Dlaczego na konferencję wysłano kucharza? Wywiad z Krzysztofem Rolą-Wawrzeckim

A pan kiedy dowiedział się o tych nazwiskach?

Ogłoszenie jej w telewizji nastąpiło dzień po meczu z Wyspami Owczymi i tego dnia, tyle że rano, dowiedziałem się o powołaniach od Pawła. I żadnego szoku nie było – oni się sportowo nie wybronili i ja to przeczuwałem już od dłuższego czasu. Jedynie Frankowski, takie mam wrażenie, jako jedyny z tej grupy został odstawiony dopiero na ostatniej prostej. Natomiast po tym, gdy widziałem ogromne wkurzenie Pawła Janasa za tak szybkie zejście z Wyspami, czułem, że to nie może się inaczej skończyć. Z pełną świadomością to mówię: tak wkurzonego Pawła jak wtedy, i to po wygranym meczu, nie widziałem nigdy wcześniej.

Po tej selekcji było panu żal któregoś z piłkarzy, tak po ludzku? „Kurczę, fajny chłopak, starał się, szkoda, że się nie załapał…”

Lubiłem wszystkich naszych chłopców, z każdym byłem jednakowo związany emocjonalnie. Nie było żadnego, którego bym nie lubił, ani takiego, który byłby moim ulubieńcem. Ale jeśli widać, że ktoś sportowo jest lepszy i może bardziej się przydać zespołowi na mistrzostwach świata, to on jechał, a inny nie. Nie miałem więc takich rozterek emocjonalnych.

Przygotowania logistyczne i organizacyjne do mundialu zaczął pan dzień po awansie, zgodnie z hasłem: „dziś świętujemy, ale od jutra zaczynamy ciężką pracę”?

Znacznie wcześniej. W momencie awansu byłem już w połowie drogi do celu. Przy czym warto przypomnieć, że dotknął nas mały niefart, bo nie mieliśmy swojej chwili euforii związanej z awansem – wywalczyliśmy go po korzystnym wyniku meczu Holandia – Czechy w innej grupie eliminacyjnej. Natomiast skoro już wcześniej pojawiały się pewne symptomy, że prawdopodobnie uzyskamy kwalifikację na mistrzostwa, to pierwszą roboczą wizytę w Niemczech odbyliśmy jeszcze w trakcie eliminacji. Pojechałem tam z Tomkiem Cieślikiem z firmy Sportfive, która posiadała wtedy prawa marketingowe i telewizyjne do meczów kadry. Każdy ośrodek, który wspólnie wizytowaliśmy, Tomek oceniał też pod kątem wymagań telewizyjnych. Najważniejszą sprawą dla Sportfive była odpowiednia sala konferencyjna, w której codziennie odbywałyby się transmitowane przez różne stacje telewizyjne spotkania kadry z dziennikarzami. Wybierając przyszłą lokalizację dla reprezentacji, przyjęliśmy wtedy jedną podstawową zasadę: ośrodek ma być całkowicie zamknięty, odizolowany od osób trzecich, w tym dziennikarzy. Taka była decyzja naszego związku, dodatkowo wsparta zaleceniami organizatorów mistrzostw, podyktowanych względami bezpieczeństwa. Oznaczało to, że ta sala konferencyjna musiała mieć oddzielne wejście lub znajdować się poza ośrodkiem.

Czyli priorytetem przy wyborze ośrodka treningowego na czas mistrzostw było dopasowanie pod wymogi telewizji?

Absolutnie nie, ale musieliśmy zabrać ze sobą przedstawiciela Sportive, by mógł oceniać ośrodki również pod kątem takich potrzeb. Tomek to specjalista, szybko orientował się, jak dane miejsce można zaaranżować: „Tu postawimy kamery, tu będą grane setki, tu ścianka reklamowa, tędy wejście dziennikarzy, tu staną wozy transmisyjne”. To już był ten okres, gdy sponsorzy mieli swoje szeroko zakrojone wymogi, które obejmowały cały ośrodek: reklamy na płocie, stelaże w holu, bandy na boisku treningowym, podium dla fotografów, żeby podczas treningu przy okazji łapały się też reklamy sponsorów. I o te sprawy telewizyjno-marketingowe dbał Tomek. Natomiast absolutnym priorytetem dla mnie jako kierownika reprezentacji był taki wybór ośrodka, aby odpowiadał on naszym wymaganiom pod względem sportowym, organizacyjnym i logistycznym.

Selekcja była zapewne wieloetapowa?

Przed każdymi mistrzostwami FIFA przygotowuje bogato ilustrowany katalog z wszystkimi ośrodkami treningowymi kraju-gospodarza. Bazę pobytową dla reprezentacji można wybierać tylko spośród nich. Niemcy przygotowali ich 130 i każda federacja dostawała ten spis. Przy każdym z tych 130 ośrodków znajdowało się kilka kluczowych informacji: Hotel – ile pokoi i łóżek; jeden budynek czy dwa; czy z basenem i sauną; Boisko treningowe – w ośrodku czy poza; jaka murawa; ile boisk; czy można ogrodzić boisko i zamknąć trening. Stadion treningowy – jak blisko hotelu, czy da się zasłonić boisko. Lotnisko – w jakiej odległości, ile trwa dojazd. Tu wyjaśnię, że na dzień przed każdym swoim spotkaniem na mistrzostwach drużyna była zobligowana przenieść się do miasta, w którym rozgrywano mecz, więc lotnisko było ważnym elementem logistyki. Hotel – nazwijmy go meczowym – dla każdej drużyny był z góry narzucony przez organizatorów. Czyli jeszcze przed losowaniem grup było wiadomo, że w spotkaniu, dajmy na to, A1 z A3 „drużyna A1” będzie spała w Dortmundzie w tym hotelu, a „drużyna A3” – w sąsiednim. Jednym z kryteriów przy wyborze ośrodka była więc odległość od lotniska i wygoda w połączeniu z hotelem meczowym.

Mając więc już dostęp do tego spisu i po określeniu przez Pawła Janasa priorytetów zrobiliśmy przegląd tego katalogu – każdej informacji o infrastrukturze lub możliwościach transportowych przypisaliśmy wagę i na tej podstawie wystawialiśmy wszystkim ośrodkom punkty. Jako ciekawostkę powiem, że akurat wtedy w PZPN staż odbywał syn Stefana Szczepłka, Janek, który opracował nasze zestawienie i na tej podstawie poczyniliśmy wstępne rezerwacje tych czołowych dla nas ośrodków. I tu dochodzimy do jeszcze jednego kluczowego kryterium – warunków ekonomicznych. Pod tym hasłem nie kryje się jednak koszt noclegu na osobę, tylko koszt przelotów lub dojazdów do miast meczowych. Były bowiem takie lokalizacje, z których prawdopodobnie – mówię „prawdopodobnie”, bo było to jeszcze przed losowaniem grup – musielibyśmy na mecze latać, ale były też i takie, z których moglibyśmy się przemieszczać autokarem. I takim właśnie ośrodkiem było Barsinghausen. Dlaczego ten aspekt ekonomiczny był istotny? Otóż pewne koszty pokrywali organizatorzy, natomiast te dotyczące transportu na terenie Niemiec leżały już w gestii każdej z ekip. FIFA wprawdzie ułatwiała te ruchy, bo z wyprzedzeniem poczyniła wstępne rezerwacje lotów i czarterów na lotniskach, wiedząc, że danego dnia do danego miasta będą dolatywać czartery. Ale ta cześć ekonomii też wpływała na nasz wybór, bo znacząco zmieniała koszty pobytu.

Czyli od początku wybór padł na Barsinghausen?

Prawie. Z listy 130 ośrodków wybraliśmy kilkanaście najlepszych, na kolejnym etapie część z nich jeszcze wykreśliliśmy i w ten sposób powstała finalna lista kilku lokalizacji. I wtedy ponownie pojechałem z kierownictwem PZPN do Niemiec, żeby je wszystkie zwizytować. Zrobiliśmy wstępną rezerwację na Barsinghausen i czekaliśmy na losowanie. W momencie, gdy wyszło, że gramy w Dortmundzie, Hanowerze i Gelsenkirchen – czyli trafił się nam układ idealny pod ten ośrodek – już wiedzieliśmy, że to właśnie będzie nasz ostateczny wybór. Następnego dnia o piątej rano pojechaliśmy z Lipska, gdzie odbyła się ceremonia losowania, do Barsinghausen, żeby dokonać ostatecznej rezerwacji.

Musieliście jechać, nie można było telefonicznie czy mailowo?

Oczywiście, że można było. Ale my chcieliśmy mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, więc jeszcze raz się tam udaliśmy, dokonaliśmy finalnych ustaleń i dopiero wtedy przeprowadziliśmy rezerwację. Podczas tej wizytacji nie było już Janasa czy Listkiewicza, a tylko delegacja, nazwijmy to, techniczna.

Do współpracy z polską misją na mundial zaproszono również Andrzeja Grajewskiego oraz Dariusza Szuberta.

Andrzej Grajewski od lat działał w Dolnosaksońskim Związku Piłki Nożnej i w jego akademii piłkarskiej w Barsinghausen, a że był bardzo aktywny również w polskim środowisku piłkarskim, to znaliśmy się doskonale. W tejże akademii pracował również Dariusz Szubert, z którym byłem na olimpiadzie w Barcelonie. Ponieważ w trakcie wyboru ośrodka bywałem w tej akademii wielokrotnie, to i jemu zaproponowałem, aby był naszym lokalnym opiekunem. W jego gestii nie leżały żadne sprawy wymagające kluczowych decyzji, ale taki człowiek, znający teren jak własną kieszeń i mający za sobą karierę piłkarską na szczeblu reprezentacyjnym, był nam niezbędny. Miał piłkarskie wyczucie, kontakty, znał ludzi na miejscu, więc wszystko mógł załatwić od ręki. A często były to sprawy absolutnie trywialne, typu zepsuty prysznic na boisku treningowym czy brak klucza do magazynku ze sprzętem.

Dlaczego trzeba było aż tylu wizyt?

W tych wyselekcjonowanych ośrodkach bywaliśmy wielokrotnie, bo chcieliśmy mieć dopracowany i uzgodniony każdy detal. Jeszcze przy kolejnej wizycie przed losowaniem pojechaliśmy do Niemiec z całym sztabem technicznym, w tym między innymi z kucharzem Robertem Sową i doktorem Jerzym Grzywoczem. Wizytowaliśmy na przykład hurtownie spożywcze i piekarnie, z których miałaby być dostarczana żywność do naszej restauracji hotelowej. I nie chodziło nam o sprawdzanie warunków sanitarnych czy jakości jedzenia, tylko możliwości logistycznych i uprzedzenie ich o ogromnych jednorazowych zamówieniach, jakich wymagała nasza ekipa. Sprawdzaliśmy więc, czy mogą dostarczyć świeże ryby, mięsa, pieczywo i przetransportować to na miejsce. W międzyczasie zmienił się nam kucharz reprezentacji, bo ostatecznie na mistrzostwach pana Sowy nie było, ale to nie miało znaczenia dla całej misji, bo nie dokonywaliśmy ustaleń pod konkretnego kucharza.

Natomiast doktor Grzywocz musiał być zorientowany, gdzie w razie konieczności będzie mógł się udać z piłkarzem w przypadku złamania nogi, gdzie z uszkodzonym okiem, a gdzie z zatruciem pokarmowym. Wizytowaliśmy tamtejsze kliniki i szpitale, a doktor sprawdzał, jaki sprzęt jest dostępny, a jakiego brakuje. Tu znów się przydał Darek Szubert, bo choć my oczywiście znaliśmy i angielski, i niemiecki, to przy pewnych kwestiach specjalistycznych, dotyczących aparatury lekarskiej, jego pomoc językowa była nieodzowna. Podczas tych wizyt istotne było również to, że nasz doktor nawiązywał kontakty z ordynatorami szpitali i oddziałów, aby w razie potrzeby pomoc była błyskawiczna i profesjonalna.