Dlaczego na konferencję wysłano kucharza? Wywiad z Krzysztofem Rolą-Wawrzeckim

Ile nasza reprezentacja płaciła za schabowego? Dlaczego na konferencję prasową wysłano kucharza? Jak wyglądały przygotowania czy wreszcie same mistrzostwa w 2006 roku “od kuchni”? O tym wszystkim opowiada ówczesny kierownik drużyny, Krzysztof Rola-Wawrzecki. Ten wywiad znajdziecie także w książce “Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści”, którą napisał Nikodem Chinowski, a wydało wydawnictwo Magnus. 

Czy jako formalnie i nieformalnie bardzo bliski współpracownik selekcjonera miał pan wpływ na zaaranżowanie tego niefortunnego show, jakim było ogłoszenie powołań na mistrzostwa?

Dlaczego „show”?

Relacja na żywo pod telewizję, wielkie wydarzenie, piłkarze na gorąco dowiadujący się, czy jadą na mundial czy nie…

Muszę poinformować, że Polski Związek Piłki Nożnej miał z telewizją Polsat, właścicielem praw telewizyjnych do mundialu w 2006, podpisaną komercyjną umowę o wyłączność na transmisję wydarzeń towarzyszących mistrzostwom, w tym właśnie na ogłoszenie składu.

No dobrze, ale nie powinno się przekazać decyzji trenera najpierw zawodnikom, a dopiero potem wychodzić z tym publicznie?

Powiem tak: ze względu na przedstawione wyżej realia mieliśmy ograniczone pole manewru. A myślę, że w ogóle nie byłoby kontrowersji i nikt nie pamiętałby tego sposobu ogłoszenia kadry – albo wręcz uznałby to za dobry pomysł – gdyby nie te dwa nazwiska, które nie znalazły się na liście.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

„Dwa”? A nie „kilka”?

Moim zdaniem dwa. Tylko dwóch zawodników mogło być ewentualnie – podkreślam: ewentualnie – zaskoczonych, że nie ma ich na liście nominowanych: Jerzy Dudek i Tomasz Frankowski. Cała reszta nie miała podstaw, by myśleć, że pojedzie. Spójrzmy po kolei. Tomasz Kłos. Jeżeli faktycznie nie wiedział – a nie mam pewności, czy nie poinformowano go wcześniej – to powinien wyczuwać, że nie będzie powołany. W tamtym czasie był już w nie najlepszej formie i nie mógł być murowanym zawodnikiem pierwszej jedenastki. Na boku obrony grali Marcin Baszczyński i Michał Żewłakow, i oni byli pewniakami. Na stoperze byli natomiast Jacek Bąk i Mariusz Jop lub Bartosz Bosacki. Czyli Kłos nie był zawodnikiem pierwszego wyboru i wobec takiej konkurencji powinien wyczuwać, że jest dalej niż bliżej. Tomek Rząsa tak samo – szczyt formy już dawno miał za sobą. Wydaje mi się, że akurat sam Rząsa za bardzo nie liczył, że pojedzie, miał świadomość, że jest daleko. Inne nazwiska podobnie – wszyscy skreśleni nie prezentowali odpowiedniej formy i sami powinni wyczuć, że ich szanse na wyjazd są iluzoryczne. Z pytaniem, czy pojedzie do Niemiec, dzwonił do mnie na przykład Andrzej Niedzielan. Ale jeśli ktoś nie był na ostatnich meczach sparingowych, w tym na ostatnim test meczu z Wyspami Owczymi we Wronkach, to chyba mógł bez problemu wywnioskować, że trener Janas nie będzie w tamtym momencie na niego stawiał.

Przejdźmy zatem do tych dwóch nazwisk: Dudek i Frankowski.

Dudek… Jurek Dudek uczestniczył wprawdzie we wszystkich naszych meczach eliminacyjnych, ale w tym czasie nie grał już w klubie, nie miał miejsca w jedenastce Liverpoolu. Do dziś bardzo dobrze sobie przypominam rozmowy, gdy zarówno trener Janas, jak i trener bramkarzy Kazimierski wyraźnie mu mówili: „Jurek, musisz zacząć grać. Zmień klub, ale zacznij grać, bo będzie kłopot”. Był Boruc, był Kuszczak, obaj wtedy w gazie, w tamtym czasie grali w podstawowych składach mocnych drużyn brytyjskich. Tymczasem Jurek przegrał rywalizację w Liverpoolu z Pepe Reiną, pogodził się z tym, a klubu nie zmienił. I przez ten ostatni sezon na każdym zgrupowaniu mu się mówiło: „Jurek, nie jest z tobą dobrze”. Każdy widział, że to nie ta dyspozycja, co trzy lata wcześniej. I teraz lekko wyjdę w przód: czy ktoś do Boruca miał pretensje za występ na mistrzostwach świata w Niemczech?

Nie.

Druga sprawa związana z tym, co nastąpiło potem – po Janasie selekcjonerem został Leo Beenhakker, a dyrektorem reprezentacji Jan de Zeeuw. I tenże de Zeeuw był jednocześnie zupełnie oficjalnym menadżerem Jurka Dudka. Jeżeli więc Paweł Janas zrobił Dudkowi taką krzywdę, nie powołując go do Niemiec, to Dudek po erze Janasa powinien wrócić do reprezentacji, którą sterowali Beenhakker i de Zeeuw. Wie pan, ile meczów rozegrał Dudek po mistrzostwach świata? Dwa. I to też mogły być powołania od de Zeeuwa na zasadzie: „Chodź Jurek, pokażemy, że Janas się pomylił”. Trzeba sobie jasno powiedzieć – rok 2006 to koniec wspaniałej kariery Jerzego Dudka w reprezentacji Polski. W reprezentacji, bo w klubowej piłce zapisał jeszcze piękny rozdział w Realu Madryt i kurtuazyjnie dostał po latach pożegnalne powołanie do kadry. Natomiast na zgrupowaniach pojawiali się bramkarze młodsi, a przede wszystkim w lepszej formie i oni systematycznie przeskakiwali Dudka w rankingu. Tak doświadczony bramkarz jak Jurek musiał zdawać sobie sprawę, że jego szanse na wyjazd na mistrzostwa malały z każdym miesiącem, gdy nie gra w klubie, a świetnie sobie radzą Boruc i Kuszczak. Paweł Janas, który był absolutnie zdecydowany na Boruca jako pierwszego i na Kuszczaka jako drugiego – bo i Boruc, i Kuszczak sportowo wygrali tę rywalizację – postanowił, że branie Dudka jako trzeciego bramkarza byłoby ruchem nieprawidłowym. Zachodziła obawa, jak się Jurek zachowa, gdy będzie siedział na ławce. Czy przyjmie to z pokorą? Czy nie będzie marudził? Stąd decyzja Janasa o dowołaniu, jako tego trzeciego, młodego Łukasza Fabiańskiego. Miał 21 lat, w pełni rozumiał, że jedzie, żeby zbierać doświadczenia, i do dzisiaj czerpiemy korzyści z tej decyzji Pawła Janasa.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…