Guliwer w Krainie Liliputów

San Marino jest jednym z najmniejszych, jak i posiadających najgorszą reprezentację państw świata. Najważniejszymi graczami w kadrze złożonej z amatorów są obecnie: handlowiec-obrońca Alessandro Della Valle czy tercet z zawodową przeszłością – księgowy-bramkarz Aldo Simoncini (1 sezon w Serie A jako zawodnik Ceseny), Andy Selva (gracz m. In. Padovy, Hellas i Sassuolo, mający na koncie grę na zapleczu włoskiej ekstraklasy) i Mirko Palazzi, który niedawno opuścił włoskie Rimini.

Ostatni sukces „La Serenissima” to bezbramkowy remis z Estonią 15 listopada na Stadionie Olimpijskim w Serravalle. Dzięki temu San Marino awansowało na 180. lokatę w rankingu FIFA, najwyższą od maja 2006 r. Wyprzedziło też po 15 latach Andorę, zrzucając z siebie piętno najgorszej drużyny reprezentacyjnej na Starym Kontynencie.

Jednak w historii niewielkiej włoskiej enklawy da się znaleźć gwiazdę światowego futbolu. Mowa o Massimo Boninim, zawodniku Juventusu Turyn z lat 80. Tak, tego Juventusu z Zibi Bońkiem i Michelem Platinim w składzie.

Bonini przyszedł na świat 13 października 1959 r. w mieście San Marino. Choć urodził się nieopodal piłkarskiej murawy, początkowo fascynowało go kolarstwo. Niemniej jak wiele dzieci szybko zmienił zainteresowania, co zaważyło później na jego życiu. W wieku 13 lat mały Massimo dostał się do szkółki klubowej Juvenes Serravalle. Już wtedy chciał harować w środku pola jako defensywny pomocnik. Także pozycja na boisku wpłynęła pewnie na to, że dziś zapomina się o blondwłosym graczu.

Z maleńkiej ojczyzny wyjechał  w wieku 18 lat. Znalazł się w drużynie Bellaria-Igea, wówczas rywalizującej w Serie D. Potrzebował tylko roku, by zapracować na transfer do klubu z pobliskiego Forli, grającego dwie ligi wyżej. Kolejne 12 miesięcy później nastolatek pakował manatki przed przeprowadzką do Ceseny. „Koniki Morskie”, wtedy czołowa ekipa zaplecza włoskiej ekstraklasy, marzyły o awansie. Cel został zrealizowany w sezonie 1980/81, drugim z Massimo w składzie. Promocja do Serie A nie okazała się wystarczającym argumentem do pozostania na Stadio Dino Manuzzi dla młodzieńca wobec propozycji z Juve, kompletującego wspaniałą ekipę. Sztab Juve szykował go do roli następcy wiekowego Giuseppe Furino. Młokos szybko wygryzł starego wyjadacza z podstawowej jedenastki i stał się jednym z asów w talii Giovanniego Trapattoniego.

2Stolica Piemontu stała się miejscem, gdzie odniósł największe sukcesy, dzięki którym zyskał status międzynarodowej gwiazdy, rozsławiając także swój kraj. Debiutował dla Starej Damy przeciwko swojemu niedawnemu klubowi, Cesenie. Juve rozgromiło u siebie w tamtym meczu gości 6:1.

Był pierwszym z tria stranierich w drużynie, która podbiła świat. Boniek i Platini przyszli sezon później.

Szybkość, z jaką pokonał drogę z Serie D do najwyższej klasy rozgrywkowej w Italii musi budzić szacunek. Bonini udowodnił wielokrotnie, że na niego zasługuje. Na Delle Alpi demonstrował swoje umiejętności przez 7 lat, aż do 1988 roku. Fani podziwiali go przede wszystkim z uwagi na niesamowitą wydolność. Giampiero Boniperti nazwał go kiedyś „nasz fantastyczny trzeci cudzoziemiec”.

Z kondycją Sanmaryńczyka wiąże się pewna anegdota. W przerwie ważnego ligowego meczu w szatni Bianconerich papierosa zapalił Michel Platini. Jakże musiał się zdziwić, gdy wtem otworzyły się drzwi, przez które wszedł Gianni Agnelli – były prezes i członek rodziny rządzącej klubem. Spytał Francuza: „Platini, Ty palisz w czasie meczu?”. Obecny prezes UEFA odrzekł: „Adwokacie, nie martw się, że palę. Ważne, że nie pali Bonini, który ma biegać za mnie”.

Ta rozmowa doskonale oddaje atmosferę panującą w ówczesnej drużynie Juve. Widać zarówno wiarę w Massimo, jak wysoką pozycję Michela Platiniego. Obaj, razem z Zibi Bońkiem, rozumieli się bardzo dobrze na boisku i poza nim. To pomogło im w zdobyciu wielu trofeów, z których najważniejsze to 3 mistrzostwa kraju, jeden Puchar Włoch, ale przede wszystkim Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar i Superpuchar Europy, a także Puchar Interkontynentalny. Trzy ostatnie to efekt wspaniałej postawy Starej Damy podczas rozgrywek międzynarodowych w roku 1985.

Postawę Boniniego docenili też dziennikarze „Guerin Sportivo”, przyznając mu tytuł najlepszego gracza Europy do lat 23 w 1983 r.

Piękna era Juventusu dobiegła końca, gdy wypuszczono Platiniego i Bońka, więc także Sanmaryńczyk uciekł z tonącego okrętu, zasilając szeregi Bologni jesienią 1988 roku. Największym sukcesem w klubie ze Stadio Renato Dall’ara okazało się 8. miejsce w lidze ( 1989/90) dające awans od kolejnej edycji Pucharu UEFA i ćwierćfinał tegoż turnieju. W porównaniu ze złotymi latami w stolicy Piemontu dokonania te wypadają raczej blado.

Karierę klubową Massimo Bonini zakończył w połowie 1993 r.

Osobny rozdział w karierze pomocnika stanowią występy w kadrze. Zanim San Marino otrzymało pełnię praw członka międzynarodowej i europejskiej unii piłkarskiej, pomocnik dziewięciokrotnie wybiegł na boisko, reprezentując włoską młodzieżówkę.

3Od 1990 roku drużyna San Marino mogła już brać udział w eliminacjach Mistrzostw Świata i Europy. Ówczesny gracz Bologni zadebiutował w niej 14 listopada 1990. Nie miał zbyt wielu powodów do dumy, gdyż Sanmaryńczycy ponieśli dotkliwą porażkę 4:0 w Serravalle. Późniejsze 17 spotkań ikony tamtejszej piłki dla ojczyzny nie dostarczyło powodów do radości dla kraju. Wszystkie bowiem zakończyły się porażkami piłkarskiego kopciuszka. Najbliżej przerwania serii niepowodzeń europejski słabeusz był 28 kwietnia 1993 roku. Na łódzkim stadionie amatorzy zagrali wówczas przeciwko Biało-Czerwonym.

Zrobili to zaskakująco dobrze albo to Polacy zaliczyli niegodny swej klasy występ. Goście mogli nawet zwyciężyć, ale ich kontrom dzielnie stawiał czoła Aleksander Kłak. Zupełnie odwrotne, do postawy polskiego bramkarza, reakcje wzbudziła zwycięska bramka Jana Furtoka. Wąsaty napastnik był zmuszony uciec się do złamania przepisów, by zapewnić drużynie zwycięstwo nad outsiderem. Zabawił się bowiem w siatkarza, ścinając ostro piłkę ręką przed oczami bramkarza przeciwników, Pierluigiego Benedettiniego. Sędzia Leslie Mottram musiał być wielbicielem nie tylko piłki nożnej, ponieważ gol został uznany. Sam Furtok z perspektywy czasu może żałować tego zagrania, bo do dziś pytany jest o nie w każdym wywiadzie.

Bonini zaś, wracając do sedna, w San Marino wypracował sobie miano legendy do tego stopnia, że nawet, gdy nie grał w żadnym klubie, powoływano go, by pomógł amatorom bronić honoru Republiki.

Ostatni występ w kadrze, a zarazem karierze zawodniczej Boniniego miał miejsce 7 czerwca 1995 r. przeciwko Rosji. Były gracz Juventusu zmienił w 78. minucie Paolo Montagnę. Amatorzy zeszli wtedy z boiska pokonani przez Sborną aż 7:0. Chociaż trenerzy klubowi ustawiali go konsekwentnie jako defensywnego pomocnika, w reprezentacji otrzymywał więcej zadań w ataku, gdyż i tak przewyższał walorami ofensywnymi resztę drużyny o kilka poziomów.

W 2004 roku został uznany przez UEFA najlepszym graczem w dziejach San Marino.

Po zawieszeniu butów na kołku ikona sanmaryńskiej piłki przez dwa lata trenowała swą ojczystą kadrę. Niestety, również nie udało się podczas tegoż okresu zdobyć choćby punktu. Zaproponowano mu, mimo to, funkcję trenera młodzieżowej drużyny (Primavery) Ceseny. Prowadził młodych adeptów futbolu w tymże klubie do 1998 roku. Później został tam dyrektorem młodzieżowych sekcji, dziś nie pełni żadnej oficjalnej funkcji. Na nudę nie może narzekać, gdyż włoskie media chętnie ciągną go za język w sprawach związanych z Serie A. Pół roku temu przyjechał też do Polski, by stać się jednym z ambasadorów Mistrzostw Świata dzieci z domów dziecka, które odbyły się w Warszawie. Zagrał z innymi dawnymi gwiazdami futbolu w meczu towarzyskim Polska – Reszta Świata, promującym turniej.

Nie ma prawdopodobnie w futbolu, a może nawet sportu drugiego tak słynnego zawodnika, pochodzącego z ziemi do tego stopnia wypalonej pod względem tradycji i sukcesów sportowych. Przypadek Massimo Boniniego pokazuje jednak, że miejsce urodzenia nie może zniweczyć marzeń, jeśli posiada się talent i determinację w dążeniu do celu.

 

POBIERZ CZWARTY NUMER RETRO FUTBOL TUTAJ! 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl