Wywiad: Piotr Skrobowski (cz.I)

Był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy w historii Wisły Kraków. Potrafił powstrzymać Diego Maradonę, a Tele Santana widział dla niego miejsce w reprezentacji Brazylii. Jego błyskotliwą karierę przerwała jednak kontuzja, po której nie wrócił już do dawnej formy.

 „Piotrek Skrobowski, najlepszy obrońca Polski”. Tak swego czasu śpiewali kibice przy Reymonta?

Tak było (śmiech). Kibice zasiadający wtedy na dziesiątym sektorze zawsze mieli jakiegoś ulubieńca. Wcześniej był to Adam Musiał, Antoni Szymanowski czy Adam Nawałka, ale z roku na rok to się zmieniało. Kto stawał się objawieniem, ten zawsze był ciepło przyjmowany przez kibiców. Nie da się ukryć, że było to szalenie miłe i sympatyczne.

Kiedy dokładnie stał się Pan ulubieńcem trybun?

To było oczywiście po tym, jak dołączyłem do pierwszej drużyny Wisły. Byłem bardzo młodym chłopakiem. Zaraz po skończeniu szesnastych urodzin od razu dostałem szansę gry i rywalizacji z wielkimi zawodnikami. Wtedy do drużyny przychodziła cała generacja utalentowanych zawodników, którzy wymieniali tych z większym doświadczeniem. Ja zaczynałem jeszcze za czasów Goneta, Szymanowskiego czy Musiała, ale oni wkrótce zaczęli odchodzić do innych klubów. Na ich miejsce przychodziła jednak młodzież, to wszystko było dokładnie przemyślane. No i w tamtejszej Wiśle była też wspaniała atmosfera. Czasem może nawet zbyt dobra, bo mam wrażenie, że gdyby trenerzy potrafili mocniej złapać nas za kark, osiągnęlibyśmy znacznie więcej.

Nie dość, że dołączył Pan do pierwszego zespołu w tak młodym wieku, wchodził Pan do szatni świeżo upieczonego mistrza kraju. Wisła Kraków w 1978 roku pod wodzą Oresta Lenczyka sięgnęła po tytuł.

Początki nie były łatwe, tym bardziej, że Orest Lenczyk był bardzo dziwnym trenerem. Miał swoje humory – potrafił zniszczyć zawodników, których przed chwilą wprowadzał do drużyny albo odsyłał do rezerw tych, z którymi jeszcze niedawno tak świetnie mu się współpracowało. Na tamten czas był to jednak szkoleniowiec, który zdobył z Wisłą mistrzostwo Polski i poprowadził ją w europejskich pucharach w pamiętnych meczach przeciwko Malmo. To była fenomenalna drużyna. Ostatnio nawet wspominałem, że w tamtym okresie mieliśmy szesnastu reprezentantów Polski. Pięciu grało w pierwszej drużynie, kolejni w reprezentacji olimpijskiej, młodzieżowej, juniorskiej… To było nieprawdopodobne.

Pan był jednym z tych reprezentantów. W 1979 roku z kadrą do lat 20 poleciał Pan na mistrzostwa świata do Japonii.

Poznaliśmy tam zupełnie inny świat. Zaskoczyło nas, że wszędzie obecni byli dziennikarze. Dzisiaj jest to zupełnie normalne, ale wtedy byliśmy tym wszystkim oszołomieni. Przylecieliśmy z tej biednej Polski, a tu nagle, dosłownie wszędzie, od rana do wieczora biegali dziennikarze. No i w dodatku ta niesamowita Argentyna z osiemnastoletnim Diego Maradoną. Grał kapitalnie, został zresztą uznany najlepszym zawodnikiem całego turnieju i poprowadził swój zespół do złotego medalu. Ich trenerem był wtedy Cesar Luis Menotti, który rok wcześniej z pierwszą reprezentacją wywalczył mistrzostwo świata. Na Argentyńczyków trafiliśmy w grupie i choć przegraliśmy 1:4, pilnowany przeze mnie Maradona zdobył tylko jedną bramkę i to z rzutu wolnego. Spotkaliśmy się zresztą rok później w meczu towarzyskim seniorskich już reprezentacji i znowu sobie nie pograł, choć ponownie trafił z wolnego. Komplementował mnie po spotkaniu, co było niezwykle miłe. A na młodzieżowych mistrzostwach w Japonii wygraliśmy dwa pozostałe grupowe mecze z Jugosławią i Indonezją, dzięki czemu graliśmy dalej.

W ćwierćfinale udało się pokonać Hiszpanię po rzutach karnych. Jak wyglądał półfinał?

Dotarliśmy do najlepszej czwórki i niestety los rzucił nas przeciwko Ruskim. W Kobe mieliśmy zagrać o finał. Trafiliśmy jednak na minę, ponieważ mecz był rozgrywany na sztucznym boisku, do czego nie byliśmy przyzwyczajeni. W dodatku graliśmy w ulewie i po przypadkowo straconej bramce przegraliśmy 0:1. Rywale okazali się od nas po prostu lepsi fizycznie. Mecz o trzecie miejsce przegraliśmy z Urugwajem po rzutach karnych i zakończyliśmy mistrzostwa na czwartej pozycji. Do dziś mam medal za tamto osiągnięcie.

Rok później w NRD rozgrywane były mistrzostwa Europy do lat 19. Nie zabrakło tam Polaków z Panem w roli kapitana.

Na ten turniej pojechaliśmy jakby z przymusu. Ubrania, które nam przydzielono, nie były odpowiednio skrojone. Marek Siwa z Pogoni Szczecin dostał na przykład garnitur, który był o trzy numery za duży, więc musiał podwijać rękawy i nogawki. Wyglądał komicznie, zresztą nie mogło być inaczej, skoro zabrakło odpowiednich butów i ubierał… klapki. Ja do garnituru nosiłem trampki, co dzisiaj jest wprawdzie modne, ale wtedy było raczej powodem do żartów. Wysłali nas do tego NRD, ale nikt nie liczył na jakikolwiek sukces. Nie chcieli nawet jechać z nami działacze, bo dla nich był to wyjazd mało atrakcyjny. W końcu przydzielili nam jakiegoś nauczyciela, który pojechał z reprezentacją jako opiekun.

W mistrzostwach szło wam jednak świetnie. W grupie pokonaliście m.in. reprezentację RFN, a w półfinale 2:0 Włochów i w decydującym meczu zmierzyliście się z Anglikami. Była szansa na zwycięstwo w całym turnieju?

Oczywiście, że była, ale zabrakło nam koncentracji. Nasza mentalność była taka, że dochodziliśmy do pewnego momentu i zadowalaliśmy się tym, co już osiągnęliśmy. Nigdy nie potrafiliśmy skonsumować tego sukcesu, tak jak zrobili to niedawno nasi siatkarze. Wyjeżdżaliśmy na turniej z myślą: „Jakoś to będzie. Jeśli wygramy, będzie super, jeśli przegramy – trudno, takie jest życie”. Zarówno podczas mistrzostw Europy jak i mistrzostw świata dochodziliśmy do czwórki i, uznając to za sukces, rozluźnialiśmy się. W NRD mieszkaliśmy w jednym ośrodku z Anglikami. W dniu finału po obiedzie poszliśmy na spacer. Nagle podbiega do nas jeden z kolegów i krzyczy podniecony: „Chodźcie szybko, coś wam pokażę!”. Weszliśmy do sali gimnastycznej i zobaczyliśmy leżących na parkiecie Anglików, którzy relaksowali się przy muzyce, przygotowując się do meczu. My, jak to Polacy, od razu wpadliśmy w śmiech i zaczęliśmy krzyczeć: „Ej, wy, Angole, wpierdolimy wam na boisku!” (śmiech).

Na boisku lepsi okazali się jednak Anglicy.

Po pierwszej połowie prowadziliśmy 1:0. Atmosfera się rozluźniła, byliśmy przekonani, że uda nam się ich pokonać. Wcześniej ograliśmy reprezentacje RFN i Włoch, więc dlaczego nie miałoby się udać z Anglikami? A oni byli cały czas skoncentrowani i konsekwentnie dążyli do strzelenia gola. Bronił wtedy Paweł Gaszyński i niestety puścił bramkę z czterdziestu metrów. Strzelił ją Paul Allen z West Hamu, który wtedy miał już za sobą występ w finale Pucharu Anglii przeciwko Arsenalowi. Był oczywiście ich największą gwiazdą i na rozgrzewce każdy chciał zobaczyć, kto to jest. No i biegał sobie po boisku taki niepozorny chłopczyk, a potem okazało się, że ten chłopczyk w odpowiednim momencie przyłożył nogę i strzelił nam gola. Ostatecznie skończyło się na naszej porażce 1:2, bo drugą bramkę dołożył Gibson z Tottenhamu. Przyznam szczerze, że należało nam się to mistrzostwo, ale zabrakło tej „kropki nad i” w finale.

Ktoś w Polsce w ogóle zauważył ten sukces, jakim niewątpliwie było wicemistrzostwo Europy?

Tak, bo kiedy dotarliśmy do półfinału, nagle spotkaliśmy się z wielkim zainteresowaniem władz. Wysłali na mistrzostwa dziennikarzy telewizyjnych na czele z Janem Ciszewskim, żeby zrobili z nami wywiady. Okazało się, że znalazło się nawet miejsce w ramówce na nasz mecz i przeprowadzono transmisję. Niezłe jaja. Nagle cała Polska obudziła się i przypomniała sobie, że w NRD rodacy walczą w finale mistrzostw Europy. Już po turnieju prosto z lotniska zawieźli nas na polityczne salony. Ja pojechałem do telewizji, żeby udzielić wywiadu w programie „Echa Stadionów”. Dostaliśmy nagrody, pamiętam, że była to kwota, na którą moja mama musiała pracować dwa miesiące. Coś niesamowitego, jak nagle to wszystko się zmieniło, ale to był nasz wielki sukces.

Dla Pana był to chyba szczególnie udany turniej?

Zostałem wybrany przez dziennikarzy najlepszym obrońcą turnieju i wkrótce redakcja „Piłki Nożnej” uznała mnie Odkryciem Roku. Praktycznie miesiąc po powrocie z mistrzostw trener Ryszard Kulesza powołał mnie do pierwszej reprezentacji i zadebiutowałem w meczu z Irakiem. Wyszedłem na drugą połowę spotkania, które na Stadionie Dziesięciolecia rozgrywane było w obecności stu tysięcy widzów.

Udało się Panu dosyć szybko zadebiutować w pierwszej reprezentacji, ale nie wszyscy koledzy z młodzieżówki poszli w pańskie ślady. Kto najbardziej zmarnował swój potencjał?

Wydaje mi się, że Mirek Pękala. W wieku 16 lat zdecydowanie przewyższał nas wszystkich talentem. Był niesamowity. Potrafił świetnie uderzać obiema nogami, dobrze grał głową, mentalnie był też przygotowany do gry na międzynarodowym poziomie. Już wtedy występował w pierwszej drużynie Śląska Wrocław obok Tadeusza Pawłowskiego czy Janusza Sybisa. Więcej mógł osiągnąć też Jacek Kazimierski, bo był świetnym bramkarzem. Być może nie był mentalnie przygotowany do odnoszenia sukcesów, a może po prostu miał zbyt dobrych rywali. Józef Młynarczyk był pewniakiem w bramce reprezentacji i sprawdzał się przez lata. W grupach młodzieżowych Kazimierski sam potrafił wygrywać mecze. Przede wszystkim świetnie grał na przedpolu, co wtedy było bolączką wielu zawodników na jego pozycji. Każdy twierdził, że świetnie nadałby się do ligi angielskiej.

To zawodnicy, który zaliczyli trochę występów w seniorskiej reprezentacji. Byli też tacy, którzy już tam nie dotarli?

Był Marian Tomczyk, który zdaniem Henryka Apostela mógł namieszać w lidze, ale zgasł bardzo szybko. Bogusław Skiba świetnie radził sobie w Stali Mielec. W europejskich pucharach nieźle grał w meczach z takimi rywalami jak Real Madryt czy HSV, ale w seniorskiej drużynie narodowej nigdy nie zadebiutował.

Pan dostał się do reprezentacji i wydawało się, że na lata stanie się jej podporą, ale w seniorskiej kadrze zaliczył Pan jedynie 15 występów. Dlaczego?

Trafiłem na najgorszy okres w historii Polski. Nie mówię tu o polskiej piłki, bo to były piękne lata pełne sukcesów, ale o sytuacji politycznej. Wyizolowano nas ze wszystkiego. W stanie wojennym, nie licząc mistrzostw świata w Hiszpanii, rozegraliśmy sześć spotkań. Dziś zawodnik może trafić do Klubu Wybitnego Reprezentanta po 4-5 latach. Wtedy nie było takiej możliwości. Nikt nie chciał nas zapraszać na mecze…

Mimo tego rozegrał Pan kilka pamiętnych spotkań w narodowym zespole. Od razu po debiucie poleciał Pan z kadrą na tournée do Ameryki Południowej. Jak wspomina Pan tamtą wyprawę?

To było niezapomnianie przeżycie. Nie miałem jeszcze 20 lat, a już mogłem zagrać przeciwko takim legendom jako Socrates i Zico. Był tam z nami Marek Wielgus, jeden z dziennikarzy, który robił zdjęcia. Do dziś mam niektóre z nich. Świetnie oddają klimat tamtych spotkań: 120 tysięcy kibiców na stadionie Morumbi w Sao Paolo, tam-tamy, niesamowity tumult… Dopiero przed meczem dowiedziałem się, że wystąpię od pierwszej minuty i zagram na Socratesa. Kiedy to usłyszałem, na godzinę zablokowałem toaletę (śmiech). Zagrać przeciwko takim ikonom to było coś niesamowitego! Kiedy pewnego razu pokazywałem zdjęcia z tamtego meczu grającemu w Wiśle Cleberowi, powiedział z niedowierzaniem: „To niemożliwe, że grałeś przeciwko Zico”. Dla Brazylijczyków ci piłkarze do dzisiaj są niczym bogowie.

Jak Pan wypadł w rywalizacji z takimi tuzami?

Doktor Socrates przy mnie sobie nie pograł i już w przerwie został zmieniony. Długo prowadziliśmy 1:0, ale później Brazylijczykom jakoś udało się pokonać Piotra Mowlika i skończyło się na remisie. Po meczu dostaliśmy nagrodę – każdy z nas otrzymał po 30 dolarów. Co to była za radość! Przypomnę, że dzienna dieta przypadająca na piłkarza wynosiła wtedy 2,5 dolara, więc to była całkiem niezła suma. Szef ekipy, który miał wypłacić nam pieniądze w gotówce, kajdankami przypiął sobie do ręki walizkę, żeby przypadkiem ktoś mu jej nie ukradł (śmiech). Później wygraliśmy jeszcze z Boliwią 1:0 i z Kolumbią 4:1. W obu meczach cztery z pięciu goli zdobył Andrzej Iwan.

Piotr_Skrobowski_1983
Skrobowski w barwach Wisły Kraków

Inne spotkania też zapadły Panu tak głęboko w pamięć?

Pamiętam jeszcze mecz z Hiszpanią rozgrywany kilka miesięcy później, też za trenera Kuleszy. Iwan strzelił dwie bramki i wygraliśmy 2:1. Razem z Andrzejem byliśmy wtedy najlepsi na boisku. Spotkanie obserwował z trybun Tele Santana i na drugi dzień w jednej z gazet na pierwszej stronie ukazał się wywiad z selekcjonerem reprezentacji Brazylii. Powiedział, że widziałby nas obu w swojej drużynie. To była ogromna satysfakcja.

Ryszarda Kuleszę po słynnej aferze na Okęciu na stanowisku selekcjonera zastąpił Antoni Piechniczek. Jaki ma Pan stosunek do tego szkoleniowca? Andrzej Iwan w swojej książce nie wspomina go najlepiej…

Po Kuleszy, który cieszył się ogromnym autorytetem, przyszedł trener-pracuś. Piechniczek uważał, że tylko i wyłącznie dzięki pracy można do czegoś dojść. Polegało to na tym, że nowy selekcjoner organizował mnóstwo zgrupowań. Wyjeżdżaliśmy więc na te zgrupowania, ale z czasem nie mogliśmy już na siebie patrzeć. Tym bardziej, że w klubach też przecież mieliśmy podobne obozy treningowe. Właśnie na jednym z takich reprezentacyjnych zgrupowań przed mistrzostwami świata w Hiszpanii odnowiła mi się kontuzja. Stało się to w momencie, kiedy wszyscy mieli już siebie serdecznie dosyć. Trener widział, że się obijamy, więc wymyślił sparing: kawalerzy kontra żonaci. Doszło do autentycznego napieprzania się po nogach. Kiedy wyprowadzałem piłkę, Andrzej Szarmach zaatakował mnie od tyłu. Nie miał pewnie złych zamiarów, ale trafił mnie w nogę, która wcześniej była złamana.

Kontuzja, o której Pan mówi, zdarzyła się znacznie wcześniej. Jak doszło do złamania kości strzałkowej?

To było pod koniec 1981 roku, kiedy graliśmy w Pucharze Polski ze Stalą Rzeszów. Pechowa kontuzja – wybijając piłkę, facet trafił mnie w nogę i złamał mi kość. Nic złego by się jednak nie działo, gdyby normalnie mnie leczono: zdjęcie, diagnoza, gips i krótka przerwa w grze. Niestety polscy lekarze mieli swoją filozofię i zamiast włożyć moją nogę do gipsu, dali mi opaskę, którą miałem nosić. Trudno się temu specjalnie dziwić, skoro lekarzem Wisły był w tamtym czasie anestezjolog…

W reprezentacji też Panu nie pomogli?

Niedługo po odniesieniu tej kontuzji rozpoczęło się zgrupowanie, więc musiałem na nie pojechać. Kość nie miała więc kiedy się zrosnąć. Odczuwałem ból przy każdym tąpnięciu nogą. Trenowałem jednak i dalej występował w meczach kadry. Zagrałem jeszcze w spotkaniu z VfB Stuttgart, gdzie przeciwko Hansi Muellerowi, jednemu z najlepszych piłkarzy w Europie, strzeliłem dwie bramki i wygraliśmy 4:1. Piechniczek był we mnie zakochany i szykował mnie do pierwszej jedenastki na mistrzostwa. Później jednak przyszło wspomniane już zgrupowanie i nagle, mimo że byłem w gazie, w niesamowitej formie, musiałem pożegnać się z marzeniami…

Na mundial Pan jednak pojechał, choć z powodu tej kontuzji nawet nie powąchał murawy.

Przed mistrzostwami powiedziałem wprost: „Panowie, ta noga ciągle mnie boli”. Usłyszałem tylko: „Do pierwszego meczu mamy dwa tygodnie, jakoś to będzie”. Nikt się mną nie zajmował, nikt nie zrobił mi prześwietlenia. Później pojawiły się zarzuty, że wzięli chłopa do Hiszpanii na wycieczkę. A ja jeszcze przed pierwszym meczem trenowałem i byłem szykowany do gry! Nikt nie wiedział, że noga jest złamana!

Andrzej Iwan też wystawiany był do gry mimo kontuzji, co zakończyło się dla niego bardzo poważnym urazem już podczas samych mistrzostw. Opieka medyczna w tamtych czasach to była prowizorka?

Polska medycyna sportowa w latach 70. i 80. to nie była prowizorka, to była katastrofa! Lekarze wybierani byli z klucza, trudno nazwać ich fachowcami. Ten kto miał wejścia, kto miał na przykład tatę generała, dostawał etat. Jak Adamowi Nawałce strzelił mięsień, to na operację musiał jechać do Wiednia. Dziś takie zabiegi robi się bezinwazyjnie. Jeden ze znanych piłkarzy pojechał do Warszawy na operację i okazało się, że wycięli mu nie tę łękotkę. Z racji tego, że zrobił to bardzo znany szef kliniki MSW, zatuszowano sprawę. Takich medycznych wpadek było wtedy bardzo dużo.

Jak Pan wspomina mistrzostwa świata w Hiszpanii?

Całe szczęście, że udało się zdobyć medal, bo atmosfera była beznadziejna. Rano robiono nam polityczne apele: „Naród was potrzebuje, wszyscy oczekują sukcesu”. To nie miało nic wspólnego ze sportem. W Polsce trwał stan wojenny i to odbijało się także na nas. Było szaro, smutno, wszyscy chodzili przygnębieni. Nie licząc Polonii, naszych kibiców tez w Hiszpanii nie było zbyt wielu. Nie ma w ogóle porównania z atmosferą, jaka panuje na mistrzostwach rozgrywanych obecnie.

Mimo wszystko udało się powtórzyć wynik z 1974 roku, po drodze ucierając nosa ZSRR. Mecz z tym rywalem miał dla Was podwójne znaczenie?

To był, dosłownie, mecz o życie. Wiedzieliśmy, że remis pozwoli nam wejść do strefy medalowej, ale każdy miał w głowie także ten polityczny aspekt. Spotykaliśmy się przed tym meczem i mówiliśmy sobie, ze jest szansa sprawić Polakom podwójną radość. Tym bardziej, że mundialu nie rozpoczęliśmy rewelacyjnie. Dopiero przekonywujące zwycięstwa z Peru i Belgią po dwóch bezbramkowych remisach dały nadzieję na dobry wynik w całym turnieju.

Trzecie miejsce to był w tamtym momencie szczyt marzeń?

Piechniczek trzymał się pewnych nazwisk. Dla mnie największym błędem było to, że tak długo nie zdecydował się wpuścić na boisko Andrzeja Szarmacha. W meczu z Włochami, kiedy nie mógł zagrać Zbyszek Boniek, trzeba było postawić właśnie na „Diabła”. Na pewno powiązałby obrońców lepiej niż Andrzej Pałasz, który, powiedzmy sobie szczerze, był jaki był – taki mały pokemon (śmiech). Piechniczek miał swoje trenerskie „widzimisię”, ale dzisiaj nie powinniśmy go oceniać, bo jednak zakończył mistrzostwa świata sukcesem. Uważam, że jak na tamte czasy to trzecie miejsce było wielkim osiągnięciem.

Po mistrzostwach i wyleczeniu ciągnącej się od wielu miesięcy kontuzji, wrócił Pan na boisko, ale nigdy nie prezentował już wcześniejszego poziomu. Uważa Pan, że wpływ na to mógł mieć fakt, że od najmłodszych lat pański organizm był mocno eksploatowany?

Oczywiście, że miało to wpływ na moją późniejszą dyspozycję. Nie było żadnej odnowy biologicznej czy diety – człowiek przed meczem najadł się kotletów i wychodził na boisku. O owocach mogliśmy jedynie pomarzyć. Kiedy graliśmy juniorski turniej w Monako i rano zeszliśmy na śniadanie, pierwszy raz w życiu zobaczyliśmy tyle jedzenia. Drugiego dnia już nie wpuścili nas do jadalni, bo niektórzy obżarli się tak, że trawili to potem przez tydzień (śmiech). Jak człowiek po raz pierwszy zobaczył ananasa, nie mógł się oprzeć. Na tych turniejach mecze rozgrywaliśmy prawie codziennie, więc jak turniej trwał tydzień, to graliśmy pięć czy sześć spotkań. Wracałem do klubu i dwa dni przed meczem pierwszej drużyny zaliczałem jeszcze spotkanie w juniorach, bo mieli akurat ważną potyczkę. Za chwilę rozpoczynał się Puchar Komendanta, przyjeżdżali Jugosłowianie, Czesi, Niemcy, więc trenerzy mówili: „Piotr, prestiżowy puchar, no jak to, nie zagrasz?”. No i grałem, a później okazywało się, że brakuje czasu na odpoczynek. Przy takim żywieniu, na jakie mogliśmy sobie w tamtym czasie pozwolić, to nie mogło na dłuższą metę wyjść mi na dobre.

Po rozstaniu z Wisłą grał Pan w dwóch poznańskich klubach – Lechu i Olimpii, a później wyjechał do Szwecji. Pobyt w Hammarby IF to było już trochę odcinanie kuponów od dawnej sławy?

Miałem wtedy 29 lat i, prawdę powiedziawszy, było to już trochę takie „męczenie buły”. Szwedzi płacili marnie, ale porównując pensję do zarobków w Polsce, były to znacznie lepsze pieniądze. U nas średnia krajowa wynosiła powiedzmy sto dolarów, a u nich tysiąc. Jak już tam trafiłem, zacząłem się powoli zastanawiać, co będę robił dalej. Pograłem tam przez trzy sezony, po czym wróciłem do Polski i zająłem się własnym biznesem.

Podczas swojej piłkarskiej kariery doczekał się Pan pseudonimu „Afera”. Skąd się wziął?

W 1981 roku w Wiśle Kraków wpadli na pomysł zwolnienia naszego trenera – Lucjana Franczaka. Jego miejsce miał zająć Leszek Jezierski, który znany był z wprowadzania surowej dyscypliny i był zwolennikiem katorżniczej pracy. Ani myśleliśmy tak ciężko zasuwać, poza tym zdobyliśmy właśnie wicemistrzostwo Polski, więc nie widzieliśmy sensu w zmianie szkoleniowca. Panowała wtedy moda na strajki, a ja gdzieś w klubowym magazynie z głupia franc znalazłem biało-czerwone opaski. Rozdałem je kolegom i rozpoczęliśmy protest. Zrobiła się z tego dosyć głośna afera i właśnie stąd wziął się ten pseudonim. Najważniejsze jednak, że dzięki strajkowi dopięliśmy swego i Lucjan Franczak zachował stanowisko (śmiech).

Już niebawem dalszy ciąg wywiadu z Piotrem Skrobowskim!

Rozmawiał: Piotr Stokłosa

 

Wywiad ukazał się także na portalu SportowaHistoria.pl

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl