Wojciech Kowalczyk – kowal własnego losu

21 czerwca 2008 roku. Rosjanie sensacyjnie pokonali 3-1 po dogrywce reprezentację faworyzowanej Holandii w ćwierćfinale Euro. W studiu Polsatu mniej więcej taka sama euforia jakby to Polacy ograli ,,Pomarańczowych”. Zbigniew Boniek zaczyna śpiewać po rosyjsku. Mateusz Borek, Marek Koźmiński i Wojciech Kowalczyk dołączają do obecnego prezesa PZPN. Czujny Borek pozdrawia swoją nauczycielkę rosyjskiego z nazwiska i prosi o to samo swoich gości. Jako ostatni ma pozdrawiać Kowalczyk.

– A Ty, Wojtek? – pyta zniecierpliwiony milczeniem ,,Kowala” dziennikarz.

– A ja nie pamiętam… – odpowiada Kowalczyk. Salwy śmiechu podobne do tych, gdy Roman Kołtoń analizował skład Polaków przed towarzyskim meczem z Gruzją. Wojciech Kowalczyk miał wówczas problem z przypomnieniem sobie nazwiska nauczycielki. Wielu kibiców piłki nożnej w Polsce, szczególnie tych młodszych ma problem z przypomnieniem sobie, co osiągnął popularny ,,Kowal”, skoro tak chętnie jest proszony o wywiady, a na dodatek to właśnie on, a nie Tomasz Hajto czy Piotr Świerczewski jest stałym bywalcem programu ,,Cafe Futbol”.

Załatać dziurę po Łatce

Wojciech Kowalczyk kibicom po raz pierwszy dał się poznać 20 marca 1991 roku, kiedy to wystąpił na Stadio Ligi Ferraris w Genui w rewanżowym ćwierćfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Pierwszy mecz Legia Warszawa wygrała na własnym boisku 1-0 po golu Dariusza Czykiera. W tym spotkaniu Kowalczyk również zagrał, jednak furorę zrobił w rewanżu. Zastępując kontuzjowanego Andrzeja Łatkę, strzelił dwa gole. Po 144 minutach dwumeczu Legia prowadziła z jedną z najlepszych włoskich drużyn 3-0 i było wiadomo, że zagra w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Roberto Mancini i Gianluca Vialli zdołali doprowadzić do remisu. Sampdorię na więcej stać nie było, choć po czerwonej kartce dla Macieja Szczęsnego przez kilka minut bramki ,,Wojskowych” strzegł… Marek Jóźwiak.

,,Kowal” zawsze błyskawicznie zyskiwał uznanie szatni. Po tym, jak wywalczył miejsce w podstawowym składzie Legii Warszawa i strzelał gole w europejskich pucharach takim firmom jak Sampdoria Genua czy Manchester United było wiadomo, że prędzej czy później trafi do reprezentacji. W dorosłej niczego wielkiego nie osiągnął tak jak i sama drużyna. Mistrzostwa świata czy Europy były dla naszej reprezentacji w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia tym, czym obecnie dla polskich klubów jest faza grupowa Ligi Mistrzów. Z kolei w reprezentacji olimpijskiej grał pierwsze skrzypce i wraz z kolegami zdobył ostatni medal w sportach zespołowych. Do zespołu prowadzonego przez Janusza Wójcika wdarł się przebojem, tak jak przebojem wdarł się do jedenastki Legii. Konkurencję do gry w ataku olimpijskiej ekipy miał mocną. Do Barcelony pojechali Kowalczyk, Mirosław Waligóra, Andrzej Juskowiak i Grzegorz Mielcarski. Waligóra sezon 1991/1992 skończył z mianem najlepszego strzelca ligi polskiej (dwadzieścia goli zdobytych dla Hutnika Kraków). ,,Jusko” królem strzelców ligi był już dwa lata wcześniej. Jako nastolatek zdobył osiemnaście goli w barwach Lecha Poznań, a ponadto przymierzał się do transferu do Sportingu Lizbona. Mielcarski natomiast wielu goli nie strzelał, ale na boisku był bardzo zawzięty, czasami aż za bardzo. ,,Kowal” także nigdy nie był łowcą bramek. Zazwyczaj swoją ruchliwością i zwinnością wypracowywał sytuacje i miejsce kolegom. Ciężko w to uwierzyć, gdy dzisiaj w studiu telewizyjnym widzi się otyłego, krótko ostrzyżonego mężczyznę, któremu widzowie i internauci zarzucają spożywanie alkoholu w noc przed występem w ,,Cafe Futbol”.

Wojciech Kowalczyk
Kowalczyk oraz Jerzy Brzęczek.   Zdjęcie: Marek Żochowski

Wójcik podjął decyzję, że za strzelanie goli w jego drużynie odpowiedzialni będą Kowalczyk i Juskowiak. Na korzyść tej pary przemawiało boiskowe zrozumienie. W swojej książce urodzony w 1972 roku napastnik chwalił Juskowiaka jako piłkarza i dziwił się, że ten po igrzyskach nie wyjechał do ligi lepszej niż portugalska. Wybór ,,Wójta” okazał się być trafiony. W fazie grupowej Polska wygrała dwa mecze (z Kuwejtem 2-0 i Włochami 3-0), a jeden zremisowała (2-2 z USA). Juskowiak miał na koncie cztery gole. Trafił nawet rezerwowy Mielcarski. Kowalczyk pracował dla drużyny, w tym głównie dla ,,Jusko”. Przełamał się w ćwierćfinale z Katarem, kiedy to on i Marcin Jałocha trafiali do siatki. Duet Kowalczyk – Juskowiak prawdziwy popis dał w półfinale z Australią. Bohater tekstu zdobył dwie, zaś były piłkarz ,,Kolejorza” trzy bramki. Cały zespół zagrał doskonale. 6-1. Druga połowa wygrana 4-0.

8 sierpnia 1992 Polska zmierzyła się w finale olimpijskiego turnieju z gospodarzami. Na trybunach król Hiszpanii. Kowalczyk w pierwszej połowie zmarnował jedną wyśmienitą sytuację. Drugi raz już się nie pomylił i w 44 minucie decydującego meczu uciszył Camp Nou. W 65 i 72 minucie goli dla Hiszpanii strzelali Abelardo i Kiko. Gospodarze z prowadzenia cieszyli się raptem cztery minuty, bowiem Polakom wyrównanie dał piłkarz z fryzurą inspirowaną graczami z Czechosłowacji, czyli Ryszard Staniek. Kiedy wydawało się, że o tym, komu przyznane zostaną złote medale, zdecyduje dogrywka, Kiko po raz drugi pokonał Aleksandra Kłaka. Na szyjach polskich zawodników zawisły srebrne krążki. Andrzej Juskowiak z siedmioma bramkami został królem strzelców turnieju. Cztery gole Kowalczyka pozwoliły zająć mu czwartą lokatę w tej klasyfikacji.

Następca Ronaldo

Doskonałe występy ,,Kowala” na hiszpańskich igrzyskach nie umknęły uwadze tamtejszych klubów. Na dodatek dla Kowalczyka polska liga robiła się za ciasna. Nadal nie strzelał goli seriami (jedyny sezon, w którym strzelił ponad dwadzieścia bramek w sezonie to kampania 2001/2002, kiedy to medalista olimpijski zdobywał koronę króla strzelców ligi cypryjskiej w barwach Anorthosisu), jednak grał lepiej niż inni. W dodatku Legia potrzebowała pieniędzy, więc w 1994 roku sprzedała go za niespełna dwa miliony dolarów do Betisu. Tam grywał z takimi piłkarzami jak Robert Jarni czy Denilson. Trenował go między innymi późniejszy mistrz Europy z reprezentacją Hiszpanii Luis Aragonés. Oszałamiającej kariery Kowalczyk w Hiszpanii nie zrobił, choć w debiutanckim sezonie zajął wraz z klubem trzecie miejsce w lidze, wyprzedzając na przykład Barcelonę. Kowalczyka chciało mieć u siebie PSV Eindhoven. Chłopak z Bródna miał zastąpić w Holandii samego Ronaldo, który miał powędrować w odwrotnym kierunku-do Hiszpanii. Niestety, w 1995 roku podczas meczu z Meridą, brutalny faul rywala poskutkował złamaniem nogi. Kilka miesięcy później ,,Polaco”, jak nazywano go w Sewilli, wrócił do grania, jednak imały go się kolejne, drobne urazy uniemożliwiające powrót do pełni formy. Po tym, jak jesienią 1997 roku nie zagrał ani jednego meczu dla Betisu, przeniósł się do Las Palmas. Oznaczało to sportową degradację dla ,,Kowala”, jednak on od zawsze powtarzał, że lubił grać tam, gdzie jest ciepło. Wyspy Kanaryjskie wydawały się idealnym miejscem dla napastnika.

PO jak Hitler

W Las Palmas Kowalczyk nie zasłynął ze świetnej gry, ale z tego, że jego płomienna wypowiedź na konferencji prasowej doprowadziła do zwolnienia trenera. Poniżej fragment biografii Wojciecha Kowalczyka:

  – Dlaczego gracie tak słabo? Czy pana zdaniem są szanse na awans do pierwszej ligi? – padło pytanie z sali. – Dobrze, że pan pyta. Otóż chciałem powiedzieć, że tak słabego trenera nie spotkałem w całej swojej karierze – oświadczyłem w pierwszym zdaniu. Dziennikarze w szoku, ale notują, aby nie stracić żadnego słowa. – To przez niego straciliśmy szansę na bezpośredni awans – kontynuowałem. – Tylko i wyłącznie przez jego niedokształcenie i głupotę. On zniweczył cały nasz wysiłek. Cały czas nie mogę zrozumieć, jak prezes mógł dać komuś takiemu pracę. Nie można kazać profesjonalnym piłkarzom pracować z takim amatorem. – Co pan mówi? Przecież będzie miał pan problemy po takich słowach! – Wiem, że będę miał, ale nie mogę ciągle milczeć. Do końca pozostało pięć czy sześć kolejek, jest szansa, że chociaż zagramy w barażach. Jeśli do tego czasu zmieni się szkoleniowiec, przy tych piłkarzach wciąż istniałaby szansa, że uda się coś wygrać, awansować. Gdybym nic nie powiedział, to już moglibyśmy kończyć rozgrywki.

Kolejnych wybuch Polaka sprawił, że on sam pożegnał się z klubem. Strzelec tysięcznego gola dla reprezentacji (10 lutego 1999 roku w towarzyskiej potyczce z Finlandią) zaszył się na Bródnie. Od nikogo nie odbierał telefonów. Wiele lat później Paweł Zarzeczny w programie ,,Fun Raport” żartował, że ,,Kowal” odbiera telefon raz na pół roku. Ślad po Kowalczyku zaginął. Wydawało się, że jeden z najbardziej utalentowanych polskich graczy lat dziewięćdziesiątych zakończy karierę zaledwie w wieku 27 lat. Tajemnicze, niespodziewane zniknięcia zdarzały się napastnikowi również później; w czasach, gdy nie zarabiał na życie kopaniem piłki, lecz komentowaniem tego, jak kopią inni. W pewnym momencie Kowalczyk przez miesiąc nie pojawiał się w programie ,,Cafe Futbol”. Kiedy wydawało się, że Marian Kmita zakończy współpracę z piłkarzem roku 1992 według tygodnika ,,Piłka Nożna”, Kowalczyk powrócił do telewizji. Kmita wybaczył mu kilka innych występków, jak na przykład zamieszczenie tweeta porównującego rządy Platformy Obywatelskiej do hitleryzmu. Szef Polsatu Sport wyciągał ,,Polaco” z tarapatów po zakończeniu kariery zawodniczej. To on wymyślił Kowalczyka w roli eksperta telewizyjnego. Zadebiutował przy okazji mundialu w Niemczech. Już tam pokazał, jak wiele ciekawych cytatów wypłynie z jego ust później. O reprezentacji Arabii Saudyjskiej powiedział, że jej nie zna, a jedynego obywatela tego kraju, jakie zna to ,,bin Laden z telewizji”. W jednym z pierwszych odcinków CF (rok 2008) przypodobać napastnikowi chciał się Michał Listkiewicz, mówiąc, że przy mizerii polskich napastników nawet wyprowadzony ze studia Kowalczyk strzeliłby bramkę, a dopiero po piątym meczu miałby problemy z kondycją. ,,Kowal” w swoim stylu odparł, że miałby problemy, ale w piątej…minucie. W czasie Euro 2008 obiecał, że w razie końcowego triumfu Hiszpanii wskoczy do basenu znajdującego się przy studiu Polsatu. Słowa niestety nie dotrzymał. Kowalczyka po dziś dzień kibice i internauci krytykują za wiele opinii jak tę o ,,gwałcie Celtiku na Legii” czy o Grzegorzu Krychowiaku siedzącym na trybunach w Sewilli. Niestety niewielu jednak pamięta, że jeszcze przed wylosowaniem ,,grupy marzeń” na Euro 2012, ekspert Polsatu obwieścił odpadnięcie reprezentacji Franciszka Smudy już w fazie grupowej, tłumacząc, że ,,Franz” od zawsze przesadzał z obciążeniami dla prowadzonych przez siebie zespołów. Także za czasów Smudy w roli selekcjonera Kowalczyk optował za grą dwoma napastnikami. Chwalony za ten manewr taktyczny Adam Nawałka nie trenował wówczas Lewandowskiego, Krychowiaka i Piszczka w reprezentacji, lecz Zahorskiego, Wodeckiego i Dancha w Górniku Zabrze…

Tak jak Marian Kmita dawał kolejne szanse Kowalczykowi jako ekspertowi, tak bezgraniczne zaufanie do Kowalczyka piłkarza miał Janusz Wójcik. To on przywrócił piłkarza do gry, ściągając Kowalczyka do Anorthosisu, gdzie obaj zdobyli dwa puchary Cypru i mistrzostwo. Wójcik chciał go mieć w Śląsku Wrocław, ale ,,Polaco” pozostał wierny Legii. W końcu to ,,Wójt” powołał go do reprezentacji olimpijskiej.

Kowal wyznacza STANdardy

Bohater tekstu bardzo często unosił się honorem. Po tym, jak w 1993 roku PZPN odebrał Legii Warszawa mistrzostwo kraju, ,,Kowal” stwierdził, że rezygnuje z występów w kadrze. Jego drugi pobyt w Legii Warszawa zakończył się co prawda zdobyciem mistrzostwa Polski, jednak nie podobało mu się to, że były kolega z boiska Dariusz Kubicki kazał nazywać się ,,panem trenerem”. Z kolei po tym, jak w 2010 roku tygodnik ,,Piłka Nożna” wybrał odkryciem roku Macieja Jankowskiego (wspólnie z Grzegorzem Sandomierskim), współpracujący z weszlo.com ,,Kowal” postanowił zrzec się nagrody dla odkrycia roku (1991) i piłkarza roku (1992) przyznane mu przez gazetę. Przyczyną decyzji Kowalczyka był fakt, że o futbolowe interesy Jankowskiego dbał właściciel tygodnika Marek Profus.

Wojciech Kowalczyk
Kowalczyk podczas swojego drugiego podejścia do Legii.   Zdjęcie:  Tomasz Markowski /Newspix.pl

Można mieć wątpliwości czy Wojciech Kowalczyk był piłkarzem dobrym czy ,,tylko” niezłym. Można się spierać czy ,,Kowal” to chłodno patrzący ekspert piłkarski z ciętym językiem czy może tylko zajadły i nieobiektywny krytyk. Pewne jest natomiast to, że biografia Wojciecha Kowalczyka ,,Kowal: Prawdziwa historia” dała początek mody na spisywanie wspomnień sportowców. Kowalczyk i współpracujący z nim Krzysztof Stanowski wyznaczyli w Polsce nowe trendy. Napisali książkę w angielskim stylu, gdzie wspominki z meczów są tylko dodatkiem do anegdot, wspomnień o nocnym życiu zawodników i złośliwych sądów na temat kolegów z boiska. Czytając ,,Prawdziwą historię” możemy poznać, w jakim aspekcie Jarosław Bako przypomina czarnoskórych mężczyzn i kto pytał, czy może ,,pobiegać z piłeczką po skrzydełku”. Dziś takich pozycji w polskiej literaturze sportowej jest coraz więcej. Niektóry jak Grzegorz Szamotulski stawiają na humor, natomiast Andrzej Iwan czy Igor Sypniewski odsłonili mroczną stronę życia z milionami na koncie i uwielbieniem tłumu. O książce ,,Kuba” mówi się głównie w kontekście rodzinnej tragedii Błaszczykowskiego, a nie jego bogatej kariery zawodniczej. Wojciech Kowalczyk był jednak pierwszy, ponieważ nigdy nie zastanawiał się, czy coś powiedzieć. On po prostu to mówił. Mówił to, co chciał i robił to, co chciał. W jednym z odcinków wielokrotnie wspominanego w tym tekście ,,Cafe Futbol” Mateusz Borek zapytał Kowalczyka, czy gdyby jako piłkarz prowadził odrobinę lepiej to czy w pełni wykorzystałby swój olbrzymi potencjał. ,,Kowal” odparł, że w ówczesnej Legii nie dało się dobrze prowadzić. Polski futbol może i stracił talent na miarę Zbigniewa Bońka czy Włodzimierza Lubańskiego, jednak zyskał historię na miarę Hollywood. Może i taki film mógłby powstać? Pytanie – czy chce tego sam zainteresowany? I jeszcze jedno – czy łaskawie zechce odebrać telefon od producenta?

SEBASTIAN CHROSTOWSKI

Sebastian Chrostowski
O Sebastian Chrostowski 47 artykułów
Sympatyk wszystkich potężnych klubów zbudowanych za pieniądze obrzydliwie bogatych właścicieli, futbolowych zdrajców i czarnych charakterów. Ktoś musi ich lubić. Ma słabość do piłki nożnej lat 50. i 60. minionego stulecia. Oprócz futbolu uwielbia filmy o przygodach Jamesa Bonda i muzykę Lany Del Rey.