Nieokiełznany

Łatwo jest powiedzieć, że miał zadatki na znalezienie się w ścisłej czołówce najlepszych piłkarzy w historii futbolu. On z taką samą łatwością by temu przytaknął. „Zachowuję się nieprofesjonalnie, jestem leniwy i nieodpowiedzialny” – Jorge González potrafił wyznać to prezesowi Cádiz z rozbrajającą szczerością. I dodać, że tak naprawdę futbol to przecież tylko zabawa. Wiecznie spóźniony, lekkomyślny i nierozgarnięty, dla kibiców klubu z Andaluzji i reprezentacji Salwadoru nadal pozostaje Mágico.

Przyszedł na świat 13 marca 1958 roku w San Salvador, stolicy kraju. Wychowywany na osiedlu Colonia Dina szybko podążył jedyną słuszną ścieżką rozwoju – można powiedzieć, naznaczoną przez Óscara, ojca Jorge, trenera i pasjonata futbolu. Zresztą niemal cały klan Gonzálezów z wielkim poważaniem pielęgnował piłkarską tradycję – jego późniejsza żona była córką innej salwadorskiej legendy – Alfreda Ruano, a większość wśród ośmiu braci czy licznych bratanków i siostrzeńców porozrzucało po mniejszych i większych drużynach piłkarskich w kraju.

Trenował tam, gdzie tylko się dało i czym tylko się dało. Szybko dostrzeżono, z jaką gracją młokos kontroluje nogami piłkę, butelkę, czy pomarańczę. To wystarcza, by młody napastnik w wieku 17 lat zadebiutował w ANTEL – klubie całkowicie sponsorowanym przez salwadorskie przedsiębiorstwo komunikacyjne. W drużynie Los Inalámbricos (Bezprzewodowych) rozgrywa pełne dwa sezony, po których rozpoczyna podróż po kraju i jest zatrudniany przez kolejne kluby Premier Division – Independiente de San Vicente czy Deportivo Santa Ana. Już w rodzimym kraju zyskuje renomę piłkarskiego czarodzieja. Prawdziwy zwrot w karierze przynoszą mistrzostwa świata w Hiszpanii z 1982. Reprezentacja drużyny ze środkowej Ameryki od początku była skazywana na pożarcie i wyplucie przez Węgrów, Argentynę oraz Hiszpanię i, zgodnie z prognozami, La Selecta żegna się z rozgrywkami po trzech meczach. Traci trzynaście bramek, a zdobywa zaledwie jedną. W grze egzotycznej reprezentacji można dopatrzeć się jednego pozytywu…

Poskromienie

Tym pozytywem jest oczywiście Jorge González. Jego niesamowite prowadzenie piłki i drybling przyciągają uwagę między innymi Atletico Madryt, Paris Saint-Germain czy Atalanty Bergamo. Wybiera jednak ofertę Cádiz – świeżo upieczonego drugoligowca z ambicjami na jak najszybszy powrót na najwyższy szczebel rozgrywek. Trudno dziś sądzić, że aspiracje klubu były decydującym czynnikiem; wszak Kadyks to słynny ośrodek turystyczny na południowym wybrzeżu Hiszpanii. Gonzálezowi najwidoczniej spodobało się w Alicante i Elche, które odwiedził przy okazji hiszpańskiego mundialu. Kwota transferu wynosi około 130 tysięcy dolarów. Drużyna z Andaluzji między innymi dzięki nowemu crackowi szybko podnosi się z kolan i awansuje do pierwszej ligi, by już po sezonie z niej spaść.

To jasny sygnał dla europejskich potentatów – taki gwiazdor nie może po raz kolejny grać w drugiej lidze i bić się o awans. Ponownie interesują się nim włoskie i francuskie kluby, jednak pespektywa gry w Paryżu czy Florencji to nic specjalnego – ani jedno, ani drugie nie jest przecież nadmorskim kurortem. Prezydent Manuel Irigoyen wpada na arcygenialne rozwiązanie, na którym zyskują wszyscy: wypożyczenie swojego lidera do Valladolid. Ma to zagwarantować mu ciągłość gry na najwyższym poziomie, trener Benito Joanet odpocznie od ciężkiego charakteru gwiazdy, a przy okazji szkoleniowiec Valladolid, Fernando Redondo, nieco utemperuje piłkarza w nieco bardziej surowych warunkach. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce González dusi się na Zorrilla i wraca po sezonie na południe Hiszpanii, bogatszy o jeden wniosek: Valladolid to teren odporny na magię… Albo na urok salwadorskiego napastnika i na jego lekkomyślną naturę.

Foto: elsalvadorfc.com
Samo Cádiz było naówczas zupełnie przyzwoitym klubem z równie niezłym zapleczem i cierpliwym sternikiem – oczywiście w rozsądnych proporcjach. Przyzwoitym na tyle, by awansować do Primera Division utrzymać się w lidze przez osiem kolejnych lat (to najlepsza seria w historii tej drużyny). W ekipie z Kadyksu Mágico był doskonale eksploatowany – akcje żółto-niebieskich opierały się w głównej mierze na długim podaniu spod pola karnego. Trochę wolnej przestrzeni, by González rozwinął prędkość, przedryblował rywali i strzelił czy podał już stanowiło ogromne zagrożenie dla każdego przeciwnika. To było doskonałe miejsce dla nieposkromionego Jorge. I nie chodzi tylko o warunki piłkarskie czy infrastrukturę. W Kadyksie – oprócz wypożyczenia do Valladolid – nie podjęto żadnej poważnej próby poskromienia go. Bo tylko nieposkromiony Magik był sobą.

Sztuka znikania

Powiedzenie, że kochał nocne życie, to zwyczajny eufemizm. Był magikiem nie tylko dlatego, że potrafił zaklinać futbolówkę. On naprawdę znikał. Na dzień, na dwa, na tydzień. Był doskonałym dryblerem i napastnikiem, a przy tym niesumiennym i nieodpowiedzialnym dyletantem, o którego działacze Cádiz wciąż drżeli przez jego nocne eskapady.

Znane są anegdoty kolegów z drużyny o specjalnych niańkach Jorge – nie tylko szeregowi pracownicy sztabu szkoleniowego, ale i sam trener wyruszali na poszukiwania niesfornego piłkarza, gdy ten przemieniał się w fiestadora i balował do rana. Zdarzało się, że Gonzálezowi przydzielano człowieka odpowiedzialnego za… obudzenie piłkarza i dostarczenie go na trening! Innym razem, na zgrupowaniu w Ameryce, zaginął w czasie ewakuacji hotelu (ogłoszono alarm pożarowy). Znalazł się… w hotelowym pokoju w objęciach jednej z kalifornijskich fanek.

Na dywaniku u prezesa pojawiał się skruszony, ze spuszczoną głową. Potrafił ją jednak podnieść, by w pełni poważnie wyznać, że gra w piłkę nie sprawia mu radości jako praca. Bo radość czerpać można jedynie z zabawy… Kibice i tak go kochali i domagali się idola w pierwszej jedenastce. Świadomość, że na boisku przebywa czarodziej, była gwarancją udanego widowiska. I w pewien sposób uspokajała. Nawet gdy zasypiał na ławce rezerwowych po ciężkiej nocy, gdy pił, palił i trudno było go dobudzić. Nieregularny tryb życia, jaki prowadził, zupełnie nie przeszkadzał mu w prowadzeniu Cádiz na bezpieczne ligowe pozycje i zachwycaniu Estadio Ramón de Carranza.

No właśnie, Maradona. Argentyński crack wielokrotnie podkreślał, jakimi niesamowitymi umiejętnościami dysponuje González. Bo mało kto potrafi odtworzyć gol maradoniano:

Wdzięczny lud

O Gonzálezie zrobiło się ostatnio głośno w kontekście przyjętej przez Zgromadzenie Ustawodawcze Salwadoru (jedyna izba salwadorskiego parlamentu) uchwały o przyznaniu byłemu już piłkarzowi dożywotniej renty w wysokości dwukrotnej płacy minimalnej. Decyzja ta, jakkolwiek kontrowersyjna i dla wielu zapewne godząca w sprawiedliwość, została jednomyślnie przyjęta przez osiemdziesięcioczteroosobową izbę. Pozostaje pytanie, czy Magik przystanie na tego rodzaju propozycję To nie pierwsza sytuacja, w której legenda dostaje coś od wdzięcznego narodu – hacjendę w luksusowej dzielnicy San Gabriel też sobie „wywalczył”.

Kult futbolu w Salwadorze musi być niesamowity. I nie jest wcale tak, że kraj oddycha przeszłością najlepszego piłkarza, jakiego wydała na świat salwadorska ziemia. Ludzie nadal żyją życiem Gonzáleza. Trudno wyobrazić sobie, by któryś z europejskich krajów organizował narodową „zrzutkę” na utrzymanie swojej piłkarskiej ikony. Reprezentacja Salwadoru w piłce nożnej nigdy nie miała choćby pięciu chwalebnych minut. Głośno było o niej w kontekście korupcyjnej afery, a dwie przygody na mistrzostwach świata były zwyczajnymi blamażami. Ale to nie ma znaczenia. Narodowy stadion w stolicy nosi nazwisko Gonzáleza. On sam jest okrzyknięty Synem Salwadoru i pozostaje jedną z największych chlub tego kraju.

W ciągu 24-letniej kariery piłkarskiej rozegrał 48 meczów dla reprezentacji i zdobył 41 bramek. W klubie w 194 spotkaniach trafiał 57 razy. Nikt go nie poskromił. Przeciwnicy, koledzy z drużyny, sztab szkoleniowy, prezydent, trenerzy… Nie stał się najlepszy na świecie, ale chyba nawet nie próbował nim być. Wystarczyło po prostu, że był nieokiełznany.

MARIUSZ JAROŃ

Tekst pochodzi ze strony fanatyków hiszpańskiej piłki, którą gorąco polecamy Wam obserwować. Nazywają się Ole Magazyn i znaleźć możecie ich tutaj.

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl