Historia rywalizacji – El Derbi Madrileno

Już w sobotę na boisku w Mediolanie obejrzymy kolejny odcinek pasjonującej rywalizacji. Można by rzecz, serialu, który w samej stolicy Hiszpanii od pokoleń budzi duże zainteresowanie, ale tak naprawdę na skalę światową wybił się dopiero kilka lat temu.

Nietrudno zresztą zgadnąć za czyim działaniem, oczywiście doskonałego reżysera, jakim jest Diego Simeone. Bo kto jak kto, ale to właśnie dzięki Argentyńczykowi pojedynki między Realem a Atletico od kilku lat stały się na tyle emocjonujące, że każde spotkanie wypada poprzedzić solidnym odliczaniem. Może większość już nie pamięta, ale przecież jeszcze raptem kilka lat temu wcale byśmy z taką niecierpliwością nie oczekiwali pojedynku między Los Blancos a Los Colchoneros. Raczej machnąwszy ręką z rezygnacją wskazalibyśmy na zdecydowanego faworyta. Bo w stolicy Real nie miał tak naprawdę żadnego poważnego rywala, który mógłby mu pokrzyżować szyki. A dziś? Dziś nawet sami kibice Realu podkreślają, jaka dużym respektem darzą zespół z Vicente Calderon. Wymowny symbol? Prośby o uniknięcie wylosowania Atletico w Lidze Mistrzów.

Tak, wiele się zmieniło za czasów Simeone.

Przeczytaj także:”Czarnoskórzy zawodnicy w Ekstraklasie”

Ale to nie będzie kolejny tekst na temat cudownej pracy wykonanej przez ekspresyjnego szkoleniowca. Wręcz przeciwnie, z okazji finału Ligi Mistrzów postanowiliśmy nieco bardziej skupić się na samej rywalizacji, jaką od kilkudziesięciu lat toczą obydwa zespoły. Zerkniemy nieco na genezę tej walki, jej najciekawsze fragmenty oraz postacie. Przed państwem najistotniejsze fakty, jakie powinno się znać przed Derbi El Madrileno.

* * *

Już w postaniu obydwu klubów widać zawiązującą się rywalizację. Skoro bowiem w 1902 roku absolwenci uniwersytetów w Cambridge i Oxfordzie postanowili zorganizować klub, promujący przede wszystkim kulturę fizyczną, to i na bazie udanych początkowych doświadczeń podobnym szlakiem postanowili pójść ich rówieśnicy z Baskijskich, tworząc filialny zespół wobec Atleticu Bilbao. W istocie nie minęło wiele czasu, by obydwa zespoły piłkarskie spotkały się na placu gry. Pierwsze derby rozegrano już pod koniec 1903 roku. Zwyciężyło w nich Atletico 1:0, a właściwie Athletic, bo właśnie pod taką nazwą zespół jeszcze występował. W tym samym roku odbyły się jeszcze dwa mecze, zakończone po jednym zwycięstwie zarówno Realu, jak i Atletico.

* * *

Podział na Real i Atletico od początku zarysowywał się, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, w „targecie” do jakiego działacze obu klubów kierowali swoją ofertę. Szefostwo Realu postawiło na kibiców, których stać było na głębsze sięgnięcie do portfela. Temu też służyło m.in. podniesienie cen biletów. Efekt? Główne grono kibiców Los Blancos zaczęło składać się z przedstawicieli burżuazji, bogatych mieszczan, słowem, ludzi zamożnych.

Derby z 1919 roku.
Derby z 1919 roku.

Atletico zaś z kolei przyciągało tych biedniejszych, głównie robotników, proletariat. I nietrudno zgadnąć, że w związku z tym Real bardziej przyciągał konserwatystów, zwolenników prawicy. Los Colchoneros zaś w dużym stopniu zaczęło być kojarzone z lewicą.

* * *

W lidze hiszpańskiej po raz pierwszy do meczu pomiędzy obydwoma zespołami doszło w 1929 roku. Real wygrał ten pojedynek 2:1. Do roku 1936 niezbyt wiele rozegrano takich spotkań, gdyż Atletico przez cztery lata znajdowało się dopiero w drugiej lidze hiszpańskiej. Rozpoczynająca się wojna na kilka lat zahamowała po raz kolejny szansę na wspólne starcia. Faktycznie jednak przed II wojną światową to Real mógł się pochwalić większymi sukcesami i lepszym bilansem w bezpośrednich pojedynkach.

* * *

Największy w historii świata międzynarodowy konflikt, w Hiszpanii nie spowodował wielkich szkód. Jego przebieg okazał się na tyle łagodny, że liga hiszpańska już po wojnie domowej z powrotem zainaugurowała rozgrywki.

Sam kraj był już jednak innym państwem, pogrążonym w reżimie generała Franco. Człowieka, który przez najbliższe lata miał walczyć o utrzymanie władzy w kraju, który na arenie państw był ze względu na panujący system polityczny po prostu izolowany.

Kapitanowie Ruete i Bernabeu przed spotkaniem w 1922 roku.
Kapitanowie Ruete i Bernabeu przed spotkaniem w 1922 roku.

W cieniu tych wydarzeń futbol prędzej czy później musiał paść kolejną ofiarą. I rzeczywiście, po II wojnie światowej spory cień na piłkę nożną w kraju rzucił przede wszystkim sam generał Franco. Siłą rzeczy klub popierany przez dyktatora musiał być nienawidzony przez kibiców pozostałych zespołów, a już zwłaszcza tych, którym nie po drodze było z frankistowskim reżimem.

Większość dziś przypisuje rolę klubu Franco, właśnie drużynie z Santiago Bernabeu. Łatwo jednak przeoczyć pewien fakt, że początkowo ulubionym klubem generała było jednak…Atletico. A wszystko dlatego, że przez pewien okres zespół ten otrzymywał dotację z Hiszpańskich Sił Powietrznych.

* * *

Faktycznie jednak lata 50. przyniosły już nową sytuację. To Real stał się oczkiem w głowie generała Franco. Przede wszystkim wpływ miały na to dwie rzeczy. Po pierwsze, w klubie tym zaczęła się era tak wybitnych zawodników, jak De Stefano, Puskas, Gento, Raymond Kopa, Santamaria. Po drugie, ich geniusz i doskonała gra stały się doskonałą i w zasadzie jedyną wizytówką, jaką Franco mógł wysłać w świat. Jak już bowiem wspomnieliśmy, Hiszpania dalej tkwiła w izolacji.

Real Madryt to najlepszy ambasador jakiego mamy – Francisco Franco.

* * *

Na bazie tych doświadczeń przyjęło się mówić, że Real symbolizuje prawicę, a Atletico lewicę. Ale czy na pewno? Dokładniej śledząc atmosferę panującą na Vicente Calderon, odkrylibyśmy, że prawda leży gdzieś pośrodku. Owszem, Atletico dalej reprezentuje głównie środowiska nieco mniej zamożne, to nie ulega wątpliwości, ale z drugiej strony daleko im do ogłoszenia siebie lewicowymi sympatykami. Bo target stricte robotniczy, niemal komunistyczny został już w pełni opanowany przez Rayo Vallecano, o czym pisaliśmy nie tak dawno.

Prawda jest nieco inna. Na Vicente Calderon również nie brakuje nacjonalistów, którzy niechętnie zwłaszcza odnoszą się do ruchów separatystycznych np. katalońskich czy baskijskich. Z tego punktu widzenie mimo wszystko można dostrzec kilka nitek łączących kibiców dwóch stron Madrytu.

* * *

Wróćmy jednak do kwestii sportowych. Do roku 1999 to Real wciąż był bardziej utytułowanym zespołem. W ciągu kilkudziesięciu lat Atletico kilkukrotnie udało się zwyciężyć w lidze (od ostatniego triumfu w 1951, później wygrywali jeszcze pięciokrotnie). Z kolei na przestrzeni bezpośrednich pojedynków wciąż wygrywał głównie Real.

Dlaczego jednak piszemy o roku 1999? Bo właśnie wtedy rozpoczęła się czarna seria, trwająca czternaście lat, w której trakcie drużynie z Vicente Calderon nie udało się pokonać zespołu z Santiago Bernabeu.

Czternaście lat upokorzeń, porażek, a także chwilowej tułaczki w drugiej lidze. Smutny był to czas dla kibiców tego zespołu. Piłkarsko bowiem Atletico w derbowych pojedynkach najzwyczajniej w świecie nie miało argumentów. Brakowało również tego czegoś, co jest niezbędne w pojedynkach o takiej wartości, swoistego boiskowego cwaniactwa, zimnej krwi, walki.

Dopiero to wszystko piłkarzom Atletico wpoił właśnie Diego Simeone.

* * *

Nie dało się lepiej przygotować tego przełamania. 17 maja 2013 roku na Santiago Bernabeu odbył się mecz o Puchar Króla. Real Madryt po wyeliminowaniu Barcelony podejmował Atletico. To miał być prawdopodobnie jeden ostatnich meczów Jose Mourinho, którego media traktowały już jako przyszłego szkoleniowca The Blues.

Real w tamtym czasie nie był sobą. Drużyną targały konflikty, na czele z tym na linii Mou – Casillas. Nie wyglądało to dobrze. Nadzieją dla Portugalczyka miało być zwycięstwo w Lidze Mistrzów, ale tam poległ w półfinałowym starciu z Borussią Dortmund.

Atletico zaś chciało krwi.

Zanim to jednak nastąpiło, na 1:0 gola strzelił Cristiano Ronaldo. Real prowadził. Klasyka.

Większość pewnie odpuściłaby, ale nie zespół Simeone. Nie, Argentyńczyk na to by nie pozwolił. I właśnie dlatego mecz nie zakończył się takim wynikiem.

Gong, Diego Costa 1:1, a później Jao Miranda w dogrywce na 2:1. Symboliczna zaś była nie tylko kartka dla Gabiego, ale przede wszystkim dla Cristiano Ronaldo. Największy as Realu opuścił plac gry w takim momencie.

Atletico wygrało po raz pierwszy od czternastu lat i to w jak ważnym spotkaniu. Tu już nie chodziło tylko o przełamanie, ale też i zwycięstwo w tak kluczowym meczu. Bezpośrednim pojedynku o Puchar Króla.

* * *

Trzeba to sobie jasno powiedzieć, od tej pory Atletico przestało być chłopcem do bicia, stając się przede wszystkim wielkim rywalem dla zespołu „Królewskich”. Od tej pory starcia te stały się wykwintnym daniem, które serwował m.in. właśnie Simeone. Bo nikt tak dobrze jak on nie zdołał stać się taki przekleństwem dla kibiców Realu. To właśnie przez Argentyńczyka z obawami Real podchodzi do pojedynków z rywalem. Nikt nie ma takiego patentu na wygrywanie z Realem jak właśnie Atletico.

Sergio Aguero i Pepe. Rok 2010.
Sergio Aguero i Pepe. Rok 2010.

Oczywiście, nie jest tak, że teraz to zawodnicy z Santiago Bernabeu stali się chłopcem do bicia. Przecież wygrali m.in. pamiętnym finał Ligi Mistrzów z 2014 roku. Spokojnie, proporcje bynajmniej nie zostały odwrócone. Dziś z pewnością są one dużo bardziej wyważone. W obliczu niepodległości Katalonii i wykluczenia z ligi Barcelony już mało kto mówi o lidze jednej prędkości, raczej wspomina się o walce wewnątrz Madrytu. To tylko pokazuje, jak bardzo zmienił się obraz przez te kilka lat. Ktoś powie, że to tylko magia Simeone. Być może, ale może to właśnie na kogoś takiego czekano przez tyle.

* * *

W historii derbów miało miejsce kilka ciekawych zdarzeń, spotkań, do których warto powrócić, aby zobrazować, że te derby faktycznie rządzą się swoimi prawami.

* * *

Historia zna już takie przypadki, piłkarz grał w jednym klubie, by potem rywalizować w barwach wielkiego rywala. Nic nowego. W Madrycie również mieliśmy już wielokrotnie z tym do czynienia.

Jaka jednak może być motywacja w przypadku zawodnika, który opuścił klub, bo właściciel nie chciał opłacać drużyn juniorskich? Prawdopodobnie duża.

Chociaż z perspektywy lat wydaje się to nieprawdopodobne, właśnie ofiarą tej czystki został Raul Gonzalez, który do dziś kojarzony jest przecież z Realem. A tymczasem jako junior występował w barwach rywala z drugiej strony miasta.

Jak mogła się skończyć ta historia? Styczeń 1997 roku, Real wygrywa na Calderon 4:1, a dwie bramki strzela właśnie nie kto inny jak Raul.

* * *

W obydwu klubach występował również Bernd Schuster. Niemiec miał przyjemność uczestniczyć w finale Pucharu Króla w 1992 roku już w barwach Atletico. Trenerem Los Colchoneros był wówczas legendarny Luis Arragones. A oto jak motywował on swoich piłkarzy do tego meczu:

Jeśli dzisiaj nie wygracie, wsadzę sobie tę butelkę w d..ę! To jest ten moment, na który czekaliście: Real Madryt i Santiago Bernabeu. Oni bardzo długo trzymali ją w Waszych d…ach, teraz macie szansę, żeby się zrewanżować! Po czym wskazał na tablicę z taktyką i powiedział: Widzicie to? To nie ma znaczenia. Zapomnijcie o taktyce – to jest Real Madryt. Wychodźcie stąd i wsadźcie im to w d..ę.

Atletico wygrało ten mecz 2:0.

* * *

Przed spotkanie w finale Lidze Mistrzów w 2014 roku, do tego czasu drużyny te spotkały się tylko raz w europejskich rozgrywkach. Puchar Europy, rok 1959. W Zaragozie dochodzi do dodatkowego spotkania między Realem i Atletico. Rojiblancos nie byli wskazywani jako faworyci. Mało tego, Real w tamtym czasie bronił tytułu jako drużyna wręcz galaktyczna, z wielkimi gwiazdami w składzie. Spodziewano się łatwego zwycięstwa „Królewskich”. To prawda, Real wygrał, lecz zwycięstwo to przyszło w nieco trudniejszych warunkach.

* * *

I wreszcie, creme de la creme, historia, którą wszyscy znamy. Nie wypada tego opisywać. To trzeba po prostu zobaczyć.

 

Do tej pory najważniejsze starcie w tej długoletniej historii. Już wkrótce okazja do rewanżu.

WOJCIECH KOWALSKI

  

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl