Dlaczego na konferencję wysłano kucharza? Wywiad z Krzysztofem Rolą-Wawrzeckim

Pańska argumentacja mnie przekonuje, natomiast nadal uważam, że forma w jakiej mu to zakomunikowano była nieelegancka.

Być może. Nie chcę wybielać nikogo i może ma pan rację. Ale jeśli chcemy aż tak wchodzić w kwestie moralne, to trzeba by odwołać się do profilu psychologicznego Pawła Janasa, bo jemu pewnie można zarzucić wiele rzeczy, jeśli chodzi o relacje z ludźmi. Natomiast Janas był szefem tej reprezentacji, działał wedle swojego profilu psychologicznego i trzeba to uszanować. Ja natomiast chciałbym tylko zwrócić uwagę na fakty. Na parę dni przed rozpoczęciem ostatniej fazy przygotowań odbył się mecz z Wyspami Owczymi. Tam kolegi Dudka już z nami nie było. Czy to nie jest wystarczający sygnał, że jest w odstawce? Czy to niewystarczająco czytelna oznaka, by mieć przekonanie o słuszności wyborów trenera Janasa?

Frankowski był na meczu z Wyspami Owczymi.

Tomasz Frankowski, który nam wygrał mecze eliminacyjne i trudno w ogóle dyskutować co do jego olbrzymiej roli w tych eliminacjach, odszedł rok przed mistrzostwami świata z Wisły do Elche. Potem zamienił ten klub na Wolverhampton, gdzie przez pół roku nie strzelił ani jednej bramki. Natomiast ponieważ on wcześniej tych goli nam nastrzelał, to oczywiście został powołany na ten mecz z Wyspami. Na odprawie przed tym spotkaniem, jak zresztą przed każdym, byłem w szatni i przekaz Pawła Janasa był jeden: „Panowie, gramy na Franka. On się musi odblokować, musi tym Wyspom coś strzelić. Gramy wszystko na Franka”. Cała odprawa ustawiona pod Frankowskiego, gra i taktyka ustawiona pod Frankowskiego; można wręcz powiedzieć, że cały sparing ustawiony pod Frankowskiego. Tak, żeby strzelił tym Wyspom gola czy dwa i się odblokował. I tenże Frankowski rozpoczął mecz w pierwszym składzie, a w minucie 25. zszedł podobno z kontuzją. Cała organizacja meczu poszła na marne. Dlaczego mówię „podobno”? My już wtedy we Wronkach mieliśmy zwiezioną całą aparaturę lekarską, którą na miejscu obsługiwało dwóch naszych lekarzy – doktor Jerzy Grzywocz i doktor Wojciech Wawrzynek. I jeszcze w trakcie tego meczu Frankowskiemu przeprowadzono szczegółowe badania. Rezonanse, rentgeny, prześwietlenia kości, mięśni, wiązadeł – i nic. Niczego niepokojącego tam nie było. I teraz myślenie: albo bardzo nietypowa ukryta kontuzja, która nie wiadomo, kiedy się ujawni, albo chłopak podchodzi mało poważnie do sytuacji… Jedna i druga opcja kwestionowała sens zabierania go na mistrzostwa. Biorąc jeszcze pod uwagę, że Frankowski w ciągu dwunastu miesięcy przed mistrzostwami grał mało i prawie nic nie strzelał, to nie wiem, czy można się Janasowi dziwić, że podjął taką decyzję.

Dlaczego Frankowski miałby udawać kontuzję? Po co? Wolał zejść, bo bał się, że nawet tym Wyspom nie strzeli gola i się przekreśli całkowicie?

Sam pan sobie odpowiedział… Ja z nim o tym nie rozmawiałem. To była nagła zmiana na jego prośbę, niepoprzedzona żadnym kontaktem fizycznym z przeciwnikiem. Wiadomo, że w takiej sytuacji nie ma dyskusji i jeśli zawodnik sam sygnalizuje potrzebę zmiany, to się go ściąga, żeby nie pogłębiać urazu. Ale jeśli się potem przeprowadza dokładnie badania i po tych wszystkich analizach nic nie wychodzi, to wniosek jest jeden…

Nie wytrzymał psychicznie?

Nie skomentuję tego. Nie mam pojęcia, co się działo w jego głowie. W tym miejscu chciałbym jeszcze raz przypomnieć, że Tomek, podobnie jak Jurek, po raz ostatni wystąpili w reprezentacji dwa miesiące po mistrzostwach świata, w przegranym meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy z Finlandią w Bydgoszczy. Mecz ten prowadził już zupełnie nowy sztab szkoleniowo-organizacyjny. Więcej powołań Tomek już nie dostał.

No dobrze, ale dlaczego w takiej formie? Nikomu ze sztabu nie zapaliła się lampka ostrzegawcza, że już sam zestaw odstrzelonych nazwisk wzbudzi kontrowersje i nie ma co dokładać niezdrowych emocji takim sposobem informowania?

Z Pawłem Janasem do dziś jesteśmy przyjaciółmi i może mi być ciężko obiektywnie oceniać, czy powinno to inaczej wyglądać. Ale według mnie sygnały były jasne – z Dudkiem absolutnie, z Frankowskim raczej też, choć może faktycznie mniej. A dlaczego forma prezentacji telewizyjnej? Przypomnę o umowie z Polsatem, ale i dodam, że w reprezentacji było wtedy dwóch rzeczników prasowych, Kazimierz Oleszek i Michał Olszański. Prezesem natomiast był obyty w mediach Michał Listkiewicz. Jak na ówczesne standardy – bo dziś mamy zupełnie inny wymiar komunikacji zewnętrznej – zadbaliśmy o profesjonalne zabezpieczenie potrzeb reprezentacji od tej strony. Oni nam doradzali, jak wykonywać pewne ruchy medialne czy wizerunkowe i z ich strony nie dostaliśmy żadnego przekazu pod tytułem: „Panowie, nie róbmy takiego show”. Gdyby padły podobne słowa od ludzi tak doświadczonych w tej materii, to formuła publikacji składu prawdopodobnie zostałaby zmieniona. Co więcej, nie pamiętam, żeby ktokolwiek z dziennikarzy, działaczy czy piłkarzy miał zastrzeżenia do tej formy prezentacji drużyny w momencie, gdy ten pomysł się pojawił. Wszelkie głosy podniosły się dopiero po podaniu listy nominowanych, która okazała się – nazwijmy to – kontrowersyjna. Można więc uważać, że dziś negatywnie oceniany jest nie sam sposób podania nazwisk, tylko ich dobór.