Hubert Kostka – diabeł w żółtym swetrze

Polska reprezentacja praktycznie od zawsze dysponowała świetnymi golkiperami. Ostatnio mówi się nawet o rodzimej szkole bramkarzy. Przed wojną byli to: Mieczysław Wiśniewski czy Spirydion Albański, a po niej wyróżniali się: Edward Szymkowiak, czy znani wszystkim kibicom Jan Tomaszewski i Józef Młynarczyk. Na przełomie lat 60. i 70. w kadrze występował inny, dziś pozostający nieco w cieniu piłkarz. Hubert Kostka, bo o nim mowa, był pewnym punktem naszej reprezentacji w Monachium i legendą Górnika Zabrze, a kto wie, czy nie był lepszy niż wszyscy wymienieni.

Człowiek, który zatrzymał Dynamo…

Pierwszy mecz drugiej rundy Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Do końca spotkania pozostawało ledwie pięć minut. Górnik Zabrze prowadził na kijowskim stadionie z miejscowym Dynamem 2:1. Sensacja wisiała w powietrzu. Gospodarze, którzy we wcześniejszej rundzie odprawili z kwitkiem obrońców tytułu – Celtic, byli o krok od niespodziewanej porażki z ambitnymi Polakami. Nagle rozległ się gwizdek arbitra. W zamieszaniu w polu karnym sędzia Vasile Dumitrescu z Rumunii dopatrzył się ręki i bez namysłu wskazał na jedenasty metr.

Podopieczni Wiktora Masłowa uwierzyli, że jeszcze nie wszystko stracone. Jednak rzut karny, to jeszcze nie gol, o czym przekonywali się najwięksi piłkarze w historii. Naprzeciw Huberta Kostki stanął jednak Jożef Sabo, wybitny specjalista od tego elementu, który podobno na sto karnych strzelał sto. Milionom kibiców, którzy byli zgromadzeni przed odbiornikami, serca podchodziły do gardła. Stadion zamarł w bezruchu, a spojrzenia wszystkich spoczęły na polskim bramkarzu i graczu Dynama. Mający węgierskie korzenie zawodnik wziął rozbieg, uderzył piłkę najlepiej, jak potrafił i…

Byłem pewien, że obronię rzut karny. Kijowianie grali bardzo nerwowo, za wszelką cenę pragnęli wyrównać. Nie mniej zdenerwowany był etatowy egzekutor jedenastek Sabo. Nawet największy rutyniarz w takim momencie, gdy zwycięstwo, ba, remis wymyka się z rąk, nie czuje się najpewniej. Pomogli mi też kibice. Przed meczem rozmawiałem z Polakami, którzy zapewnili mnie, że Sabo strzela zawsze półgórną piłkę w prawy róg. Zamarkowałem zwód, udałem, że rzucam się w drugą stronę i… poszybowałem w kierunku, gdzie zgodnie z przewidywaniami strzelił Sabo – relacjonował Kostka w książce „Od Realu do Ajaxu”

Wynik nie uległ zmianie do końca, a Kostka został bohaterem meczu. Brawa należały się jednak całej drużynie. Zwycięstwo Górnika nazywano supersensacją roku, ale do pełni szczęścia trzeba było obronić jednobramkową zaliczkę w rewanżu. Na Stadionie Śląskim padł remis 1:1 i Górnik szykować się mógł do ćwierćfinałów.

…i oczarował Manchester

Tam trafił na Manchester United. Na Old Trafford do 89. minuty przegrywali tylko 0:1, a Hubert Kostka bronił jak w transie. Wyłapał tyle dośrodkowań, ostrych strzałów i świetnie spisywał się w sytuacjach sam na sam, że śmiało można go było uznać z bohatera tego spotkania. Kiedy wydawało się, że rezultat już się nie zmieni, w ostatnich chwilach Brian Kidd znalazł drogę do bramki Polaków. Po końcowym gwizdku gospodarze utworzyli szpaler przy wejściu do tunelu i oklaskiwali swoich rywali. Największe uznanie w ich oczach i w oczach miejscowych kibiców zdobył Hubert Kostka, który żegnany był największymi brawami. Schodząc z boiska, miał łzy w oczach, których nikt jednak nie dostrzegł. Rozpłynęły się bowiem w błocie pokrywającym zmęczoną twarz reprezentacyjnego bramkarza. Prasa angielska także była pod wrażeniem występu piłkarzy znad Wisły:

Oglądaliśmy pirotechniczne sztuczki Kostki, jednego z najlepszych bramkarzy, jakich Old Trafford oglądał od wielu, wielu lat. Po końcowym gwizdku największe brawa publiczności zarezerwowane zostały dla ostatniego polskiego gracza opuszczającego scenę. Był nim Kostka, który miał co najmniej sześć interwencji nie z tego świata! – pisano w The Times

W rewanżu rozgrywanym w zimowej scenerii Górnik wygrał 1:0, ale bramka Lubańskiego, to było za mało, żeby myśleć o znalezieniu się w najlepszej czwórce. Zabrzanie odpadli, ale po bardzo ambitnej walce, a podopieczni Matta Busbey’ego ponieśli jedyną porażkę w drodze po trofeum.

Trzy legendy Górnika – Lubański, Oślizło i Kostka; źródło: wallpicimg.com

Wozem drabiniastym na mecz

Zanim angielska prasa nazwała go diabłem w żółtym swetrze, Hubert Kostka pierwsze kroki w futbolowym świecie stawiał na boiskach raciborskiej B klasy. Przyszedł na świat w Markowicach, które dzisiaj są dzielnicą Raciborza. Od małego wykazywał zamiłowanie do sportu. Futbol był tylko jedną z form aktywności, jakie przejawiał. Z sentymentem wspominał zawody łyżwiarskie, w których zajął pierwsze miejsce w jeździe figurowej i trzecie w szybkiej:

Zawody łyżwiarskie odbywały się w zimie na zamarzniętym stawie w Markowicach. To była wielka frajda dla mnie i kolegów, że mogliśmy w nich uczestniczyć – wspominał w rozmowie dla Dziennika Zachodniego

Grywał też w tenisa stołowego, uprawiał gimnastykę. Kiedy poszedł do liceum, to bardzo polubił koszykówkę. Ostatecznie jednak zdecydował się na piłkę nożną. Nie od razu stanął jednak między słupkami. Uważał, że biegając po całym boisku można się wyżyć do woli, a popełniane błędy często pozostawały bez konsekwencji. W bramce było odwrotnie – tutaj musiał być przez cały mecz maksymalnie skupiony, a najmniejszy błąd mógł oznaczać utratę gola.

To były czasy, kiedy występowało się tam, gdzie była konieczność. Potrafiłem dobrze łapać piłkę, przydały mi się doświadczenia z gry w dwa ognie i w piłkę ręczną. Dlatego jak nie przyszedł na mecz bramkarz, to ja go zastępowałem.

Dla młodego chłopaka występy w piłkarskiej drużynie były częścią życia. Drużyna była bez trenera, bez odpowiedniego sprzętu i bez dotacji, ale zawodnicy w każdym meczu zostawiali na boisku serce.

Gra w B klasie była bardzo ważna. W klubie nie było pieniędzy, ale wtedy nikt na to nie zwracał uwagi. Pamiętam, że na jakiś mecz jechaliśmy drabiniastym konnym wozem. Nogi wkładaliśmy między szczeble. Potem z miejscowego PGR-u dostaliśmy traktor na wyjazdowe mecze. To już było coś. Przypominam sobie, że grałem w butach piłkarskich, które zrobiono przed wojną. Sznurówki były białe i przed każdym meczem je prałem.

Grając w Markowicach, pierwszy raz spotkał się ze stronniczością sędziów. Jego zespół grał o awans do A klasy z RKS Sławęcice. Klub ten był dużo bogatszy, a na mecz przywiózł własnego sędziego. Kostka strzelił wtedy dwie bramki, ale kolejnych dwóch sędzia nie uznał. To za jego sprawą z awansu cieszyli się gracze ze Sławęcic. Po spotkaniu prasa donosiła, że arbiter został pobity, a wśród sprawców miał być też Kostka. Sprawa znalazła finał w sądzie, ale przyszły reprezentacyjny bramkarz dzięki zeznaniom kolegów został uniewinniony.

Egzamin dojrzałości i pierwsze dorosłe decyzje

Maturę zdawał w Raciborzu. Jeszcze przed nią podjął pierwszą ważną decyzję w swoim sportowym życiu. Dużo czytał o wielkich polskich bramkarzach jak Szymkowiak, Wyrobek czy Stefaniszyn. Utwierdzał się w przekonaniu, że nawet najbardziej udane interwencje i zagrania pomocników czy obrońców nie wywołują takiego aplauzu i nie zostają tak długo w pamięci, jak parady bramkarzy. Kiedy drugoligowa Unia Racibórz ogłosiła nabór na tę pozycję, to za namową przyjaciół Kostka postanowił spróbować swoich sił. Jego refleks, odwagę, zwinność i spryt szybko dostrzegli działacze klubu i po kilku treningach grał już w pierwszym zespole. W ten sposób młody chłopak, zamiast zdobywać gole, zaczął pisać historię jednego z najlepszych polskich bramkarzy.

W Raciborzu nie spędził wiele czasu. Już w 1960 r. zgłosił się po niego Górnik Zabrze. Przed przejściem do jednej z najlepszych drużyn w kraju, Kostka podjął inną ważną dla siebie decyzję. Postanowił rozpocząć studia. Widział, że nie będzie grać przez całe życie i chciał w ten sposób zadbać o swoją przyszłość. Koledzy dziwili się, jak potrafił łączyć studia na Politechnice Śląskiej z grą na najwyższym szczeblu ligowym w kraju. Hubert był jednak uparty, na dalekie mecze wyjazdowe zabierał notatki i książki. Kiedy koledzy grali w karty, on pochylał się nad zawiłymi wzorami. O tym, że jest w autokarze, przypominano sobie dopiero po dotarciu na miejsce.

Mistrzowie Polski z 1963 r. Kostka czwarty od lewej w dolnym rzędzie; źródło: PAP/CAF/Wojciech Kondracki

Na treningach dla odmiany był jednym z najgłośniejszych i najbardziej aktywnych. Do znudzenia powtarzał najróżniejsze ćwiczenia, które miał już znakomicie opanowane. Bronił dziesiątki strzałów z bliska i z daleka, setki razy rzucał się pod nogi napastników. A po wszystkim wracał do swojej kawalerki i długie godziny potrafił spędzać nad książkami. W terminie zaliczał wszystkie egzaminy i po pięciu latach studiów zdobył tytuł magistra inżyniera górnictwa. Był jednak czas, kiedy inaczej widział swoją przyszłość:

Nie wszyscy wiedzą, że Kostka w swoim życiorysie ma epizod związany ze studiami teologicznymi, stąd jego przydomek Farorz, co w dialekcie śląskim oznacza proboszcza. Chciał zostać księdzem, a zamiast tego został bramkarzem reprezentacji. To był wykształcony, inteligentny facet, skończył politechnikę – mówił o koledze z boiska Włodzimierz Lubański w książce „Życie jak dobry mecz”

Debiut w kadrze na afrykańskiej ziemi

Hubert Kostka pierwszy występ z orłem na piersi zaliczył w niecodziennej scenerii. Polacy po raz pierwszy grali w Afryce. W Casablance wygrali 3:1 z Marokiem, a zawodnik Górnika wszedł na ostatnie 12 minut gry, zmieniając Konrada Kornka. To właśnie z nim i z legendą bytomskiej Polonii Edwardem Szymkowiakiem przez następne lata przegrywał rywalizację w reprezentacyjnej bramce. Na stałe między słupkami zagościł w kadrze w 1967 r.

Kostka wyróżniał się znakomitym refleksem; źródło: album „Historia polskiej piłki nożnej”

W czerwcu 1968 r. do Polski przyjechała reprezentacja Brazylii. Dwa lata później zdobyli trzecie mistrzostwo świata, a na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie pokazali nam, że do najlepszych jeszcze trochę nam brakuje. Przegraliśmy 3:6. Nikt nie mógł jednak mieć pretensji do Huberta Kostki. Pierwszy raz spotkał się z tak silnie podkręcanymi strzałami. Uderzana przez Brazylijczyków piłka nabierała takiej rotacji, że nie był w stanie nic zrobić. Przy straconych bramkach miał naprawdę niewiele do powiedzenia.

Olimpijskie marzenie i trudne chwile

Kiedy Kostka czekał na ligowy debiut w Górniku, do swojego występu na igrzyskach w Rzymie szykowali się jego koledzy z drużyny – Ernerst Pol i Roman Lentner. Gdy później słuchał opowieści o wysokim zwycięstwie nad Tunezją i pechu w spotkaniu z Danią, zrodziło się w nim marzenie o udziale w piłkarskim turnieju olimpijskim. Marzenie, które urzeczywistniło się 12 lat później w Monachium.

Zanim jednak to się stało, to kilkukrotnie chciał rzucić buty w kąt, a swój żółty sweter ubierać tylko w dniach największych meczów. Pierwszy raz załamał się po porażce w Rostocku z drużyną NRD 0:5. Koledzy z zespołu dość szybko przeszli nad tym niepowodzeniem do porządku dziennego, ale nie Hubert. Śniły mu się po nocach puszczone bramki, zastanawiał się, czy w tej, czy innej sytuacji dobrze się zachował, czy może mógł zrobić coś lepiej. Czuł się winny tej klęski, a najbardziej bolały go oskarżenia w prasie:

Zawiódł nasz reprezentacyjny bramkarz, który w trzech sytuacjach zachował się jak nowicjusz.

Drugi raz moment zwątpienia miał po meczu w Starej Zagorze z Bułgarią. Po ostatnim gwizdku rumuńskiego sędziego Victora Pădureanu usiadł na ławce w szatni, schował twarz w dłoniach i milczał. Kiedy inni mówili o błędach arbitra i pałali żądzą rewanżu, Kostka wracał wspomnieniami do Jugosławii, gdzie kadrowicze rozpoczęli przygotowania do eliminacji. Liczył pot wylany na treningach, przepracowane godziny, a w końcu czas, jaki mógł, zamiast tego poświęcić żonie i dzieciom. Po kolacji w hotelu, kiedy już trochę ochłonął, powiedział tylko:

Raz w życiu miałem szansę zostać olimpijczykiem i zabrał mi ją sędzia-dyletant.

Monachijski złoty sen

Na szczęście Polacy pojechali do Monachium. Świetne występy w Górniku, zarówno na krajowym podwórku, jak i na europejskiej arenie, zapewniały mu już od kilku lat pewne miejsce w reprezentacyjnej bramce. Nie inaczej było na igrzyskach. Kostka zagrał we wszystkich meczach i walnie przyczynił się do największego sukcesu polskiej piłki.

Doświadczenie Huberta nabyte podczas gry w Górniku Zabrze spowodowało, że Kazimierz Górski miał do niego bardzo duże zaufanie. To, że na nie zasłużył, Kostka potwierdził swoimi występami na igrzyskach olimpijskich. Grał bardzo równo. Nie miał żadnych wpadek i rzeczywiście pomógł nam w osiągnięciu sukcesu. Był bramkarzem o dużym doświadczeniu międzynarodowym, bo przecież rozegrał mnóstwo meczów z zagranicznymi zespołami zarówno w reprezentacji kraju, jak i w Górniku Zabrze. Hubert Kostka był gwarantem tego, że nie będzie jakiejś wielkiej wpadki – wspominał kapitan olimpijskiej reprezentacji Włodzimierz Lubański w „Życiu jak dobry mecz”

Polacy w drugiej rundzie spotkali się z Duńczykami. Mieliśmy swego rodzaju kompleks tego zespołu. Przypominano porażkę 0:8 z 1948 r. i przegrane pojedynki z igrzysk w Helsinkach i w Rzymie. Kostka w bramce spisywał się dobrze. Kilkukrotnie pokazał wielkie umiejętności, ratując nas przed stratą gola. Niestety w 29. minucie wobec uderzenia Hansena z rzutu wolnego był bezradny. Polacy zdołali wyrównać, ale nasz bramkarz nie był zadowolony.

Nawet wyrównująca bramka, zdobyta przez Kazia Deynę, nie dawała pełnej satysfakcji. Remis urządzał nas tylko połowicznie. Nam zależało na pełnym rewanżu. Byłem okropnie zły na Duńczyków. To po to człowiek się męczył przez tyle lat, wygrywał eliminacje z przeciwnikami i losem, pokonywał w trudnej walce reprezentację NRD, by stracić cenny punkt w potyczce z potomkami Hamleta? Miałem wszystkiego dosyć… – opowiadał w książce „Wielki finał”

Sam najwyżej cenił zwycięstwo ze Związkiem Radzieckim. Nie jest to tylko jego opinia, bo zarówno Lubański, jak i Deyna przyznali, że Kostka przy stanie 0:1 uratował nasz zespół przed utratą kolejnych bramek, świetnie broniąc groźnie strzały Błochina, Kołotowa i innych.

Odejście w glorii mistrza

Po zwycięskim pojedynku w finałowym meczu z Węgrami, kiedy Polacy wrócili do kraju czekało na nich wiele powitań, spotkań z oficjelami czy kibicami. Kreślono już plany przygotowań do mistrzostw świata, bo w 1973 r. zaczynaliśmy eliminacje do turnieju w RFN. Wtedy Hubert Kostka powiedział dość.

Panowie, nie gniewajcie się, ale eliminacje rozgrywać będziecie beze mnie. Jestem już za stary, trzydziesty trzeci krzyżyk na karku, nie podołam trudnym zadaniom. Bramkarz szybciej spala się nerwowo. Nie wytrzymuję już ogromnego napięcia, tych dośrodkowań, sytuacji sam na sam, oko w oko z Sabo, Varadim, Cruyffem. Można dostać kręćka… – fragment książki „Wielki finał”

Odszedł w chwale po największym sukcesie w karierze ze złotym medalem olimpijskim na szyi. Przez 14 lat spędzonych w Górniku rozegrał dla zabrzańskiego klubu 301 oficjalnych meczów, z czego 221 na poziomie ekstraklasy. Zdobył z klubem osiem tytułów mistrza Polski, sześciokrotnie wznosił w górę Puchar Polski. Grał w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City, bronił strzały zawodników AS Romy w trzymeczowym thrillerze, zbierał świetne noty za występy przeciwko kijowskiemu Dynamu, Manchesterowi United, szkockim Rangersom czy Lewskiemu Sofia. Miewał też trudne momenty, kiedy przepuszczał cztery bramki w meczach z Duklą Praga czy CSKA Sofia. W ciągu dziesięciu lat gry w narodowych barwach zaliczył 32 oficjalne występy, a do najlepszych jego występów w kadrze zalicza się mecze przeciwko Belgom (1967), Holendrom (1969) i Bułgarom (1969). Czterokrotnie przypadł mu zaszczyt wyprowadzenia reprezentacji na boisko jako kapitan. Futbol w jego życiu ciągle jednak odgrywał bardzo ważną rolę.

Kostka w swoim żółtym swetrze; źródło: przegladsportowy.pl

Sukcesy szkoleniowe

Postanowił, że spróbuje sił jako trener. Rozpoczął studia na Wydziale Trenerskim AWF w Katowicach. Ukończył je oczywiście bez problemu. Podczas pobytu w Górniku Kostka miał szczęście trenować pod okiem wybitnego węgierskiego szkoleniowca – Gézy Kalocsaya. Węgier zmienił mentalność zabrzańskiej drużyny i wielkie sukcesy na arenie międzynarodowej, to w ogromnej mierze jego zasługa. Po zakończeniu kariery zawodniczej, kiedy Hubert został już trenerem, często korzystał z tego, czego nauczył się od Kalocsaya.

Kalocsay otworzył nam oczy na piłkę. Gdyby przyszedł do Górnika w 1960 roku, kiedy ja trafiłem do klubu, znacznie wcześniej zagralibyśmy w finale europejskiego pucharu, a nie dopiero po 10 latach. Polscy trenerzy bazowali na przygotowaniu fizycznym, u nich była tylko gonitwa i harówa. Kalocsay się z tym nie zgadzał, pod względem taktyki bił ich wszystkich na głowę. Inni malowali trzy kreski na tablicy i nie wiedzieliśmy, o co chodzi. U Kalocsaya wszystko ćwiczyliśmy na boisku: tu źle stoisz, tu się masz ustawić, tam pobiec. To był uniwersytet – wspominał w jednym z wywiadów

To dzięki niemu Szombierki Bytom odniosły największy sukces w historii; źródło: pzpn.pl

Pierwsze trenerskie kroki stawiał w kadrze prowadzonej przez Kazimierza Górskiego. Był odpowiedzialny za szkolenie bramkarzy. Według Andrzeja Strejlaua wielka forma, jaką prezentował w RFN Jan Tomaszewski to zasługa właśnie Huberta Kostki. Korzystał on tutaj z rad innego Węgra, którego spotkał w Górniku. Był nim wielki Gyula Grosics, którego uważał za wzór do naśladowania. To właśnie bramkarz Złotej jedenastki otworzył Kostce oczy na rzeczy, o których wcześniej nie miał pojęcia.

Od niego wziąłem, że bramkarz potrzebuje w trakcie treningu od 120 do 160 chwytów piłki, najczęściej po strzałach trenera. Jeżeli ćwiczyło trzech, to w trakcie zajęć uderzałem prawie 500 razy. Dla porównania napastnik strzelał na treningu 20-30 razy. Po powrocie do hotelu przez dwie-trzy godziny leżałem w łóżku, bo nie byłem w stanie się ruszyć.

Jego umiejętności cenili sobie również Jacek Gmoch i Antoni Piechniczek. Podczas mistrzostw świata współpracował z jednym i z drugim. Pierwszym klubem, który samodzielnie prowadził był rzecz jasna Górnik, ale pierwszy duży sukces odniósł z Szombierkami Bytom. W 1980 r. doprowadził tę drużynę do jedynego mistrzowskiego tytułu w historii. Kiedy parę lat później wrócił do Górnika, który od czasu zakończenia przez Kostkę kariery nie zdobył żadnego trofeum, to z marszu wygrał dwa razy mistrzostwo kraju. Potem przeniósł się do Szwajcarii, gdzie jak sam przyznaje, ustawił się finansowo. W latach 90. wrócił do Polski, ale jako trener nie potrafił się odnaleźć w przeżartym przez korupcję środowisku. Ostatni mecz w roli szkoleniowca zaliczył w 2000 r. we Włókniarzu Kietrz.

Jako trener zawsze wymagał posłuszeństwa; źródło: wallpicimg.com

Jako szkoleniowiec był bardzo wymagający, a o jego katorżniczych treningach krążyły legendy. Kiedy jednak widział, że ktoś przykłada się do pracy, to potrafił to również docenić. Miał świetną rękę do wyławiania młodych zdolnych zawodników. To pod jego okiem swój talent rozwijali Marek Szemoński, Grzegorz  Mielcarski, Grzegorz Król, Jerzy Brzęczek, Tomasz Dawidowski, Marek Zieńczuk i Jarosław Bieniuk. Kiedy w dołku był Andrzej Iwan, to właśnie Kostka podał mu pomocną dłoń i ściągnął do Górnika.

Bałem się go. Nie lubiłem, bo to był chytry, wredny facet, ale bałem się, czułem respekt i szanowałem. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, bym w czasie zajęć ćwiczył warianty stosowane później w czasie gry. Dziś jest to całkowicie naturalne, natomiast wówczas między treningami a meczami istniał absolutny rozdźwięk. U Kostki piłowaliśmy kolejne akcje, którymi posługiwaliśmy się w lidze. Potem gdy w meczu nie skutkowała improwizacja, wracaliśmy do schematów. Obcykane mieliśmy to do perfekcji – opisywał ich relacje w swojej autobiografii Andrzej Iwan

Bez wątpienia Hubert Kostka jest jednym z najlepszych bramkarzy w historii polskiego futbolu. Zawiesił buty na kołku, kiedy polska reprezentacja była na początku swojej drogi do wielkich sukcesów. Choć sam przyznał, że nie wie, czy zagrałby taki mecz, jak Tomaszewski na Wembley. Miał swój udział przy medalach z 1974 i 1982 r. i spełnił się jako trener. Nawet dzisiaj z jego wiedzy i doświadczenia wielu mogłoby skorzystać, ale jak sam mówił, widocznie nikt go nie potrzebuje. Szkoda, bo tacy fachowcy jak on są w futbolu na wagę złota. Dosłownie.

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 13 artykułów
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt