Polska na igrzyskach #2: Pierwszy sukces

Berlin 1936

Polski futbol w latach 30. XX w. coraz odważniej zaczął wkraczać na światowe salony. Drużyny klubowe częściej rozgrywały towarzyskie mecze z zagranicznymi zespołami. Kluby z innych krajów zaczęły chętniej przyjeżdżać do nas. W 1936 r. na igrzyskach w Berlinie nasi reprezentanci odnieśli największy sukces w swojej dotychczasowej historii. Ich wynik poprawiły dopiero Orły Górskiego 36 lat później.

Takim kolorem oznaczyliśmy w tekście hiperłącza, gdzie możesz poszerzyć swoją wiedzę. 

Porażka na turnieju olimpijskim w Paryżu długo pozostawała w pamięci piłkarzy, działaczy i kibiców. W obawie o kolejną kompromitację, nie zdecydowano się wysyłać drużyny na igrzyska do Amsterdamu w 1928 r. Decyzji tej sprzyjał też fakt, że rozgrywki dopiero co utworzonej ligi nie zostawiały zbyt dużo czasu na mecze międzypaństwowe. Cztery lata później najlepsi sportowcy świata zjechali do Los Angeles, ale piłka nożna nie weszła wtedy do programu igrzysk.

Lata 30. przyniosły ze sobą spadek znaczenia turniejów olimpijskich. Dlaczego? To proste – ponieważ pojawiły się oficjalne mistrzostwa świata. Polska drużyna pierwszy raz do kwalifikacji światowego czempionatu przystąpiła w 1934 r. Po porażce z Czechosłowacją u siebie, Polacy oddali jednak walkowerem mecz rewanżowy. Decyzja taka zapadła w MSZ, a motywowaną ją tym, że wyjazd ekipy sportowej nie służyłby dobrze stosunkom międzynarodowym.

Berlin 1936 – pierwszy sukces

Nasza reprezentacja coraz częściej odnosiła sukcesy w spotkaniach z silnymi rywalami. Potrafiliśmy wygrać 1:0 z mocną drużyną Austrii czy tylko minimalnie przegrać z Niemcami grającymi na podobnym poziomie. Występy dobre przeplataliśmy jednak niezbyt udanymi, dlatego też obawiano się występu na berlińskich zawodach. Długo zwlekano z podjęciem decyzji o wyjeździe. Pierwsze kroki ku temu podjęto już 1935 r., zatrudniając na stanowisku trenera związkowego Kurta Otto. Pełnił on funkcję trenera reprezentacji obok kapitana związkowego, którym był Józef Kałuża. Niemiec miał pomóc w przygotowaniu reprezentacji do startu w igrzyskach.

Na walnym zgromadzeniu PZPN w lutym 1936 r. dwa dominujące w kraju okręgi piłkarskie, czyli Kraków i Lwów, były przeciwne wyjazdowi. Jednak federacja w porozumieniu z PKOl zdecydowały, że wyślemy piłkarską reprezentację do Berlina. Jednym z głównych argumentów były stosunkowo niewielkie koszty wyjazdu. Wierzono też, że poziom naszego futbolu podniósł się na tyle, że uda się godnie zaprezentować na igrzyskach. Kadra potwierdziła zresztą swoją klasę wyjazdowym zwycięstwem z Belgią w lutym 1936 r.

Zgrupowanie z prawdziwego zdarzenia

Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła dopiero w maju. Czasu na przygotowania nie było więc zbyt wiele, bo formułę otwierającą igrzyska Adolf Hitler miał wygłosić 1 sierpnia. W maju gościła w Polsce pierwsza zawodowa drużyna z Anglii. Zawodnicy Chelsea przyjechali, żeby zagrać mecz z okazji 30-lecia krakowskiej Wisły. PZPN wykorzystał ten fakt i zaoferował gościom rozegranie dodatkowego spotkania z naszą reprezentacją. Anglicy przystali na propozycję i 23 maja na stadionie Legii kadra zmierzyła się z ósmym zespołem angielskiej ligi. Londyńczycy wygrali 2:0, a dzień później ulegli Wiśle 0:1. Innym zagranicznym zespołem, z którym grała się drużyna narodowa, była wiedeńska Admira. Na początku czerwca, kiedy już krystalizował się skład, Polacy dwukrotnie przegrali z Austriakami. Najpierw 5 czerwca 0:4, a cztery dni później 1:3. Wyniki niezbyt zachwycające, ale po to zaplanowano obóz przygotowawczy, żeby wszystkie błędy wyeliminować.

Albański w starciu z napastnikiem Chelsea; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Początkowo brano pod uwagę 36 piłkarzy. Zgrupowanie rozpoczęło tylko 25, a po nim wyłonić planowano 18 wybrańców, którzy dostąpią zaszczytu reprezentowania barw narodowych na berlińskich igrzyskach. W gronie 36 zawodników był Ernest Wilimowski. Ostatecznie jednak nie pojechał na igrzyska, a jego usunięcie z kadry było, delikatnie mówiąc… kontrowersyjne. Pisano o pijaństwie, czy o rzekomym zawodowstwie w Ruchu, ale do dziś trudno ustalić, co tak naprawdę chcieli osiągnąć działacze, pozbywając się najlepszego w tamtym czasie napastnika.

Obóz przygotowawczy rozpoczął się 6 lipca i miał trwać dwa tygodnie. Zawodników zakwaterowano w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na warszawskich Bielanach. Treningi prowadził wspomniany już wyżej Kurt Otto – były piłkarz Schalke, a asystował mu Marian Spojda, który brał udział w igrzyskach w Paryżu. Legendarny obrońca warszawskiej Legii, Henryk Martyna, tak wspominał:

Chociaż występowałem w krajowej reprezentacji już siódmy rok, to dopiero pierwszy raz uczestniczyłem w zgrupowaniu przygotowawczym urządzonym przez PZPN. I to w zgrupowaniu z prawdziwego zdarzenia, gdyż te z lat 1920 i 1924 były tylko sporadyczne, bez jakiejś zdecydowanej koncepcji. (…) Warunki mieszkaniowe wyśmienite, wyżywienie również na „olimpijskim” poziomie. Humory więc i ochota do trenowania oraz gry były w całym zespole jak najlepsze. (…) Najwięcej korzyści z tego obozu wynieśliśmy pod względem kondycyjnym – fragment książki „Wielki finał”

Ostatnie sparingi

Formę naszych reprezentantów podczas przygotowań sprawdziła inna austriacka ekipa – Wacker. W drodze na tournée do Szwecji zatrzymali się na Śląsku i rozegrali z naszą kadrą dwa spotkania. Pierwsze, rozgrywane 11 lipca w Katowicach, trzeba było przerwać po 47 minutach wskutek gwałtownej ulewy i gradobicia – nasi prowadzili wtedy 2:0. Drugi mecz nazajutrz rozegrano w Chorzowie. Nasi reprezentanci wygrali 3:1, ale goście nie zmusili ich do zbyt dużego wysiłku. Nie przyłożyli się zanadto do gry i wyraźnie ustępowali naszym olimpijczykom, którzy zresztą też grali na pół gwizdka. Trenerzy mieli więc problem z oceną aktualnej dyspozycji zawodników.

O ostatecznym kształcie reprezentacji miały zadecydować sparingi z węgierskim klubem Phöbus FC, jednym z czołowych zespołów w swoim w kraju. Po solidnych treningach nasi piłkarze wygrali 18 lipca w Warszawie 3:1. W drugim, który odbył się dzień później w Łodzi, Madziarzy zmusili naszych graczy do większego wysiłku. Grali z zaangażowaniem, prezentując dobre wyszkolenie techniczne i składne akcje. Finalnie starcie zakończyło się remisem 4:4, choć do przerwy przegrywaliśmy 2:4.

Węgierski Phöbus zmusił Polaków do sporego wysiłku; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Po węgierskich sprawdzianach kapitan związkowy Józef Kałuża przedstawił zarządowi PZPN listę 18 zawodników, którzy mieli reprezentować nasz kraj w Berlinie. Działacze zatwierdzili wszystkie nazwiska i do stolicy III Rzeszy pojechali: bramkarze Edward Madejski (Wisła) i Spirydion Albański (Pogoń), obrońcy Henryk Martyna (Legia), Władysław Szczepaniak (Polonia) i Antoni Gałecki (ŁKS), pomocnicy Józef Kotlarczyk (Wisła), Wilhelm Góra (Cracovia), Jan Wasiewicz (Pogoń), Ewald Dytko (Dąb Katowice) i Franciszek Cebulak (Legia) oraz napastnicy Ryszard Piec (Naprzód Lipiny), Michał Matyas (Pogoń), Walenty Musielak (HCP Poznań), Fryderyk Scherfke (Warta), Hubert Gad (Śląsk Świętochłowice), Walerian Kisieliński (Polonia), Gerard Wodarz i Teodor Peterek (obaj Ruch Wielkie Hajduki). W kraju pozostała czwórka graczy, którzy mieli pozostawać w gotowości wyjazdu do Berlina, gdyby zaszła taka potrzeba. Byli to: bramkarz Marian Fontowicz (Warta), Wilhelm Piec (Naprzód Lipiny), Jerzy Wostal (AKS Chorzów) i Alojzy Sitko (Wisła).

Rewanż za Paryż

Piłkarze wyjechali do Berlina z resztą olimpijskiej reprezentacji specjalnym pociągiem, a wzdłuż trasy, którą pokonywali, gromadzili się kibice wiwatujący na cześć sportowców. Polaków zakwaterowano w Doeberitz, położonym 32 km od Berlina. Parterowe domki, w których zamieszkali, po igrzyskach miały zostać przekształcone na koszary lotnicze. 19 lipca w berlińskim hotelu Russischer Hof przeprowadzono losowanie. Uczestników podzielono na dwa koszyki, a polska reprezentacja trafiła do pierwszego. W 1/16 finału mieli zmierzyć się z drużyną węgierską. W wielu europejskich krajach wprowadzono już wtedy zawodowstwo, podobnie było u naszych bratanków, którzy na igrzyska wysłali amatorską drużynę. Właśnie z uwagi na słabszą niż dotąd obsadę turnieju, eksperci upatrywali w polskiej drużynie jednego z kandydatów nawet do medali.

Polska reprezentacja przed inauguracyjnym spotkaniem; źródło: wikipedia.org

W środę 5 sierpnia sędzia Raffaele Scorzoni z Włoch dał sygnał do rozpoczęcia gry. Na mogącym pomieścić 45 tys. widzów Poststadion zgromadziło się ledwie pięć tysięcy fanów futbolu.

Po raz pierwszy widziałem takiego kolosa, ale będąc na murawie, czułem się wręcz zagubiony. Mecze pierwszej rundy nie wzbudzały większego zainteresowania, ale dla nas piłkarzy, mobilizowanych przy każdej okazji, zdawał się ten mecz być najważniejszą próbą. Pamiętam, że szczególnie zdenerwowany chodził wśród piłkarzy redaktor Obrubański, który miał z Madziarami swoje rachunki. W Berlinie załatwiliśmy je za niego – wspominał Wodarz

Spotkanie z Węgrami zaczęliśmy z wysokiego c. Już w 15. minucie po silnym strzale Wodarza, bramkarz rywali ledwie zdołał odbić piłkę, ale wobec dobitki Gada był już bezradny. W 28. minucie ten sam zawodnik, po akcji Scherfke – Peterek podwyższył na 2:0. Węgrzy próbowali kontratakować, ale nasza obrona była nie do przejścia. Przeciwnik nie przebierał w środkach, żeby odrobić straty, ale jego próby spełzły na niczym. W końcówce Madziarzy znowu oddali nam inicjatywę. Kilka minut przed końcem, po strzale Scherfke piłka trafiła w poprzeczkę, ale zdołał ją przejąć Wodarz i ustalił wynik meczu na 3:0. „Przegląd Sportowy” odtrąbił Wielki sukces Polaków, a w relacjach zawodników dużo uwagi poświęcono ostrej grze rywali:

Jak zaczęli mnie brać w kleszcze, powiedziałem sobie: nie mogę być od nich gorszy i przyjąłem ten sam system gry, niech pieruny wiedzą, że nie jesteśmy byle lalki – emocjonował się Peterek na łamach „Przeglądu Sportowego”

Polakom udał się rewanż za porażkę sprzed 12 lat; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Najlepsze oceny zebrała formacja pomocy, która obsługiwała atak wieloma kluczowymi podaniami. Na najwyższe noty zasłużyli Jan Wasiewicz i Józef Kotlarczyk. Bez zarzutu w obronie spisywali się Henryk Martyna i Antoni Gałecki, a w napadzie zwrócił na siebie uwagę Hubert Gad, który miejsce w składzie przejął po Wilimowskim.

Brytyjski dreszczowiec

W ćwierćfinale na naszą drużynę czekała już reprezentacja Wielkiej Brytanii, która jest powoływana do życia tylko przy okazji igrzysk. W pierwszej rundzie odprawili oni Chińczyków, którzy jako jedyni w turnieju mieli numery na koszulkach. Zdania na temat naszego meczu z amatorami z Wysp były podzielone. Wielu obserwatorów faworyta spotkania widziała w Polakach, ale pojawiały się też głosy, które przestrzegały przed zbytnim lekceważeniem Brytyjczyków.

Do starcia o półfinał przystąpiliśmy w tym samym składzie co trzy dni wcześniej z Węgrami. Z perspektywy czasu oceniano to jako błąd, bo przydałby się odpoczynek tym najbardziej zmęczonym czy poturbowanym graczom. Mecz rozpoczął się od okresu wyrównanej gry. Oba zespoły zachowywały ostrożność. W końcu, w 26. minucie Bernard Joy zdobył bramkę, dającą wyspiarzom prowadzenie. Ten 25-letni kapitan Brytyjczyków po igrzyskach trafił do Arsenalu, zaliczył też występ w zawodowej reprezentacji, a 20 lat później wydał książkę Forward, Arsenal!

Zmobilizowani i podrażnieni Polacy wyrównali już 10 minut później po strzale niezawodnego Gada, który wykorzystał dokładne dośrodkowanie Pieca. Na parę minut przed przerwą Wodarz wyprowadził nasz zespół na prowadzenie. To była dopiero jednak zapowiedź koncertu, jaki nasza drużyna miała dać na początku drugiej odsłony. Tuż po wznowieniu gry lewoskrzydłowy Ruchu strzelił swoją drugą bramkę, a dwie minuty później skompletował hat-tricka, wykorzystując rozkojarzenie rywali, którzy dosłownie stanęli w miejscu. W 56. minucie Piec podwyższył na 5:1 i zapowiadał się srogi pogrom brytyjskiej ekipy. Minęło ledwie 10 minut gry, a koncertowo grający Polacy strzelili trzy bramki i praktycznie przesądzili losy meczu.

Był to życiowy mecz w mojej karierze piłkarskiej. Drugi raz w biało-czerwonych barwach udało mi się uzyskać „hat-trick”. Pierwszy raz strzeliłem w przedolimpijskiej próbie z Phöbusem, teraz również udało mi się zaskakującymi strzałami trzykrotnie zmusić do kapitulacji angielskiego bramkarza Hilla. Wszystko mi się w tym meczu udawało. Oddawałem centry dokładnie moim kolegom, a dwie bramki strzelone przez mnie po przerwie były, jak to określili obserwatorzy, majstersztykiem ­– wspominał Wodarz w książce „Wielki finał”

Po bramce Pieca na 5:1 wydawało się, że mamy mecz pod kontrolą; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nasi reprezentanci mieli mecz pod kontrolą, a każda następna akcja pachniała kolejnymi bramkami. Wszystko szło dobrze do 71. minuty. Wtedy to Edgar Shearer strzelił drugą sztukę dla wyspiarzy, która dodała im wiatru w żagle i przywróciła nadzieje na korzystny wynik. W 78. minucie Albański na tyle niefortunnie wypiąstkował piłkę, że dopadł do niej Joy i chwilę później na tablicy wyników było już tylko 5:3. Oszołomieni takim rozwojem wypadków Polacy, dali sobie strzelić wkrótce czwartą bramkę. W zamieszaniu w polu karnym po rzucie rożnym piłkę do siatki ponownie wcisnął Joy. Na tym jednak się skończyło i ostatnie dziesięć minut nasi zawodnicy spędzili na rozpaczliwej obronie wyniku, czekając na gwizdek Szweda, Rudolfa Eklöwa. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale szczęśliwie dotrwaliśmy do końca. Niezłego stracha napędził nam Bernard Joy, który wspominał:

To się musiało wreszcie stać! Traciliśmy bramki dzięki zagraniom, które udają się na trawie raz na dziesięć prób, a Polakom wychodziły za każdym razem. Lewoskrzydłowy miał dzień, jakby od lat gromadził szczęście na tę jedną grę – był wspaniały, elegancki, dżentelmen w każdym calu. Gdy Edgar złapał na błędzie obrońcę, uwierzyliśmy, że to jeszcze nie koniec. Teraz do nas należał cały stadion. Udało mi się trafić dwa razy – pierwszy z bliska, z podania Gardinera, a chwilę potem z ponad 20 jardów. Poczuliśmy siłę wiatru! Teraz wychodziło wszystko, a Polacy rozpaczliwie bronili się, jakby nagle zapomnieli o grze. Byliśmy blisko, ale do szansy w dogrywce, zabrakło nam grama szczęścia od dobrej wróżki.

Nasi zawodnicy mówili, że kontrolowali przebieg gry, ale dziennikarze wytykali im, że jeśli spotkanie trwałoby kilka minut dłużej, to przeciwnik zdołałby wyrównać. Oprócz Wodarza wyróżnili się obaj boczni pomocnicy – Józef Kotlarczyk i Ewald Dytko, dla których nie było w tym mecz straconych piłek. Po tym emocjonującym spektaklu, w którym mieliśmy sporo szczęścia, mogliśmy się szykować do półfinału. Pierwszy raz znaleźliśmy się w strefie medalowej i mieliśmy spore szanse na sukces. Naszym przeciwnikiem miało być Peru…

Austria zamiast Peru

Miało być, ale nie było. Ich ćwierćfinałowy mecz z Austrią miał niecodzienny przebieg. Do przerwy przegrywali 0:2, zdołali jednak wyrównać i doprowadzić do dogrywki. W tej grali już zdecydowanie lepiej od rywali i po bramce na 4:2 w samej końcówce, wydawało się, że zagrają w półfinale. Austriacy jednak złożyli protest. Jako powód podali wtargnięcie na boisko, już po meczu, peruwiańskich kibiców, którzy rzekomo mieli poturbować amatorów z Austrii. Jury d’Appel uwzględniło ich obiekcje i nakazało powtórzyć spotkanie. Peruwiańczycy, czując się oszukani, odmówili wzięcia w nim udziału, a Austria otrzymała walkower. Pod konsulatami Niemiec i Austrii w Limie odbyły się demonstracje, a poseł peruwiański w Berlinie zwrócił się do rządu o wydanie nakazu powrotu ekipy do kraju.

Faworytami półfinałowego spotkania byli gracze znad Wisły. We wcześniejszych latach graliśmy z amatorską drużyną Austrii dwukrotnie i tyle razy wychodziliśmy z tych konfrontacji zwycięsko. Dodatkowo w październiku 1935 wygraliśmy z drugą drużyną zawodowców tego kraju. Swoim rodakom nie dawał nawet szans sławny Hugo Meisl. Boisko zweryfikowało jednak oczekiwania.

Po spotkaniu z Brytyjczykami okazało się, że Fryderyk Scherfke ma pęknięte żebra i konieczna będzie zmiana w żelaznym dotąd składzie. Naturalnym wyborem wydawał się Michał Matyas. Kałuża postawił jednak na debiutanta – Walentego Musielaka. Kiedy dzień przed meczem drużyna się o tym dowiedziała, to Martyna i Kotlarczyk chcieli nawet udać się do Kałuży i zapytać czemu nie wystawił Matyasa, który pomimo wcześniejszej kontuzji, był już gotowy do gry:

Czułem się już zdolny do gry, ale nie zgodziłem się na ich propozycję. Kierownictwo ekipy – powiedziałem – powinno samo zapytać mnie, jak się czuję. Nie mam zamiaru za waszym pośrednictwem wpraszać się do gry, a jeśli mimo to będziecie interweniować, powiem Kałuży, że nie czuję się na siłach – relacjonował Matyas w „Wielkim finale”

Mecz rozgrywano 11 sierpnia na Stadionie Olimpijskim w obecności 80 tys. widzów, co musiało być dla Polaków nie lada przeżyciem, bo pierwszy raz wystąpili przed tak dużą publicznością. Nasza drużyna od początku atakowała, ale były to raczej indywidualne zrywy niż przemyślane, poukładane akcje. W 17. minucie Austriak Kerl Keinberger oddał silny strzał z 30 metrów, którym zaskoczył naszą defensywę i nieoczekiwanie pierwsi na prowadzenie wyszli rywale. Mimo że swoje dogodne sytuacje mieli Gad, Wodarz i debiutujący Musielak, to do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie.

Ewald Dytko w walce o górną piłkę, przed nim Henryk Martyna; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Po przerwie nasi reprezentacji od razu ruszyli do ataków. Niestety nadal bezskutecznie, a jakby tego było mało, to w 54. minucie piłkę przechwycił Walter Werginz, który uprzedził nadbiegającego Gałeckiego i podwyższył na 2:0 dla Austrii. Od tego momentu gra się zaostrzyła. Groźne akcje Polacy przeprowadzali głównie lewą stroną. W 72. minucie po przerzucie na prawą stronę futbolówkę przejął Piec i znakomicie wypuścił Musielaka. Ten znowu jednak zmarnował dogodną sytuację i z trzech metrów trafił w słupek. Chwilę później jednak nadzieje w serca kibiców wlał Gad, który trafił w trzecim kolejnym meczu turnieju. Do końca spotkania pozostawało kilkanaście minut i polscy piłkarze zagrali va banque. Ataki na austriacką bramkę szły jeden za drugim i wydawało się kwestią czasu zdobycie wyrównującego gola. Wreszcie na pięć minut przed końcem Wodarz zacentrował piłkę, do której wyskoczył Peterek i wepchnął piłkę do bramki razem z bramkarzem. Wydawało się, że arbiter początkowo chciał wskazać na środek boiska, ale chwilę później odgwizdał rzut wolny dla Austrii. „Przegląd Sportowy” pisał, że jego decyzja wywołała zastrzeżenia nawet u neutralnych widzów. Protesty Polaków na nic się zdały, a dodatkowo dali sobie wbić w samej końcówce trzecią bramkę.

Kiedy po przegranej zawodnicy pytali Kałużę, dlaczego nie wystawił Matyasa, kapitan związkowy miał odpowiedzieć, że trener Otto, powołując się na diagnozę niemieckiego lekarza, przekazał mu, że gracz Pogoni nie jest zdolny do gry. Dopatrywano się tutaj celowego działania niemieckiego trenera, choć chyba nieco przesadnie. Kozłem ofiarnym zrobiono debiutującego Musielaka, a sam Kałuża przyznał się do błędu. „Przegląd Sportowy” donosił, że Nieudolnie zestawiony atak polski zaprzepaszcza wielką szansę piłkarstwa polskiego, a Adam Obrubański, który pisał wtedy dla tygodnika Raz, dwa, trzy, oceniał:

Zespół grał w całości znacznie gorzej niż w dwóch poprzednich meczach. Nie widać w nim było tej zaciętości i bojowości, która ożywiła naszych zawodników w meczach z Węgrami i Anglią. Albański, który już w meczu z Anglikami wykazał niepewność i tremę, również i w tym spotkaniu zawiódł, przepuszczając dwie bramki w stylu nieprzynoszącym mu zaszczytu. Obrona mniej pewna niż w poprzednich meczach, przy czym Gałecki był słabszy od Martyny. Pomoc spisywała się stosunkowo najlepiej, natomiast atak to – poza Wodarzem i częściowo Peterkiem – najsłabsza część naszej drużyny. W bardzo słabej trójce środkowej, zaprzepaszczającej najłatwiejsze nieraz sytuacje podbramkowe najlepiej stosunkowo wypadł Gad. Musielak debiutujący w zespole wykazywał brak rutyny.

Marzenia o złotym medalu prysnęły jak bańka mydlana. Jedyną szansą na poprawę nastrojów było spotkanie o trzecie miejsce. W boju o brązowe medale nasi gracze spotkali się z Norwegią. Ci w ćwierćfinale odprawili z kwitkiem faworyzowanych Niemców, a po tamtym meczu szkoleniowcem naszych zachodnich sąsiadów został Sepp Herberger. Polaków nie czekał więc spacerek, a pojedynek, który trzeba było zagrać na pełnych obrotach. Niełatwe to było zadanie, kiedy po porażce zespół był psychicznie rozbity i całkowicie zdekoncentrowany.

Rozwiane nadzieje

Norwegowie w półfinale dopiero po dogrywce ulegli Włochom, więc też mieli za sobą ciężką przeprawę zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. 13 sierpnia na Stadionie Olimpijskim zgromadziło się 90 tys. widzów. Widowisko okazało się jednym z najlepszych spotkań turnieju. Oba zespoły, mimo bolesnych porażek w poprzednich starciach, walczyły z niezwykłą ambicją i bardzo fair. Szanse obu drużyn były równorzędne, a styl gry podobny. O zwycięstwie miały więc decydować lepsza kondycja i przygotowanie mentalne. Nasi trenerzy dali pograć kilku rezerwowym, którzy zastąpili najbardziej zmęczonych zawodników pierwszej jedenastki.

Po szybkich atakach już w 4. minucie wywalczyliśmy rzut rożny. W podbramkowym zamieszaniu piłkę w siatce zdołał umieścić Gerard Wodarz. Po szybkim wyjściu na prowadzenie poszliśmy za ciosem, a norweski bramkarz znalazł się w sporych opałach. Po upływie dziesięciu minut gry, w rzutach rożnych było już 5:0 dla nas, ale nie potrafiliśmy przełożyć tej przewagi na gole. Stopniowo zaczęli do głosu dochodzić Skandynawowie i ich ataki przyniosły skutek w 15. minucie. Wtedy to Arne Brustad zdobył wyrównującą bramkę. Sześć minut później, ten sam zawodnik, który później zostanie uznany w opinii fachowców najlepszym na całym turnieju, wykorzystał zdenerwowanie i niedokładność naszych graczy, pokonując Albańskiego po raz drugi. Podrażnieni Polacy odpowiedzieli w mgnieniu oka. Trzy minuty po stracie gola Wodarz zacentrował do Peterka, ten uderzył z półobrotu i na tablicy wyników znowu był remis. Kibice musieli być zachwyceni, ledwie 25 minut gry, a zdążyli obejrzeć już cztery trafienia.

Strzelona bramka podziałała na naszych zawodników motywująco i w 30. minucie byli o krok od zdobycia trzeciego gola, ale norweski obrońca zdołał wybić piłkę z linii bramkowej. W kolejnych akcjach świetne strzały Gada i Wodarza obronił Henry Johansen. Norwedzy niebezpiecznie kontratakowali, ale do przerwy rezultat nie uległ zmianie.

Mecz o trzecie miejsce był jednym z najlepszych na całym turnieju. Na zdjęciu interwencja Albańskiego; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W drugiej części obraz gry pozostał taki sam. Na przemian atakowali jedni i drudzy. Po naszej stronie świetne okazje mieli Kisieliński i Gad, a w bramce dobrze spisywał się Albański. W 67. minucie Wodarz trafił w poprzeczkę, ale nie było nikogo, kto mógłby dobić. Wszystko wskazywało na to, że rozstrzygnięcie zapadnie dopiero w dogrywce. Niestety, pięć minut przed końcowym gwizdkiem Gałecki nie upilnował Monsena, który przerzucił futbolówkę do niekrytego Brustada. Norweg strzelił, piłka trafiła w poprzeczkę i odbiła się od pleców naszego bramkarza, wolno wtaczając się do bramki. Szał radości w zespole rywali, rozpacz w naszych szeregach. Polacy przegrali 2:3 i wracali do domu z niczym.

Ulegliśmy Austriakom nie bez pomocy stronniczego sędziego, a w meczu o trzecią lokatę nerwy odmówiły nam posłuszeństwa. Czułem niedosyt po tym starcie. Kierownictwo bankietowało poza wioską. Pozbawieni opieki zawodnicy poszli śladem działaczy. Próbowałem ich wyciągnąć z kantyny, bo dla mnie alkohol nie istniał, lecz nie osiągnąłem w tym dziele wielkich sukcesów – wspominał Albański

Nie ma się co dziwić podłym nastrojom polskich piłkarzy, bo mieli naprawdę duże szanse nawet na końcowe zwycięstwo. Niedługo po igrzyskach z posadami pożegnali się zarówno trener Otto, jak i prezes PZPN gen. Bończ-Uzdowski. Z perspektywy czasu można jednak ten występ zaliczyć do udanych. Zwyczajnie zabrakło szczęścia, żeby wrócić do kraju z medalami. Niezależni obserwatorzy twierdzili, że w meczu o brąz spotkały się dwie najlepsze drużyny turnieju. Polacy pokazali światu, że potrafią grać w piłkę. Potwierdzili to dwa lata później na mistrzostwach świata we Francji w fantastycznym starciu z Brazylią. Gdyby do Berlina pojechał bohater tamtego spotkania, czyli Ernest Wilimowski, to kto wie, czy w stolicy III Rzeszy nie wybrzmiałby Mazurek Dąbrowskiego. Na to, żeby nasz hymn został odegrany na niemieckiej ziemi, musiało czekać jednak aż całe pokolenie miłośników futbolu.

BARTOSZ DWERNICKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Bartosz Dwernicki
O Bartosz Dwernicki 22 artykuły
Pasjonat podróży i gór. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego. Lubi zagłębiać się w piłkarskie historie zza żelaznej kurtyny. Od 20 lat kibic Borussi Dortmund i Realu Madryt