Arrigo Sacchi i pochwała futbolu zespołowego

Na piłkarskim szczycie pojawił się znikąd i spędził na nim zaledwie parę lat, ale odcisnął na grze ogromne piętno. Stanął na czele Milanu, nie mając za sobą ani kariery profesjonalnego zawodnika, ani bogatego CV trenerskiego, a mimo to położył fundamenty pod wielkie sukcesy mediolańczyków na przełomie wieków. Nie da się opowiadać historii futbolu bez niego – oto Arrigo Sacchi.

Sprzedawca butów

Od zawsze był zwolennikiem ofensywnego stylu gry, co w ojczyźnie catenaccio uchodziło niemal za herezję. Czy można oczekiwać czegoś innego od człowieka, który jako dziecko mógł oglądać w akcji legendarny Budapest Honvéd, gdzie występowali Ferenc Puskás, Sándor Kocsis oraz József Bozsik? Efektownie grający i prujący ciągle do przodu Real Madryt z lat 50. także miał niemały wpływ na ukształtowanie się trenerskiej filozofii Arrigo Sacchiego. Choć sam nigdy nie miał najmniejszych szans na karierę piłkarską, to potrafił rozpoznać wybitny futbol, kiedy ten stawał mu przed oczami i fascynował go przez kolejne etapy życia:

Gdy byłem małym chłopcem, wprost kochałem Honvéd, potem Real Madryt, następnie Brazylię i wszystkie inne świetne drużyny. Jednakże dopiero w latach 70., gdy zobaczyłem jak gra ówczesny skład Holandii, zaparło mi dech w piersiach. Stanowili dla mnie zagadkę. Ekran telewizora był za mały; musiałbym chyba obserwować całe boisko, żeby zrozumieć i w pełni docenić ich strategię.

Powiedzieć, że jego droga do wielkiego piłkarskiego świata zaczęła się w małej miejscowości, to jak nie powiedzieć nic. Arrigo urodził się 1 kwietnia 1946 roku w liczącym jakieś siedem tysięcy Fusignano, leżącym w rejonie Ravenny. Większą część swojej młodości spędził w sklepie ojca, gdzie zajmował się sprzedażą obuwia. To zajęcie dało mu jednak możliwość zobaczenia kawałka Europy, po której podróżował wraz z Sacchim seniorem w sprawach służbowych. Dzięki nim mógł podejrzeć kultury innych krajów i spojrzeć na futbol z innej perspektywy niż włoska.

Natura nie obdarzyła Arrigo piłkarskim talentem – nie miał nawet wystarczających umiejętności, aby reprezentować barwy miejscowego klubiku o nazwie Baracca Lugo. Nie dał jednak za wygraną i dostał się do drużyny w inny sposób… został po prostu jej trenerem. Dla zaledwie dwudziestosześcioletniego człowieka niemałym wyzwaniem było zapanowanie nad szatnią, w której siedzieli zawodnicy o wiele starsi od niego:

Mój bramkarz miał trzydzieści dziewięć lat, a środkowy napastnik trzydzieści dwa. Musiałem ich jakoś do siebie przekonać.

Początek drogi

Jego drugim zespołem w trenerskiej przygodzie była Bellaria. W 1979 roku przeniósł się do drugoligowej Ceseny, gdzie został zatrudniony w drużynie młodzieżowej. To właśnie w tym miejscu podjął decyzję, aby związać swoje życie z futbolem już na stałe. Do tej pory rolę szkoleniowca łączył z pracą w sklepie ojca, gdzie w ciągu miesiąca zarabiał mniej więcej tyle, ile przez rok na ławce trenerskiej. Jak sam zaznacza, pieniądze nigdy nie były dla niego najważniejsze, a działalność w piłce dawała mu poczucie wolności. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę – nie miał żadnej gwarancji sukcesu, tym bardziej ze względu na brak przeszłości zawodniczej, co w tamtych czasach działało raczej na jego niekorzyść. Na całe szczęście Sacchi podjął ryzyko.

Sacchi na czele zespołu Ceseny.

Kolejna propozycja zatrudnienia nadeszła z Rimini, występującego wówczas w Serie C1. Niewiele zabrakło, a drużyna pod wodzą Arrigo prawie zwyciężyłaby w lidze. To sprawiło, że szkoleniowcem w końcu zainteresował się klub z najwyższej klasy rozgrywkowej, czyli z Serie A. Tym sposobem trafił do Fiorentiny, gdzie znowu powierzono mu funkcję trenera młodzieży. Juniorzy Violi pod jego wodzą spisywali się bardzo dobrze. On sam wprowadzał do ich gry m.in. krycie strefowe, z którego będzie później tak znany. Efektowny styl gry juniorów sprawił, że znów zgłosił się po niego seniorski klub – tym razem była to występująca w Serie C1 Parma, która w Sacchim ujrzała niepowtarzalną szansę na powrót do włoskiej ekstraklasy. Arrigo z kolei dostał tam szansę pokazania się szerszemu gronu piłkarskich odbiorców.

W Parmie Arrigo znów musiał przekonywać dorosłych piłkarzy do nowego stylu gry – jego stylu. Włoch natychmiast wdrożył do drużyny swoją filozofię uniwersalizmu, w ramach której oczekiwał, że każdy jego podopieczny będzie czuł się komfortowo na kilku pozycjach na boisku. Take same założenia wpajał już podopiecznym w Fiorentinie i Rimini, gdzie rotacja w czasie gry była codziennością. Na stadionie Ennio Tardini jeszcze większy nacisk kładł na pressing, a także na efektywne utrzymywanie się przy piłce. Mimo że drużyny Sacchiego zawsze cechowały się grą ofensywną, to on sam również bardzo dbał o defensywę – w swoim pierwszym sezonie za sterami Parmy, wywalczył z klubem awans do Serie B, tracąc po drodze zaledwie 14 goli w lidze.

Łamanie schematów

Zdarzają się w piłce pojedyncze mecze, które decydują o późniejszej karierze zawodnika. Są też spotkania, które z perspektywy czasu odciskają piętno na historii danego klubu lub nawet całej dyscypliny. W przypadku Sacchiego należałoby wspomnieć właściwie o trzech pojedynkach, ale w każdym z nich przeciwnikiem była ta sama drużyna – AC Milan. Ekipa z San Siro w sezonie 1986/87 trzykrotnie mierzyła się z prowadzoną przez Włocha Parmą w Coppa Italia – i ani razu nie wygrała. Co więcej, Rossoneri nie zdobyli w tych zmaganiach ani jednego gola! Podopieczni Sacchiego najpierw pokonali bardziej utytułowanych rywali w fazie grupowej, gdzie zajęli pierwsze miejsce w tabeli, tracąc tylko skromną bramkę. Milan dostał szansę zrewanżowania się już w 1/8 finału tych rozgrywek, jednak Parma znów okazała się lepsza, tym razem w dwumeczu wygrywając 1:0.

Dla Silvio Berlusconiego był to wystarczający powód, aby sprowadzić Arrigo do swojego klubu. W tamtym sezonie Parmie zabrakło zaledwie trzech punktów, żeby awansować do Serie A, choć w lidze nie wygrali ani jednego spotkania na wyjeździe. Dodatkowo z Pucharu Włoch odpali już w następnej rundzie po porażce z Atalantą. Mimo to, ekscentryczny właściciel Milanu widział w młodym trenerze potencjał. Obaj mieli szczęście, że trafili na siebie we właściwym momencie – przez obu bowiem przemawiał duch rewolucyjny, który chciał przełamać schematy i odwrócić panujący na włoskim podwórku porządek. Dopiero w Mediolanie Sacchi mógł naprawdę odnieść wrażenie, że pochodzi „znikąd” – szatnia wypełniona była po brzegi takimi zawodnikami jak: Carlo Ancelotti, Ruud Gullit, Franco Baresi czy Marco van Basten. Jak stanąć przed piłkarzami europejskiej rangi i nauczać ich gry w piłkę, mając za sobą więcej lat doświadczeń w branży obuwniczej niż na ławce trenerskiej? Łatwo się domyślić, że Arrigo nie czuł strachu. Od razu wziął się do roboty.

Trzeba też jednak pamiętać, że Milan z lat 80. to nie był ten sam klub, który odnosił tyle sukcesów chociażby na początku XXI wieku. Przez Totonero, skandal związany z ustawianiem meczów, został zdegradowany w 1980 roku do Serie B. Do ekstraklasy wrócił dosłownie na sekundę, ponieważ w 1982 roku spadł ponownie do drugiej ligi. Kilkanaście miesięcy później wywalczyli awans do Serie A, z której już nigdzie wybierać się nie chcieli. W samym klubie nie działo się jednak za dobrze, głównie z powodów problemów finansowych. Aż w końcu w zimie 1986 roku zjawił się on, Silvio Berlusconi – uratował Milan od bankructwa, sprowadził paru znanych piłkarzy, a następnie posadził na ławce trenerskiej Sacchiego.

Brak kariery w roli zawodnika na pewno nie przysparzał Arrigo zwolenników w środowisku calcio. Wśród dziennikarzy zyskał niechlubny przydomek „Signor Nessuno”, czyli Pan Nikt. To właśnie przez odpowiadanie cały czas na te same zarzuty, włoski szkoleniowiec wydusił z siebie pewnego razu jedno z najsłynniejszych zdań w historii piłki nożnej:

Nie wiedziałem, że aby zostać dżokejem, najpierw musisz być koniem.

Ta błyskotliwa odpowiedź na docinki dziennikarzy dała Sacchiemu spokój na pewien czas. Prasa jednak była jednym problemem, a rozbujane ego jego podopiecznych – drugim. Po dwunastu latach musiał sprostować podobnemu wyzwaniu, przed jakim stanął na początku swojej drogi, jeszcze w malutkim Baracca Lugo. Trzeba przyznać, że pracę na San Siro zaczął od potężnego uderzenia – na pierwszym treningu miał powiedzieć swoim podopiecznym następujące słowa:

Może i jestem z Fusignano, ale czy wam udało się do tej pory cokolwiek wygrać?

A potem rozpoczęła się mediolańska rewolucja.

Siła kolektywu

Sacchi zamknął usta swoim krytykom już w swoim debiutanckim sezonie, w którym wywalczył mistrzowski tytuł – pierwszy dla Milanu od dziewięciu lat. W drodze po ligowy triumf jego podopieczni wyprzedzili m.in. Napoli, napędzane przez Diego Maradonę. Co prawda Rossoneri pod wodzą Arrigo tylko raz wygrali Serie A, jednak to, co najważniejsze dla trenera i klubu, wydarzyło się na europejskich salonach. Styl mediolańskiej ekipy prowadzonej przez Sacchiego był tak naprawdę połączeniem dwóch różnych filozofii – z jednej strony holenderski Futbol Totalny z lat 70., a z drugiej – najważniejsze założenia catenaccio prezentowanego przez Milan lat 60. I choć Rossoneri pod jego wodzą imponowali grą w defensywie, to tłumy kibiców pokochały ich przede wszystkim za efektowną grę ofensywną. Sam trener kiedyś stwierdził:

Kto chce się zapisać w historii futbolu, nie może skupiać się wyłącznie na zwycięstwie, lecz powinien też starać się zapewnić kibicom rozrywkę.

Jego spojrzenie na piłkę pokrywało się z wizją Berlusconiego, dlatego nic dziwnego, że ci dwaj panowie przypadli sobie do gustu. Arrigo wspomina:

Był wielkim pasjonatem, chciał, żeby futbol był grany w odpowiedni sposób. Lubiłem go, lubiłem jego energię i entuzjazm. Świetną rzeczą było to, że nie zadowalał się tylko zwycięstwem – chciał wszystkim pokazać, że można wygrywać, grając przy tym ładną piłkę.

Sacchi po latach przyznawał, że nie spotykał się ze specjalnym oporem ze strony drużyny w czasie wdrażania nowych metod treningowych i pomysłów taktycznych. Włoch był jednak wyznawcą futbolu zespołowego i zawsze podkreślał, że to drużyna jest najważniejsza, a nie pojedyncze indywidualności. W Mediolanie natomiast główne role odgrywały trzy holenderskie gwiazdy – do van Bastena i Gullita wkrótce dołączył Frank Rijkaard – oni wychowywali się w duchu tamtejszej piłkarskiej filozofii, promującej na boisku swobodę i kreatywność. Aby odnieść sukces, Sacchi musiał przede wszystkim ich przeciągnąć na swoją stronę.

Van Basten słuchający Sacchiego. Obaj panowie do końca jednak za sobą nie przepadali.

Jak tego dokonał? W dosyć prosty sposób udowodnił swoim podopiecznym, że dobrze zorganizowana drużyna bez problemów poradzi sobie z atakami przeciwników, nawet jeżeli tamci znajdują się w liczebnej przewadze. W czasie treningu podzielił zawodników na dwa zespoły. Bramkarz Giovanni Galli i czterech obrońców – Mauro Tassotti, Alessandro Costacurta, Franco Baresi oraz Paolo Maldini – stworzyło pierwszą ekipę. W drugiej drużynie, liczącej aż dziesięciu graczy, znaleźli się m.in: Angelo Colombo, Roberto Donadoni, Ancelotti, Rijkaard, Gullit i van Basten. Ta dziesiątka miała za zadanie zdobyć gola przeciwko broniącej się piątce. Jedynym utrudnieniem dla nich było to, że jeżeli stracili piłkę, to musieli konstruować akcję od początku, zaczynając dziesięć metrów za linią środkową. Przez kwadrans Galli ani razu nie wyciągnął piłki z siatki. Ani razu.

Uważano, że Sacchi gardził zawodnikami stawiającymi na solowe popisy. On zawsze przede wszystkim cenił piłkarzy, którzy w czasie gry cechowali się mądrością:

Wielu ludzi wierzy, że futbol to pole dla piłkarzy do wyrażania samych siebie. Ale to nie tak. Piłkarz musi umieć pokazać swoją osobowość w ramach parametrów ustalonych przez trenera. Z tego właśnie powodu szkoleniowiec musi mieć głowę pełną scenariuszy, narzędzi, zagrań i informacji. Powinien ich nagromadzić tyle, ile tylko da radę. Bazując na nich, piłkarz w trakcie meczu ma prawo dokonywać wyborów. Nie chodzi tylko o umiejętności czy atletykę. Nie chciałem mieć w swoim składzie robotów ani indywidualistów. Szukałem ludzi, którzy byli na tyle inteligentni, by mnie zrozumieć i na tyle czujący ducha dyscypliny, by swoją inteligencję przełożyć na korzyści dla drużyny. Mówiąc w skrócie, szukałem ludzi, którzy wiedzieli, co to znaczy grać w piłkę nożną.

Milan na salonach

Swoją pierwszą przygodę na europejskich boiskach z Milanem Sacchi zakończył dosyć szybko, odpadając w żenujący sposób z Pucharu UEFA po dwumeczu z hiszpańskim Espanyolem. W tym przypadku należy jednak napisać „złe dobrego początki”. W tym samym sezonie mediolańczycy wywalczyli krajowy tytuł, który dał im przepustkę do Pucharu Mistrzów. A to właśnie te rozgrywki zapewniły Arrigo i jego drużynie nieśmiertelność. Marsz po europejską chwałę rozpoczął w sezonie 1988/98 dwumeczem z Witoszem (dziś: Lewski Sofia), wygrywając go bez większych problemów 7:2. W kolejnych rundach tak łatwo już jednak podopiecznym bohatera tekstu nie szło.

W kolejnej fazie przeciwnikiem Milanu była Crvena Zvezda, która na wyjeździe wywalczyła remis 1:1. W rewanżu serbska drużyna długo prowadziła jedną bramką i grała w przewadze dwóch zawodników, ale sędzia tamtego spotkania w pewnym momencie zdecydował się przerwać mecz, z powodu unoszącej się nad boiskiem mgły, która uniemożliwiała kontynuowanie gry. Pojedynek powtórzono następnego ranka, zaczynając od wyzerowanego wyniku, z takimi samymi wyjściowymi składami. Wyjątkiem był brak Ancelottiego oraz Pietra Paolo Vadisa, który w poprzedni wieczór zostali ukarani czerwonymi kartkami. W tym niecodziennym spotkaniu tym razem to goście objęli  prowadzenie za sprawą van Bastena, ale gospodarze szybko wyrównali. Zwycięzcę ostatecznie wyłoniły rzuty karne, bezbłędnie wykonywane przez mediolańczyków. Kto wie jednak, jak potoczyłyby się losy Sacchiego, gdyby region, w którym Sawa wpada do Dunaju, nie był tak bardzo mglisty…

Szczęście było po stronie Milanu także w ćwierćfinale, gdzie swoje siły mierzyli z Werderem Brema. Dwumecz uznawany jest za mocno kontrowersyjny, głównie z powodu nieuznanych bramek dla obu stron, a także niepodyktowanych rzutów karnych dla Włochów. Wynik tego starcia przesądził w rewanżu van Basten, wykorzystujący, a jakże, dosyć wątpliwą „jedenastkę”. Klasę mediolańczycy potwierdzili dopiero w kolejnej rundzie. Półfinał z Realem Madryt musiał być dla Sacchiego osobistą podróżą do czasów młodości. To właśnie dzięki ekipie Królewskich zakochał się w ofensywnym futbolu. Milan z Hiszpanii wywiózł korzystny, bramkowy remis. Zaprezentowany przez Włochów futbol dwa tygodnie później był spektaklem w najczystszej postaci. Gospodarze wbili Realowi aż pięć goli, nie tracąc przy tym ani jednego. Autorem pierwszego trafienia był Ancelotti, o którym przez długi czas Berlusconi sceptycznie mówił, że „drużyna posiada dyrygenta, nie potrafiącego czytać nut”. Doświadczony pomocnik był jednak kluczowym elementem dla Sacchiego, a w najważniejszym momencie sezonu wspiął się na wyżyny swoich umiejętności, zaliczając wcześniej wiele godzin indywidualnych treningów. Po wyrzuceniu za burtę Realu, Baresi stwierdził:

Nasz system gry nie jest łatwy do zrealizowania, ale gdy nam się to udaje, jesteśmy nie do powstrzymania.

Słowa włoskiego defensora potwierdziły się pod koniec maja, gdy w finale rozgrywek mediolańczycy zdeklasowali 4:0 Steauę Bukareszt. Po dwa trafienia w tym spotkaniu zaliczyli Gullit i van Basten, który rozgrywki zakończył z 10 golami i tytułem najlepszego strzelca. Sacchi tym sposobem wywalczył dla Milanu trzeci w historii Puchar Mistrzów, odzyskując go równo po 20 latach posuchy. Zdaniem trenera, w tamtym momencie jego drużyna najbardziej zbliżyła się do piłkarskiej perfekcji, której tak zaciekle poszukiwał. Dekadę po tym, jak opuścił firmę obuwniczą swojego ojca:

Gdy obudziłem się dzień po zwycięstwie nad Steauą, opanowało mnie uczucie, którego nigdy wcześniej nie doznałem. Co więcej, nigdy później już go też nie doświadczyłem. Czułem w ustach słodki smak zwycięstwa. Zdałem sobie sprawę, że jest to apoteoza pracy, jaką włożyłem przez całe swoje dotychczasowe życie.

Jeszcze jeden, jeszcze jeden

Gra Milanu pod wodzą Sacchiego opierała się przede wszystkim na zabójczym pressingu. Włoski szkoleniowiec wydzielił nawet jego trzy warianty – totalny, częściowy i fałszywy, polegający na tym, że piłkarze wracali na swoje pozycje i przy tym odpoczywali. Kiedy jego zawodnicy nie byli akurat przy piłce, to zależało mu, aby tłamsili przeciwnika na jak najmniejszym obszarze boiska, zazwyczaj zamykając go w polu dwudziestu kilku metrów kwadratowych. Znakiem rozpoznawczym mediolańczyków była wysoko ustawiona linia obrony, a także zaskakujące rywali pułapki ofsajdowe, które całkowicie wybijały ich z rytmu.

W pressingu nie chodzi o bieganie i ciężką pracę, tylko o kontrolę przestrzeni. Moim celem było, by zawodnicy Milanu czuli siłę, a przeciwnicy mieli świadomość swojej słabości. Jeśli pozwolilibyśmy rywalom grać w sposób, do którego byli przyzwyczajeni, ich pewność siebie z każdą chwilą by rosła. Gdy jednak udawało się ich przed tym powstrzymać, morale obniżało się. Docieramy tym do sedna sprawy: nasz pressing był natury psychologicznej, a nie fizycznej, nasz pressing zawsze był wysiłkiem kolektywnym.

Sacchi wprowadził do treningów Milanu „piłkę cieni”. Ćwiczenie polegało na tym, że trener krzyczał w czasie zajęć gdzie znajduje się wymyślona piłka, a zawodnicy poruszali się po boisku w odpowiednio zorganizowany sposób. Tak Arrigo szlifował grę zespołową, tworząc z jedenastu indywidualności świetnie funkcjonujący organizm. Z tą metodą treningową związana jest zresztą jedna z najbardziej znanych anegdot o tamtej drużynie włoskiego szkoleniowca – otóż na jednych zajęciach znalazł się skaut drużyny przeciwnej, którego zadaniem było szpiegowanie mediolańczyków przed bezpośrednim starciem. Jego zdziwienie było ogromne, gdy dane mu było oglądać przez kilkadziesiąt minut grę na pełnowymiarowym boisku z niewidzialnym przeciwnikiem i wyimaginowaną piłką. Gdy informował o tym swojego trenera, musiał wyjść na kompletnego głupka. Nie trzeba chyba dodawać, że mecz pomiędzy tymi zespołami Milan rozstrzygnął na swoją korzyść, nie tracąc przy tym gola…

Drogę do obrony Pucharu Europy w nowym sezonie podopieczni Sacchiego rozpoczęli od łatwego dwumeczu z HJK Helsinki, który zakończyli stosunkiem 5:0. W kolejnej rundzie czekał na nich Real Madryt, żądny rewanżu za upokorzenie sprzed kilku miesięcy. Włosi po kwadransie pierwszego meczu na San Siro prowadzili 2:0 i ten wynik utrzymali do końca spotkania. W rewanżu Królewscy zdobyli tylko jedną bramkę i ponownie musieli uznać wyższość rywali. W ćwierćfinale Milan trafił na KV Mechelen. Tym razem, dosyć nieoczekiwanie, potrzebował dogrywki, aby przejść do kolejnej rundy. Dopiero bramki van Bastena i Marco Simone dały mediolańczykom upragniony awans. Dosyć podobnie wyglądał dwumecz półfinałowy z Bayernem Monachium – zakończył się on remisem 2:2, ale Włosi przeszli dalej dzięki golom zdobytym na wyjeździe. Ich droga do finału była zatem dosyć wyboista.

23 maja 1990 w decydującym spotkaniu w Wiedniu, naprzeciw się stanęły Milan oraz Benfica. W czasie meczu Sacchi dostrzegł, że obrońcy Portugalczyków wychodzą bardzo wysoko, aby pokryć van Bastena. Nakazał zatem, aby Holender cofał się głębiej po piłkę, a w zwalniane przez niego miejsce wbiegał Rijkaard. Taki manewr mediolańczycy zastosowali w 68. minucie finału, dzięki czemu czarnoskóry pomocnik zdobył, jak się później okazało, jedyną bramkę tamtego starcia. Sacchi przyznał po meczu, że ćwiczyli to zagranie jakieś trzydzieści razy w czasie treningów.

Najważniejsi ludzie legendarnego Milanu.

Milan w ten sposób obronił Puchar Mistrzów, zdobywając go po raz czwarty w swojej historii. Ostatnim klubem, który triumfował w tych rozgrywkach było Nottingham Forest prowadzone przez Briana Clougha (rok 1979 i 1980). Przez długi czas nikt nie był w stanie dokonać tej sztuki – w nowożytnej Lidze Mistrzów udało się to dopiero niedawno Realowi Madryt. Wielki sukces Sacchiego był jednak początkiem jego końca na San Siro.

Albo my, albo on

Nowy sezon Milanu rozpoczął się od kłótni trenera z van Bastenem. Na pewnym etapie Holender zaczął publicznie krytykować decyzje podejmowane przez Arrigo. Szkoleniowiec w końcu postanowił usadzić swojego napastnika na ławce rezerwowych, tłumacząc mu, że skoro ma tyle trafnych spostrzeżeń w kwestii prowadzenia drużyny, to bardziej przyda jej się za linią boczną. Atmosfery wokół drużyny nie poprawiały wyniki. Mediolańczykom znów nie udało się zatriumfować w Serie A – tym razem musieli uznać wyższość Sampdorii, która wyprzedziła ich pięcioma punktami. Tamten sezon naznaczony był także kompromitującą porażką w Pucharze Mistrzów. Włosi rozgrywali na wyjeździe rewanżowe spotkanie w ramach ćwierćfinału z Marsylią, gdy na kilkanaście minut przed końcem na stadionie padło oświetlenie. Po kwadransie usterka została naprawiona, ale Milan odmówił powrotu na boisko. UEFA ukarała klub walkowerem i w taki haniebny sposób odpadł z rozgrywek.

Piłkarze z kolei wydawali się już zmęczeni ciężkimi treningami pod wodzą Sacchiego – zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. W pewnym momencie powiedzieli: dość. Wiosną 1991 van Basten wystąpił przed Berlusconim w imieniu całej szatni i przekazał mu prosty komunikat: albo odejdzie trener, albo my. To był koniec Arrigo na San Siro. Jego przygoda trwała pięć lat, a w jej czasie, oprócz wcześniej wspomnianych trofeów, zdobył także dwa Superpuchary Europy, jeden Superpuchar Włoch oraz jeden Puchar Interkontynentalny. Następcą Sacchiego został Fabio Capello, który kontynuował jego sukcesy, wygrywając m.in. trzy mistrzostwa kraju z rzędu. Nie byłoby tych triumfów, gdyby nie potężne fundamenty wylane przez Arrigo. W plebiscycie magazynu „World Soccer” Milan Sacchiego zdobył tytuł najlepszej klubowej drużyny wszech czasów.

Pochodzący z Fusignano trener objął jeszcze w tym samym roku reprezentację Włoch. Nie był jednak w stanie sprawić, aby kadra grała w tak efektowny i skuteczny sposób jak Rossoneri. Główny problem polegał na tym, że nie miał tam możliwości codziennej pracy z piłkarzami. Dodatkowo, jego filozofia gry zespołowej prowadziła go do konfliktów z kolejnymi wybitnymi zawodnikami. W reprezentacji cały czas kłócił się z Roberto Baggio. Italia pod jego batutą zakwalifikowała się do mistrzostw świata, ale na mundialu w 1994 nie była uznawana za faworytów. Mimo to doszła do finału, gdzie w słynnej serii rzutów karnych uległa Brazylijczykom. Ostatnią „jedenastkę” Włochów przestrzelił właśnie Baggio…

Sacchi i Baggio – pozory mogą mylić…

Stale utrzymujący się konflikt z wybitnym napastnikiem nie poprawiał pozycji w kadrze Sacchiego. Jego zawodnicy awansowali na Euro 1996, ale odpadli z niego już w fazie grupowej. Tym samym los selekcjonera został przesądzony. Arrigo wrócił na moment do Milanu, ale nie był w stanie przywrócić mu dawnego blasku. Mediolańczycy zakończyli sezon na 11. miejscu w lidze, zaliczając po drodze kompromitującą porażkę z Juventusem aż 1:6. Później pracował jeszcze chwilę w Atletico Madryt i ponownie w Parmie, ale nie były to zbyt długo trwające epizody. W 2004 roku został zatrudniony w Realu Madryt jako dyrektor sportowy, gdzie miał nadzorować budowę galaktycznej drużyny w wizji Florentino Pereza. Jego przygodę z ekipą Królewskich najlepiej oddają poniższe słowa:

Gdy pewnego dnia zapytałem Pereza, jak wyglądałaby jego idealna drużyna, nawkładał do niej tylu napastników i rozgrywających, że Davida Beckhama musiał ustawić na prawej obronie, a z Zinedine’a Zidane’a zrobić stopera.

Rola Sacchiego w historii futbolu jest nieoceniona. Dziś trudno znaleźć trenera z europejskiego topu, który nie wzorowałby się na jego piłkarskiej filozofii. Nie byłoby sukcesów Milanu Capello, a później Ancelottiego, bez wcześniej postawionych przez niego fundamentów. Grę mediolańczyków pod jego wodzą z nostalgią wspominają nie tylko kibice, lecz także sami jego podopieczni. Zawsze uważał, że drużyna na boisku przede wszystkim powinna zapewniać widzom rozrywkę:

Moim pragnieniem było po prostu zapewnić ludziom dziewięćdziesiąt minut radości. Chciałem, by jej źródłem było nie tyle zwycięstwo, co po prostu dobra zabawa; sam fakt, że oto są świadkami czegoś niezwykłego.

Pan Nikt ostatecznie okazał się Kimś.

KUBA GODLEWSKI

Literatura, z której korzystałem w czasie pisania tekstu:

  • Jonathan Wilson, Odwrócona piramida. Historia taktyki piłkarskiej, przeł. Bartosz Lewandowski
  • Rafał Stec, Trener umysłów [w:] Kopalnia. Sztuka futbolu, cz. II

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 31 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.