Rok 1922 i nasze pierwsze razy

Piłkarze uczestniczący w pierwszym meczu reprezentacji na polskiej ziemi

Do trzech razy sztuka, czyli pierwsze zwycięstwo

Po porażce z Węgrami Polacy mieli zaledwie dwa tygodnie na przygotowanie do starcia ze Szwedami. Mecz miał się odbyć w Sztokholmie, gdzie 10 lat wcześniej odbywały się Igrzyska Olimpijskie.

Oczywiście nie umknęło to prasie, która przy okazji spotkania nawiązała do braku możliwości udziału będącej pod zaborami Polski na ówczesnej olimpiadzie. Mimo to jeden Polak w Sztokholmie wystąpił, ale w barwach Austrii, a drugi zrezygnował z występu na zawodach z uwagi na niechęć do reprezentowania zaborcy. Został on później wiceprezesem PKOL.

PZPN szybko wykorzystał możliwość sławienia Polski w Europie po odzyskaniu niepodległości. Spotkanie towarzyskie ze Szwedami miało być już trzecim meczem na poziomie międzypaństwowym, a dwa dni później nasi rodacy mieli rozegrać mecz międzymiastowy, pomiędzy drużyną Sztokholmu i Krakowa. Trzeba przyznać, że rozkwit polskiej piłki i jego istnienie na arenie europejskiej za sprawą PZPN-u trwał w najlepsze.

Starcie ze Szwedami było dla Polaków niewiadomą. Nie znali oni poziomu gry rywala i jego taktyki, a o umiejętnościach ekipy ze Skandynawii miały świadczyć ich wyniki. Dwumecz z Austriakami zakończył się wynikami 2:2 na wyjeździe i 1:3 u siebie. Węgrzy przegrali ze Szwedami 2:4 w Bukareszcie, Jugosławia oraz Czechosłowacja wywalczyła remisy 2:2. Wyniki nie mówiły wiele, natomiast z pewnością Szwedów obawiano się z uwagi na ich narodowe podejście do sportu.

Szwedzi obok Brytyjczyków i Amerykanów stanowili potęgę na kolejnych igrzyskach olimpijskich. Podobnie jak w przypadku wyprawy do Węgier, tak też wyjazd do Sztokholmu nie należał do najłatwiejszych organizacyjnie. Transport obejmował kolej oraz promy. Na trasie, która była nacechowana wieloma przesiadkami, Polacy odwiedzili między innymi Warszawę, Berlin, Stralsund, czy Rugię a cała podróż zajęła kilka dni. Dodatkowo polska ekipa wyruszała do Sztokholmu w atmosferze niezadowolenia i krytyki wobec komisji selekcyjnej.

Po raz kolejny zarzucano jej lekkomyślność i lokalny nepotyzm. “Kurjer Polski” nawet posunął się do zatytułowania artykułu „mecz Małopolska – Szwecja”, a reprezentacje określił mianem „polskiej drużyny kompromitacyjnej”. Może być to niezrozumiałe, wobec początkowo dobrych nastrojów po porażce z Węgrami, ale główne zarzuty dotyczyły „Komisji Trzech”, a nie piłkarzy.

Uwagi wobec Komisji są zresztą ciekawym zagadnieniem. Początkowo miała ona łatwe zadanie, bo drużyny z Krakowa stanowiły o potędze polskiej piłki. Gdy Cracovia była w najlepszej formie, wystarczyło powołać kadrę złożoną z jej reprezentantów, uzupełnioną o dwóch, trzech piłkarzy innych klubów.

Mecz z Węgrami wywołał krytykę prasy, ale wynikała ona raczej z braku powołania ich ulubieńców, a nie rzeczywistej wiedzy o formie i jakości piłkarzy. Zgrabnie odniósł się do tego Przegląd Sportowy:

Pisma np. krakowskie ubolewały, że nie wystawiono do teamu tego lub owego ich ulubieńca, gazety lwowskie zapewniały, że tylko drużyna ze Schneiderem i Grabieniem ma widoki powodzenia, a znalazł się nawet sportowiec warszawski, który proponuje nie tylko graczy warszawskich, ale i krakowskich, których tego roku grających oglądać nie miał sposobności. Wszyscy autorzy podkreślali, że mają jedynie dobro naszego sportu na oku.

Bez wątpienia krytyka może przynieść korzyść, o ile jest bezstronna i konstruktywna, a zamiast tego dziennikarze kierowali się swoimi sympatiami. Oczywistym jest, że Polska może dostarczyć dobrych piłkarzy zaledwie z kilku centrów futbolowych, dlatego zadaniem komisji było odwiedzanie ich i wstępna selekcja. Niestety z tym bywało różnie, o czym świadczyły powołania na wcześniejsze mecze.

Ostatecznie do Szwecji pojechał zespół zbliżony do tego, jaki mierzył się z Węgrami. Piłkarzy Cracovii uzupełniało dwóch przedstawicieli Pogoni Lwów, a także jeden obrońca z Jutrzenki Kraków, i bramkarz z krakowskiej Wisły. I to właśnie ci „odmieńcy” zdecydowali o historycznym sukcesie reprezentacji. W 27 minucie po błędzie technicznym Einara Hemminga, który zagrał ręką w swoim polu karnym, sędzia przyznał jedenastkę dla naszego zespołu. Tę na gola zamienił wspomniany Józef Klotz. Całą sytuację opisał Przegląd Sportowy:

Jedynym graczem, który w swojej drużynie bije z dobrym skutkiem jedenastki był Józef Klotz, jemu też oddaje kapitan z całym zaufaniem wykonanie rzutu, od którego skuteczności tak wiele zawisło. Klotz z całym spokojem, bez rozpędu pakuje piłkę w lewy róg pod poprzeczkę. Bramkarz ani drgnął!

Prowadzenie 1:0 utrzymało się do przerwy, ale w drugiej połowie Szwedzi udowodnili swoje sportowe zacięcie. W 56 minucie spotkania Olof Svedberg wyrównał rezultat meczu i gdy wydawało się, że remis utrzyma się do końca spotkania, w 81. minucie gola dla Polaków zdobył Józef Garbień. Tym sposobem Polacy wrócili do kraju „z tarczą”, zamykając jednocześnie usta krytykom z lokalnej prasy.

Autor: Bartłomiej Matulewicz

Od lat związany z publicystyką - kiedyś o Manchesterze United, dziś o historii futbolu. Anonimowy Korespondent. Strzelałem w Manchesterze, Mediolanie, Monako, Monachium, Marsylii, Liverpoolu, Londynie i wielu innych... fotki. Czasami złapiesz mnie na trybunach prasowych. Zawodowo zajmuję się doradztwem w marketingu wyszukiwarkowym.

Zobacz wszystkie wpisy autorstwa: Bartłomiej Matulewicz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *