Na tropie polskiego Messiego, czyli historia Janusza Sybisa

Youtube.com

Polska piłka nożna po mistrzostwach świata w 1974 roku przeżywała prawdziwy wysyp talentów. Zawodnika klasy międzynarodowej można było znaleźć niemal w każdym klubie i gdyby wówczas piłkarze z kraju nad Wisły mogli swobodnie wyjeżdżać za granicę, to zapewne Polacy graliby w takich klubach jak Real Madryt, Ajax Amsterdam czy Bayern Monachium. O jednym z nich kibice mówili nawet, że miał technikę Lionela Messiego. Nasz dzisiejszy bohater pół żartem, pół serio, dawał do zrozumienia, że rzeczywiście tak było − Ja nie wiem, czy czasami Messi to nie jest mój syn, bo jeździłem w tym czasie do Argentyny, Brazylii, Peru − opowiadał nasz dzisiejszy bohater, Janusz Sybis w rozmowie z portalem sportowywroclaw.eu.

Krasnal gra w koszykówkę

Janusza Sybisa zawsze odróżniały od reszty dwie rzeczy. Przede wszystkim wszyscy go poznawali na boisku ze względu na wzrost. Urodzony w Częstochowie zawodnik zawsze był najmniejszy w klasie. Jako dorosły chłopiec też nie imponował warunkami fizycznymi − mierzył zaledwie 164 centymetry wzrostu i ważył około 60 kilogramów. Wydaje się, że ktoś taki nie ma większych szans na sukcesy sportowe, ale to właśnie aktywność sportowa na wielu frontach wyróżniała Sybisa jeszcze w czasach szkolnych. Nasz bohater uprawiał przeróżne dyscypliny, załapał się nawet do reprezentacji szkoły w koszykówce, czy pobił rekord szkoły w skoku wzwyż. To musiało wyglądać dziwnie, kiedy oprócz wysokich jak tyczka koszykarzy krzątał się mały krasnal, a kiedy okazało się, że był od nich lepszy… No cóż, taki już był Sybis.

Żonglerka monetą

Ostatecznie młody zawodnik, który przeprowadził się do Wrocławia w wieku ośmiu lat, postawił na piłkę nożną. Na treningi trampkarzy Śląska Wrocław zaczął chodzić w piątej klasie podstawowej, ale nawet wtedy mówiono, że jest za mały. Młody Jasiek nic sobie z tego nie robił, po prostu grał swoje, a ówczesny trener grup młodzieżowych, Jan Has, cenił nie tylko jego umiejętności, ale też zaangażowanie. W pewnym momencie wzrost zaczął być jednak dużą przeszkodą. Sybis i na to znalazł sposób. Miał zwyczaj popisywać się, żonglując monetą. Rzucał ją sobie na buta, potem podrzucał i łapał w rękę. Często nawet zakładał się z trenerami czy ta sztuczka mu się uda. Legenda głosi, że czasami stawką było miejsce w składzie. Trenerzy mu ulegali, choć czasem trzeba było modyfikować stroje, żeby na niego pasowały.

− Wystarczyło, że popadał deszcz, a ja czułem się w koszulce jak w mokrym worku wiszącym po kolana. Trzeba było ratować się domowymi metodami. W trakcie jednego z meczów kierownik drużyny dwa razy obcinał mi rękawy nożyczkami. − pisał Janusz Sybis w swojej autobiografii pod tytułem „Idol”.

 

Z Tomaszewskim na plecach

Szansa na grę w pierwszym zespole przyszła, kiedy Śląsk spadł z ekstraklasy. W II lidze obowiązywał przepis, zgodnie z którym w każdym meczu powinien zagrać przynajmniej jeden junior. W ten sposób młody Jasiu grał w jednej drużynie z Janem Tomaszewskim. Zresztą, popularny „Tomek” polubił Sybisa. Często nawet urządzali sobie zawody po treningu, polegające na strzelanie rzutów karnych. Stawka dla Tomaszewskiego była niska, bo jeśli wygrał zakład to musiał znosić malutkiego Sybisa z boiska na barana, jednak kiedy napastnik przegrał pojedynek z bramkarzem, to on musiał nieść na plecach potężnie zbudowanego Tomaszewskiego. Nasz bohater musiał więc dość często dźwigać te wszystkie kilogramy, ale najważniejszym momencie to wrocławianin był górą.

− W sezonie 1976/77 ja byłem górą. W osiemdziesiątej siódmej minucie gry, po błyskawicznej kontrze, skierowałem piłkę do bramki obok bezradnego „Tomka”. − To za tragarza − rzuciłem w jego stronę i cieszyłem się z bramki. W ten sposób moja drużyna, po nieprawdopodobnie emocjonującym meczu, wygrała z łodzianami 3:2. Co ciekawe było to ponoć pierwsze w historii zwycięstwo Śląska na boisku ŁKS. − pisał Janusz Sybis w książce „Idol”.

„Już za chwilę, już za chwileczkę, Jasiu strzeli pod poprzeczkę”

Sybis szybko zaaklimatyzował się w zespole i równie szybko zaczął odgrywać w nim kluczową rolę. W sezonie 1972/73 sięgnął nawet po koronę króla strzelców na zapleczu ekstraklasy, a jego bramki miały ogromny wpływ na awans Śląska do elity. Już w drugim sezonie wśród najlepszych wrocławianie wdrapali się na podium, dzięki czemu zagrali w europejskich pucharach. W kolejnym sezonie zespół prowadzony przez trenera Władysława Żmudę zdobył Puchar Polski, a w następnym był już najlepszą drużyną w kraju. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez bramek i bez asyst Sybisa, bo trzeba pamiętać, że nigdy nie był on klasycznym napastnikiem. Mimo iż strzelił 61 bramek na szczeblu ekstraklasy, zawsze wolał atakować ze skrzydła, lub z głębi pola. Miał wtedy więcej miejsca na swoje nieszablonowe dryblingi, mógł się rozpędzić i dośrodkować piłkę do jednego z napastników. Wychodziło mu to całkiem nieźle, o czym świadczą dobre wyniki Śląska w pucharach. Wrocławianie eliminowali szwedzki GAIS Göteborg i belgijską Antwerpię, a w kolejnym sezonie dziurawił siatki maltańskiej Floriany i irlandzkiemu Bohemian. Wrocławian zatrzymywały drużyny z najsilniejszych lig w Europie jak Liverpool czy Napoli. Zresztą, działacze włoskiego klubu byli ponoć zainteresowani pozyskaniem Sybisa, ale wszyscy wiedzą, jaka była wówczas szansa na zagraniczny transfer. W pucharach nasz dzisiejszy bohater strzelił łącznie dziewięć bramek, a jeśli dodamy do tego trafienia w Pucharze Polski i na zapleczu ekstraklasy, to okaże się, że strzelił ich w barwach Śląska ponad 100. Nic dziwnego, że kibice wymyślili nawet przyśpiewkę na jego cześć: „Już za chwilę, już za chwileczkę, Jasiu strzeli pod poprzeczkę”.

 

Janusz Sybis (z lewej) z Władysławem Żmudą i Tadeuszem Pawłowskim (Fot, slasknet.com)
Janusz Sybis (z lewej) z Władysławem Żmudą i Tadeuszem Pawłowskim (Fot, slasknet.com)

Niedosyt

Pomimo wielkiej kariery na arenie klubowej, Sybis może czuć niedosyt, jeśli chodzi o reprezentację Polski. Zagrał w niej 18 razy i strzelił dwie bramki, ale na najważniejszych imprezach nie uczestniczył. A przecież mógł jechać na igrzyska olimpijskie w Montrealu, czy mundial w Argentynie i w Hiszpanii. W tamtych czasach o nominacji nie zawsze decydowały umiejętności. Zawodnicy występujący w „uprzywilejowanych” klubach mieli pierwszeństwo. Nadzwyczajnym uznaniem cieszyli się na przykład piłkarze Zagłębia Sosnowiec i być może to właśnie to uznanie zadecydowało, że do Argentyny zamiast Sybisa poleciał Włodzimierz Mazur (oprócz niego pojechał też Zdzisław Kostrzewa i Wojciech Rudy). A może Jacek Gmoch kierował się niskim wzrostem wrocławianina? No cóż, widać Gmoch nie nabrał się na trik z monetą.

Tajemniczy transfer do Legii i wyjazd do USA

Janusz Sybis zawsze był wierny Śląskowi Wrocław. Nawet kiedy odchodził z klubu, początkowo szukając sobie nowego miejsca w RFN, a później w Stanach Zjednoczonych, podkreślał, że to Wrocław jest jego domem. Jednak według jednego z dziennikarzy Przeglądu Sportowego reprezentant Polski miał przejść do Legii Warszawa. Stało się tak za sprawą żartu Kazimierza Deyny. Otóż, kiedy ceniony dziennikarz, Stefan Szczepłek, żonglował piłkę na boisku wraz z Deyną, doszło do zabawnej sytuacji. Tak o całej sytuacji w książce „Deyna” opowiadał sam Szczepłek.

−(…) Toteż kiedy przez kilka minut podbijania butami, głowami, udami, ramionami piłka nie spadła nam na trawę, do schodzącego z boiska Kazika podszedł mieszkający w Zakopanem korespondent Polskiej Agencji Prasowej i „Przeglądu Sportowego” redaktor Marian Matzenauer. Nie znał mnie, bo byłem początkującym dziennikarzem i nie przyjeżdżałem do Zakopanego na zawody. Spytał więc piłkarza: Panie Kazimierzu, kim jest ten zawodnik, który z panem trenował? Deyna, którego żarty zawsze się trzymały, nagle zrozumiał, że pcha mu się w ręce okazja zrobienia niezłego kawału. − Ten mały? To nie wie pan, panie redaktorze, że wreszcie Janusz Sybis do nas dojechał?

Oczywiście Sybis w Legii nigdy nie zagrał. Po odejściu ze Śląska w 1983 roku został piłkarzem Pittsburgh Spirit, gdzie cieszył się doskonałą reputacją. Tęsknił jednak za Polską i choć mógł zostać za oceanem znacznie dłużej, w 1988 roku wrócił do kraju i do ukochanego Śląska, gdzie zajął się pracą szkoleniową. Kibice zapamiętali jego boiskowe dokonania i z sezonu na sezon przekazują opowieści o tym, jak grał młodszym fanom. A legendy mają to do siebie, że z czasem zaczyna się je wyolbrzymiać. Być może właśnie stąd porównania do Messiego. Ale przecież Aleksander Papiewski, który trenował Sybisa w Śląsku w latach 1977-1979 wie, o czym mówi: − (…) Cały zespół grał świetnie, ale on wyjątkowo. Jak był już kompletnym i dojrzałym zawodnikiem, posiadał wszystkie cechy piłkarskiej gwiazdy. Stylem gry z tamtych lat przypominał mi Messiego z Barcelony. Ośmieszał rywali. W podobnym tonie wypowiadał się Tadeusz Pawłowski w rozmowie z portalem weszlo.com: − Wirtuoz polskiej piłki, najlepszy zawodnik w historii Śląska, z piłką umiał zrobić wszystko. Jak to więc było z Januszem Sybisem? Czy rzeczywiście grał jak Messi? Może i tak, ale jego samego to nie interesowało. Sybis był wspaniałym piłkarzem, ale pomimo statusu gwiazdy pozostał sobą i do dziś jest wesołym, skromnymi chętnym do rozmowy człowiekiem.

 

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 98 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.