spróbować zapisać się do klubu. Ojciec był w zarządzie, lecz nie chciał słyszeć o członkostwie syna w Górniku Sośnica, gdyż ten był jeszcze za młody. Miał dziewięć lat. Nie mieścił się w limicie wiekowym ustalonym przez władzę. Kiedy jednak pan Władysław wyjechał na delegację, mały Włodek zdecydował się spróbować przekonać kierownika sekcji trampkarzy, pana Górnego:

– Panie Górny, chciałbym grać w Górniku

– Groć? A wiela, synek, ty mosz roków?

– No… dziesięć.

– Dziśyńć? Ni godej. A wiela naprowde?

– Hm… No prawie dziesięć.

– No to idź, synek, se jeszcze mlika popić, zjedz se jeszcze jedno sznitka i przyńdź za rok. Jeszcze mosz czas.

Mały Włodek był załamany, bo rok wydawał mu się olbrzymią stratą czasu. Wpadł na pomysł sfałszowania legitymacji szkolnej. Zmienił datę urodzenia z 1947 na 1946, pożyczył od kolegi strój, w którym wyglądał poważniej i raz jeszcze udał się do pana Górnego. Ten miał problemy ze wzrokiem i nosił grube okulary, przez co łatwo dał się nabrać na to oszustwo. Wkrótce jednak sprawa się wydała i trener wyrzucił Włodka z klubu, ale ten wrócił po dwóch miesiącach, bo osiągnął już limit dziesięciu lat.

Włodzimierz Lubański i Jacek Gmoch

Trampkarz, który grał z juniorami

W Górniku Sośnica grał w drużynie trampkarzy. Spędził tam tylko kilka miesięcy, ale zdołał strzelić 60 bramek. Pewnego razu, kiedy jego drużyna grała z GKS Gliwice, do jego ojca podszedł jakiś młody mężczyzna. Przedstawił się jako Jerzy Cich, a po godzinnej rozmowie ojciec zgodził się, żeby zaopiekował się jego synem.

To był wspaniały człowiek. Miał olbrzymi wpływ na moją sportową karierę. Z jednej strony umiał docenić mój talent a z drugiej, potrafił wskazać mi właściwą drogę do stałego podnoszenia umiejętności. Osobiście ze mną pracował, doskonalił moją technikę i przygotowanie fizyczne. Bardzo wiele mu zawdzięczam. We wszystkim, co robił, był po prostu znakomity. Poświęcał mi masę swojego wolnego czasu, prowadząc indywidualne treningi. Pan Jerzy był dla nas po postu wszystkim. Najbardziej ceniliśmy u niego stanowczość.

Dzięki trenerowi Cichowi, Lubański zrobił znaczne postępy. Swoją juniorską karierę kontynuował w GKS Gliwice. W wieku 13 lat, w 1960 r. wziął udział w turnieju zorganizowanym przez Śląski Okręgowy Związek Piłki Nożnej. Zaprezentował się tam na tyle dobrze, że po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę prasy. W katowickim Sporcie pisano:

Niewielkiego wzrostu trampkarz GKS Gliwice to wielki talent, o którym jeszcze usłyszymy.

W drużynie trampkarzy grał bardzo krótko. Wkrótce został przeniesiony do zespołu juniorów, mimo że ciągle był w wieku trampkarza. Pewnego razu w ciągu jednego dnia zagrał trzy mecze w trzech kategoriach wiekowych. Był wyznaczony do gry w zespole juniorów, ale przyszedł wcześniej na stadion. Toczył się jeszcze wtedy mecz trampkarzy i trener widząc go, powiedział:

Słuchaj, pomóż nam, bo przegrywamy ten mecz. Wejdź przynajmniej na 15 minut.

Lubański przebrał się, wszedł na boisko i strzelił dwie bramki. Dzięki temu zespół trampkarzy wygrał tamto spotkanie. Zszedł do szatni, założył strój juniora i rozegrał cały mecz w drużynie juniorskiej. Na koniec dnia okazało się, że zabrakło jednego zawodnika w zespole seniorów. Trener stwierdził, że wezmą Włodka na ławkę rezerwowych. Szybko coś zjadł, żeby nie opaść z sił i usiadł na ławce.

Na tej ławce siedziałem bezczynnie jakieś 50 czy 60  minut, ale w końcówce trener wystawił mnie na boisko. Takim oto sposobem w ciągu jednego dnia zagrałem w trzech meczach – najpierw jako trampkarz, potem jako junior, a na koniec jako senior.

Wkrótce otrzymał powołanie na mecz kadry juniorów. Piętnastolatek miał zagrać ze Związkiem Radzieckim w Moskwie. Wśród najlepszych w kraju juniorów, którzy byli od niego starsi o parę lat, prezentował się całkiem nieźle. Jednak na tle rywali, Polacy nie wypadli najlepiej, przegrywając 1:3. Włodek wiedział, że musi się jeszcze sporo nauczyć. Z Moskwy wrócił do Warszawy na krótkie zgrupowanie 80 najlepszych juniorów. Ćwiczył dwa razy dziennie pod okiem trenerów: Ciecierskiego i Motoczyńskiego. Robił znaczące postępy, a 2 września w Zielonej Górze, w zremisowanym 2:2 meczu z Węgrami, zdobył swoją pierwszą bramkę w koszulce z orłem na piersi.

Propozycja nie do odrzucenia

Lubański zadebiutował w trzeciej lidze w meczu z Górnikiem Radlin i strzelił decydującą bramkę. GKS wygrał 1:0. O młodym napastniku robiło się coraz głośniej i zaczynały się nim interesować poważne kluby. W rywalizacji o jego zatrudnienie liczyły się trzy drużyny. Były to: Polonia Bytom, Zagłębie Sosnowiec i Górnik Zabrze. Wszystkie trzy w tym samym dniu zjawiły się w mieszkaniu państwa Lubańskich. Bytomianie starali się przekonać Włodka i jego rodziców swoimi lwowskimi powiązaniami, bo byli przecież kontynuatorami tradycji Pogoni. Przedstawiciele z Sosnowca postawili na stole walizkę pełną pieniędzy. Z kolei działacze zabrzańscy zwracali uwagę na bliskość stadionu Górnika i poziom sportowy drużyny. Podjęli też działania mniej oficjalne. Wkrótce ojciec Włodka, który był sztygarem w kopalni, został wezwany do wiceministra Porąbki. Kiedy wrócił do domu, powiedział synowi, że chyba zrezygnują z oferty Polonii, ku której najbardziej skłaniał się sam Włodek. Zamiast niej mieli zdecydować się na zespół Górnika. Na pytanie syna skąd taka zmiana zdania ojciec odpowiedział:

Słuchaj chłopcze, są sprawy, o których nie zawsze będziesz mógł decydować sam. Tak też było ze mną na spotkaniu z ministrem, który zaczął naszą rozmowę od pytania: „Czy dobrze się panu pracuje w kopalni? Czy chciałby pan dalej pracować?”

To była propozycja nie do odrzucenia. Górnik zaproponował ojcu 40 tys. złotych na „zagospodarowanie syna”. Mówiono o stypendiach, premiach i dalszej nauce. Włodek chciał jednak po prostu grać, ale przy podpisywaniu dokumentów miał pewne wątpliwości. Wkrótce okazało się, że w jego sportowym życiu była to najlepsza decyzją jaką mógł podjąć.

Lubański z żoną Grażyną w domowym zaciszu

W Górniku grali wtedy tacy piłkarze jak: Stanisław Oślizło, Ernest Pohl czy Stefan Floreński, który był wychowankiem Sośnicy. Nic dziwnego, że kilkunastoletni Włodek bardzo się denerwował, kiedy po raz pierwszy miał pojawić się w klubie. W końcu miał przebierać się w tej samej szatni z piłkarzami, których do tej pory znał tylko z telewizji.

Wkrótce wyjechał z nowymi kolegami na zgrupowanie do Jeleniej Góry. Zamieszkał w pokoju razem ze swoim przyjacielem – Waldemarem Słomianym, dla którego to również był pierwszy taki wyjazd. Starsi zawodnicy Górnika przestrzegali stałych tradycji i reguł, z których jedną było wkupywanie się młodych zawodników. Już pierwszego wieczoru w pokoju młodych chłopaków zjawił się Ernest Pohl mówiąc im, że dziś mają szansę się wkupić. Chłopaki udali się do najbliższego sklepu monopolowego i kupili tyle wódki i wina, ile zdołali unieść. Po powrocie, wykładali coraz większą ilość butelek na stół. Mina Pohla zdradzała coraz większą radość, aż w końcu zwrócił się do nich:

No, widzę, że spisaliście się znakomicie, chyba można was będzie przyjąć do klubu. Dobra, a teraz możecie już sobie iść.

Ligowy debiut Włodek zaliczył 21 kwietnia 1963 r. Górnik na własnym terenie podejmował Arkonię Szczecin. Lubański był bardzo zestresowany. Po raz pierwszy miał wystąpić przed kilkunastotysięczną publicznością. Mecz zaczął na ławce. Zabrzanie mimo prowadzenia 1:0 w pierwszej połowie, nie zachwycali. Po przerwie zmienił Erwina Wilczka, a jego wejście odmieniło grę Górnika. Chciał się pokazać z jak najlepszej strony, a kilkoma akcjami zaimponował publiczności. Ta nagradzała go brawami. W 73 minucie udało mu się nawet wpisać na listę strzelców. Sport, dostrzegając talent Lubańskiego, relację z meczu opatrzył nagłówkiem: „Lubański bohaterem dnia w Zabrzu”, a dalej można było przeczytać:

Nie ma dwóch zdań, że dla zobaczenia gry Lubańskiego w drugiej połowie meczu, warto było wczoraj przyjechać do Zabrza. Po niezbyt udanym debiucie w pucharowym spotkaniu z Ruchem, chłopak ten dał dowód, że jest rzeczywiście wielkim talentem i że nasze piłkarstwo będzie miało z niego wiele pociechy.

Pierwsze dolary i powołanie do kadry

Kariera Lubańskiego zaczynała nabierać rozpędu. Dostawał coraz więcej szans w Górniku, a latem pojechał z drużyną na turniej American Cup do Stanów Zjednoczonych. Dla tak młodego chłopaka stanowiło to wielkie przeżycie. W porównaniu do Polski lat 60., był to przecież zupełnie inny świat.

Szokowało mnie właściwie wszystko, co oglądałem – kolorowe reklamy różnych firm, Coca-Cola, McDonald’s, oświetlone ulice, jeżdżące taksówki. Zakwaterowano nas w trzydziestopiętrowym hotelu. Pierwszej nocy w ogóle nie przespałem: siedziałem przy oknie i oglądałem poruszające się po rozświetlonych ulicach samochody. To było coś niesamowitego. Do dzisiaj noszę w sobie wspomnienie tego, co wówczas czułem, jakie to wszystko było dla mnie szokujące… 

To właśnie za oceanem Włodek pierwszy raz zetknął się z większymi pieniędzmi. Miejscowa polonia chciała serdecznie przyjąć rodaków, przez co na spotkaniach czy bankietach  wręczali piłkarzom najróżniejsze upominki czy zwitki dolarów. Po pierwszym takim spotkaniu, kiedy już w pokoju hotelowym Lubański zaczął opróżniać kieszenie, zorientował się, że tych dolarów uzbierało się dość sporo.

Włodzimierz Lubański

Po udanych występach w reprezentacji młodzieżowej i kilku owocnych miesiącach w Górniku, Lubański zwrócił na siebie uwagę selekcjonera Tadeusza Forysia. Zaproszono go do sekretariatu klubu, gdzie sekretarz przekazał mu informację, że decyzją PZPN powołano go na mecz z Norwegią. Podkreślano, że polskie piłkarstwo liczy na niego jako na młodego zawodnika i chodzi o to, żeby zapoznał się z panującą na zgrupowaniach atmosferą. Podczas kilkudniowego zgrupowania, młody Włodek zaprezentował się na tyle dobrze, że trener postawił na niego już od pierwszych minut. W dniu meczu – 4 września 1963 r. Lubański miał zaledwie 16 lat i 188 dni. Został najmłodszym reprezentantem w historii polskiej piłki. Dziś ten rekord będzie bardzo trudno pobić. Trener Tadeusz Foryś wystawił go na prawym skrzydle, a obok niego grał wielki Lucjan Brychczy. Selekcjoner po latach wspomniał:

Miałem do dyspozycji kilku dobrych zawodników. Nie byłem wcale zmuszony do tego, żeby Włodka wpuścić na boisko. Nie był niezbędny. O jego umiejętnościach byłem przekonany, ale Włodek pokazał  mi, że ma nie tylko umiejętności, ale jest właściwie już dorosłym, dojrzałym zawodnikiem. Postanowiłem postawić przed nim większe wymagania, żeby się rozwijał, żeby nie tkwił w jakiejś innej, młodszej drużynie, chociaż właściwie grał już w pierwszej lidze. To po pierwsze. A po drugie, wiedziałem, że po pewnym czasie będę go mógł wymienić i zdopinguję go do naprawdę dobrej gry. Dzisiaj, po latach, wiem z pewnością, że to była bardzo dobra decyzja.

Włodek nie mógł wymarzyć sobie lepszego debiutu. W 35. minucie Faber uciekł lewą stroną i zacentrował piłkę do Musiałka, który przedłużył ją na prawe skrzydło. Tam w pełnym biegu przejął ją Lubański i posłał potężny strzał na bramkę. Piłka zatrzepotała w siatce, a chłopak, który ledwie rok wcześniej grał jeszcze w trzecioligowym GKS Gliwice, wyskoczył w górę z radości i cieszył się z pierwszego gola w seniorskiej reprezentacji. Występem z Norwegią udowodnił, że mimo młodego wieku, będzie wzmocnieniem dla reprezentacji. W tym samym roku zagrał jeszcze w meczach z Turcją i z Grecją.

Pucharowe środy

Na początku lat 60. ton rywalizacji w polskiej piłce nadawały drużyny ze Śląska, z Górnikiem na czele. Dzięki sukcesom na krajowym podwórku, zabrzanie zaczynali zbierać doświadczenie w zyskujących coraz większy prestiż rozgrywkach europejskich. Dla Lubańskiego przygoda z pucharami rozpoczęła się 2 października 1963 r. Wtedy to w Wiedniu Górnik mierzył się z miejscową Austrią. Polacy przegrali 0:1, ale dzięki temu, że dwa tygodnie wcześniej pokonali u siebie prezentujących wybitnie defensywny futbol Austriaków, konieczne stało się rozegranie trzeciego meczu. W tym, również rozgrywanym w Wiedniu, Górnik wygrał 2:1, a sam Lubański zaliczył asystę przy bramce Pohla na 1:0. Polska prasa donosiła, że stolicy Austrii żałoba. Natomiast ówczesny ambasador Polski w Austrii powiedział:

Odnieśliście olbrzymi sukces sportowy i propagandowy. Tak dobrej pracy nie wykonała jeszcze w Austrii żadna z ekip sportowych. W ciągu dziesięciu dni waszego pobytu w Wiedniu pisano i mówiono o was w samych superlatywach. Reprezentowaliście dobrze nasz sport, za co serdecznie dziękuję całej drużynie.

W kolejnej rundzie los zetknął ze sobą Górnika i praską Duklę. Klub z Czech ma już dzisiaj najlepsze lata za sobą, ale w latach 60. należał do najlepszych na kontynencie. W składzie miał kilku wicemistrzów świata z 1962 r. z genialnym Josefem Masopustem na czele. 13 listopada 1963 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie, w obecności 100 tys. widzów, musieli oni jednak uznać wyższość Polaków. Świetne zawody rozgrywał Lubański, który strzelił jedną z bramek po fantastycznym rajdzie prawą stroną i strzałem z ostrego kąta. Podbudowany bramką, raz za razem inicjował ataki zabrzan, ale wynik nie uległ zmianie i mecz zakończył się rezultatem 2:0. Przed meczem trener Czechów Jaroslav Vejvoda mówił, że zadowolony będzie z remisu, ale rzadko grający przy sztucznym oświetleniu jego podopieczni  nie byli w stanie przeciwstawić się Lubańskiemu i spółce. W rewanżu wygrali jednak aż 4:1 i to oni zameldowali się w ćwierćfinale.

Kłopoty z sercem i paskudne demony

Kariera znakomicie rokującego młodego gracza mogła zostać jednak przedwcześnie zakończona. Włodek zaczął narzekać na dolegliwości sercowe. Miał problemy z wejściem po schodach, a po jednym z meczów nawet zasłabł. Trafił do kliniki w Krakowie, do prof. Leona Tochowicza. Po przeprowadzonych badaniach okazało się, że wskutek prawdopodobnie niedoleczonej grypy, serce Lubańskiego uległo osłabieniu. W Krakowie go wyleczono i wykonano dodatkowe badania, żeby sprawdzić czy nie ma przeciwwskazań do kontynuowania kariery. Na szczęście mógł kontynuować karierę, ale nie tak od razu. Po miesiącach rekonwalescencji i pobycie w sanatorium. Dopiero wówczas wrócił do gry.

Oczywiście nie było mi łatwo wrócić do formy sportowej. Pierwsze treningi, pierwsze mecze po powrocie okazały się dla mnie bardzo trudne. Ostatecznie jednak wróciłem do takiej dyspozycji sportowej, która była wystarczająca do tego, żeby grać na odpowiednim, dobrym poziomie, i potem nie miałem już z sercem żadnych problemów.

W kolejnym sezonie Górnik znowu trafił na prażan. Ich rywalizacja zasługuje na osobny tekst. Aczkolwiek należy wspomnieć, że tym razem była ona dużo bardziej wyrównana. Pierwszy mecz w Pradze wygrała Dukla 4:1, a Lubański swoim trafieniem otworzył wynik spotkania. Na Stadionie Śląskim Górnik był jednak nie do zatrzymania i zwyciężył 3:0. Do wyłonienia zwycięzcy rywalizacji konieczne stało się rozegranie trzeciego meczu w Duisburgu. Tym razem obyło się bez bramek. O awansie decydowało losowanie, które okazało się szczęśliwe dla Dukli.

Do końca życia pozostanie w mojej świadomości jako jedno z największych rozczarowań, gdy po śwetnym meczu z Duklą w Duisburgu odpadliśmy w losowaniu. Krótko przed zakończeniem drugiej dogrywki nie wykorzystałem stuprocentowej sytuacji i tego momentu nie zapomnę nigdy.

Rok później Górnik trafił na LASK Linz, z którym poradził sobie bez większych problemów, ale w 1/8 finału po raz kolejny czekała praska drużyna. Tym razem była to nie Dukla, lecz Sparta. Niestety znowu zabrakło szczęścia i zabrzanie musieli się pożegnać z rozgrywkami. Na domiar złego, w rewanżu ze Spartą w Chorzowie Lubański złamał rękę i już w 10. minucie musiał opuścić boisko.

Na europejskich salonach

Jeden z najlepszych meczów w karierze Lubański rozegrał przeciwko drużynie Dynama Kijów. Podopieczni Wiktora Masłowa wyeliminowali w pierwszej rundzie obrońców tytułu – Celtic Glasgow, a na krajowym podwórku zaczynali okres swojej dominacji. W opinii ekspertów to właśnie drużyna z ZSRR była faworytem.

Byliśmy nastawieni niezwykle bojowo. Irytowała nas nieco lekceważąca postawa zawodników Dynama. Uważali i dawali to wyraźnie do zrozumienia, że skoro wyeliminowali zdobywcę pucharu Europy, to takie szaraczki, jak my, nie są im w stanie niczym zagrozić. Ale najbardziej zmobilizowało nas to, co zauważyliśmy dopiero po wyjściu na murawę stadionu. Na płocie wisiał transparent, na którym wypisano: ‘Pozdrawljajem sporcmienow s Riepubliki Polszy’.

Piłkarze z Zabrza odebrali to jako potraktowanie Polski, jako kolejnej republiki w Kraju Rad.

Lepszej mobilizacji naprawdę nie potrzebowaliśmy. Rozpoczęliśmy grę z taką adrenaliną, że wydawało się, iż po prostu rozniesiemy kijowian na strzępy.

To nie było jednak takie proste. Zawodnicy Dynama grali znakomicie i to oni w 12. minucie wyszli na prowadzenie po samobójczym trafieniu Alfreda Olka. Sędzia jednak nie zauważył, że Polak był wyraźnie popychany w tej sytuacji przez Byszowca. Riposta Górnika nastąpiła błyskawicznie. Po akcji, którą zainicjował właśnie Olek, Szołtysik popisał się świetnym uderzeniem. Z minuty na minutę plan wybitnego węgierskiego trenera Gezy Kalocsaia przynosił coraz większe efekty i Górnik zdominował środkową strefę boiska. Kiedy do końca meczu pozostawało 20 minut, piłkarze z ZSRR sprawiali wrażenie coraz bardziej zmęczonych. Górnik zaczął coraz mocniej napierać, co zaowocowało rzutem wolnym z ok. 30 m od bramki Dynama. Stałe fragmenty zabrzanie mieli doskonale opanowane. Do piłki podszedł Rainer Kuchta i zacentrował wprost na głowę Lubańskiego:

Kuchta uderza piłkę fałszem. Szybuje ona najpierw w kierunku bramki, a potem od niej się oddala. Na mojej wysokości. Raz, dwa, trzy kroki i jestem w górze. Szybciej od rosłych kijowskich obrońców. „Moja – myślę – tylko żeby ją dobrze trafić.”. Kontroluję lot piłki, już czuję ją na czole. Szybki skręt głową i widzę jak kieruje się w samo okienko. Bramka! 2:1 dla Górnika.

Na pięć minut przed końcem Polacy jednak zadrżeli o wynik. Sędzia podyktował jedenastkę dla Dynama. Naprzeciw Huberta Kostki stanął Sabo, który podobno strzelał sto karnych na sto. Wtedy jednak się pomylił i piłkarze Górnika wracali do kraju w chwale. Zachodnia prasa uznała zwycięstwo zabrzan za największą sensację tej fazy rozgrywek. W rewanżu padł remis 1:1 i po raz pierwszy w historii polska drużyna zagrała w ćwierćfinale Pucharu Mistrzów. Tam jednak Lubański i jego koledzy musieli uznać wyższość Manchesteru United. Warto jednak zauważyć, że Górnik był w tamtym sezonie jedyną drużyną, której udało się pokonać zespół prowadzony przez Matta Busby’ego. Wygrali 1:0, a strzelcem bramki był nie kto inny jak Włodzimierz Lubański.

To była jedna z najpiękniejszych bramek, jakie w życiu zdobyłem – lewą nogą, prosto w okienko. Prowadziliśmy 1:0 i wtedy zauważyłem w oczach przeciwników strach. Myśmy ich w drugiej połowie tak gnietli, mieliśmy kilka sytuacji do zdobycia gola, ale nie udało się. Częściowo przez warunki atmosferyczne, bo na takim oblodzonym boisku nie mogliśmy rozwijać takich akcji, jak chcieliśmy. Została nam tylko taka satysfakcja, że jak się później okazało, po drodze do zdobycia pucharu w tej edycji rozgrywek, byliśmy jedynym zespołem, który zdołał ich pokonać. Trudno, w bilansie dwóch meczów przegraliśmy, ale przegraliśmy z jedną z najlepszych w tym czasie drużyn na świecie.

Sam Matt Busby po meczu określił Górnika jako jedną z najlepszych drużyn w Europie i przyznał, że do końca bał się o wynik. O asie polskiej drużyny wypowiedział się następująco:

To piłkarz, który umie wszystko. Chciałbym, aby mógł grać u boku Besta i Charltona.

Jednak najsłynniejsze pucharowe boje Górnik toczył w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów z AS Romą i później w finale tamtej edycji z Manchesterem City. O tych meczach pisaliśmy już tutaj. Warto jednak dodać, że w spotkaniach z Włochami, Lubański swoją świetną grą zwrócił na siebie uwagę szkoleniowca Romy, którym był wybitny Helenio Herrera.

Uznanie na arenie międzynarodowej

To właśnie legendarny Argentyńczyk był selekcjonerem reprezentacji Europy na charytatywny mecz z Ameryką Południową. Odbył się on w Bazylei 3 października 1972 r. Mając w pamięci występy Włodka w trójmeczu z Romą, Herrera powołał go do drużyny gwiazd. Obok niego grali: Karl-Heinz Schnellinger, Ivo Viktor, Dragan Džajić, Amancio Amaro Varela, Manuel Velázquez Villaverde, Giacinto Facchetti czy Johan Cruyff. Europejczycy przegrali 0:2, ale sam Lubański rozegrał bardzo dobre zawody. Prasa pisała, że przyćmił europejskie gwiazdy. Wychwalano jego szybkość, orientację i technikę. Po meczu spotkał się w jednej z restauracji z Viktorem, Džajićem, Amancio i Velazquezem. Siedzieli przy kieliszku szampana i w pewnej chwili pomiędzy Amancio a Lubańskim wywiązał się dialog:

– Włodek, a nie chciałbyś tak pograć u nas?

– U was, to znaczy gdzie?

– Oczywiście w Realu Madryt. Dobrze mi się dziś z Tobą grało.

– Słuchaj – to jest po prostu niemożliwe. Ja mam 24 lata i nigdzie mnie z Polski nie wypuszczą. Może po trzydziestce, ale kto mnie wtedy zechce, na pewno nie Real

Hiszpan nie zamierzał jednak łatwo odpuścić i w końcu Włodek się zgodził, żeby Amancio i Velazquez spróbowali przekonać kierownictwo klubu. Zawodnicy zdołali przekonać przełożonych, że warto postarać się o Lubańskiego. Działacze Realu udali się do Warszawy. Rozmowy toczyły się na szczeblu Komitetu Centralnego PZPR. Na stole pojawiła się oferta opiewająca na milion dolarów, co w 1972 r. było kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Władze jednak nie zgodziły się na transfer, a sam zainteresowany o całej sprawie dowiedział się dopiero po latach od jednego z działaczy biorących udział w rozmowach.

Kiedy dziś widzę jak wiele rzeczy zmieniło się, jak stosunkowo łatwo można wyjechać na zagraniczny kontrakt, ogarnia mnie złość, że na skutek czyjejś decyzji przeszedłem obok kariery wspanialszej niż ta, która stała się moim udziałem. Mogłem grać w najlepszej drużynie Europy, a może i świata. Pozostał mi taki dziwny, dokuczliwy kac. Niesmak.

Występ w Bazylei nie był jedynym, jaki w drużynie gwiazd zanotował Lubański. 27 maja 1971 r. na Łużnikach w Moskwie wziął udział w pożegnalnym meczu wielkiego Lwa Jaszyna. Jak sam wspominał, było to dla niego ogromne wyróżnienie, zwłaszcza, że to sam odchodzący na emeryturę bramkarz wybierał piłkarzy do drużyny przeciwników. Drugim Polakiem, który wystąpił w tym meczu był Zygmunt Anczok, który załapał się w ostatniej chwili. Odpowiedzialny za drużynę reszty świata Jugosłowianin Rajko Mitić stwierdził po meczu:

Lubański i Anczok wnieśli po przerwie wiele ożywienia do gry gwiazd i żałuję, że nie mogłem z nich korzystać przez cały czas.

Olimpijski sen

Z początkiem 1971 r. polski futbol wkroczył w nową epokę. Wtedy to reprezentację objął Kazimierz Górski. Do tej pory największym sukcesem było czwarte miejsce na igrzyskach w Berlinie w 1936 r. i awans do mistrzostw świata dwa lata później. Wkrótce miało się to zmienić. W eliminacjach do mistrzostw Europy w Belgii, Polacy musieli co prawda uznać wyższość RFN, ale do igrzysk w Monachium wywalczyli awans w dobrym stylu. Choć sporo krwi napsuli im wtedy Bułgarzy w Starej Zagorze i pamiętny sędzia Victor Pădureanu. Drużyna miała wielu wybitnych zawodników, ale dwóch wybijało się przed szereg – Kazimierz Deyna i Włodzimierz Lubański, który był kapitanem. Deyna tak wspominał grę z Włodkiem:

Niewielu było piłkarzy, z którymi mógłbym grać „w ciemno”, z pierwszej piłki, jak właśnie z Włodkiem… On przewidywał moje zagrania, gra z nim była dla mnie wielką frajdą. Był zawsze bardzo spokojny przed meczem i skoncentrowany. Często podczas wyjazdów kadry mieszkaliśmy w jednym pokoju, więc miałem okazję przez tyle lat dobrze go poznać. Bardzo dobry kolega, świetny piłkarz.

Drużyna była scalona, pewna swoich umiejętności. Górski potrafił ją odpowiednio przygotować zarówno taktycznie, jak i mentalnie. Na igrzyskach przez pierwszą rundę przeszli jak burza, wygrywając wszystkie trzy mecze w grupie. Druga część rywalizacji zaczęła się od kryzysowego meczu z Danią, szczęśliwie zremisowanego. Najwięcej sił kosztował Polaków pojedynek ze Związkiem Radzieckim, który praktycznie decydował o tym kto zagra o złoto. W tym samym dniu terroryści z organizacji „Czarny wrzesień” wzięli zakładników w wiosce olimpijskiej i nie wiadomo było czy mecz w ogóle się odbędzie i czy w ogóle całe igrzyska będą kontynuowane.

Koniec końców mecz jednak się rozpoczął. Piłkarze sowieccy zaczęli z animuszem, a swoją przewagę udokumentowali golem w 28. minucie. Do przerwy wynik nie uległ zmianie. W drugiej połowie rywale opadli nieco z sił, a coraz więcej swobody mieli polscy zawodnicy. Na kilkanaście minut przed końcem, na boisku pojawił się Zygfryd Szołtysik, z którym świetnie rozumiał się Lubański. W 78. minucie Włodek dostał podanie od Ćmikiewicza w okolicy pola karnego, minął obrońcę i padł podcięty na murawę. Rzut karny. Do jego wykonywania desygnowany był Lubański, ale nie czuł się wtedy na siłach.

Miałem strzelać, ale jeszcze leżąc na ziemi wołam do Deyny: „Kaziu, będziesz strzelał.”. Nogi mi się trzęsły jak galareta. Byłem spięty, nieswój. A Kaka opanowany jak nigdy. Strzelił na 1:1.

Trzy minuty przed końcowym gwizdkiem Robert Gadocha pobiegł lewą stroną i podał do środka, gdzie był Lubański:

Wiedziałem, że będzie centrował po ziemi. Miałem koło siebie dwóch obrońców. Nie było szans, by cokolwiek zrobić. Ale kątem oka dostrzegłem Szołtysika. Wybiegał na dogodną pozycję. Już wiedziałem, co mam zrobić. Dotknąłem piłkę leciutko piętą. Wyprowadziłem ją dla Zygi, który wchodził zaraz za mną. On wiedział, że ja mu przesunę tę piłkę. I nie pomylił się. Złapał na kroku Rudakowa. Było 2:1 i po meczu. Byliśmy bliżej finału Igrzysk Olimpijskich.

Według samego Lubańskiego ten mecz był dużo trudniejszy niż finał z Węgrami. Po meczu redaktor Lukacs z budapesztańskiego „Nepszabadsag” gratulował trenerowi Górskiemu mistrzowskiej drużyny, a Kicker pisał o Polakach jako o faworytach olimpijskiego turnieju. Oceny ekspertów się sprawdziły. Polacy po zwycięstwie nad Marokiem zameldowali się w finale, gdzie po ładnym meczu pokonali Węgrów 2:1.

To była cudowna chwila, jak na tym pudle wręczali nam medale. A moment odegrania hymnu… To uczucie dobrze spełnionego obowiązku… Ten dreszcz emocji… To jest taki moment, dla którego warto uprawiać sport. Wyszedłem po finałowym meczu i kiedy już wyściskaliśmy się i wycałowaliśmy, powiedziałem do kolegów: „Chłopcy, czy my sobie zdajemy sprawę, co myśmy zrobili? Myśmy zapisali  historię. Jesteśmy mistrzami olimpijskimi. Przecież tego jeszcze nie było!”

Powrót do zdrowia…

Trzy miesiące po operacji Lubański zaczął rehabilitację, a sześć miesięcy później grał już mecz ligowy w Polsce. Brakowało mu jednak dawnej szybkości i swobody. Miał problemy z koordynacją ruchową. Wierzył, że jeszcze dojdzie do siebie, choć były momenty, kiedy zastanawiał się czy to wszystko ma jeszcze sens. Jednak jego sprawność już nigdy nie wróciła. Nie był w stanie w pełni wyprostować nogi, nie miał też pełnego zgięcia w kolanie. To wszystko w jakiś sposób było ukryte w biegu, w ruchu. Generalnie cieszył się, że może wrócić do futbolu.

Wtedy jednak po wielu staraniach udało mu się uzyskać zgodę na wyjazd za granicę. Pierwszym wyborem było AS Monaco. Niestety transfer nie doszedł do skutku, bo wcześniej zakontraktowano innego obcokrajowca, a obowiązywały wtedy limity. W ramach rekompensaty zaproszono Lubańskiego z żoną na 10-dniowe wakacje do księstwa. Kiedy pojawiła się oferta z Lokeren, gdzie trenerem był Czech Ladislav Novak, Lubański nie zastanawiał się długo. Udało mu się załatwić formalności związane z grą w belgijskim klubie i został zawodnikiem Lokeren.

… i do reprezentacji

Początki były trudne. Nie znał języka i trudno mu przyszła aklimatyzacja. Pomogli mu w tym czasie Polacy z dywizji gen. Maczka, którzy osiedlili się tam po wojnie. W końcu jednak Lubański się odbudował. Znowu odzyskał radość z gry i wrócił nawet do reprezentacji. Pomógł kadrze awansować na mundial do Argentyny, strzelając dwa gole w ważnym, eliminacyjnym meczu z Danią. Na samych mistrzostwach nie grał zbyt wiele. Jacek Gmoch oznajmił mu, że nie może grać w jednym zespole z Szarmachem:

Wiesz, Włodek, chciałbym z tobą pogadać. Sprawa jest poważna. Dzwoniłem wczoraj do Polski i rozmawiałem z psychologiem, który właśnie przekazał mi najnowsze wyniki testów psychologicznych. Wynika z nich, że nie możesz grać w jednym zespole z Szarmachem. W związku z tym muszę podjąć odpowiednią decyzję.

Bez znaczenia był fakt, że Szarmach z Lubańskim rozegrali razem masę meczów w Górniku. Włodek nie zgadzał się z decyzją trenera, ale uszanował ją. Choć jak sam przyznał, gdyby turniej odbywał się w Europie, to spakowałby się i wyjechał do domu. Według wielu kolegów z drużyny, takiego zawodnika jak Lubański nie powinno się trzymać na ławce. Zwłaszcza, że jak wchodził na murawę, to gra polskiej drużyny zyskiwała na jakości. Trener wiedział jednak lepiej. Jak to się skończyło, wiedzą wszyscy. Kazimierz Górski tak skomentował grę Lubańskiego na mistrzostwach:

Lubański mógł zabłysnąć w 1978 r. w Argentynie. Był na mistrzostwach świata, ale za długo przesiadywał na ławce rezerwowych. Takich piłkarzy jak Lubański nie bierze się na ławkę rezerwowych! Ale i tę gorzką pigułkę przełknął w wielkim stylu. Bo Włodek miał styl.

Koniec kariery

Reprezentacyjną karierę Włodzimierz Lubański zakończył 24 września 1980 r. na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Rozegrał mecz z Czechosłowacją. Przed spotkaniem odbyło się oficjalne pożegnanie piłkarza. Orkiestra górnicza i morze kwiatów. Kilkadziesiąt tysięcy kibiców odśpiewało gromkie „sto lat”. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a sam Lubański strzelił wyrównującą bramkę po rzucie karnym. Otrzymał wtedy również pamiątkowy proporczyk z okazji 80. meczu w reprezentacji. Według części statystyk, Lubański rozegrał jednak nie 80, a 75 spotkań. Bramek natomiast strzelił nie 50, a 47.

Uważam, że wystąpiłem w reprezentacji 80 razy i strzeliłem 50 bramek. Jeżeli ktoś robi innego rodzaju statystyki, to niech sobie robi. Wtedy na stadionie przedstawiciel Polskiego Związku Piłki Nożnej wręczył mi proporczyk z okazji osiemdziesiątego występu. Nie mogłem więc rozegrać mniej meczów.

W Lokeren grał przez pewien czas z Grzegorzem Latą, a pod jego okiem doświadczenie zbierał Preben Elkjear Larsen. Włodek był już coraz starszy i częściej myślał o zakończeniu kariery. W 1982 r. zgłosił się do niego Erwin Wilczek, który był szkoleniowcem francuskiego Valenciennes. Namówił Lubańskiego jeszcze na rok gry w drugiej lidze francuskiej. Zdobył tam nawet tytuł króla strzelców. Po bankructwie klubu przeniósł się jeszcze na południe Francji do Quimper, gdzie spędził dwa przyzwoite sezony i stwierdził, że przyszła pora zawiesić buty na kołku. Próbował jeszcze swoich sił jako trener, a dziś spełnia się jako komentator w telewizji.

W 2003 r. uznano go za najlepszego polskiego piłkarza z okazji 50-lecia UEFA. Trzeba pamiętać, że nie był na mistrzostwach w 1974 r. ani też w 1982 r. Ciężko dzisiaj sobie wyobrazić jakiegokolwiek 16-latka w naszej seniorskiej kadrze. Lubański w tym wieku grał i to wcale nie dlatego, że wtedy nie było żadnych dobrych piłkarzy. On już w tak młodym wieku im dorównywał. Taki talent zdarza się raz na kilkadziesiąt lat i tylko żal, że jego znakomicie zapowiadającą się karierę przerwała kontuzja w meczu z Anglią. Być może to on, a nie Beckenbauer wznosiłby nowy Puchar Świata w 1974 r., a polski futbol byłby dzisiaj w zupełnie innym miejscu.

Cytaty pochodzą z książek: Krzysztof Wyrzykowski – Ja, Lubański, Włodzimierz Lubański, Przemysław Słowiński – Włodek Lubański – legenda polskiego futbolu, Włodzimierz Lubański, Michał Olszański – Życie jak dobry mecz

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 11 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt