Blamaż w Kopenhadze. Polska 0:8 Dania

Historia polskiej piłki nożnej jest pełna wzlotów i upadków. Te pierwsze nosimy w sercu i w pamięci. Te drugie w dużej części widzieliśmy na własne oczy. Na pocieszenie pozostaje fakt, że ci, którzy obserwując poczynania Polaków za kadencji, przykładowo Stefana Majewskiego, wyrywali sobie włosy z głowy, i tak ominęli najgorsze momenty w jej dziejach. Z punktem kulminacyjnym czerwcowego wieczoru 1948 roku.

Reprezentacja na dnie

Często powtarza się, że Polska przez wojnę straciła reprezentację, która miała szansę zaistnieć w piłce na poważnie. Jest to jednak stwierdzenie nieco na wyrost. Owszem, zdarzały się pojedyncze sukcesy; wyeliminowanie Jugosławii w drodze na MŚ, strzelenie 5 goli Brazylijczykom w finałowym turnieju, a wreszcie – zwycięstwo nad silną ekipą Węgier. Wszystko to łączy jednak wspólny mianownik: osoba Ernesta Wilimowskiego. W każdym z tych spotkań wznosił się na wyżyny swoich umiejętności, dzięki czemu nasza kadra była w stanie stawić czoła silniejszym rywalom. Pod kątem organizacji gry nadal jednak znajdowaliśmy się z dala od chociażby europejskiej średniej. Kiedy w nowo budowanej kadrze zabrakło zawodnika zaliczanego w międzywojniu do absolutnego światowego topu, szybko okazało się, że tak naprawdę był on jednym z niewielu elementów, którym polska piłka mogła się pochwalić.

Prawie od zera

Mimo że wszyscy piłkarze ostatniego meczu w 1939 roku przeżyli wojnę, niewielu z nich było dane pojawić się ponowne w kadrze. Szczepaniak, Jabłoński i Baran zagrali już w pierwszym meczu z Norwegią, później dołączył do nich też Cebula. Dodatkowo do kadry wrócili jeszcze Kulawik i Piec oraz Brom, który przed wojną był rezerwowym. Na pierwsze zgrupowanie załapali się także uczestniczący w przedwojennych spotkaniach Krzyk, Madejski i Matyas, jednak wybrany na kapitana związkowego Henryk Reyman (ani żaden z jego następców) nie zdecydowali się już skorzystać z ich usług.

Ta oto garstka piłkarzy miała za zadanie wesprzeć swoim doświadczeniem zawodników, którzy w wielu przypadkach dopiero zaczynali swoje kariery i nie mogli się poszczycić grami nawet i na ligowym poziomie. Tuż po wojnie wybrańcy Henryka Reymana mierzyli się tylko w spotkaniach nieoficjalnych (np. z Armią Renu czy Torpedo Moskwa), zaś rozgrywki wewnątrz kraju dopiero raczkowały i aż do 1948 roku miały formę rozgrywek regionalnych, a dopiero w fazie finałowej mierzyli się ze sobą najlepsi.

Trudne początki

Nie dziwi więc, że stworzona w tych okolicznościach przez Reymana (a trenowana przez Wacława Kuchara) drużyna poległa w swoim pierwszym spotkaniu z nieliczącą się wtedy w Europie Norwegią 1:3. Legendarny zawodnik Wisły nie wytrwał zresztą długo na stanowisku, ustępując, kiedy kolejny raz nie mógł pojechać z drużyną na spotkanie wyjazdowe z powodu politycznych decyzji.

Na pierwsze zwycięstwo przyszło nam czekać do piątego powojennego spotkania (wyjazdowe 4:1 ze słabiutką Finlandią). Stanowisko trenerskie cały czas utrzymywał Kuchar, jednak skład po odejściu Reymana ustalał triumwirat Bergtal – Krug – Przeworski. Od 1948 władza kapitana związkowego przeszła w ręce jednej osoby – Zygmunta Alfusa, przewodniczącego Śląskiego Związku Piłki Nożnej, przedwojennego piłkarza krakowskich klubów.

Miłe złego początki

Cele, które postawiono przed kadrą, to dobry start na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie oraz w Igrzyskach Bałkańskich. Kadra Alfusa i Kuchara (wspomaganego przez Koncewicza) zanotowała udany start, remisując na wyjeździe z Bułgarią i niespodziewanie wygrywając u siebie z Czechosłowacją. W założony plan wdarła się jednak polityka. Polaków wycofano z Igrzysk w Londynie, zaś formuła Igrzysk Bałkańskich rozpadła się po pięciu kolejkach, kiedy Jugosławia wskutek działań Broz-Tity znalazła się na cenzurowanym w obozie sowieckim. Triumfy na imprezach nie były jednak Polakom pisane nie tylko ze względu na niekorzystną sytuację polityczną, ale reprezentowany przez biało-czerwonych poziom piłkarski. Oto bowiem tuż po największym sukcesie pierwszego powojennego dziesięciolecia (3:1 u siebie z Czechosłowacją) ekipa Alfusa wpisała się na karty reprezentacyjnej historii. W najgorszy z możliwych sposobów.

Kopenhaskie fatum

Wyjazd do Danii od początku stał pod pechową gwiazdą. Nastrój po spotkaniu z Czechosłowacją był generalnie optymistyczny, jednak tuż przez grą w Kopenhadze sytuację określano jako „krytyczną”. Atmosfera nie była zbyt wesoła. Cytując „Przegląd Sportowy”:

Szczerze mówiąc nie balibyśmy się zbytnio występu kopenhaskiego, gdyby nie pechowe ostatnie tygodnie, które przysporzyły nam więcej inwalidów niż korzyści.

Z graczy desygnowanych do pierwszego składu z problemami zmagali się Skromny i Jedunda (drobne kontuzje z meczów ligowych), Alszer (uraz kręgosłupa), Górski (rozbita kostka), Cieślik (kuracja antybiotykowa) i Przecherka (rekonwalescencja po kontuzji).

Największym problemem była niedyspozycja Alszera, który miał zagrać jako środkowy napastnik. Kontuzja zmusiła go jednak do pozostania w kraju, zaś na środku ataku wyszedł debiutujący Kazimierz Górski. „PS” proponował zresztą modyfikację i umieszczenie Cieślika na środku ataku, a Graczowi i Górskiemu przypisanie roli łączników. Sztab nie posłuchał jednak dziennikarzy, nawet pomimo tego, że ich analiza sprawiała wrażenie znacznie bardziej kompetentnej niż prezentowane przez tę samą gazetę 60 lat później.

Okoliczności klęski…

O ile mecz od początku nie układał się dla biało-czerwonych dobrze, pierwsze minuty nie zwiastowały pogromu. Owszem, Duńczycy mieli przewagę, ale i naszym zawodnikom udało się wypracować kilka sytuacji. Gospodarze objęli prowadzenie w 26. minucie, a kilka chwil później kontuzjowanego Górskiego musiał zmienić Kohut. Teoretycznie mogło to pozytywnie wpłynąć na jakość naszej gry, przede wszystkim pod kątem fizycznym, w czym Duńczycy rządzili niepodzielnie. Pomogło to jednak niewiele, nadal odstawaliśmy od rywali szybkościowo, a ci wykorzystali to, strzelając w ostatnich 6 minutach kolejne trzy gole.

W drugiej połowie scenariusz się powtórzył: początkowo coś, co można by uznać za wymianę ciosów, ba, nawet być może okres lekkiej przewagi Polaków, którzy zaczęli ostrzeliwać duńską bramkę. Cieślik dwukrotnie trafił w słupek, kilka razy sytuację ratował też golkiper gospodarzy. Z drugiej strony wpadło z kolei niemal wszystko. Obrońcy zupełnie nie radzili sobie z szybkimi Duńczykami, błędy popełniał też w bramce Skromny. A mogło się skończyć i gorzej – nas też raz uratowała poprzeczka.

…i jej przyczyny

Wysłannik „PS” przyczyn klęski dopatrywał się przede wszystkim w marnej sprawności fizycznej polskich zawodników. Przez to przegrywali oni starcia wymagające i techniki użytkowej, i przyspieszenia. Na naszym tle Duńczycy prezentowali się znacznie lepiej, odstawiając naszych ociężale poruszających się zawodników. Lepsza technika pozwalała przy tym na większą celność podań, co wyprowadzało naszych rywali na czyste pozycje strzeleckie. Nie odstawali tylko Waśko i Parpan, zaś w przypadku reszty pojawia się określenie „piłkarscy analfabeci”. Widać było pokłosie wielu urazów w kadrze, praktycznie każdy zawodnik znajdował się w bardzo słabej dyspozycji.

W książce „Sekrety trenera Górskiego” wspomniany jest także fakt przeprowadzania przez Wacława Kuchara w przeddzień meczu pokazowego treningu. Miał on być na tyle efektowny, że w praktyce okazał się dla zawodników niezwykle forsowny, co miało doprowadzić do zmęczenia, które przełożyło się na marną dyspozycję kolejnego dnia.

Nowa taktyka

Zawinił jednak i system. Nie wspomina o tym „PS”, jednak pod względem taktycznym polska reprezentacja nadal była niesamowicie zacofana. Piłka ligowa mocno tkwiła w systemie klasycznym (2-3-5), a reprezentacja dopiero stopniowo była przestawiana na królujący od lat na świecie WM. Ten był już przez Duńczyków opanowany do perfekcji, przez co udało im się zupełnie zneutralizować nasze skrzydła, z kolei nasi obrońcy i pomocnicy mieli problem z pilnowaniem skrajnych zawodników rywali, gdyż sami do końca nie wiedzieli, kto za nich odpowiada.

Według Kazimierza Górskiego ten system był w trakcie wdrażania; z tego powodu nikt nie wiedział, co ma robić, zaś próby improwizowania były zupełnie nieudane. Uzupełnia to Andrzej Gowarzewski: „Po latach pojawiła się analiza, że <duńscy napastnicy przechodzili przez naszą ofensywę jak przez dziurawe sito. Dlaczego? Lekkomyślnie, bez sprawdzenia i dostatecznego przygotowania polecono naszej drużynie grać systemem WM. W efekcie panował chaos, nieporozumienia, kto i co ma robić – co skwapliwie wykorzystali rywale>”. Gowarzewski nie cytuje tu jednak źródła, mimo że chwilę później sam grzmi: „Przepraszam, kto polecił?!”.

poldan

Tyle że Polacy byli przestawiani na WM już wcześniej. Pytany przez portal historiawisly.pl reprezentacyjny obrońca Stanisław Flanek opowiada: „Jeśli chodzi o WM, to pierwszy raz zagraliśmy tym systemem sparing przed wyjazdem na mecz z Jugosławią. Nie szło nam zupełnie, bo byliśmy przyzwyczajeni do innej gry. Za dwa dni jechaliśmy już do Jugosławii, gdzie graliśmy WM i dlatego tak wysoko tam przegraliśmy”. Oznaczałoby to, że próby gry bardziej nowoczesnej były przeprowadzane już wcześniej, zaś wyniki spotkań z Bułgarią i Czechosłowacją, które przytrafiły się pomiędzy klęskami z Jugosławią i Danią, wskazywać by mogły, że jakiś postęp w tej materii był widoczny.

Sam Kazimierz Górski wskazuje zresztą nowy system tylko jako jeden z kilku elementów klęski. Wydaje się to najbliższe prawdzie, gdyż samo ustawienie, które końcem końców nie było Polakom zupełnie obce, nie przyczyniłoby się do takiej kompromitacji. Tym bardziej, że relacja „PS” wskazuje na ogromne braki fizyczne i kondycyjne, z którymi nawet grając poprawnie taktycznie, mielibyśmy małe szanse.

Pokłosie

Najczarniejszy dzień w historii reprezentacji nie przyniósł za sobą trzęsienia ziemi. Kapitan związkowy utrzymał swoją funkcję jeszcze przez kilka miesięcy. I choć bilansu nie poprawił, stracił stanowisko bardziej wskutek nacisków politycznych niż wyników sportowych. Jedynym graczem, który nigdy nie zagrał już w kadrze, był Kazimierz Górski, choć i on pojawił się jeszcze w roli rezerwowego.

Polacy tymczasem kontynuowali wdrażanie WM. Dokonywane to było ręką Koncewicza. Gowarzewski cytuje tu Mieczysława Gracza, mówiącego o zgrupowaniu przed meczem z Węgrami z września 1948: „[Koncewicz] Wprowadził pewną myśl taktyczną, wyjaśnił, co to WM, magiczny kwadrat (…) gonił nas po całym boisku, trzymał w sali przy tablicach”. Nawet pomimo tego starcie z rosnącymi w potęgę „bratankami” skończyło się wynikiem 2:6, a kolejne lata przynosiły jedynie pojedyncze zwycięstwa. Na dobrze wyszkolonych i właściwie użytych w kadrze zawodników mieliśmy poczekać jeszcze ponad 20 lat. A miało się to stać za sprawą tego, kto jako jedyny na klęsce w Kopenhadze zakończył karierę w kadrze.Wynik meczu brzmiał 8:0 dla gospodarzy…

Na zdjęciu głównym pierwsza reprezentacja Polski z historycznego starcia z Węgrami. 

ANDRZEJ GOMOŁYSEK

 

 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl