Retro wywiad #19: Dariusz Wolny

Fot. nto.pl

Piłka nożna to sport, który wymaga dużej intensywności. Zawodnik musi być doskonale przygotowany fizycznie, a podczas meczu daje z siebie wszystko, czasem ocierając się o granice swoich możliwości. Zdarza się, że zostają one przekroczone. Jednym z piłkarzy, którzy przekonali się o tym na własnej skórze, jest były zawodnik GKS Katowice, Dariusz Wolny. Pewnego dnia napastnik Gieksy skutecznie stawił opór graczom Girondins Bordeaux, wśród których znajdował się Zinedine Zidane, by godzinę później z bólem w klatce piersiowej stracić chęć do życia. Wtedy jedna pięćdziesiątka postawiła go na nogi, ale trzy miesiące później śmierć zajrzała mu głęboko w oczy. Na szczęście udało mu się wyjść z tego cało. Dziś Dariusz Wolny ma dużo do opowiedzenia i to nie tylko na tematy związane z sercem.

Urodził się Pan w 1969 roku w Opolu i w tym mieście zaczynał przygodę z piłką. Pamięta Pan jak to wszystko się zaczęło?

Zawsze kochałem piłkę. Wtedy wszyscy grali na podwórku, a zapisanie się do klubu wcale nie było takie łatwe. Moje pierwsze podejście okazało się porażką. Na testach okazałem się za słaby i odpadłem. Po roku czy dwóch nastąpiły zmiany w Odrze. Przyszedł trener Kowol  i zaczął chodzić po domach, pytać chłopaków, którzy wcześniej zostali skreśleni, czy nie chcą znów trenować. Kiedy przyszedł do mnie, nie zastanawiałem się nad odpowiedzią. To właśnie dzięki niemu zaczęła się moja prawdziwa przygoda z piłką.

Później był transfer do GKS Katowice, ale inne kluby też się Panem interesowały. Skąd decyzja o transferze do Katowic?

Jeszcze zanim przeniosłem się do GKS-u, przyjechał jakiś pseudo menedżer, który chciał mnie wytransferować za granicę. Nie tylko mnie, bo namówił też kilku zawodników młodzieżowej reprezentacji Polski. Jeździliśmy po Belgii, Szwajcarii, byliśmy też w Niemczech. W szwajcarskim Winterthur trener był nawet mną zainteresowany. Niemieckiego nie znałem, ale widziałem, że mnie tam chcą. Musiałem poczekać, bo przyjechałem tam na lewo. Czekałem tak długo, że w końcu przeprosiłem się z Odrą. Wróciłem do Opola i zacząłem strzelać bramki. Pytały o mnie Siarka Tarnobrzeg, Zagłębie Lubin i Górnik Zabrze, ale najwięcej zdecydowania wykazał Marian Dziurowicz i dlatego przeszedłem do GKS-u Katowice.

To ten sam menedżer, który wywiózł za granicę kilku zawodników reprezentacji do lat 16, która sięgnęła po złoty medal mistrzostw Europy w 1990 roku?

To chyba ten sam człowiek. Jeździł Mercedesem. Zaczynaliśmy od testów w III lidze niemieckiej i tam spisywałem się dobrze. W Belgii już sobie tak dobrze nie radziłem, bo seryjnie marnowałem sytuacje podbramkowe. W Szwajcarii był już całkiem inny świat. Ten menadżer chciał załatwić transfer bez konieczności płacenia kwoty odstępnego. Propozycja polegała na tym, że przez rok miałem w ogóle nie grać, a potem przejść do jakiegoś klubu. Wtedy nie było jednak wielkich pieniędzy i nie miałbym z czego żyć.

Jak Dariusz Wolny został przyjęty w katowickiej szatni?

Przede wszystkim GKS to był już zupełnie inny świat. Grali tam świetni zawodnicy, jak na przykład Roman Szewczyk czy Andrzej Lesiak. Pamiętam, że jak przyszedłem, to od razu pojechaliśmy na obóz do Dębicy. Szybko się zakumplowałem z Markiem Świerczewskim i Giją Gurulim. Z typowymi Ślązakami było trudniej, bo oni nie są tak otwarci, ale jak ktoś umie grać w piłkę i pomaga na boisku, to szatnia zawsze go przyjmie.

Guja Guruli to postać wyjątkowa. Jak Pan go wspomina?

Z tego, co mówili, zanim przyszedł, wyróżniał się w Dinamie Tbilisi. Technikę miał bajeczną. Zawsze chciałem trenować z nim w parze, bo od niego mogłem się tylko uczyć. Gija bardziej pasował mi na Ślązaka. Cenił sobie przyjaźń. Jeśli ktoś był dla niego dobry, to on odwdzięczał się tym samym. Miał serce na dłoni.

Zaraz po transferze zadebiutował Pan w europejskich pucharach. Rywalem było Motherwell. Pamięta Pan ten zespół?

Strzeliłem bramkę w pierwszym meczu, więc jak mógłbym zapomnieć? W rewanżu strasznie nas cisnęli. Zagrałem słabo, bo nigdy nie odpowiadał mi szkocki styl gry, opierający się na długich piłkach na aferę. Zawsze byłem typem szybkościowca. Potrafiłem się rozpędzić, wyprzedzić przeciwnika, a tam gra polegała na przepychance. Na szczęście Darek Rzeźniczek strzelił gola, a Janusz Jojko świetnie bronił, dzięki czemu awansowaliśmy do kolejnej rundy.

Janusz Jojko nie tylko w tym meczu czynił cuda między słupkami GKS, ale z perspektywy czasu wydaje się, że jest niedoceniany. Być może przez tę bramkę samobójczą, którą strzelił, grając w Ruchu Chorzów.

Na linii nie było lepszego od Janusza, ale on miał problem z wyjściami do piłki. Szybkość i refleks miał na najwyższym poziomie. Wkurzałem się, bo kiedy się spinał, to na treningach nie mogłem strzelić mu gola. W kadrze grał wtedy Józef Wandzik, który był wysoki, a trenerzy wówczas patrzyli na wzrost, a nie na zwinność. W meczu z Bordeaux robił niesamowite rzeczy. W Katowicach go kochali. Jeśli chodzi o ten feralny mecz, to nigdy go o to nie pytałem, ale zdarzają się czasem kuriozalne sytuacje. Nie mogę powiedzieć, że jestem pewny, że nic tam się nie wydarzyło, ale myślę, że gdyby coś było nie tak, to Dziura by go nie wziął. Poza tym, gdyby chciał strzelić samobója, to pewnie zrobiłby to inaczej.

Trochę krajów Pan odwiedził. Co Panu najbardziej zapadło w pamięci z pucharowych wojaży?

Pamiętam, że jeździła z nami pewna osoba, która zawsze coś ze sobą zabierała na pamiątkę. Na przykład w szatni podczas wyjazdu do Brugge zniknęły wszystkie plastikowe kubki. Innym razem zginęły jakieś reklamówki, potem jakaś cukierniczka… Mnie nic nigdy nie zginęło, chłopakom też nie, ale kiedy ten człowiek widział coś fajnego, oryginalnego, często zwyczajnie to ze sobą zabierał.

A mi przychodzi na myśl wyjazd do Turcji i mecz z Galatasaray…

Tam była prawdziwa rzeź. Fani nas opluwali i rzucali butelkami. Na boisku wyglądało to jeszcze gorzej. Nigdy nie lubiłem ostrej gry, ale to, na co pozwolił wtedy sędzia, było żenujące. Piotrek Świerczewski po jednym wejściu miał nawet dziurę w piszczelu, ale zaraz pobiegł piłkarza, który go sfaulował, żeby mu oddać. Chciał go tłuc i gdzieś tam go pewnie szturchnął. Dostaliśmy tam cztery czerwone kartki, trzy w meczu i czwarta po spotkaniu dla Dariusza Grzesika, który zapytał sędziego, ile wziął za mecz. Przy stanie 2:1 sędzia chyba się obawiał, że doprowadzimy do wyrównania i zakończył mecz przed upływem regulaminowego czasu gry.

W tamtych czasach piłkarze często spotykali się po meczu, gdzie mogli odreagować lub wyjaśnić sobie pewne rzeczy. Wy też mieliście takie miejsce?

Jeździliśmy na dyskotekę na Dębie. Bawiliśmy się, piliśmy, miło spędzaliśmy czas i to nas integrowało. Nie wszystkim się udawało wyjść, bo wiadomo – niektórzy mieli rodziny, ale wtedy coś się kombinowało. Takie spotkania są bardzo ważne, żeby stworzyć zgrany zespół. My z Adamem Kuczem często przychodziliśmy godzinę wcześniej i graliśmy w bilard, piliśmy kawę, a po treningu szliśmy na jakieś piwko czy automaty. Teraz piłkarze niby są razem, ale po treningu każdy jest osobno. W ten sposób tworzy się grupa najemników.

Jak Pan wspomina Mariana Dziurowicza?

Dziura bardzo kochał piłkarzy. Pamiętam, że kiedy pełniłem funkcję kierownika, a on wchodził do szatni, to papier toaletowy się prostował. Kiedy wpadał po przegranym meczu, piłkarze mieli głowy między jajami. W spotkaniu z nim nie można było powiedzieć nie, on nie lubił tego słowa. Wszystko dało się zrobić. Adam Ledwoń chyba lubił go najbardziej, bo za wszystkie kary, jakie dostawał, Marian oddawał mu pieniądze z własnej kieszeni. Zdarzyła się też taka ciekawa sytuacja po przegranym meczu z Hutnikiem: Dziura zebrał drużynę i zapytał Romana Szewczyka „Panie kapitanie, ma pan coś do powiedzenia?” i rzucił mu gazetę, w której znajdowały się typy zawodników. Według niej Szewczyk przewidywał, że GKS przegra. „To przed meczem już pan wie, że przegra mecz? Pan chce wygrywać, czy Pan nie chce wygrywać? Pan chce w ogóle grać w tym zespole?” Jechał na całego. My wtedy częściej wygrywaliśmy niż przegrywaliśmy, ale kiedy już przytrafiła się porażka, to Dziura dbał o to, żeby w szatni zrobiło się gorąco.

Miał niesamowite zdolności, bo potrafił nawet sprawić, że podczas meczu z Górnikiem zgasło światło…

Światło wtedy rzeczywiście wysiadło. Nie wiem, co było przyczyną, ale z tego, co słyszałem, nikt w to nie ingerował. Po latach dowiedziałem się, że istniała możliwość włączenia światła i kontynuowania meczu, ale Dziura to zablokował.

Na wyjazdowy mecz z Benfiką zorganizował Wam dość niezwykły transport.

Najgorszy, jaki można sobie wyobrazić…

Było aż tak źle?

To był taki wehikuł czasu. Jak lecieliśmy, to nic nie słyszeliśmy. Musieliśmy żuć gumę, żeby bębenki w uszach się nie zatykały. Pamiętam, że Dziura pozwolił lecieć kobietom do tej Portugalii, ale podczas lotu niektóre z nich mdlały. Do dziś mam gazetę z Portugalii, która napisała, że wehikuł czasu przyjechał z Polski.

Fot. Zbiór prywatny Dariusza Wolnego

Graliście ze Szkotami, Belgami, Turkami czy Portugalczykami, obserwowali Was różni menedżerowie, były jakieś oferty zagraniczne?

Jak już byłem kierownikiem drużyny, to dowiedziałem się, że kiedyś przyszła oferta z Danii, jednak Dziurowicz ten temat odpuścił. Proponowali bardzo dobre pieniądze. Chcieli awansować do ekstraklasy i oferowali  kilka tysięcy dolarów na miesiąc, czyli kosmos, bo w GKS-ie zarabialiśmy wtedy grosze. Dziś za jedną wypłatę można kupić auto, a wtedy… Szkoda gadać. Zdarzyła się też taka sytuacja, kiedy wychodziliśmy ze stadionu po meczu z Galatasaray, że prezes jakiegoś klubu podszedł do Adama Kucza, oferując mu duże pieniądze za transfer do Turcji. Dziurowicz odpowiedział, że Adam najpierw w lidze polskiej musi zacząć strzelać gole, a dopiero potem pomyślimy o transferze.

Miał Pan szczęście do gorących meczów. Na przykład do takich jak ten z Arisem Saloniki…

Greccy kibice są fanatyczni, podobnie jak tureccy. Opluwali nas, rzucali monetami i kamieniami. W pewnym momencie „Ledek” zareagował na te zaczepki, odwrócił się do nich i pokazał dupę, wtedy się zaczęło… Aris był silną drużyną, piłkarsko pewnie lepszą od nas, ale udało nam się awansować po rzutach karnych.

Dzięki temu zagraliście z Girondins Bordeaux, w którym grali Zinedine Zidane, Bixente Lizarazu, Christophe Dugarry…

Piłkarsko Girondins przewyższał nas o kilka klas, ale my nadrobiliśmy determinacją i zaangażowaniem. Oni byli pewni, że nas pokonają, a my sprawiliśmy im niemiłą niespodziankę. Pamiętam, że zostawiliśmy tam Krzyśka Walczaka. Chcieliśmy po spotkaniu wymienić koszulki, ale Francuzi odmawiali. Zrezygnowaliśmy, ale „Walec” nie odpuścił. Chodził od piłkarza do piłkarza, pytając o tę koszulkę. My się wykąpaliśmy, wsiedliśmy do autobusu i zaczęliśmy świętować. Nikt nawet nie zauważył, że Krzyśka z nami nie było. Musiał wracać do hotelu na własną rękę. Żałuję tylko, że nie strzeliłem tam bramki, bo wtedy prawdopodobnie wyjechałbym za granicę. Z Benfiką też zmarnowałem setkę… Teraz bym wjechał z piłką do bramki. Byłem jeszcze młody, co mecz miałem kilka sytuacji, ale brakowało techniki. Wyróżniałem się szybkością i wszystkim zależało na tym, żebym biegł i strzelił. W niższych ligach to wystarczało, ale w ekstraklasie bramkarze już wiedzieli o co chodzi. Gdyby trenerzy skupili się na wyszkoleniu technicznym, to pewnie byłoby inaczej, ale kto wtedy się nad tym zastanawiał? Wtedy głównie biegaliśmy po górach. A kiedy już piłka zaczęła mnie słuchać, przyszedł zawał…

No właśnie, jak do tego doszło?

Po meczu z Bordeaux zaczęło mnie coś boleć w piersi, ale doktor stwierdził, że prawdopodobnie jest to spowodowane jakiś uderzeniem, być może nawet pęknięciem. Obwiązał mnie tylko jakimś bandażem. Bolało mnie tak mocno, że kiedy wszyscy się bawili, mi się żyć odechciało. Walnąłem wtedy pięćdziesiątkę, krew się nieco rozrzedziła i poczułem się lepiej. Całe szczęście, że nie miałem zawału w samolocie, bo to już byłby koniec. Trzy miesiące później miałem już mocniejszy zawał.

Po meczu sparingowym z GKS Bełchatów…

Przyszedł wtedy lekarz i zapytał się gdzie pracuję, odpowiedziałem, że w GKS Katowice. Widział, że byłem cały spocony i że chciałem już płakać, ale pomimo tego, zamiast znieść mnie na noszach, kazał mi schodzić 12 pięter po schodach. Serce biło już jak jakaś bomba, myślałem, że zaraz eksploduje. Pojechaliśmy karetką na pogotowie, czekaliśmy jeszcze godzinę a ja już umierałem. Serce nie dawało rady. Kiedy zobaczyli jak jest ze mną źle, że mdleje i jaki jestem blady, to przewieźli mnie na eRce do Ochojca, gdzie po chwili odpłynąłem.

Były jakieś wcześniejsze objawy?

Przed Bordeaux nie, ale po tym pierwszym sygnale we Francji pojechaliśmy na badania. Zrobiliśmy prześwietlenie i okazało się, że mam pęknięty mostek. Czyli znaleźli odpowiedź, uznali, że to było to i do widzenia.  Za trzy miesiące serducho już wybuchło. Można się zastanawiać, co by się stało, gdybym zastosował jakąś profilaktykę, gdyby ktoś się zajął mną już wtedy… Niestety ja też się nie szanowałem tak, jak powinienem, a największy błąd, jaki popełniłem, to palenie papierosów.

Klub pomógł Panu po tym zawale?

Na samym początku roku miałem podpisać kontrakt. Ustaliliśmy, że podpisujemy na trzy lata, że wykupujemy mieszkanie, ale potem był zawał. Po tym wszystkim Dziura powiedział, że mogę zostać kierownikiem drużyny. Może się komuś wydawać, że to mało, ale zawsze to coś. Przynajmniej miałem z czego żyć. O Dziurowiczu mogą mówić co chcą, ale ja nigdy nie powiem o nim złego słowa.

Później został Pan trenerem juniorów.

Zaczynałem od rocznika 1990 w GKS Katowice. Początkowo nie wyglądało to dobrze, ale później układało się coraz lepiej i mogę powiedzieć, że choć zdarzały się wzloty i upadki, to przeważały jednak plusy. Z moim rocznikiem wszyscy się wtedy liczyli. Jeździliśmy po różnych turniejach i nikt się nie musiał wstydzić. Potem działacze się pozmieniali i nie szło się dograć w sprawach finansowych. Trudno pracować za 400 zł, a takie były wtedy stawki.

Trenerzy juniorów wciąż są w Polsce niedoceniani…

I to jest błąd, bo przecież w GKS taki trener ma więcej obowiązków niż pierwszy trener, który ma asystentów, masażystów i tak dalej. A ja robiłem wszystko i dostawałem za swoją pracę 400 zł, podczas gdy trener pierwszej drużyny zarabiał 40 tysięcy. A jak jest w Ajaksie? Ten, który trenuje juniorów, zarabia podobne pieniądze, co szkoleniowiec pierwszej drużyny. Pamiętam, jak ówczesny prezes Jan Furtok chciał, żebym przeszedł ze stowarzyszenia do spółki akcyjnej Gieksy i próbował przekonać mnie sprzętem. Sprzętu wtedy nie brakowało, więc pytałem o kasę. Mówił, że mogę zarobić 800 złotych, to odpowiedziałem, że się nie dogadamy. Przeszedłem z całą drużyną do FC Katowice, gdzie prowadziłem jednocześnie trzy drużyny: pierwszą drużynę, juniorów i dziewczyny. Zarabiałem 2400 złotych. Potem się wszyscy obrażali, ale to nie była moja wina, muszę z czegoś żyć. Kocham ten klub, ale nie mogę mówić wciąż „I love You GKS”, muszę mieć na chleb.

Jakie są Pańskie plany na przyszłość?

Mam swoją robotę i na niej się skupiam. Chciałbym pracować w ukochanym klubie, ale tam są układy, których nie przeskoczę. W Legii trenerem jest Jacek Magiera, o którym można powiedzieć, że to ich człowiek. Zaryzykowali. A proszę popatrzeć na pozostałych trenerów w Polsce. Czesi, Hiszpanie… Dajemy im zarobić, a gdzie miejsce dla Polaków? Ja zrobiłem pierwszą klasę trenerską i mogę pracować tylko w okręgówce. Muszę jeszcze zrobić dodatkowo kurs UEFA A, a w Czechach czy Hiszpanii z tej pierwszej klasy od razu przerzucali do UEFA A. I znów będę musiał przerabiać te same rzeczy i zapłacić górę pieniędzy, bo to kosztuje. Chętnie zrobiłbym porządek w GKS-ie, ale to nie jest mi dane.

Co by Pan zmienił?

Po pierwsze należałoby poprawić skauting. Tak, jak robił Dziura, który wyszukiwał najlepszych piłkarzy z niższych ligach i potem zapraszał ich na testy. Teraz menadżerowie wciskają klubom szrot. W tym klubie zaistniałem i chciałbym się odwdzięczyć, ale niektórzy mają swój świat. Nie mówię od razu o pierwszej drużynie. Niestety, jak ktoś chce znaleźć pracę, to musi kogoś znać, chyba że chce zostać ochroniarzem. To jest kolesiostwo. W efekcie mamy taką sytuację, że obecnie w klubie grają piłkarze, zarabiający duże pieniądze, których nie zatrudniłbym w okręgówce.

Piłka nożna to jednak coś więcej niż indywidualne umiejętności. Na budowę drużyny wpływa masę rzeczy, jak na przykład atmosfera w szatni czy integracja zawodników…

Z tego, co wiem, to obecnie piłkarze przyjeżdżają przed 11:00 i kończą o 13:00, a kwadrans później są już w Silesii. Zrobiłbym to zupełnie inaczej. Spotykamy się o 9:00, jemy w klubie śniadanie, bez telefonów, tabletów, facebooków… O 11:00 zaczynamy trening, po zajęciach podsumowanie lub pokaz treningu, wspólny lunch, drugi trening. Zawodnik wróciłby do domu o 18:00. Wtedy byłoby wiadomo, za co mu się płaci. Takie pieniądze, które teraz zarabiają piłkarze, są nieadekwatne do tego, co robią. Za moich czasów było podobnie, ale przed ważnymi meczami jechało się na zgrupowanie, gdzie mogliśmy się wyłączyć. Na tych zgrupowaniach się integrowaliśmy, aby potem na boisku walczyć jeden za wszystkich, wszyscy na jednego. Tego dziś brakuje, nie tylko w GKS. Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli, ja nie chcę się pchać tam gdzie mnie nie chcą. Jak dostanę propozycję to na pewno na mnie można liczyć. To tyle w tym temacie.

ROZMAWIAŁ GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 108 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.