Paul Scholes – książę środka pola

Zdjęcie główne: newstalk.com

Był jednym z najbardziej niedocenianych piłkarzy przez dziennikarzy oraz piłkarskich ekspertów, mimo że wielu wspaniałych zawodników i trenerów widziało w nim jednego z najlepszych pomocników swoich czasów. Z Manchesterem United wygrał wszystko, co było do zdobycia. Należał do piekielnie utalentowanej angielskiej generacji, która jednak na każdym turnieju odnosiła spektakularne porażki. Kiedy w jego ojczystym kraju przez lata toczyła się dyskusja o to, kto jest lepszy: Frank Lampard czy Steven Gerrard, liczni uważali, że odpowiedzią jest właśnie on, Paul Scholes.

Finał Ligi Mistrzów rozgrywany 28 maja 2011 roku miał być jego ostatnim meczem w niesamowicie bogatej karierze. Na boisku pojawił się jednak dopiero w końcówce, zdecydowanie zbyt późno, aby wpłynąć jeszcze na losy pojedynku. Barcelona prowadziła z Manchesterem już 3:1 i perfekcyjnym utrzymywaniem się przy piłce odwlekała tylko wyrok na drużynie sir Aleksa Fergusona. Po końcowym gwizdku kilku piłkarzy Pepa Guardioli zamiast świętować sukces, rzuciło się w stronę rudowłosego Anglika, aby wymienić się z nim koszulką. Leo Messi, Sergio Busquets, Xavi i Pedro musieli jednak uznać wyższość swojego kolegi z zespołu. Wyścig wygrał Andres Iniesta i to on wrócił do domu z łupem. Wymiana trykotów miała wymiar niemal symboliczny – oto z gry odchodzi mistrz i przekazuje pałeczkę swoim uczniom. Bo to, że hiszpańscy zawodnicy podpatrywali Scholesa, wielokrotnie podkreślali oni sami.

W La Masii jego nazwisko było wymieniane bardzo często. Był nauczycielem –
Leo Messi.

Dzieciaki z pokolenia 92

Na świat przyszedł 16 listopada 1974 roku w Salford, które od Old Trafford dzielą jakieś trzy mile drogi. Jak sam wspominał, całymi dniami potrafił kopać piłkę o płot znajdujący się na końcu osiedla, co doprowadzało do wściekłości jego sąsiadów. W jego obronie zawsze jednak stawał ojciec Stewart, który w przeszłości również był piłkarzem. Trwało do momentu, kiedy w tamtym miejscu postawiono… znak zakazu gry w piłkę. Wówczas młody Paul musiał znaleźć sobie nowy plac treningowy.

Młodziutki Paul w barwach Manchesteru United.
   Źródło zdjęcia: pinterest.com

Do Manchesteru United trafił, kiedy miał trzynaście lat. Od początku każdy w klubie wiedział, że dysponuje nietuzinkowym talentem, ale nie wróżono mu wielkiej kariery z powodu jego niewielkiego wzrostu. Jak w swojej autobiografii wspomina Ferguson, Paul mierzył zaledwie sto czterdzieści centymetrów, gdy po raz pierwszy pojawił się w ośrodku treningowym. Miał wspaniałą technikę i bardzo mocne uderzenie, ale przy tym brakowało mu szybkości i wśród trenerów panowało przekonanie, że młody Anglik jest po prostu za mały. Jak się później okazało, wzrost nie przeszkodził mu w staniu się czołowym piłkarzem United, mimo że ostatecznie urósł na wysokość zaledwie stu sześćdziesięciu centymetrów. Śmiało można napisać, że jego życzenia z dzieciństwa spełniło się, kiedy w młodości na pytanie o swoje piłkarskie ambicje odpowiedział:

Kiedy będzie już po wszystkim, chcę stanąć przed lustrem i móc powiedzieć sobie: >>Cóż, byłeś niezłym piłkarzem<<

Scholes nie był częścią młodzieżowej drużyny United, która w 1992 roku wygrała FA Youth Cup. Wówczas tworzyli ją m.in. David Beckham, Ryan Giggs, Nicky Butt oraz Gary Neville. Paul, razem z Phillem Neville’em byli za to w zespole, który dotarł do finału tych rozgrywek rok później (porażka z Leeds United 1:4). Wszyscy oni jednak są zaliczani do słynnego Pokolenia ’92, niesamowicie utalentowanej grupy stanowiącej fundamenty wielkich sukcesów Manchesteru pod koniec XX i na początki XXI wieku. Byli paczką świetnie zgranych kumpli – zarówno na boisku, jak i poza nim.

Trudno o lepszy debiut w dorosłej drużynie, niż ten, który zaliczył Scholes we wrześniu 1994 roku. Czerwone Diabły pokonały wówczas Port Vale w Pucharze Ligi 2:1, a rudowłosy młodzieniec zdobył obie bramki. Trzy dni później Paul wystąpił po raz pierwszy w spotkaniu ligowym i strzelił w nim nawet gola, ale tym razem Manchester przegrał z Ipswich Town 2:3. Na swoje pierwsze trafienie na Old Trafford musiał czekać do stycznia 1995 roku – udało mu się wówczas pokonać bramkarza w zwycięskim pojedynku z Coventry City.

Kluczowy dla Scholesa, chłopaków z Pokolenia ’92 i całego United okazał się kolejny sezon. Sir Alex Ferguson, po kampanii zakończonej bez zdobycia żadnego trofeum, postanowił mocno przemeblować skład Czerwonych Diabłów. Z drużyną pożegnało się trzech bardzo ważnych zawodników: Mark Hughes, Paul Ince oraz Andriej Kanczelskis. Szkocki menedżer chciał, aby ich miejsce na stałe zajęli już młodzi wychowankowie z akademii. Jego decyzja wywołała w kraju sporo kontrowersji i bardzo krytykowana. Oliwy do ognia dolała porażka United na inaugurację ligi z Aston Villą 1:3. W wyjściowym składzie gości znaleźli się bracia Neville, Butt i Scholes, a Beckham wszedł z ławki. Po tym meczu Alan Hansen wypowiedział w telewizji słynne zdanie, że z dzieciakami nic się nie wygra. Czas pokazał, jak bardzo się mylił – tamten sezon Manchester zakończył z krajowym mistrzostwem i Pucharem Anglii. Scholes, który przez kilkanaście tygodni ustawiany był za plecami Andy’ego Cole’a (z powodu zawieszenia Erica Cantony), zdobył czternaście goli. Był to drugi najlepszy wynik w całym zespole!

Paul to jeden z najwspanialszych piłkarskich umysłów, jakie Manchester United kiedykolwiek miał – sir Alex Ferguson.

Następny sezon znów przyniósł Czerwonym Diabłom mistrzowski tytuł. Dla samego Paula była to kampania symboliczna, ponieważ na jej początku zmienił swój numer na koszulce na 18 i grał z nim przez kolejne piętnaście lat. Poważna kontuzja Roya Keane’a sprawiła, że na początku kolejnego sezonu Scholes już na stałe został przesunięty do środka pola, gdzie w pełni mógł wykorzystać swoją wspaniałą wizję gry i nieszablonowe zagrania.

Diabeł w potrójnej koronie

Prędzej czy później musiało przyjść dla niego powołanie do dorosłej drużyny Anglii. Zadebiutował pod skrzydłami Glenna Hoddle’a w towarzyskim starciu z RPA (2:1) na Old Trafford. Znalazł się w kadrze Synów Albionu na mistrzostwa świata w 1998 roku, z których Wyspiarze odpadli po porażce w rzutach karnych z Argentyną. Rudowłosy pomocnik na tamtym mundialu raz wpisał się na listę strzelców, w pierwszym grupowym starciu pokonując bramkarza Tunezji.

Niepowodzenie z drużyną narodową Scholes odbił sobie rok później z zespołem klubowym. Manchester United w sezonie 1998/1999 sięgnął, jako pierwszy angielski klub w historii, po potrójną koronę, czyli w jednej kampanii zdobył tytuł mistrza kraju, puchar oraz Ligę Mistrzów.

Paul we wszystkich rozgrywkach odgrywał kluczową rolę. W finale FA Cup najpierw asystował przy bramce Teddy’ego Sheringhama, a później sam trafił do siatki Newcastle. Tamten dzień musiał być dla niego niesamowitym przeżyciem, ponieważ od dziecka finały Pucharu Anglii bardzo go ekscytowały, niezależnie kto w nich grał. Na dodatek nie mógł wystąpić trzy dni później w finale Ligi Mistrzów…

21 kwietnia 1999 roku w Turynie doszło do rewanżowego starcia pomiędzy Juventusem, a Manchesterem. Pierwsze spotkanie na Old Trafford zakończyło się wynikiem 1:1. Scholes mecz we Włoszech rozpoczął na ławce rezerwowych. Czerwonym Diabłom udało się doprowadzić do remisu, mimo że w pewnym momencie przegrywały już 0:2. Najpierw gola kontaktowego zdobył Keane, a niedługo potem wyrównał Dwight Yorke. Paul na placu gry pojawił się w drugiej połowie i za jeden z ataków na rywala został ukarany żółtą kartką. To oznaczało, że nie będzie mógł wystąpić w wielkim finale, ponieważ już w jednym z wcześniejszych spotkań otrzymał napomnienie. W doliczonym czasie Juventus dobił Cole i zapewnił Manchesterowi lot do Barcelony. Podopieczni Fergusona musieli sobie tam radzić jednak bez zawieszonych Scholesa oraz Keane’a.

Gdybym miał skompletować wielką drużynę, to Paul Scholes byłby jednym z moich pierwszych wyborów – to pokazuje, jak bardzo zawsze go ceniłem – Marcelo Lippi.

Tego, co wydarzyło się finale na Camp Nou prawdopodobnie nie trzeba przypominać: gol dla Bayernu Monachium na początku spotkania, a potem dwa zabójcze trafienia United. Ekstaza Anglików i rozpacz Niemców. Piłkarski raj dla pierwszych, dla tych drugich – piekło. Zawodnicy Manchesteru po odebraniu pucharu, stworzyli szpaler dla swoich dwóch nieobecnych kolegów, którzy przemaszerowali przez niego w garniturach, dumnie trzymając w rękach wywalczone w dramatycznych okolicznościach trofeum. Sam Paul był tym nieco zakłopotany i uważał ten gest za zupełnie niepotrzebny.

Wielcy nieobecni finału Ligi Mistrzów: Scholes i Keane w oficjalnych garniturach. 
   Źródło zdjęcia: telegraph.co.uk

Rodzina na pierwszym miejscu

Przełom wieków był potwierdzeniem dominacji Manchesteru United na krajowym podwórku. Czerwone Diabły dwa kolejne sezony po wywalczeniu potrójnej korony kończyły na pierwszym miejscu w ligowej tabeli. Warto odnotować, że w marcu 2000 roku Scholes zdobył swojego pierwszego hat-tricka w karierze – jego łupem padł West Ham, który w tamtym starciu przegrał aż 1:7.

W sezonie 2002/2003 Manchester odzyskał mistrzostwo kraju po tym, jak rok wcześniej sięgnął po nie londyński Arsenal. Dla bohatera tekstu były to rozgrywki z rekordową dla niego liczbą bramek. Strzelił ich w sumie dwadzieścia, a trzy z nich zdobył w meczu przeciwko Newcastle. Kolejny sezon Czerwone Diabły zakończyły bez ligowego tytułu, ale udało im się wygrać Puchar Anglii, w finale pokonując 3:0 Millwall.

Klubowe osiągnięcia Scholesa nie szły w parze z sukcesami z narodową drużyną. W czasie kwalifikacji do Euro 2000 udało mu się jednak na dwa sposoby zapisać w historii reprezentacji Anglii: najpierw dzięki słynnemu w naszym kraju hat-trickowi przeciwko Polsce, a później przez zobaczenie czerwonej kartki w meczu ze Szwecją. Został przez to pierwszym Anglikiem usuniętym z boiska na Wembley.

Beckham, Gerrard, Lampard i Scholes cieszący się po bramce Michaela Owena. 
   Źródło zdjęcia: huffingtonpost.co.uk

Po mundialu 1998 kolejne turnieje nie okazały się lepsze dla Synów Albionu. Ogromnymi rozczarowaniami zakończyły się ich występy na Euro 2000 i na mistrzostwach świata w 2002 roku. Frustrację Scholesa dodatkowo zwiększało to, że w reprezentacji stracił miejsce w środku pola. Został przesunięty na lewe skrzydło, aby w centrum pomocy mogli występować Steven Gerrard oraz Frank Lampard. Problem z pogodzeniem gry obu tych piłkarzy obok siebie stał się kilka lat później symbolem porażki „złotego” pokolenia angielskiego futbolu.

Kolejna porażka – tym razem na Euro 2004 w Portugalii – spowodowała, że Scholes, wówczas zaledwie 29-letni, postanowił zakończyć reprezentacyjną karierę. Swoją decyzję tłumaczył względami osobistymi. Uważał, że najwyższy czas poświęcić się bardziej rodzinie.

Anglia straciła swojego najlepszego zawodnika – George Best po rezygnacji Scholesa
z występów dla drużyny narodowej.

Rok 2004 i dwa kolejne lata zdecydowanie nie należały ani do niego, ani do Manchesteru United. Najpierw przegrali mistrzostwo na rzecz Arsenalu, a później dwukrotnie musieli uznać wyższość Chelsea prowadzonej przez Jose Mourinho. Sportowe niepowodzenia pokryły się z kłopotami zdrowotnymi. Problemy ze wzrokiem, które rozpoczęły się po urazie głowy w jednym ze spotkań ligowych, wykluczyły go z gry do końca sezonu 2005/2006. Wrócił na boisko w czasie ostatniego spotkania rozgrywek, chociaż mówiono, że choroba może zmusić go do zawieszenia butów na kołku. Scholes nie powiedział jednak wtedy ostatniego słowa.

Powrót na szczyt

W przypadku Paula na pewno można napisać, że co nie zabije, to wzmocni. Rudowłosy pomocnik wraz z klubem z przytupem powrócił na tron, wygrywając ligę trzy razy z rzędu. W październiku 2006 rok swój występ numer 500 w barwach Czerwonych Diabłów okrasił bramką strzeloną Liverpoolowi. Stał się tym samym dziewiątym zawodnikiem w historii Manchesteru, który osiągnął taką liczbę spotkań. W tym zacnym gronie znajdują się m.in. sir Bobby Charlton, Bill Foulkes oraz Giggs.

Tamten sezon był zdecydowanie jednym z najlepszych w jego karierze, co potwierdza wybranie go do drużyny roku w Anglii. Co ciekawe, obok niego znalazło się w niej… aż siedmiu piłkarzy United!

Kolejne rozgrywki były dla niego jeszcze bardziej udane, ponieważ do ligowego triumfu dołożył także zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Szczególny dla Scholesa był półfinałowy dwumecz z Barceloną. W pierwszym meczu, zakończonym bezbramkowym remisem na Camp Nou, zanotował swój setny występ w Champions League. W rewanżu na Old Trafford zdobył jedyną, zwycięską bramkę po fenomenalnym uderzeniu w okienko z prawie trzydziestu metrów. Piękne strzały zza pola karnego były znakiem firmowym przez całą bogatą karierę rudowłosego pomocnika.

Mecz z Barceloną na Old Trafford. Za chwilę piłka zatrzepocze w siatce. 
   Źródło zdjęcia: theguardian.com

Tym razem wystąpił w finale, gdzie Manchester spotkał się z Chelsea. Musiał jednak zejść z boiska przed upływem regulaminowego czasu gry, ponieważ dalszy występ uniemożliwił mu nieustający krwotok z nosa. Z tego powodu nie wziął udziału w serii rzutów karnych, którą wygrali podopieczni sir Aleksa Fergusona. Scholes mógł przynajmniej świętować sukces w stroju piłkarskim, a nie garniturze. Rok później Manchester ponownie dotarł do finału Ligi Mistrzów, ale tam musiał uznać wyższość Barcelony prowadzonej przez Pepa Guardiolę. Paul wszedł na boisko z ławki rezerwowych kwadrans przed końcem, kiedy wynik spotkania był już rozstrzygnięty.

Z Manchesteru United wybrałbym Paula Scholesa – on jest najlepszym pomocnikiem swojego pokolenia. Bardzo chciałbym grać u jego boku – Pep Guardiola.

Po mistrzostwie w 2009 roku, Scholes z Czerwonymi Diabłami wygrał jeszcze raz Premier League, zanim zdecydował się zakończyć karierę w 2011 roku. Po drodze zanotował mecz numer 600 w barwach United, a jedenaście miesięcy później strzelił swojego setnego gola w lidze (jako dziewiętnasty zawodnik w historii), pokonując bramkarza w wygranym 1:0 pojedynku z Wolverhampton. Udało mu się także po raz sto pięćdziesiąty trafić do siatki w klubowym trykocie w sierpniu 2010 roku.

Sir Alex Ferguson o emeryturze Scholesa wiedział kilka miesięcy wcześniej i bardzo chciał, aby ten zmienił zdanie, jednak nie udało mu się przekonać swojego podopiecznego. Anglik uważał, że granie dwudziestu spotkań w sezonie go nie zadowala, a jednocześnie przyznawał, iż w końcówkach meczów zwyczajnie brakowało mu już sił. Dawał znać o sobie nie tylko wiek, lecz także dwie poważne kontuzje kolana, przez które parę lat wcześniej musiał pauzować kilka miesięcy. 31 maja 2011 roku, pięć dni po wspomnianym na początku finale z Barceloną, oficjalnie zawiesił buty na kołku. Przynajmniej na chwilę.

W sierpniu na cześć Anglika rozegrano mecz pożegnalny. Na Old Trafford Manchester podejmował amerykański zespół New York Cosmos. Gospodarze wygrali 6:0, a pierwszego gola zdobył główny bohater wydarzenia, który odpalił bombę z ponad dwudziestu metrów. Cały Paul Scholes.

Scholes i Pele, pożegnalny mecz Anglika z New York Cosmos. 
   Źródło zdjęcia: goal.com

Drugie życie

Plaga kontuzji w zespole United na początku 2012 roku sprawiła, że rudowłosy pomocnik sensacyjnie powrócił do gry. Z członka sztabu szkoleniowego w styczniu ponownie został zawodnikiem i znalazł się w kadrze na pucharowe starcie z Manchesterem City. Nieprawdopodobne wydaje się to, że kilka dni później zdobył bramkę w starciu ligowym z Boltonem. Do końca sezonu regularnie pojawiał się w wyjściowym składzie Czerwonych Diabłów, strzelając jeszcze dwa gole. Podopieczni sir Aleksa Fergusona musieli w Premier League uznać jednak wyższość swoich błękitnych sąsiadów, którzy po niewiarygodnym finiszu ligi wywalczyli mistrzostwo dzięki bramce Kuna Aguero.

Scholes pozostał w klubie na jeszcze jeden sezon i zdołał wywalczyć z nim ostatni jak do tej pory krajowy tytuł. W maju 2013 roku zapowiedział swoją drugą, ostateczną już piłkarską emeryturę. Finałowy mecz rozegrał dziewiętnastego dnia tego miesiąca, wchodząc z ławki w przedziwnym meczu z West Bromwich Albion, który zakończył się wynikiem 5:5. Było to także ostatnie spotkanie sir Aleksa Fergusona w roli trenera Manchesteru United. Tydzień wcześniej, po pojedynku na Old Trafford ze Swansea, szkocki menedżer wyróżnił Scholesa w czasie swojej mowy pożegnalnej, życząc Anglikowi udanej emerytury. Z niej, jak na razie, Paul jeszcze nie wrócił. Do trzech razy sztuka?

Scholes to najlepszy piłkarz, z jakim grałem. Bardzo mi pomógł, kiedy byłem młody. Jest wspaniały – Cristiano Ronaldo.

Piękny umysł

Łatwo Paula Scholesa opisać w liczbach: 718 meczów w koszule Manchesteru United, 159 goli dla tego klubu. Jedenaście tytułów mistrzowskich. Trzy Puchary Anglii. Pięć Tarcz Wspólnoty. Dwa Puchary Ligi. Dwie Ligi Mistrzów. Jeden Klubowy Puchar Świata. Jeden Puchar Interkontynentalny. Ale pisać o nim tylko za pomocą cyferek, to jakby nie pisać nic.

Nie lubię komplementów. Wolę krytykę; wolę udowadniać ludziom, że byli w błędzie – Paul Scholes.

Mało jest piłkarzy na świecie, którzy cieszyliby się takim uznaniem wśród swoich kolegów po fachu. Oprócz przywoływanych w tekście słów Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, można przeczytać pochwalne zdania wypowiadane przez najwspanialszych zawodników z różnych zakątków świata: od Alana Shearera, przez Andreę Pirlo, Luisa Figo i Ronaldinho, do Xaviego oraz Paula Pogby. Wszyscy są zgodni: to Scholes był najlepszym pomocnikiem, jakiegokolwiek widzieli. Zinedine Zidane uważa go za najtrudniejszego przeciwnika, z jakim przyszło mu się zmierzyć.

Scholes w koszulce Iniesty po finale LM w 2011 roku.
   Źródło zdjęcia: forum.bigsoccer.com

Co czyniło go tak świetnym piłkarzem? Imponował przede wszystkim fantastyczną wizją, przeglądem pola, inteligencją taktyczną i długimi, mierzonymi podaniami. W doskonały sposób potrafił kontrolować tempo gry, a wspaniała technika pozwalała mu utrzymywanie przy sobie piłki. Do tego wszystkiego dysponował bardzo mocnym uderzeniem z obu nóg. Jego fenomen bardzo dobrze oddał Ferguson w swojej autobiografii:

Kiedy rozwinął się w środkowego pomocnika, miał głowę do podań i talent do organizacji zespołu. Ten talent musiał być wrodzony. Uwielbiałem patrzeć, jak przeciwnicy próbowali go pokryć tak, żeby wyeliminować go z gry. Sprawiał, że odchodzili daleko od swoich pozycji, a potem jednym dotknięciem posyłał piłkę gdzie indziej lub robił zwód ciałem i zagrywał w przeciwną stronę. (…) Scholes potrafił w ten sposób zupełnie zniszczyć kryjącego go zawodnika

Na boisku jednak nie zawsze był aniołkiem. Często zdarzało mu się pokazywać drugą, gorszą twarz. Miał problem z utrzymaniem nerwów na wodzy. W samej lidze obejrzał 99 żółtych kartek, co jest trzecim wynikiem w historii rozgrywek. Dodatkowo czterokrotnie był karany czerwonym kartonikiem, m.in. za próbę uderzenia w twarz Xabiego Alonso. Sam jednak stwierdził, że często po prostu rewanżował się rywalom za ich faule, a kartki z późniejszego okresu jego kariery spowodowane były jego złą reputacją u sędziów. Do niechlubnych czynów dodać można także jego bramkę zdobytą ręką w meczu o Superpuchar Europy z Zenitem Sankt Petersburg, której arbiter jednak nie uznał. Z agresywną grą Scholesa problemy miał nawet Ferguson – często karał swojego podopiecznego za głupie faule. Do wściekłości zdarzyło się Anglikowi doprowadzić nawet Arsene’a Wengera:

Według mnie nie był zawodnikiem grającym fair. Była w nim czasami taka ciemniejsza strona, której nie lubiłem. Bardzo szanuję go za umiejętności piłkarskie, ale nie podobały mi się jego brudne zagrywki na boisku.

Przez wielu Scholes uważany jest za najlepszego angielskiego piłkarza od czasów Paula Gascoigne’a. Mimo to, nie może pochwalić się żadnym szczególnym wyróżnieniem indywidualnym. Zawsze pozostawał w cieniu swoich bardziej efektownych kolegów z drużyny: Cantony, Giggsa, Beckhama, Ronaldo czy Rooneya. Nie ma jednak wątpliwości, że bez niego nie byłoby spektakularnych sukcesów Manchesteru United ery Fergusona. Skromny, cichy, trzymał się z dala od mediów i blasku fleszy. Nie lubił udzielać wywiadów – wolał przemawiać na boisku. A to, trzeba przyznać, szło mu całkiem nieźle.

KUBA GODLEWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 10 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.