Dlaczego na konferencję wysłano kucharza? Wywiad z Krzysztofem Rolą-Wawrzeckim

Zanim dotkniemy tematu samych mistrzostw, wróćmy jeszcze do okresu przygotowawczego. Czy był pan też odpowiedzialny za organizację meczów towarzyskich przed mistrzostwami?

Oczywiście. To było jedno z moich głównych zadań w związku. Do PZPN przyszedłem w 1979 roku i objąłem funkcję „specjalisty do spraw organizacji imprez”. Tak to się wtedy nazywało. Później byłem kierownikiem tego działu, następnie odszedłem do Fundacji Piłkarska Reprezentacja Olimpijska, w wyniku czego w Barcelonie byłem dyrektorem drużyny olimpijskiej. Po igrzyskach wróciłem na funkcję kierownika działu organizacji imprez w PZPN, a następnie z PZPN zostałem oddelegowany do JAG Marketing, gdzie byłem odpowiedzialny za reklamy dla PZPN. Później ponownie zostałem dyrektorem reprezentacji, stąd moja obecność na mistrzostwach w Niemczech, na koniec zaś mianowano mnie zastępcą sekretarza generalnego. Czyli pracowałem w PZPN od roku 1979 do wczoraj. Tak mogę powiedzieć, bo 2017 był moim ostatnim rokiem w związku. Wracając do pytania – przez wiele lat jednym z moich głównych obowiązków było właśnie kontraktowanie i organizacja meczów towarzyskich reprezentacji.

Odnoszę wrażenie, że zestaw przeciwników przed niemieckim mundialem mógłby być nieco mocniejszy.

Trzeba wiedzieć, że kontraktowanie danych przeciwników to zawsze gra kompromisu. Istnieje wiele czynników, które decydują o tym, z kim gramy, gdzie gramy i kiedy gramy.

Z USA zagraliśmy w Kaiserslautern.

Nie chcieliśmy grać tego spotkania w Polsce, bo rok wcześniej zagraliśmy zimą mecz z Białorusią w Grodzisku Wielkopolskim na zmrożonym boisku. Woleliśmy nie powtarzać tego błędu, więc szukaliśmy gdzieś indziej, aby mieć odpowiednią murawę, w miarę mocnego rywala oraz – co w tamtym momencie było istotne – żeby ze względów marketingowych mecz odbywał się na neutralnym terenie. Jeśli bowiem postanowilibyśmy zagrać z kimś, kto występowałby w roli gospodarza, to on przejąłby prawa do reklam i transmisji. Padło więc na Niemcy, bo po pierwsze graliśmy pierwszego marca, a nie był to termin fifowski – czyli musieliśmy mieć pod ręką cały zespół, żeby wszyscy szybko dolecieli albo wręcz dojechali samochodami. Niemcy były pod tym względem idealne. Druga sprawa – w Europie, a szczególnie w Bundeslidze grała wtedy znakomita większość zawodników amerykańskich, a i termin im pasował. I trzecia rzecz – byliśmy zobligowani wobec sponsorów, aby jeden z dni przedmeczowych poświęcony został sprawom reklamowym, czyli sesjom filmowym i fotograficznym, a Niemcy oferowały do tego znakomite warunki. Czyli można powiedzieć, że mecz z USA akurat w Kaiserslautern był podyktowany względami sportowo-marketingowymi.

W Niemczech zagraliśmy też z Chorwacją, tuż przed startem mistrzostw.

Chcieliśmy mocnego rywala, więc raczej musieliśmy wybierać z tych grających na mistrzostwach. Jednocześnie musiał to być zespół, który zaczyna turniej równie wcześnie jak my, bo dla tych startujących o kilka dni później tak wczesny sparing nie pasowałby do planów przygotowań. Ponieważ i my, i Chorwaci byliśmy już w Niemczech, na lokalizację meczu wybraliśmy Wolfsburg.

Wcześniej jeszcze była Arabia w Rijadzie. Miało to sens?

Z perspektywy czasu – niekoniecznie. Natomiast przyjmując optykę tamtego czasu – tak. Obecnie bardzo ściśle przestrzega się terminów FIFA, a jeśli dobrze sobie przypominam, Arabia nie była w terminie FIFA, ale udało nam się dogadać z klubami i do Arabii pojechaliśmy pierwszym składem. To chyba główna wartość tego sparingu, że udało się zebrać tę całą grupę. Druga sprawa to Kuba Błaszczykowski i Łukasz Sosin, którzy tym meczem debiutowali w kadrze. Jeśli mam być zupełnie szczery, to trzeba przyznać, że zdecydowaliśmy się na ten mecz również ze względów ekonomicznych – rywal był gotowy opłacić nam przylot i pobyt. Jednocześnie dla trenera Janasa był to wartościowy przegląd formy kadrowiczów, łącznie, a może przede wszystkim, z dwoma wyżej wymienionymi.

Potem równie słaba Litwa.

Ta Litwa często pojawia się u nas jako sparingpartner. Nasi trenerzy chcą chyba mieć łatwego rywala, żeby dzięki takiemu meczowi drużyna poczuła się komfortowo. To był rywal na życzenie naszego sztabu.

Dlaczego w Bełchatowie?

Wtedy nie mieliśmy w Polsce stadionów. Tak trzeba uczciwie powiedzieć: w 2006 roku nie mieliśmy w Polsce porządnych stadionów.

A Śląski?

Śląski… Był pan na nim w tamtym czasie? Wie pan, jak on wyglądał od środka? To był kiepski stadion. Nie wiem, dlaczego przez lata szła fama, że to wspaniały obiekt i reprezentacja dobrze się tam czuje. Nie wiem, jak czuły się tam inne nasze reprezentacje, ale naszej drużyny nie łączą z tym obiektem miłe wspomnienia. Jako organizator też miałem tam ogromne problemy. Niecka stadionu jest tak zabudowana, że nie ma tam łączności. Gdy policja zajmowała swoje kanały i częstotliwości, to my, organizatorzy, nie mieliśmy jak się porozumiewać, bo walkie-talkie nie działało. Musieliśmy więc biegać między płytą boiska, korytarzami, parkingami czy samym szczytem stadionu, gdzie ulokowane było stanowiska dowodzenia policji. Po trzech takich przebieżkach – w górę, potem na dół – już nie wiedziałem, jak się nazywam…

Ale okej, możemy przyjąć, że mieliśmy wtedy w Polsce dwa stadiony – Śląski i Legię – gdzie kadra grała najważniejsze mecze. Natomiast filozofia związku zakładała wtedy, żeby pokazywać reprezentację w jak największej liczbie miast w Polsce. I ten Bełchatów był uzasadniony. Wiadomo było, że na takiego przeciwnika jak Litwa większe stadiony – Poznań, Szczecin, Warszawa – nie zapełnią się. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to kuriozalnie, że graliśmy na kilkutysięcznym stadionie w obawie o frekwencję, ale tak wtedy wyglądała rzeczywistość wokół polskiej piłki.

Ostatni ze sparingpartnerów to Kolumbia. Wybór dokonany pod Ekwador, tak?

Tak, pod Ekwador i Kostarykę, bo wydawało się, że to podobny, latynoski futbol.

A był w planach jakiś mecz, który nie doszedł do skutku?

Nie było takiego przypadku. Trener Janas widocznie nie szukał bardzo mocnych rywali, albo od razu było wiadomo, że zakontraktowanie danego przeciwnika jest niemożliwe.

Podkreślał pan perfekcyjne przygotowania od strony organizacyjnej. Czy już podczas mistrzostw zdarzyły się historie nieprzewidziane?

Dbaliśmy o to, aby wszystkie kwestie mieć pod pełną kontrolą i zapięte na ostatni guzik. Już na dwa dni przed meczem część naszej ekipy wyjeżdżała z ośrodka do hotelu meczowego. Daniel Matusiak, Wiesław Ignasiewicz, kucharz Tomasz Leśniak oraz zastępczyni sekretarza generalnego Mirosława Kulesza – a czasami nawet sam sekretarz Zdzisław Kręcina – jechali wcześniej, by przygotować hotel na przyjazd ekipy. I zawsze wszystko szło zgodnie z wytyczonym scenariuszem: jedzenie gotowe, pokoje przydzielone, klucze odebrane, listy zawodników przekazane. Zawodnicy mogli więc od razu po przyjeździe udać się do pokojów, a po chwili zejść na posiłek. Tak samo z przygotowaniem szatni na stadionie przed ostatnim treningiem czy bezpośrednio przed meczem, a także organizacja konferencji prasowych. Wszystko mieliśmy perfekcyjnie rozplanowane, nasz team był zgrany, każdy wiedział, kiedy i za co odpowiada. Wydawało się, że nie ma absolutnie niczego, co mogłoby mnie zaskoczyć. Oprócz tej pogody, ale to bardziej w formie psikusa, a nie poważnego zagrożenia.

„Wydawało się”?

Proszę spojrzeć na to zdjęcie reprezentacji, wykonane na zgrupowaniu kadry. To oficjalne zdjęcie naszej drużyny, powielone w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, które trafiło do wszystkich oficjalnych materiałów związanych z mistrzostwami i naszą reprezentacją. Proszę spojrzeć na Szymkowiaka…

No widzę. Kolorowe sznurowadła, tak?

A gdzie tam! Buty Adidasa. Wszyscy stoją w pumach, bo to był nasz sponsor techniczny, a on jeden w adidasach… Czyli wykonaliśmy te zdjęcia, materiał poszedł do druku, odebrałem pudła z tymi zdjęciami, zajrzałem do jednego… i zamarłem. Powiem panu, że uderzenie adrenaliny w tamtej sekundzie było ogromne! Gdybym dostrzegł to wcześniej, to albo delikwenta wyrzuciłbym z sesji, albo w najlepszym razie przesunął do ostatniego rzędu. A tu pan widzi: usiadł centralnie w pierwszym rzędzie, na środku…