Jerzy Kraska – defensywny ekran

Wnaszej reprezentacji za czasów trenera Górskiego grało wielu znakomitych piłkarzy. Dzisiaj pamiętamy tylko o tych najpopularniejszych nazwiskach. Każdy kibic zna Lubańskiego, Deynę, Szarmacha, Gorgonia czy Tomaszewskiego. Wielkich sukcesów polskiej piłki nie byłoby jednak bez tych mniej znanych graczy. Jednym z nich był zawodnik, który w ciągu półtora roku rozegrał aż 13 (!) oficjalnych spotkań w kadrze, wieloletni piłkarz warszawskiej Gwardii, którego Jacek Gmoch nazywał defensywnym ekranem – Jerzy Kraska.

Urodzony 24 grudnia 1951 r. w Płocku, swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w tamtejszej Mazovii. Przygodę z futbolem rozpoczął, idąc śladem starszych braci. Kiedy wielu jego kolegów próbowało swoich sił w ataku, Kraska od początku grał w obronie. Jak sam wspominał, był chyba urodzonym stoperem. Do płockiego klubu trafił w wieku 12 lat. To właśnie tam uczył się piłkarskiego abecadła. Jego pierwszym opiekunem został Aleksander Duszyński, a kiedy młokos został już podstawowym zawodnikiem pierwszej jedenastki, jego talent starał się wykorzystać Aleksander Czyżewski. Ci dwaj szkoleniowcy wpoili mu dyscyplinę gry, która nie była wtedy aż tak doceniana, jak dzisiaj. To dzięki nim młody Jurek nauczył się realizować założenia taktyczne i polecenia trenerów, co tak bardzo cenił u niego Kazimierz Górski.

Od początku mieli na niego oko

Latem 1968, 17-letni wówczas Jerzy Kraska szykował się do kolejnego sezonu w A-klasowej Mazovii. Coraz częściej znajdował uznanie w oczach trenera i zaczynał odgrywać coraz ważniejszą rolę w drużynie. Młody chłopak nie mógł się już doczekać końca okresu przygotowawczego i aż rwał się do gry. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle pojawił się na treningu, powiedziano mu, żeby zgłosił się do klubowego sekretariatu. Tam czekała na niego tyleż wspaniała, co zaskakująca wiadomość: trener Jerzy Słaboszewski powołał go na centralne zgrupowanie kadry juniorów.

Wziąłem zawiadomienie do ręki i zupełnie nie wiedziałem co powiedzieć. Stałem i przyglądałem się mu dobrych kilka minut. Osłupiałem i chyba nic w tym dziwnego. Wspanialszej wieści nie mogłem otrzymać wspominał na łamach książki „Wielki finał”.

To właśnie wspominane wyżej dyscyplina gry i znakomita realizacja założeń taktycznych zwróciły uwagę Jerzego Słaboszewskiego. Pod jego okiem Kraska robił coraz większe postępy. Sam wspominał, że na tych zgrupowaniach poznał wyższy stopień piłkarskiego wtajemniczenia. Niedługo potem zadebiutował w reprezentacji. Polacy mecz z Bułgarami przegrali co prawda 0:3, ale Jurek zaprezentował się dobrze na tle kolegów i na stałe wywalczył miejsce w zespole. W ciągu w dwóch kolejnych lat rozegrał w narodowych barwach 18 spotkań.

Jerzy Kraska w zespole harpagonów

Kariera jasnowłosego obrońcy zaczynała nabierać rozpędu. Rok po otrzymaniu powołania do kadry juniorów, Kraska dostał propozycję transferu do warszawskiej Gwardii, która wracała do I ligi po roku nieobecności. Droga do wielkości stała otworem, ale niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem. Stołeczna drużyna przechodziła wtedy mały kryzys, a pozbawiony odpowiedniej opieki szkoleniowej młody chłopak miał problemy z aklimatyzacją i wywalczeniem sobie miejsca w podstawowej jedenastce.

Po latach w jednym z wywiadów wspominał swoje trudne początki w resortowym klubie. Po przyjeździe do Warszawy kupił w kiosku plan stolicy i dopiero z nim w ręku trafił na stadion. Trudno mu się żyło samemu w tak dużym mieście, z dala od domu. Miał przecież dopiero 18 lat. W wolnych chwilach odwiedzał dworzec PKS przy ul. Żytniej w nadziei, że spotka tam kogoś ze swojego rodzinnego Płocka.

Parę środkowych obrońców tworzyli wtedy Roman Jurczak i Ryszard Kielak. Jerzy Kraska w trudnych chwilach mógł liczyć szczególnie na pomoc tego pierwszego. Trenerem był Henryk Szczepański, świeżo po zakończeniu kariery. Na letnim obozie w Ustce biegał razem z zawodnikami, a młody Jurek nie miał co liczyć na taryfę ulgową. Wkrótce zaczęły się u niego problemy ze stawami. Podejrzewano nawet płaskostopie, ale był to po prostu efekt przeciążeń.

Debiut, który zaliczył w meczu z Cracovią, też nie można uznać za wymarzony. Do przerwy harpagony przegrywały 0:2, a w szatni Kraska poprosił o zmianę:

Byłem oszołomiony, czułem, że nie jestem jeszcze przygotowany do gry z ligowymi cwaniakami.

Trener przystał na prośbę, ale kolejne pół roku Kraska spędził w drużynach juniorskich i w rezerwach. Ale właśnie tamto zesłanie pozwoliło mu okrzepnąć i nabrać pewności siebie. Stał się innym zawodnikiem i nie miał już żadnych kompleksów wobec bardziej doświadczonych rywali.

U-23 trenera Strejlaua

W odbudowaniu się Kraski dużą rolę odegrał też Andrzej Strejlau. Mimo że młokos rzadko grywał w Gwardii, to szkoleniowiec dał mu szansę, włączając go do swojej reprezentacji U-23. Indywidualne podejście trenera do i znakomita atmosfera panująca w kadrze pomogły Krasce w odzyskaniu formy. To właśnie w młodzieżówce stał się prawdziwym, dojrzałym piłkarzem.

W kadrze młodzieżowej panowała znakomita koleżeńska atmosfera, wszyscy opętani byli żądzą doskonalenia piłkarskiego rzemiosła i pracowali nadzwyczaj solidnie. Okazało się to dla mnie zbawienne. Od pewnego czasu znajdowałem się w nie najlepszym nastroju. Przejście z wieku młodzieńczego w dojrzały, połączone ze zmianą środowiska, okazało się być trochę ponad moje siły. A że w Gwardii nie trenowaliśmy wtedy chyba tak, jak trzeba – grałem dość słabo. Trenując z Andrzejem Strejlauem, znowu uwierzyłem w siebie opowiadał w „Wielkim finale”.

To Strejlau jako pierwszy zauważył, że piłkarz Gwardii może więcej osiągnąć w drugiej linii niż w obronie. Kiedy powiedział o tym piłkarzowi, to Kraska nie ukrywał zdziwienia. Był przekonany, że to absurdalny pomysł i że jest już za stary, żeby się przestawić na inną pozycję. Nie musiał jednak długo czekać i wkrótce okazało się, że szkoleniowiec miał rację.

Zmianie uległa też jego rola w klubie. Zdobyte doświadczenie w kadrze zdołał wykorzystać, żeby w końcu na stałe zadomowić się w pierwszym składzie warszawskiej drużyny. Wkrótce treningi zaczęli prowadzić Ryszard Koncewicz i Bogusław Hajdas, a Jerzy Kraska zyskiwał coraz większe uznanie.

Kadra olimpijska

Wiosną 1971 r. nasz bohater dowiedział się, że został wybrany do kadry olimpijskiej. Był tak samo zaskoczony, jak wtedy, kiedy do juniorów powołał go trener Słaboszewski. Nie potrafił sobie w logiczny sposób wytłumaczyć, dlaczego to właśnie jego wybrał Kazimierz Górski. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie chodzi o zaznajomienie go z atmosferą reprezentacji, ale przecież to nie pora na takie eksperymenty. O tym, że jest poważnym kandydatem do gry w kadrze, przekonał się w nieoficjalnym sparingu z NRD w Łodzi. Dzięki znakomitemu występowi przeciw nieoficjalnej reprezentacji tego kraju, zapewnił sobie stałe miejsce w kadrze. Choć gazety pisały, że mało się pokazywał, to zyskał sobie zaufanie trenera Kazimierza Górskiego, który w swoich wspomnieniach pisał, że Kraska wraz z Deyną i Szołtysikiem stworzyli dobrą, drugą linię. Sam zawodnik mówił, że Włodzimierz Lubański powitał go jak dobrego znajomego, w kadrze panowała świetna atmosfera, a trener był dla piłkarzy jak ojciec.

Oficjalnie zadebiutował w słynnym meczu (artykuł sprzed kilku dni) z Bułgarami w Starej Zagorze. Gwardzista, mimo porażki zebrał dobre recenzje i skutecznie uprzykrzał życie Christo Bonewowi. To właśnie w tym spotkaniu, rumuński sędzia Pădureanu o mały włos nie zakończył naszych marzeń o olimpijskim występie.

W drugiej połowie było bardzo nerwowo, mnożyły się faule. Ostatecznie ulegliśmy gospodarzom 1:3, a Bonew strzelił dwa gole. Nikt nie miał jednak do mnie pretensji. Wszyscy czuliśmy się oszukani wspominał w jednym z wywiadów.

Szczęśliwie dzięki zwycięskiemu rewanżowi w Warszawie i wygranej amatorskiej kadry Hiszpanii z piłkarzami z Bałkanów, to jednak nasza reprezentacja pojechała do Monachium. Był raczej pewien nominacji, a oprócz niego z Gwardii na igrzyska pojechał jeszcze Ryszard Szymczak. Po latach Jerzy Kraska wspominał, że sporo było śmiechu przy odbieraniu sprzętu, on sam dostał dres z nazwiskiem Irena Szewińska.

W największej sportowej imprezie czterolecia zadebiutował już w pierwszym meczu z Kolumbią. W końcówce zastąpił Zygfryda Szołtysika i mógł czuć się olimpijczykiem z prawdziwego zdarzenia. Sam występ był dla niego spełnieniem dziecięcych marzeń:

Od dziecka interesowałem się sportem. Igrzyska olimpijskie były dla mnie imprezą z pogranicza świata iluzji i nawet oglądane w telewizji przytłaczały mnie swym ogromem, fascynowały oprawą. Lecz dopiero uczestnicząc w nich, patrząc niejako od środka, mogłem przekonać się o prawdziwych rozmiarach tego przedsięwzięcia, poznać niepowtarzalny smak olimpijskiej rywalizacji opisywał imprezę swojego życia w „Wielkim finale”.

Najgorzej wspominał mecze z Danią i z Ghaną. Pierwsze, w którym Polacy przechodzili kryzys, przesiedział na ławce i bardzo mocno przeżywał, głównie ze względu na fakt, iż patrzył na nie z boku. Pojedynek z Ghaną natomiast zapamiętał z innych powodów:

W ogóle tego dnia źle się czułem, byłem jakiś ociężały. A już w czasie gry wynikły dodatkowe kłopoty. W żaden sposób nie mogłem odróżnić zawodnika, którego miałem pilnować od jego kolegów. Wszyscy byli czarni, łudząco do siebie podobni. Dziś mi się chce z tego śmiać, ale wtedy dosłownie nie wiedziałem co robić relacjonował w cytowanej książce.

Kluczowe dla naszych medalowych szans było spotkanie z ZSRR. Kraska zaczął je na ławce, ale jeszcze w pierwszej połowie musiał zastąpić filar naszej defensywy – Jerzego Gorgonia. Gwardzista wspominał, że wyszedł na boisko całkiem sztywny, ale w końcowym rozrachunku to Polacy okazali się lepsi. W finale z Węgrami wystąpił od pierwszych minut. Po raz kolejny bardzo dobrze wywiązał się z powierzonych mu zadań i mógł świętować zwycięstwo.

Tego przeżycia nikt i nic nie zdoła zatrzeć. Prawdę mówiąc nie zdołałem się jeszcze nacieszyć faktem, że jestem olimpijczykiem, gdy radość ta ustąpiła jeszcze większe, wywołanej zdobyciem złotego medalu. Szło nam na igrzyskach wspaniale. Potwierdziła się stara prawda, że los jest łaskawszy dla lepszychopowiadał.

Pechowa łąkotka

Niestety olimpijski turniej w Monachium był ostatnią wielką imprezą w jego karierze. W czerwcu 1973 r. wygraliśmy 2:0 z Anglią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Nikt nawet nie przypuszczał, że oprócz Lubańskiego, który kontuzję odniósł właśnie w sprincie do piłki podanej przez Kraskę, stracimy też wkrótce tego drugiego. W mało ważnym, towarzyskim meczu pomiędzy reprezentacjami Warszawy i Poznania, młody gwardzista doznał kontuzji łąkotki.

W 13. minucie towarzyskiego spotkania Poznań – Warszawa usłyszałem w kolanie trzask, jakby pękła sucha gałąź. Dopiero po trzech miesiącach zapadła decyzja o operacji, a wtedy nie było jeszcze artroskopów. Transmisję z historycznego meczu na Wembley oglądałem w szpitalu z zagipsowaną nogą mówił w wywiadzie.

Czekały go miesiące czekania i mozolna rehabilitacja. Zbliżały się mistrzostwa świata w RFN, a trener Górski kompletował powoli kadrę na turniej. O Krasce jednak nie zapomniał. Dobrze wiedział, że zawodnik o jego charakterystyce może dać drużynie dużo dobrego. 27 marca reprezentacja mierzyła się w sparingu z Fortuną Düsseldorf. Wracający po kontuzji zawodnik od pierwszych minut wybiegł na boisko. Niestety nie minął nawet kwadrans, a kolano pochodzącego z Płocka piłkarza znowu nie wytrzymało. Koniec marzeń o wielkiej karierze.

Przeszedł drugą operację, ale do dawnej formy już nigdy nie wrócił. Nie miał pretensji do lekarzy, prawdopodobnie posiadał  wrodzony uraz. Być może nie do końca rozpoznany, bo po tych dwóch operacjach przechodził jeszcze trzy. Kontuzje uniemożliwiły mu zrobienie większej kariery. W barwach stołecznego klubu w latach 1969-1982 zaliczył tylko 154 spotkania. W Gwardii występował do połowy lat 80. W sezonie 1973/74 zagrał w przegranym finale Pucharu Polski, a sezon później dotarł do 1/8 finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Umiejętności i sił wystarczyło mu jeszcze, żeby przez dwa lata występować w fińskim zespole Kuopion Palloseura.

W roli szkoleniowca

Po skandynawskiej przygodzie wrócił do kraju i zaocznie ukończył AWF na Bielanach. Uzyskał tytuł trenera II klasy, ale szkoleniem zajął się już wcześniej. Pracował z trampkarzami, potem był asystentem Mirosława Jabłońskiego w II lidze. Gwardia jednak zaliczała zjazd, a po zmianach ustrojowych nikt nie chciał się przyznawać do milicyjnego klubu. Kiedy w 1991 r. zaczęły się zwolnienia, Krasce, który miał etat kapitana, zaproponowano pracę, ale w policji. Nie mający nic wspólnego z zawodem policjanta mistrz olimpijski z Monachium, w wieku 40 lat wybrał emeryturę.

W końcu jednak zmienił klub. Razem z Jabłońskim pracował jeszcze w Polonii, ale nie spędził tam za dużo czasu. Od czasu do czasu grywał w meczach Orłów Górskiego, ale wkrótce został trenerem rezerw warszawskiej Legii. To tam pod jego opiekę trafił Robert Lewandowski. Kraska wspominał, że szczególnie nie wyróżniał się na tle innych, ale miał smykałkę i boiskowego farta. Liczył, że zostanie w warszawskim klubie.

Szczerze wierzyłem, że ta pierwsza drużyna w końcu się nim zainteresuje. Trenowaliśmy przecież o tej samej porze na sąsiednich boiskach! Jeśli kogoś „jedynce” brakowało, zawsze posyłałem im Lewandowskiego. Niestety, wyszło jak wyszło. A on naprawdę chciał w tej Legii grać. To było widać. Sam o tym mówił… Ale do tanga trzeba dwojga mówił dla Polsatu Sport.

Dziś za zawodników występujących na jego pozycji płaci się niebotyczne pieniądze. W jego czasach niewielu jeszcze dostrzegało, jak ważną rolę odgrywają defensywni pomocnicy. W bardzo młodym wieku stał się pewnym punktem drużyny narodowej. Gdyby nie pechowe kontuzje, byłby pewnie jednym z jej filarów na długie, długie lata. Górski wspominał go jako bardzo dobrego pomocnika i obrońcę. Bardzo żałował, że nie mógł skorzystać z jego usług w 1974 r. w RFN. Pracowity i ambitny gracz. Koledzy wspominają go jako bardzo koleżeńskiego. Taki zresztą pozostał do dziś – sympatyczny i skromny. Szkoda tylko, że przeciętny kibic często nie wie nawet, że był taki piłkarz, albo wie tylko tyle…że był.

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 33 artykuły
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt
  • Gwidon Naskrent

    Ryszard Szymczak, nie Roman.

    • Bartosz Dwernicki

      poprawione, dzięki za czujność!