Retro Wywiad #9: Robert Kasperczyk

Jak wyglądał Hutnik Kraków 30 lat temu? Dlaczego nie wyjechał za granicę? Czemu posiadał „blokadę” na osobę Kazimierza Deyny? Zapraszamy na rozmowę z byłym piłkarzem i trenerem Hutnika Kraków oraz osobą, która wprowadziła Podbeskidzie do Ekstraklasy – Robertem Kasperczykiem. 

Pańska przygoda z piłką nożną zaczęła się w Hutniku Kraków, mógłby Pan opowiedzieć o swoich początkach?

Oj, kiedy to było. Klub Sportowy Hutnik Kraków raz w roku organizował tak zwane „dzikie turnieje” i zapraszano drużyny z całej dzielnicy. Jak wiadomo nie było wtedy komórek oraz internetu, więc informacje ukazywały się w tradycyjnych środkach przekazu, jakimi były gazety. Na te ogłoszenia odpowiadało bardzo dużo osiedlowych zespołów, a ja w tym brałem udział. Sami zorganizowaliśmy sobie ekipę, a trenerzy, którzy byli wówczas w Hutniku, wyławiali najlepszych zawodników. I tak zauważono również mnie. Ktoś po kilku minutach gry dostrzegł tę „iskrę Bożą”, no i mnie zapisał. Później była zdecydowanie węższa grupa wyselekcjonowana do treningów. Zaczynałem w piątej klasie podstawówki, dzisiaj dzieci zaczynają już od zerówek. Nie pamiętam pierwszej bramki i meczu, to na pewno było w trampkarzach, w jakimś meczu ligowym. Nie ukrywam, że tych zdobyczy bramkowych było sporo, byłem wtedy z przodu, graliśmy wówczas takie klasyczne 4-3-3, z takim forstoperem.

Każdy z nas miał w dzieciństwie idola piłkarskiego. Kogo Pan uwielbiał?

Moim idolem od zawsze był Marco van Basten. Gdy ukazały się kilka lat później nagrania szkoleniowe dotyczące jego bramek, to zakochaliśmy się do końca w tym kompletnym napastniku.

W dzieciństwie kibicowaliśmy polskim zawodnikom typu Lato czy Szarmach. Nigdy nie byłem fanem Deyny, posiadałem jakąś blokadę, a przecież to był wielki piłkarz. Może dlatego to tak wyglądało, bo grałem w ataku i wolałem po prostu napastników.

W 1985 roku zdobył Pan tytuł mistrza polski juniorów, czy ktoś z tamtej ekipy wybił się w seniorskim futbolu?

Cudowna drużyna, z wieloma zawodnikami do dzisiaj mam kontakt. Jeden z nas już nie żyje. Co pewien czas organizowaliśmy takie turnieje jubileuszowe i spotykaliśmy się już z brzuszkami na festynach czy meczach okolicznościowych. Kto się wybił? W tamtym czasie w Ekstraklasie grał Waldek Góra, był zawodnikiem Legii, zaliczył tam parę występów. Jeszcze Artek Tyrka no i moja skromna osoba. Natomiast było też kilku zawodników, którzy grali na poziomie drugiej, dzisiaj pierwszej ligi. To nie była ekipa zmarnowanych talentów, kilku z nas liznęło tej zawodowej piłki.

W czasie odbywania służby wojskowej grał Pan w Błękitnych Kielce, jak wyglądał tamten okres?

Jakoś nie miałem szczęścia, nawet później w trenerce do klubów, które były dobrze zorganizowane. W Błękitnych też nie było różowo, żyliśmy z dnia na dzień, ale właśnie tam gdzie nie ma pieniążków, to jest taka rodzinna atmosfera, pomaga się sobie wzajemnie. To była bardzo dobra drużyna. Szczególnie w pierwszym półroczu, kiedy walczyliśmy z Siarką Tarnobrzeg, w której grał dzisiejszy trener Cracovii, Jacek Zieliński. Z tamtej drużyny w Ekstraklasie grało kilku zawodników, między innymi Marek Graba, Wojtek Ozimek, Krzysiek Dziubel. To była ekipa fajnych ludzi. My wywalczyliśmy awans do drugiej ligi. Pamiętam jak dziś, pierwsze pół roku w jesieni od 1990 roku byłem zawodnikiem Błękitnych, bo kończyła mi się służba w październiku, to już nie grałem. Po pół roku, kiedy świętowano awans do 2 ligi z Błękitnymi, to przekazem pocztowym do domu przyszły mi pieniądze za awans. Wróciłem potem do Ekstraklasowego Hutnika Kraków, a przecież odchodziłem z niego, gdy grał na zapleczu.

Po powrocie z wojska, przez kolejne dwa lata reprezentował Pan barwy Hutnika, dlaczego tak krótko?

Prosta przyczyna. Medycyna wówczas nie stała na takim wysokim poziomie. Myślę, że dzisiaj nie miałbym problemu z kontynuowaniem przygody piłkarskiej. Zaczynałem wówczas pukać do drzwi pierwszej jedenastki. Najpierw zadebiutowałem u trenera Władysława Łacha, u którego grałem zaraz po powrocie z Kielc. Udało mi się wtedy zdobyć dwie bramki na Motorze Lublin. Potem odnowiły się problemy, miałem je od zawsze, mianowicie z odcinkiem lędźwiowym kręgosłupa, z dolną częścią pleców. Wtedy jedynym ratunkiem była przerwa w treningach. Miałem nawet 3-4 miesiące absencji. To nie było jak teraz, że kładzie się chłopa na stół, operuje się, ludzie żyją, grają i nie ma żadnego problemu. Wtedy nikt nie chciał podjąć się takiego ryzyka. Te bóle narastały w momencie, gdy były coraz większe obciążenia.

Później trenerem został Pan Krzysztof Buliński, który słynął z tego, że reprezentował tak zwaną szkołę „Napoleona”, czyli nieżyjącego trenera Leszka Jezierskiego. Wcześniej był jego asystentem, a później kultywował jego metody przygotowania motorycznego. Jakoś mi się udało przeżyć tę ciężką szkołę. Człowiek zaczął cieszyć gra u boku Mirka Waligóry, Marka Koźmińskiego, który później poszedł do Włoch czy Kazia Węgrzyna. Ekipa ciągle się osłabiała, co roku ktoś odchodził do lepszego klubu. Ja byłem zdany na własny kręgosłup, na los. Przerwy były już coraz dłuższe. Aż wreszcie ówczesny sztab medyczny w 1992 roku po meczu z ŁKSem podpowiedział mi, żebym nie ryzykował, że grozi to wózkiem inwalidzkim. W wieku 25 lat otrzymałem informacje, że na poziomie profesjonalnym nie będę grał w piłkę. Później chodziłem jeszcze na zabiegi, które były w cudzysłowie po to, żeby mnie wyprostować i żebym mógł normalnie funkcjonować, jako osoba, która zajmuje się wszystkim, prócz uprawiania sportu. Nie było odwrotu.

Co Pan wtedy czuł?

Nie da się opisać tego, co wtedy człowiek czuje, kiedy życie staje otworem, zaczyna sobie planować. W wieku 25 lat, kiedy poważnie myślisz o życiu, no niestety, ktoś nożyczkami to przecina. Kontuzja ta nie była pokłosiem żadnego faulu, po prostu to się nasilało już od lat. Wydaje mi się, że moja specyficzna struktura somatyczna. Byłem bardzo szczupły i aparat mięśniowy nie był zbyt dobrze obudowany. Nie miałem wtedy specjalistów od gimnastyki korekcyjnej, myślę, że wiele można było zrobić przy takich ćwiczeniach. Dużo sobie wyrzucam, może to miało wpływ. Mianowicie przed trenerami ukrywałem te bóle. Trener myślał „co ten Kasper tak dziwnie biega?”, a ja walczyłem po prostu z bólem. W końcówce mojej przygody na boiskach Ekstraklasowych otrzymałem propozycje gry za granicą, to był czas, gdy Mirek Waligóra wyjeżdżał do Belgii. Razem mieliśmy tego samego menadżera, razem podjęliśmy decyzje, że wyjedziemy. Ale tak się stało, że ze względu na kontuzję ja zostałem.

 

To nie koniec tekstu. Wybierz poniżej kolejną stronę, aby czytać dalej

Strona: 1 2

Mariusz Zięba
O Mariusz Zięba 71 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.