W Marsylii zgasły światła. Szalony romans OM z Milanem

Kiedy na zegarach wybiła 88. minuta, na Stade Velodrome zgasły światła. 20 marca 1991 roku gwiazdy z Mediolanu nie były w stanie przeciwstawić się marsylczykom, toteż sytuację postanowił wykorzystać Adriano Galliani. Włoch wpadł na murawę i nakazał piłkarzom zejście z boiska. Największa skaza w całej karierze szalonego wiceprezesa Milanu stała się jednocześnie pierwszym aktem w krótkiej, acz niezwykłej sztuce granej na deskach teatru zwanego Pucharem Europy.

Marsylia naprawdę wielka była tylko przez chwilę – niedługo po tym, jak Bernard Tapie postanowił zbudować na Lazurowym Wybrzeżu mocarstwo i niedługo przed tym, jak jego ledwo co ukończone dzieło, upadło pod ciężarem jego grzechów. Wszystko, co najlepsze, swój początek miało w roku 1991. A jeśli mamy szukać tego jedynego momentu, niech będzie to właśnie rewanżowe spotkanie z Milanem w PEMK. Wielkim Milanem, wówczas jedną z największych potęg, w której składzie biegały takie tuzy, jak: van Basten, Gullit, Rijkaard, Baresi czy młody Maldini. Włosi właśnie kąpali się w chwale bycia obrońcami Pucharu Europy, który podnosili w latach 1989 i 1990. W 1988 i 1989 piłkarze Rossonerich zajęli wszystkie sześć miejsc na podium plebiscytu Złotej Piłki. Nie spodziewali się wówczas, że z tronu zrzuci ich rodzynek z Ligue 1.

Zanim pokonali Milan, przegrali z Lechem… i otruli poznaniaków

Już w sezonie 1989/1990 Olympique Marsylia dotarł do półfinału najważniejszych klubowych rozgrywek, jednak tam musieli uznać nieznaczną wyższość Benfiki. Gdyby strzelili o jedną bramkę więcej, do spotkania z mediolańską ekipą doszłoby kilka miesięcy przed kultowym ćwierćfinałem. Tymczasem Milan ograł Benfikę po trafieniu Rijkaarda i drugi raz z rzędu dzierżył tytuł najlepszej drużyny Starego Kontynentu. Wielka Marsylia dopiero się rodziła, ale już miała w swoich szeregach albo wielkie gwiazdy, jak Papin czy Tigana, albo graczy, o których świat dopiero miał usłyszeć, jak Boli bądź… Cantona. Prowadzona przez Franza Beckenbauera drużyna była budowana z rozmachem – jak wszystko, za co zabierał się Bernard Tapie. Prezes-legenda, a przy okazji wokalista, aktor, koneser dzieł sztuki, ekscentryk, manipulator i oszust. Prawdziwy człowiek renesansu, w wersji marsylskiej z lat 90.

Tapie lubił przepych i elegancję i tak też miał funkcjonować Olympique. O tym, że gdzieś pod tą otoczką kryły się praktyki takie, jak korupcja czy podtruwanie przeciwników, najlepiej przekonał się Lech Poznań Jerzego Kopy. Zanim doszło do ćwierćfinałowego starcia Francuzów z Milanem, ci pierwsi musieli stoczyć bój z Kolejorzem. W pierwszym spotkaniu ekipa z Łukasikiem, Juskowiakiem, Pachelskim, Trzeciakiem i Moskalem pokonała marsylczyków 3:2 po golach trzech pierwszych z wyżej wymienionych piłkarzy. W rozgrywanym dwa tygodnie później spotkaniu zdarzyło się jednak coś niespodziewanego. Podopieczni trenera Kopy wyglądali na niezdolnych do gry. Trzęśli się z zimna, domagali się zmian – i przegrali 1:6. Kilka lat później L’Equipe opublikował listę kilku spotkań z lat 1989 – 1991, w których rywalom OM miano podawać specyfiki wywołujące niezdolność organizmu do wzmożonego wysiłku. A badania antydopingowe nic nie wykrywały…

Nie grał Dariusz Skrzypczak, bo poczuł się fatalnie na rozgrzewce. Po kilkunastu minutach gry Mirosław Trzeciak zaczął się dziwnie zachowywać, domagał się zmiany i usiadł za linią. W przerwie obaj spali i trzęśli się z zimna, choć temperatura wynosiła 17 – 20 stopni – Jerzy Kopa

Po niewyjaśnionych nigdy przygodach z ekipą Lecha, przyszedł czas na dwumecz z obrońcą tytułu. Już w pierwszym spotkaniu w Mediolanie przyjezdni pokazali, że nie zamierzają tanio sprzedać skóry – zremisowali 1:1. Bramki strzelali Gullit i Papin. Pierwszy swoją Złotą Piłkę dostał cztery lata wcześniej, drugi zaś nie mógł nawet przypuszczać, że za kilka miesięcy sam będzie odbierał statuetkę z rąk oficjeli France Football. Rewanż w Marsylii przebiegał dokładnie tak, jak nie zakładał tego zasiadający na ławce trenerskiej Rossonerich Arrigo Sacchi, jeden z największych trenerów w historii włoskiej, a może i światowej piłki. Jego podopieczni nie mogli sforsować zasieków przed bramką Pascala Olmety,  a w 72. Chris Waddle (jeden z nielicznych  Anglików, którzy świecili pełnią blasku na obczyźnie) trafił na 1:0. Mecz zbliżał się do końca, a trzeci z rzędu Puchar oddalał się od Mediolanu.

Prywatne Waterloo Adriano Gallianiego

W 88. minucie reflektory na Stade Velodrome straciły moc, a na boisku zapanowała ciemność. Mecz przerwano, lecz kiedy 15 minut później światła wróciły na murawę, marsylczycy nie mieli już z kim się mierzyć. Adriano Galliani, legendarny wiceprezes Milanu, wpadł na murawę i nakazał swoim piłkarzom zejście z boiska. Próbował, jak w późniejszych latach jeszcze setki razy, wszystko tłumaczyć na swój sposób. Na boisko weszli kibice oraz stacje telewizyjne, tutaj nie ma warunków do gry – panowie, wychodzimy! Włoch gdzieś z tyłu głowy musiał mieć myśl o powtórce meczu i wspaniałej wiktorii swojej drużyny. Czy widział drugą stronę monety, która cały czas kręciła się nie wiedząc, jak spaść? Cóż, zgasły światła.

Marsylia dostała walkowera, Milan na rok wycofano z europejskich pucharów, a samego Gallianiego zawieszono na dwa lata w pełnieniu funkcji działacza klubowego w Europie. Czytając biografię Silvio Berlusconiego, autorstwa Alana Friedmana, można przeczytać o wspomnieniach obu dygnitarzy z tamtego dnia. – To był pomysł Gallianiego, choć podjął tę decyzję po drwinach i prowokacyjnych hasłach padających z trybun, a także z ust sędziego i zawodników Marsylii – próbuje bronić swojego najbliższego współpracownika były premier Italii. – Nagle wszędzie zapadła ciemność. Nie było widać wyraźnie, co się dzieje na boisku. Część kibiców uznała, że to już koniec meczu i wbiegła na murawę. (…) Sędzia oznajmił, że mamy grać dalej. Nalegałem, by kazał usunąć kibiców z murawy. Sędzia powtórzył, ze mamy dokończyć mecz, na co ja dalej nie chciałem się zgodzić. I wtedy właśnie podjąłem decyzję, która okazała się moim ogromnym błędem – wspomina główny aktor marsylskiego przedstawienia.

Alan Friedman zapytał Gallianiego, czy ten żałuje.

Oczywiście, że tego żałuję, ponieważ nie był to zbyt elegancki epizod w historii klubu i z pewnością sprzeczny ze stylem Milanu. Od tamtej pory minęło jakieś 25 lat, więc tamta „zbrodnia” podlega już chyba przedawnieniu.

Niedługo potem Milan wrócił na szczyt, jednak zanim to uczynił, musiał przełknąć jedną z najbardziej gorzkich pigułek w swojej historii występów w europejskich pucharach.

Koszmar Papina, Marsylia w koronie

Jean-Pierre Papin jest bez wątpienia najlepszym piłkarzem, jaki kiedykolwiek przywdział strój Olympique. W latach swojej świetności był zresztą jedną z największych gwiazd na świecie – trzy razy z rzędu król strzelców Pucharu Europy, pięć razy z rzędu najlepszy snajper ligi francuskiej, cztery mistrzostwa. I w końcu Złota Piłka za rok 1991 – w pełni zasłużona mimo faktu, że w finale Marsylia uległa Crvenie Zvezdzie. Rola Papina w kontekście wydarzeń, które miały nastąpić dwa lata później jest wyjątkowa. We Francji wytrzymał jeszcze rok. Kontrakt zaproponował mu… Silvio Berlusconi. A że przy okazji wydał 15 milionów dolarów i ustanowił transferowy rekord wszech czasów – cóż, za dobra luksusowe trzeba płacić. I tak nowy rekord padł w tym samym okienku – na San Siro za 20 milionów trafił Gianluigi Lentini…

Francuz w Mediolanie jeszcze przez chwilę musiał godzić się z rolą numeru dwa – przy całym jego kunszcie, od van Bastena mógł się jedynie uczyć. Zostawiając Lazurowe Wybrzeże dla stolicy Lombradii nie spodziewał się zapewne, że już w swoim pierwszym sezonie w nowym klubie będzie miał okazję zmierzyć się ze swoimi starymi kumplami. A gdyby postawił u bukmachera, że zdarzy się to w finale Ligi Mistrzów, do końca dziesięciolecia nikt nie mógłby zaproponować mu większych pieniędzy.

Do finału awansowały wówczas drużyny, które wygrywały swoje grupy, po wcześniejszym zakwalifikowaniu się do nich z fazy pierwszej. A że zarówno Marsylia (ledwo co), jak i Milan (z olbrzymią przewagą nad resztą stawki) zwyciężyły – w Monachium miały spotkać się po raz kolejny. To miał być wielki rewanż Milanu za kompromitację sprzed dwóch lat, kiedy to wraz ze światłem zgasły nadzieje na trzeci z rzędu puchar i dołączenie do elitarnego grona trzech klubów, którym udała się podobna sztuka (Real, Ajax i Bayern). Dla Włochów – kolejny finał, po raz kolejny w roli faworyta, choć już nie tak pewnego – tym razem Francuzi nie występowali w roli Dawida przeciwko Goliatowi. Barthez, Deschamps, Abedi Pele, Boksić, Desailly. Boli, Voeller. Trochę jak dzisiejsze PSG, jednak nieco lepsze.

 

Berdard Tapie dostał to, czego nie mógł dosięgnąć w meczu z Crveną Zvezdą – jego imperium w końcu zostało wzbogacone o koronę, która przystoi prawdziwemu cesarzowi. Być może gdyby nie to zwycięstwo, wymiar sprawiedliwości nie zacząłby doszukiwać się w klubowym projekcie wszystkiego, co tak skrzętnie ukrywano przed opinią publiczną? Działała prokuratura, pomogli dziennikarze i choć Ligi Mistrzów odebrać się nie dało, klubowi zabrano przyszłość. Rok po największym meczu w historii, nastąpiła degradacja do drugiej ligi, a era Tapiego dobiegła definitywnego końca. Korupcja nigdy nie była postrzegana jako praktyka godna pochwał, a telefony ze Stade Velodrome dzwoniły regularnie. – Nie chciałbyś grać u nas? W najbliższym meczu przeciwko naszym chłopcom możesz postarać się trochę mniej…

***

Podczas gdy francuskie imperium upadało, Milan szykował się do najwspanialszego tryumfu w swojej historii. Zaledwie rok po przegranym finale z Marsylią po raz kolejny stanęli w szranki o puchar Ligi Mistrzów, tym razem z Barceloną. Z legendarnym „Dream Teamem” Johana Cruyffa, z genialnym Christo Stoiczkowem, a także z Pepem Guardiolą, Ronaldem Koemanem czy Romario. Milan rozgromił Katalończyków 4:0 i po czterech latach nieobecności wrócił na tron najlepszego klubu Europy. O ten tron w pierwszej połowie lat 90. walczył właśnie z Barceloną oraz z Marsylią. O ile dwie ekipy jeszcze kilkukrotnie wkładały koronę, o tyle dla Marsylii rywalizacje z Milanem do dziś pozostają najwspanialszym rozdziałem w annałach historii.

Ostatnie strony zaczęli pisać bez świateł.

RADOSŁAW SENDRA

Redakcja
O Redakcja 354 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl