Real to On – Don Santiago Bernabeu

Real Madryt świętował w tym roku, zresztą całkiem niedawno, 114 lat istnienia. Przez niemal 70 z nich był z nim (i w nim), na dobre i na złe jeden człowiek. Nikt inny nie poświęcił się klubowi tak bardzo i nikt inny nie wpłynął na klub tak, jak zrobił to Santiago Bernabeu. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że „Real to on”. Bo tak było, jest i będzie. Na zawsze.

Posiadał niesamowicie mocną osobowość, dzięki której osiągnął tak wiele. Ostre, czasem wręcz czarne poczucie humoru, ale często niezwykle trafne, którym potrafił rozładować napięcie. Był żywy, jowialny, wesoły, ale gdy trzeba było, potrafił zareagować ze złością. Zawsze szczery, mówiący prostym, bezpośrednim językiem. Nie cierpiał hipokryzji. Mówił to, co myślał. Bez wyjątków. Jego słowa nie pozostawiały możliwości błędnego odczytania. I to tym zyskiwał sobie zarówno fanów, jak i wrogów. Był niepoprawny politycznie, kochał prawdę, z którą żył zawsze w zgodzie. Co najważniejsze, był ojcem dla wszystkich. Piłkarzy, współpracowników, trenerów… i klubu. Miał zasady, których nigdy nie łamał i wymagał – nie tylko od siebie – ich przestrzegania. Taki był Don Santiago.

Przeczytaj także: „Latający cyrk Jesusa Gila”

To tylko jedna z jego twarzy. Ta widoczna częściej, bo nią naznaczone było całe jego zawodowe życie, dzięki niej spełnił swe przeznaczenie i uczynił Real Madryt największym klubem XX wieku. Prywatnie był jednak dobrotliwy, pełen szacunku do wszystkich, którzy szanowali jego. Znał kilka języków, uwielbiał medycynę, której jednak nie było mu dane studiować. Jego ulubionym zajęciem było czytanie dzieł niemieckich filozofów. W oryginale. Relaksował się wędkowaniem. Taki też był Don Santiago. A jego historia jest jedną z tych, które znać trzeba.

Zakochanie

Urodził się, co charakterystyczne, w mieszczańskiej rodzinie. Nie pochodził więc z „ludu”, do którego często odwoływał się, gdy już zasiadał na stanowisku prezesa. Jego ojciec, José Bernabéu Ibánez był walenckim prawnikiem, a matka Antonia De Yeste Nunez pochodziła z Kuby. Warto też wspomnieć, że człowiek, który związał swe życie z Madrytem, wcale nie przyszedł w nim na świat. W akcie urodzenia ma wpisane „Almansa”. Jest to wieś położona niedaleko Albacete i to tam, 8 czerwca 1895 roku, urodził się jeden z piątki braci.

Do Madrytu trafił szybko, z krótką „przerwą”, na powrót w rodzinne strony, gdy zmarła jego matka. To w stolicy Hiszpanii pobierał naukę – jego szkołą było Kolegium Augustynów i to tam rozpoczął swą przygodę z piłką. Jak sam przyznawał „To był najlepszy sposób na rozgrzanie się w zimne dni na podwórku”. W wieku 14 lat spełniło się jedno z jego dziecięcych marzeń – trafił do juniorskiego zespołu Madrid CF, wtedy jeszcze bez „Realu” w nazwie. Sam chciał grać na bramce i w tej roli widzieli go trenerzy, ale odwiódł go od tego jego brat, który postawił sprawę jasno – albo Santiago będzie grać w ataku, albo wcale.

Kto wie, czy ta zdecydowana postawa Marcelo Bernabeu, nie była kluczem do wszystkiego, co stało się w kolejnych kilkudziesięciu latach. Jego brat faktycznie został przesunięty do przodu, co poskutkowało debiutem zaledwie cztery lata później. Zresztą strzelił wtedy bramkę, a na boisku znajdowali się również jego dwa bracia. Warto wspomnieć, że mniej więcej w tym samym czasie Królewscy otworzyli swój własny stadion, O’Donnell. Młody Santiago od początku budowy pomagał przy malowaniu linii, wykańczaniu elementów czy malowaniu ogrodzenia. Nie wziął za to ani pesety, co sprawiło, że już wtedy zyskiwał sobie szacunek wśród pierwszych madridistas.

Santiago Bernabeu jako piłkarz
Z piłkarskich czasów…

Niesamowita jest rozbieżność w danych, dotyczących liczby meczów, jakie rozegrał, gdy występował w białej koszulce i bramek, jakie w niej zdobył. Począwszy od liczb „kręcących” się w okolicach 70-80 goli, a skończywszy na… tysiącu. Najbardziej prawdopodobną wersją wydaje się być ta mówiąca o trzystu trafieniach przyszłego prezesa. Mimo świetnych wyników w klubie, z którym dziewięciokrotnie wygrywał mistrzostwo regionu, a raz (w roku 1917) Puchar Króla, nigdy nie zadebiutował w kadrze. Nie wynikało to z faktu, że rywale byli jeszcze lepsi (bo tak po prostu nie było), ale z jego politycznej niepoprawności. Bernabeu oficjalnie krytykował politykę ekonomiczną kraju i głośno mówił o swych prawicowych poglądach. Kosztowało go to utratę szansy na przygodę z reprezentacją, która zdobyła srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w roku 1920. Kto wie, może z Santiago w składzie wygrałaby turniej?

Sam zainteresowany nigdy się tym specjalnie nie przejmował, jego serce biło głównie dla Królewskich. Nic dziwnego, że, gdy w roku 1927 zawiesił buty na kołku, niemal z miejsca zaczął pracować w klubie w innych rolach. Zresztą była to naturalna droga dla człowieka, który nie dość, że kapitanował zespołowi przez wiele lat (opaskę zaczął nosić już cztery lata po debiucie), to miał do tego znajomości, zyskane dzięki pracy w zawodzie prawnika. W dużej mierze jego zasługą było to, że w latach, w których pełnił funkcję sekretarza generalnego (1929-1935), Real dwukrotnie zwyciężył w Primera División. Do tego jeszcze wrócimy.

Romans z reżimem

Wojna zastała Santiago Bernabeu w stolicy. A ta wtedy stanęła po stronie tych, którzy ostatecznie wojnę przegrali. To oznaczało jedno – Santiago, którego poglądy polityczne wszyscy doskonale znali, był w niebezpieczeństwie. Szybko okazało się, że było ono całkowicie realne. Carlos Alonso, koordynator administracji w Realu(!), a zarazem zagorzały komunista, doniósł na niego władzom. Tylko szybka reakcja przyszłego prezesa Królewskich i ukrycie się we francuskiej ambasadzie uchroniły go od śmierci. Interweniować zresztą musiał sam ambasador. Jak widzimy, nie tylko Hiszpania, czy nawet stolica, ale i sam Real Madryt był wtedy podzielony na dwa obozy.

Ostatecznie Bernabeu wydostał się z miasta, zdobył mundur oraz broń i stanął do walki po stronie armii Francisco Franco. Nie jest to fakt „wymazywany” przez klub, ale często nieco łagodzi się jego znaczenie. Z drugiej strony Phil Ball w swej książce o historii Królewskich pisze: „Bernabeu zdołał przyjąć kolory tej drużyny, która miała wymordować kilku jego kolegów z Realu Madryt”, co z kolei – mimo zgodności z faktami – wydaje się być opisem przesadzonym, bowiem sam Santiago nie miał w tym „zasług”. Za swoją postawę na wojnie (walczył głównie w Katalonii) został uhonorowany medalem. A gdy, już po powrocie do Madrytu, spotkał na korytarzu Alonso, powiedział tylko: „Nie martw się. Wybaczam ci. Wszystkim wybaczam”.

Nie może więc dziwić, że – gdy Realowi zaczął sprzyjać los – szybko pojawiły się opinie jakoby korzystał z przychylności nowej władzy, reżimu, który zapanował nad Hiszpanią. Przecież w 1943 roku na czele klubu stanął człowiek, który otwarcie opowiedział się wcześniej po stronie tejże władzy, gdy jeszcze nią nie była. Co mówił o tym sam zainteresowany? „Klub reżimu? Rząd Franco nas wykorzystywał i nigdy nie dał nawet pięciu centów”. Tak dosadne słowa jasno pokazują, że Bernabeu odcinał się od wszelkich powiązań z władzą. Tych jednak nie sposób było uniknąć.

Zaczęło się tuż po wyborze. O ile bowiem prezes Królewskich śmiało mógł powiedzieć, że reżim nigdy Realowi nie sprzyjał, o tyle wiedział, że jeśli nie będzie żył z nim w zgodzie, to wiele z klubem ze stolicy nie osiągnie. Zwłaszcza że w stołecznym mieście istniało też Atlético, które przecież po wojnie połączyło się z wojskową drużyną, tworząc Athletic Aviación. W niedługi czas po objęciu funkcji prezesa wysłał więc telegram do generała Moscardó (swoją drogą inny telegram został wysłany do… Barcelony i miał na celu załagodzenie stosunków między klubami), jednego z zaufanych ludzi Francisco Franco, pełniącego wtedy funkcję narodowego delegata do spraw sportu. Już po oficjalnym przywitaniu Bernabeu pisał w nim: „Z wielkim zaszczytem rozpoczynam pełnienie funkcji prezydenta tego klubu od wystosowania wiadomości powitalnej do zacnego szefa sportu i heroicznego żołnierza naszej ojczyzny (…)”. W oczywisty sposób próbował „przypodobać się” nowej władzy. W jednym celu, który szybko został zrealizowany – niecały rok później rozpoczęła się budowa nowego stadionu.

Reżim, w miarę rozwoju klubu, orientował się, że warto na niego „postawić”. Sam Real tak naprawdę nigdy o to nie prosił, podobnie jak Bernabeu, ale władza, z Franco na czele, powoli „przyczepiała” się do Królewskich, którzy stawali się wiodącym klubem w Hiszpanii, a także opozycją dla zespołów baskijskich i katalońskiej Barcelony. Spekuluje się, że to dzięki reżimowi Real otrzymał kredyt, który miał sfinansować budowę stadionu, na preferencyjnych warunkach. Niemniej jednak, tego nigdy nie potwierdzono. Pewne jest natomiast m.in. to, że inauguracja nowego Chamartín mogła się odbyć, bowiem pozwolono Los Blancos rozegrać mecz ligowy w innym terminie. Najbardziej charakterystycznym wydarzeniem i polityczną manifestacją reżimu, który wykorzystywał sport do promowania się, było wręczenie miejskiego medalu prezesowi Królewskich w trakcie finału Pucharu Króla rozgrywanego na stadionie, który już wtedy brał swoją nazwę od jego nazwiska. Nic specjalnego? To dodajmy, że w finale tym grały… Atlético, a więc derbowy rywal Realu, i baskijski Athletic.

Josep Samitier i Santiago Bernabeu
Josep Samititer podpisujący kontrakt w towarzystwie Don Santiago ( z prawej). Był to pierwszy wielki transfer pomiędzy Barcą a Realem.

Nie było jednak tak, że Bernabeu zawsze był dla reżimu wygodny. Nawet wtedy często okazywał się politycznie niepoprawny, zawsze szczery, uczciwy i działający według własnego kodeksu etycznego. Tak było, gdy generał Millán Astray gościł w loży honorowej na Chamartín i molestował (podobno chodziło głównie o całowanie) żonę jednego z gości. Don Santiago, gdy dowiedział się o incydencie, wykreślił nazwisko generała z księgi gości, zakazując mu tym samym wstępu na stadion. Mimo gróźb ze strony Astraya (włączając w to groźbę śmierci), nie ugiął się. Ocaliła go interwencja Muñoza Grandesa, mitycznego wręcz generała, w którego oddziale służył w trakcie wojny.

Innym razem, gdy koszykarska sekcja Realu rozgrywała mecz z Maccabi Tel Aviv, Bernabeu wziął swą własną złotą odznakę i udekorował nią izraelskiego generała Moshe Dayana (który zresztą z dumą przyznawał, że jest madridistą). Problem w tym, że rząd Franco nie uznawał istnienia państwa Izrael i akt ten odczytano jako wymierzony we władzę. Wielu frankistów od tego momentu deklarowało, że nienawidzi Santiago Bernabeu. Ale on, rzecz jasna, się tym nie przejmował.

Nie da się więc jednoznacznie określić Realu jako „klubu reżimu”. Nie da się też powiedzieć, że z jego przychylności w ogóle nie korzystał. Można za to stwierdzić, że z całą pewnością niezależny był sam Don Santiago, który zawsze dbał tylko o jedno – dobro Królewskich.

Miłość i nienawiść

Tymi, nawet jeśli nie do końca zależnymi od niego, kontaktami z reżimem, a także innymi działaniami (jak choćby wydawaniem ogromnych sum, jak na tamte czasy, na zawodników) Bernabeu zyskał sobie wielu wrogów. Zwłaszcza w Katalonii, ale czy może to dziwić, skoro nie dość, że to właśnie tam walczył w trakcie wojny, to otwarcie mówił o swej niechęci do ludzi z tego regionu? „Lubię Katalonię, poza Katalończykami” zwykł powtarzać. Jak to on, stawiał sprawę jasno. Wrogowie ci stali się jeszcze bardziej zaciekli, gdy Alfredo Di Stefano trafił do Madrytu. Ale historia tego transferu została już opisana tyle razy, że nie ma sensu przypominać jej po raz kolejny.

Oczywiście ta nienawiść wynikała też z prostego faktu, że Real zaczął dominować nie tylko w hiszpańskiej, ale też europejskiej piłce, a wszyscy wiedzieli, czyja to zasługa. Najlepsi zawodnicy, największy stadion, najwięcej pieniędzy, najważniejsze trofea… Real miał wszystko, łącznie z największym prezesem. I choć on sam wolał stać w cieniu, to jego przeciwnicy z tego cienia go wyciągali, by móc jawnie manifestować swe poglądy na jego temat. Ale Don Santiago nie obchodziło ich zdanie.

Mógł przyjąć taką postawę, bo, dla równowagi, kochali go madridistas. Zrobił dla tego klubu wszystko. Poświęcił mu niemal całe życie. Począwszy od prac przy stadionie O’Donnell, a skończywszy na zapełnieniu gabloty z trofeami. Już w latach 30., gdy jeszcze nie był prezesem, a jedynie sekretarzem, znacząco przysłużył się do zdobycia dwóch mistrzostw Hiszpanii, o czym już wspomnieliśmy. Po raz pierwszy objawił się wtedy jego zmysł transferowy – sprowadził do klubu m.in. Zamorę, Ciriaco czy Quincocesa, którzy potem zapewnili Realowi wygraną w lidze.

Dopiero po wojnie wszyscy w Madrycie przekonali się jednak, jak bardzo Don Santiago ukochał sobie białe barwy. Real nie istniał. Nie było zawodników, pieniędzy, stadionu. Był tylko jeden człowiek, który tramwajem przemierzał ulice stolicy, by – namawiając swych dawnych przyjaciół, ludzi związanych z Królewskim – rozpocząć powolną odbudowę klubu. Zaledwie kilka lat później kładziono już kamień węgielny pod budowę Chamartín. Nie dziwi więc, że – wbrew jego woli(!) – akcjonariusze przegłosowali w roku 1955, by przemianować obiekt na „Estadio Santiago Bernabeu”. Jak wiemy, tak zostało do dziś.

Pamiętna jest też przemowa z przerwy rozgrywanego w Pucharze Mistrzów meczu z Rapidem Wiedeń. Królewscy przegrywali wtedy 0:3, a Don Santiago pofatygował się – co czynił niezwykle rzadko – do szatni. Zabrał ze sobą przedstawiciela klubu z kamerą, dzięki czemu zachowały się słowa, które powiedział wtedy zawodnikom: „Nikt tak łatwo stąd nie ucieknie – nie przyjechaliśmy tu na wakacje, chcę zobaczyć więcej jaj na boisku. Nie wiem, czy to rozumiecie, ale macie na koszulkach herb Realu Madryt, a na trybunach widziałem tysiące Hiszpanów, którzy przyszli nas wspierać – ludzi, którzy wypruwają sobie żyły w fabrykach, żeby zarobić na życie. Nie możecie ich w taki sposób zawieść”. Jasne postawienie sprawy: zawodnicy grają nie tylko dla siebie, ale i dla Hiszpanii oraz Hiszpanów (mimo że mecz rozgrywany był na wyjeździe). To dla nich mają wygrać. Ktoś jeszcze ma wątpliwości, dlaczego Bernabéu był tak uwielbiany?

Jeśli tak, to dodajmy jeszcze jedno: nigdy, przez niemalże 45 lat pełnienia tej funkcji, nie pobierał pensji jako prezes klubu. To nie była dla niego praca, to było jego życie. Kochał to, co robił i kochał momenty takie jak ten, gdy – po wygranej w Lidze Mistrzów – publiczność wyjęła białe chusteczki (co w tym konkretnym przypadku oznaczało wyrazy uznania) i machała nimi w stronę prezesa, który nie krył wzruszenia. Był kochany i nienawidzony, ale obchodziło go tylko to pierwsze. Bowiem miłość pochodziła od madridistas, dla których robił wszystko. A ci zwykli mówić: „Wierzę w Boga, Hiszpanię i Don Santiago Bernabeu”. Trudno o większe wyrazy uznania.

Ślubuję ci wierność aż do śmierci

Od 14 roku życia, aż do ostatnich jego chwil, gdy miał niespełna 83 lata, zawsze pozostawał wierny jednej z dwóch miłości swego życia – Realowi Madryt. Z drugą, Marią Valenciano, poślubioną w roku 1940 (miał wtedy 45 lat), też został do samego końca. Gdy myślimy o śmiertelnej chorobie, trudno wyobrazić nam sobie uczucia, jakie muszą towarzyszyć człowiekowi, który zmuszony jest zmagać się z taką wiadomością. Don Santiago za to, w wywiadzie z roku 1977, gdy przebywał w kurorcie Santa Pola mówił: „Strach przed śmiercią dla mnie nie istnieje. Kiedy odwiedzam cmentarz, czuję się bardzo dobrze. Ta cisza!”.

Ta postawa może tłumaczyć to, jak dawał radę do końca sprawować swe obowiązki. Do ostatniego dnia, ostatniej godziny i ostatniej sekundy pozostawał prezesem Królewskich. Jeszcze przed śmiercią, ale już w roku 1978 w uznaniu zasług otrzymał od hiszpańskiej federacji złoty medal z brylantami za zasługi dla piłki nożnej. Podobnym wyróżnieniem uhonorowali go też król Juan Carlos i minister kultury. Nie ma jednak wątpliwości, że największą nagrodę dostał pięć dni przed końcem swego życia – 120 tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie, noszącym jego imię, zgotowało mu owację na stojąco, przemieszaną ze skandowaniem jego nazwiska i płaczem. Na to właśnie pracował 69 lat.

santiago-bernabeu-2
Santiago Bernabeu.

Zmarł tuż przed mistrzostwami świata w Argentynie. FIFA, uznając jego wkład w rozwój piłki nożnej, zarządziła trzydniową żałobę, a każdy mecz pierwszej kolejki mundialu, rozpoczynał się od minuty ciszy. Pośmiertnie został też przez federację uhonorowany orderem zasług. Mówi się, że na łożu śmierci poprosił przyjaciół, którzy byli przy nim, jedynie o to by nie zostawili jego żony w nędzy.

Dwa razy w swoim życiu składał przysięgę wierności – raz klubowi, raz swej wybrance. Obu dochował.

Spuścizna Santiago Bernabeu

Trudno w kilku zdaniach opisać to, co Bernabeu po sobie zostawił. Zacznijmy od tego, co da się „zobaczyć”. Gdy był prezesem, poza rozwojem sekcji piłkarskiej (a wręcz jej odbudową), stworzył sekcje koszykówki, siatkówki, piłki ręcznej, tenisa i gimnastyki. Najbardziej „eksportową” stała się oczywiście pierwsza z nich. Wraz z piłkarską kolekcjonowała trofea. 16 zwycięstw w lidze, 6 Pucharów Króla, 6 Pucharów Europy, jeden Puchar Interkontynentalny – to osiągnięcia tych, którzy biegali po murawie, w czasie gdy na czele klubu stał Don Santiago. Koszykarze dołożyli do tego 19 tytułów mistrzowskich, 18 Pucharów Hiszpanii, 6 Pucharów Europy i jeden Interkontynentalny. Niesamowita statystyka.

Co więcej? Zarządzanie klubem – Bernabeu był wizjonerem. Podzielił Real na „strefy działań”, według których wybrane osoby były odpowiedzialne za przypisane im obszary. Podział funkcjonował także w zespołach młodzieżowych, przy których działały również organy techniczne – chodziło bowiem o to, by nie tylko wygrywać teraz, ale i w przyszłości, za sprawą własnych wychowanków (co zresztą szybko przyniosło efekty). Budowa stadionu, o której już wspomniano, i ośrodka treningowego. Zrobienie z Realu potęgi pod względem reklamowym i marketingowym, a co za tym idzie, także finansowym. Królewscy kreowali swą markę na całym świecie.

A co zawdzięcza mu europejska piłka? Puchar Mistrzów. Don Santiago chciał stworzyć takie rozgrywki już kilka lat przed tym, jak Gabriel Hanot przedstawił swój pomysł. Prezes Realu z miejsca stał się jego orędownikiem i w dużej mierze dzięki jego staraniom niedługo później zainaugurowano ten turniej.

Na koniec należy zadać sobie jedno pytanie: nie, czy Real byłby tu, gdzie jest, bez Santiago Bernabeu. Należy spytać czy Real Madryt w ogóle istniałby, gdyby zabrakło tego jednego człowieka.

SEBASTIAN WARZECHA

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl