Polska – Brazylia – ostatnia dogrywka przed Szwajcarią

Bycie kibicem reprezentacji Polski w piłce nożnej to prawdziwa sinusoida nastrojów. Jeszcze niedawno wszyscy cieszyliśmy się ze świetnych eliminacji, by za chwilę narzekać na, według niektórych, katastrofalne mecze towarzyskie przed Euro. W samym turnieju finałowym reprezentacja również nie rozpieszcza kibiców, wrzucając ich w skrajne nastroje w ramach rozgrywanych spotkań, a mecz ze Szwajcarią mógł być dla wielu namiastką choroby afektywnej dwubiegunowej – w końcu takich wahań nastrojów nie uświadczą ludzie normalni.

Aby zrozumieć wyjątkowość wygranego meczu ze Szwajcarami trzeba się cofnąć do 6 czerwca 1938 roku, kiedy to reprezentacja stawiła czoła brazylijskim wirtuozom piłki. Zanim to jednak nastąpiło Biało-Czerwoni musieli wywalczyć awans na mistrzostwa świata rozgrywanych we Francji. Warto wspomnieć, że zarówno ówczesne eliminacje jak i sam turniej odbiegały swoją formą od obecnego formatu rozgrywek. Walkę o udział na mundialu podjęło 37 reprezentacji narodowych, które zostały podzielone na 12 grup (9 z Europy, jedna z Azji i 2 z Ameryki Północnej i Południowej. Polakom przypadło walczyć o awans z Jugosławią, jednak dwie bramki Leonarda Piątka, oraz trafienia Jerzego Wostala i Ernesta Wilimowskiego zapewniły nam tryumf. Nawet przegrany 1:0 mecz rewanżowy ostatecznie nie miał znaczenia dla awansu Polaków do francuskiego turnieju, rozgrywanego w przededniu wojny.

Przeczytaj także: „Kuszczak na rzekach Hadesu”

W ramach turnieju finałowego nie istniało pojęcie grup. Reprezentacje od razu rywalizowały między sobą w formule pucharowej. 16 ekip walczyło w każdym meczu o być albo nie być. Polska została wsadzona na wysokiego konia, bo już na starcie dostała jako przeciwnika ekipę Brazylii. Biało-Czerwoni od samego początku byli skazywani na porażkę z wirtuozami południowoamerykańskiej piłki. Nawet czwarte miejsce na olimpiadzie w Berlinie, która miała miejsce 2 lata wcześniej, nie dawało analitykom i komentatorom argumentu do stawiania na Polaków. W tych nastrojach reprezentanci wyszli na murawę Stade de la Meinau. Tradycyjna wymiana proporczyków pomiędzy kapitanami Martim i Władysławem Szczepaniakiem dała początek prawdziwej wojnie.

Polska - Brazylia
Obie jedenastki przed meczem

Strzelanie rozpoczęło się już w 18 minucie, gdy blisko 16 tysięczna widownia zobaczyła trafienie Leônidasa. Tym sposobem Canarinhos udokumentowali swoją przytłaczającą przewagę. Radość Brazylijczyków nie trwała jednak długo, gdyż zaledwie pięć minut później Wilimowski został faulowany w polu karnym przeciwnika, a szwedzki sędzia Ivan Eklind bez wątpliwości wskazał na wapno. Jedenastkę bardzo pewnie wykorzystał Fryderyk Scherfke, na co dzień reprezentujący barwy Warty Poznań. Brazylijski bramkarz Batatais nie miał szans przy mocnym i pewnym uderzeniu polskiego piłkarza w prawy róg bramki. Stracone prowadzenie nie zdeprymowało jednak Brazylijczyków, którzy już po dwóch minutach ponownie objęli prowadzenie za sprawą trafienia Romeu. Gola do szatni strzelił Peracio i w tym momencie mogło się wydawać, że to koniec emocji dla polskich kibiców.

Na szczęście niebiosa tego dnia sprzyjały Polakom, a objawiły to ulewą, która przyszła nad stadion w przerwie meczu. Podmokła murawa nie sprzyjała technicznie grającej Brazylii. Biało-Czerwoni za to doskonale wykorzystali trudne warunki odrabiając straty. Ernest Wilimowski trafieniami w 53 i w 59 minucie przywrócił nadzieje na korzystny rezultat. Warte uwagi jest, że Wilimowski wywodził się z mniejszości niemieckiej, a w trakcie II wojny światowej reprezentował barwy naszego zachodniego sąsiada. Więcej o jego historii przeczytacie TUTAJ. Również strzelcowi pierwszej bramki dla Polaków – Fryderykowi Scherfke było bliżej do Niemiec niż Polski. Wywodził się z niemieckiej rodziny osiedlonej w Poznaniu, a w trakcie wojny był wcielony do Wermachtu. Historię Friedricha Scherfke przedstawiliśmy szerzej TUTAJ.

Wracając jednak do tematu meczu, drużyny nie zwalniały tempa pomimo kolejnych bramek. Wynik 3:3 nie zadowalał żadnej ze stron, stąd kolejne szaleńcze szarże na bramki strzeżone przez Batataisa i Madejskiego. Ofensywne ustawienie było zresztą bardzo popularne w tamtych czasach, o czym świadczą 84 gole strzelone w 18 meczach turnieju. Po jednym ze strzałów padła bramka na 4:3. Samo trafienie było pechowe dla Edwarda Majewskiego, gdyż piłka najpierw uderzyła w poprzeczkę, by ostatecznie odbić się od pleców polskiego bramkarza i wrócić do bramki. Kolejne próby odrobienia strat ze strony Polaków kończyły się niepowodzeniem, a słupek czy pudło na pustą bramkę odbierały jakiekolwiek nadzieje na korzystny rezultat. Gdy wydawało się, że mecz skończy się wynikiem 4:3, w jednej z ostatnich akcji meczu ponownie przypomniał o sobie Wilimowski, który swoim strzałem zapewnił dogrywkę.

W tej niestety błyszczała Brazylia, a właściwie Leônidas, który strzelił dwa gole (później został królem strzelców całego turnieju). Trafienie kontaktowe niezmordowanego tego dnia Wilimowskiego niestety nie uratowało Biało-Czerwonych przed porażką. Gdyby większym szczęściem cieszył się Erwin Nyc, którego strzał zatrzymał się na poprzeczce, to prawdopodobnie mecz zakończyłby się remisem. W takim przypadku Polacy otrzymaliby szansę na ponowne starcie z Brazylijczykami w rewanżu. W tamtych latach nie istniało coś takiego jak konkurs jedenastek.

Michał Frank, korespondent polskiego radia, napisał o tym meczu:

Dla oglądania tego Leonidasa warto było pojechać do Strasburga, moknąć i zmordować się fizycznie i nerwowo.

 Przy napastniku Brazylii warto zatrzymać się na chwilę i wspomnieć, że w przerwie meczu dokonał on zmiany uszkodzonego obuwia. Wokół tej historii utworzyła się legenda, mówiąca, że Brazylijczyk grał bez butów, co ułatwiało mu kontrolę piłki. Oprócz tego Leônidas spopularyzował strzał przewrotką, którą to zdobył ostatniego gola w meczu.

Przegląd Sportowy
Relacja z meczu w Przeglądzie Sportowym (kliknij by powiększyć)

Tym sposobem Polacy odpadli z turnieju. Pomimo zabójczej skuteczności Wilimowskiego, to Canarinhos cieszyli się z awansu do ćwierćfinałów. Ostatecznie reprezentacja Brazylii z legendarnym Leônidasem zajęła trzecie miejsce, oddając wyższość jedynie późniejszemu zwycięzcy turnieju – Włochom. Mimo to Polacy pozostawili po sobie dobre wrażenie i kto wie, czy gdyby nie wojna, Biało-Czerwoni nie namieszaliby  na piłkarskiej mapie Europy i świata.

Najlepiej o pomeczowych nastrojach świadczy nagłówek „Przeglądu Sportowego”, który brzmiał:

Fascynujące widowisko w Strasburgu. Drużyna polska stawia czoło wirtuozom piłki z Brazylii

Dziś wspominamy tamten turniej nie z powodu świetnej gry Wilimowskiego i spółki, a patrzymy na niego przez pryzmat ostatniego meczu, w którym Polska grała w dogrywce. Dopiero po 78 latach i 20 dniach historia została napisana na nowo. Pomimo pewnych analogii meczu ze Szwajcarami do spotkania z Brazylią (jak wspomniana dogrywka i bramka stracona z przewrotki), ówczesna reprezentacja ma dużo więcej szczęścia. Oby to szczęście nie opuszczało Biało-Czerwonych.

BARTŁOMIEJ MATULEWICZ

Bartłomiej Matulewicz
O Bartłomiej Matulewicz 42 artykuły
Od lat związany z publicystyką - kiedyś o Manchesterze United, dziś o historii futbolu. Anonimowy Korespondent. Strzelałem w Manchesterze, Mediolanie, Monako, Monachium, Marsylii, Liverpoolu, Londynie i wielu innych... fotki. Czasami złapiesz mnie na trybunach prasowych. Poza studiami i pracą pochłaniam Premier League oraz Ekstraklasę