Jak porywano Jacka Dembińskiego?

Zdjęcie główne: lechpoznan.pl

W polskiej rzeczywistości przeprowadzanie transferów było czasem niezwykle skomplikowane, o czym świadczy opisany przez nas niedawno przypadek Marcina Kuźby. Jednak wcześniej szlak transferowego absurdu przetarł inny znany napastnik – Jacek Dembiński. Napastnik Lecha w 1995 roku miał przenieść się z Lecha Poznań do Lausanne Sports i ta sztuka mu się częściowo udała, bo w Szwajcarii grał przez pięć miesięcy, ale jak tego osiągnął… to już wyższa szkoła jazdy.

Jacek Dembiński w 1995 roku uchodził za czołowego snajpera polskiej ekstraklasy. 26-latek miał już na swoim koncie dwa tytuły mistrzowskie, a także był najskuteczniejszym napastnikiem Lecha Poznań w dwóch poprzednich sezonach. Zdobycie kolejno 12 i 15 bramek zaowocowało powołaniem do reprezentacji Polski i występami w meczach z Arabią Saudyjską, Litwą oraz Brazylią. Jednym zdaniem „Dembina” stał się łakomym kąskiem na rynku transferowym. Zainteresowanie jego osobą było spore, ponieważ Lech miał w tamtym okresie poważne problemy finansowe. Klub przeobrażał się wówczas z Kolejowego Klubu Sportowego na Poznański Klub Piłkarski i niektórzy próbowali tę sytuację wykorzystać. Sam Dembiński już od dłuższego czasu myślał o zmianie barw klubowych, lecz jak do tej pory nie udało mu się znaleźć zatrudnienia na zachodzie, choć podobno w 1993 roku był bliski gry w duńskim Broendby IF.

Kiedy kontrakt z KKS wygasał, piłkarz zdecydował się na szybkie znalezienie osoby, która pomoże mu zmienić klub. Wybór padł na szczecińskiego biznesmena, Tomasza Kubikowskiego, który co prawda nie posiadał licencji menedżerskiej, ale nie przeszkadzało mu to w wytransferowaniu np. Dariusza Szuberta do Niemiec. Dembiński mu zaufał, a ten odwdzięczył się ciężką i skuteczną pracą. Natychmiast udał się do Szwajcarii, gdzie spotkał się z prezesem Lausanne Sports. Klub chętnie przystał na propozycje pozyskania kolejnego napastnika, szczególnie że zgodnie z informacjami, jakie podał Kubikowski, pozostawał on wolnym zawodnikiem i nie trzeba było płacić kwoty odstępnego. Dembiński otrzymał solidny kontrakt, wynajęto mu mieszkanie oraz przydzielono służbowy samochód. Dosłownie spełnienie marzeń! Jednak kiedy wszystko zostało już zapięte na ostatni guzik, okazało się, że główny bohater zapomniał o dwóch rzeczach.

Po pierwsze kontrakt Dembińskiego z KKS rzeczywiście wygasał, ale PKP zawarł umowę, zgodnie z którą piłkarz miał pozostać piłkarzem Lecha do czerwca 1996 roku. Po drugie „Dembina” kilka lat wcześniej udzielił pełnomocnictwo transferowe Jerzemu Kopie. Tak więc ani domniemany menedżer nie miał prawa reprezentować piłkarza, ani sam piłkarz nie mógł samowolnie udać się na rozmowy z Lausanne. Kiedy władze klubu z ulicy Bułgarskiej dowiedziały się o poczynaniach reprezentanta Polski, wysłały pismo do Szwajcarów, w którym domagali się kwoty odstępnego w wysokości miliona franków szwajcarskich. Działacze z Lozanny oczywiście zbagatelizowali sprawę i zwrócili się do FIFA z prośbą o jej wyjaśnienie.

FIFA zezwoliła na występy Dembińskiego w Lausanne przez okres trzech miesięcy. W tym czasie kluby miały dojść do porozumienia w sprawie kwoty odstępnego. Jednak Lech ani na chwilę nie złożył broni, i wciąż walczył o powrót piłkarza, lub o kwotę, która usatysfakcjonowałaby władze „Kolejorza”. W efekcie Dembiński udał się na urlop, podczas którego spotkał się z ówczesnym prezesem Lecha, Ryszardem Dolatą. Według niepotwierdzonych doniesień głównym tematem były konsekwencje samowolnego wyjazdu piłkarza i ewentualna kara dyskwalifikacji. Piłkarz najwyraźniej wziął sobie te słowa do serca, bo po powrocie do Lozanny zagrał w jednym spotkaniu i… ślad po nim zaginął.

Piłkarza nie było w klubie około 20 dni. Po tym czasie wrócił do Lausanne, bo bał się kolejnej dyskwalifikacji, którą straszyli go działacze szwajcarskiego klubu. Twierdzili oni nawet, że piłkarz został porwany przez Lecha Poznań!

FIFA w końcu wyznaczyła cenę za zawodnika, która miała wynosić 600 tysięcy franków szwajcarskich w przypadku transferu definitywnego i 60 tysięcy w razie wypożyczenia. Jednak działacze z Lozanny nie zamierzali płacić kwoty odstępnego i wymyślili sposób na pozbycie się zagubionego piłkarza. Otóż pewnego dnia Dembiński zapomniał zapłacić rachunku za zakupy w supermarkecie. Z miejsca zrobiono z tego ogromną aferę, w której piłkarza nazwano złodziejem! To był pretekst do pozbycia się „Dembiny” .

– Działacze Lausanne Sports po prostu nie chcieli za mnie płacić Lechowi ustalonej przez FIFA kwoty 600 tysięcy franków. Wykorzystali więc moje roztargnienie i sprawę nagłośnili. Przekonali kibiców, że jestem intruzem. – mówił bohater całej sytuacji w rozmowie z tygodnikiem Piłka Nożna.

Manewry Dembińskiego nie przyniosły żadnych korzyści. Wręcz przeciwnie, w pewnym momencie piłkarzowi groziła dyskwalifikacja, o którą miały się ubiegać zarówno Lech, jak i Lausanne. Trudno za to całe zamieszanie winić samego piłkarza, który zapewne nie do końca zdawał sobie sprawę z faktu z sytuacji kontraktowej i zaufał niewłaściwym ludziom. – Wiele spraw zdążyłem przemyśleć. Kiedyś na zgrupowaniach kadry kręcili się wokół mnie różni dobrzy wujkowie. Obiecywali złote góry. Ostatnio w jednej z gazet przeczytałem, że podobno miałem nawet od nich brać po 1000 franków szwajcarskich zaliczki na konto przyszłego transferu. Większej bzdury pańscy koledzy [dziennikarze – przyp. Red.] wymyślić nie mogli!. Dzisiaj już nie mam żadnego menedżera. Gdy będę kogoś z tej branży potrzebował, zwrócę się do człowieka z licencją FIFA. – mówił Dembiński w rozmowie z Dariuszem Łuszczyną dla „PN”.

 

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 99 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.