Dlaczego na konferencję wysłano kucharza? Wywiad z Krzysztofem Rolą-Wawrzeckim

Rozumiem, że czynnik klimatyczny – który odgrywał istotną rolę w przygotowaniach do dwóch poprzednich mundiali, w Korei i w Meksyku – nie miał znaczenia przy wyborze ośrodka, bo Niemcy mają jednolity klimat. Zgadza się?

Oczywiście, że tak, choć z tym aspektem akurat mieliśmy bardzo niemiłą niespodziankę. Do Barsinghausen pojechaliśmy pod koniec maja, a któregoś pięknego dnia przywitał nas szron! Na zewnątrz dwa, trzy stopnie, szron, nieprzyjemny chłód, a my oczywiście bez kurtek zimowych. Wykonaliśmy szybki telefon do Warszawy z prośbą, aby na lotnisko w Hanowerze pilnie dostarczyć kurtki z magazynu w Warszawie. Zawodnicy przez ten czas troszkę pomarudzili, bo marzli. Następnego dnia kurtki dojechały, rano jeszcze zrobiono z nich użytek, ale potem przyszła już żarówa, po 30 stopni. Czyli, jak pan widzi, z tym klimatem to wcale nie jest taka oczywista sprawa. Można się przygotowywać miesiącami, ale przy tak ogromnej operacji logistycznej zawsze może znaleźć się jakiś aspekt, który zaskoczy.

W 1992 roku pełnił pan rolę kierownika drużyny piłkarskiej na igrzyskach w Barcelonie. 14 lat różnicy to diametralnie inna rzeczywistość i warunki pracy?

Absolutnie nie da się porównać moich obowiązków na obu imprezach. I nie chodzi tu o czas, który minął, ale o zupełnie inny wymiar i charakter mojej pracy. Przed mistrzostwami piłkarskimi miałem ogrom zadań o dużej wadze i odpowiedzialności. Z okazji mistrzostw bywałem w Niemczech wielokrotnie. Natomiast do Barcelony nie musiałem wcześniej jechać ani razu, bo kompletnie nie miałem po co. Po przylocie do Barcelony rozdano nam na lotnisku akredytacje, zawieziono do wioski olimpijskiej i pokazano, w którym budynku i na jakich piętrach są nasze pokoje. Tyle. Jedyne, co musiałem zrobić w kwestii zakwaterowania, to wydać zawodnikom klucze.

Warunki pobytu i funkcjonowania w Barcelonie też były absolutnie nieporównywalne z tym, co się działo w Niemczech. Proszę sobie wyobrazić, że buty piłkarskie trzymałem tam w piekarniku! Bo tylko tam było dość miejsca. Jako kierownictwo drużyny spaliśmy w ośmioosobowym pokoju – każdy miał swoje łóżko, szafkę, stolik i tyle. I o ile rzeczy osobiste jeszcze się mieściły, to przechowanie gdziekolwiek toreb z butami i innym sprzętem sportowym stanowiło kłopot. A były to czasy, gdy piłkarze nie mieli jeszcze swoich prywatnych butów, tylko pobierali je ze związku, więc ja tych par przywiozłem do Barcelony pewnie z setkę – nie dość, że dla każdego po dwie pary, bo jedne lanki, a drugie wkręty, to jeszcze jakąś rezerwę musiałem mieć. Oprócz butów miałem jeszcze stroje meczowe, dresy oraz pozostały sprzęt treningowy. I wszystko to trzymaliśmy w szafkach kuchennych, a buty w piekarniku.

Albo kwestia jedzenia. Hala, w której została wtedy zorganizowana stołówka, miała być po igrzyskach przerobiona na parking podziemny. Hiszpanie w założeniach mieli przeznaczyć później całą wioskę olimpijską na zwykłe osiedle mieszkaniowe i z taką koncepcją od początku ją tworzyli. Stołówka była jedna dla wszystkich sportowców, więc dostawaliśmy przydział obiadowy na przykład na godzinę 14:00. Wybór dań wprawdzie był, bo stały bufety z kuchnią włoską, azjatycką czy amerykańską, ale to nie miało absolutnie porównania z mistrzostwami, gdzie kucharz gotował dla każdego indywidualnie o wskazanej przez nas porze. To samo treningi – w Barcelonie dostawaliśmy przydział na boisko od, dajmy na to, 10:00 do 12:30, i tyle. Nie mieliśmy możliwości sami zamówić sobie nawet autokaru – był wspólny shuttle bus, który woził wszystkich sportowców z wioski do poszczególnych punktów treningowych. Jak ktoś nie wsiadł do autobusu o 9:42 albo nie wysiadł na odpowiednim przystanku, to miał problem. Czyli to nie te 14 lat stanowiło różnicę, tylko charakter imprezy i rola, jaką przy tym odgrywałem. Nieporównywalne sprawy.

W Niemczech autokary zapewniała FIFA, czy każda federacja musiała sama o to zadbać?

FIFA je udostępniła. My musieliśmy tylko wymyślić hasło, którym Niemcy okleją nasz autokar. Dostaliśmy wytyczne, jakie musiał spełniać ten slogan – miało być krótko i bojowo. Zrobiliśmy szybkie spotkanie, padło hasło: „Waleczni i niebezpieczni”, i tak podaliśmy Niemcom. Podobnie było z husarzem na koszulce – FIFA zażyczyła sobie, żeby każda drużyna miała na koszulce swój motyw. Debatowaliśmy w PZPN, co może być takim motywem, który wyróżniałby nas w Europie, byłby częścią naszej polskiej tożsamości i dobrze wyglądałby na koszulce sportowej. Wybrano tego husarza, a ściślej mówiąc – husarskie skrzydła.

FIFA miała zastrzeżenia do tego wzoru, bo początkowo husarz był zbyt wyraźny i dodawał nieprzewidziany wcześniej szary kolor do białego i czerwonego. Zgadza się?

Nie przypominam sobie takich problemów, ale odpowiedź nasuwa mi się jedna – skoro zagraliśmy w tych koszulkach, to znaczy, że FIFA nie miała zastrzeżeń. Natomiast tymi sprawami zajmował się Wiesław Ignasiewicz, nasz kitman, więc być może ten wątek mnie po prostu ominął.

Mieliście wpływ na wybór strojów na każdy mecz?

Zgłosiliśmy trzy zestawy i FIFA na każdy z trzech meczów dobierała sobie stroje nasze, rywali oraz sędziów. Ta procedura nastąpiła już tuż po losowaniu, kilka miesięcy przed meczami. Uprzedzając ciekawość – nasz trzeci zestaw był w kolorze niebieskim, ale w nim na szczęście nie musieliśmy grać.

Powiedział pan, że Barceloną się nie podpierał, bo logistyka igrzysk miała inny charakter. A czy korzystał pan z doświadczeń Tomasza Kotera, który był pańskim odpowiednikiem na mistrzostwach w Korei?

Tak. Z Tomkiem znamy się bardzo dobrze, pracowaliśmy razem w PZPN. Przekazał mi jedną bardzo cenną uwagę z Korei – ich sztab po czasie ocenił bowiem, że podczas swoich mistrzostw zbyt mocno zamknęli się na świat zewnętrzny i to negatywnie odbiło się na drużynie. W Barsinghausen to się powtórzyło, ale ja nie miałem na to wpływu. Mimo moich sugestii, żeby nie iść w tym kierunku, trenerzy zdecydowali, że wolą izolację, pełen spokój i ciszę.

Janas też nie żałował później, że nie otworzył drużyny na świat?

A czy wiadomo, co by było, gdybyśmy wpuścili do ośrodka dziennikarzy i oni by nam chodzili pół nocy po pokojach, szukając kontaktu z zawodnikami? Czy to by pozytywnie wpłynęło na zawodników? Żadne rozwiązanie nie jest idealne. Paweł Janas mimo moich sugestii zdecydował się na izolację i nie było dyskusji. Zresztą z uwagi na bezpieczeństwo podobne wytyczne pojawiały się ze strony Niemców, więc dużego ruchu nie mieliśmy.

Przed mistrzostwami uczestniczyliście jeszcze – między innymi z Janasem i Listkiewiczem – w warsztatach roboczych przygotowanych przez organizatorów mistrzostw. To były wartościowe nauki, czy raczej takie „przyjść, podpisać się”?

Te warsztaty dzieliły się na przeróżne panele – osobno organizowane były szkolenia dla kierowników drużyn, osobno dla trenerów, a osobno dla osób odpowiedzialnych na przykład za dystrybucję biletów. Czy były przydatne? Po tylu latach pracy w PZPN i z takim doświadczeniem na pewno poradziłbym sobie bez nich. Zresztą absolutnie wszystkie informacje, jakich potrzebowali kierownicy drużyn, zostały spisane w takich opasłych księgach, które dostaliśmy na początku warsztatów. Proszę spojrzeć – wszystkie sprawy techniczne, logistyczne, organizacyjne. Począwszy od mapy Niemiec, gdzie jakie miasto leży, przez niezwykle szczegółowe plany każdego stadionu z zaznaczonym miejscem wjazdu autokaru, rozmieszczenia szatni, stref, po których mogą się poruszać piłkarze, przez informacje dotyczące wspomnianych hoteli, narzuconych przez organizatorów, a skończywszy na wzorach formularzy meczowych, które musiałem wypełniać jako kierownik drużyny. Kilkaset stron podzielonych na poszczególne sekcje i tematy, aby każdy kierownik drużyny wiedział absolutnie wszystko o meczach, ośrodkach i organizacji mistrzostw.

W momencie, gdy odebrałem tę książkę, mogłem już na warsztaty nie chodzić, ale oczywiście chodziłem. Te szkolenia były natomiast szczególnie przydatne dla krajów pozaeuropejskich. Każda ekipa przywoziła na mistrzostwa tony bagażu w kontenerach: sprzęt sportowy, zaopatrzenie spożywcze, medyczne, materiały prasowe, upominki i jeszcze różne inne rzeczy. Gdy przylatywała drużyna z Afryki czy Australii, to uczono ją, jak to logistycznie rozegrać: jakie trzeba mieć pozwolenia, dokumenty i wymagania sanitarne, czyli – nieco sobie żartując – jak tacy Australijczycy mają sobie wwieźć do Europy te swoje marynowane kangury w puszce… Podczas warsztatów kierownicy tych ekip mieli dodatkowe pytania, mimo że w księdze zawarto prawie wszystkie szczegółowe informacje.

Właśnie widzę: rozpisany co do minuty plan wydarzeń przedmeczowych. Albo tu – szczegółowo podane odległości między hotelem meczowym a stadionem. Niemiecka precyzja.

To nie jest „niemiecka precyzja”, tylko „fifowska precyzja”. Zakładam, że ta księga była równie perfekcyjnie przygotowana na mistrzostwa w RPA, Brazylii czy Rosji. W kwestii tych hoteli: ponieważ Barsinghausen leży 25 kilometrów od stadionu w Hanowerze, złożyliśmy w FIFA wniosek z prośbą o pozwolenie, abyśmy na ten mecz przyjechali bezpośrednio z naszego ośrodka. FIFA ten wniosek zaakceptowała, natomiast zobowiązała nas do uzyskania zapewnienia od lokalnych władz, że na ten mecz nasz autokar otrzyma policyjną eskortę, aby nie doszło do jakiegokolwiek spóźnienia, na przykład wskutek wypadku na autostradzie. Takie zezwolenie w naszym imieniu uzyskał właśnie Andrzej Grajewski.