Dlaczego na konferencję wysłano kucharza? Wywiad z Krzysztofem Rolą-Wawrzeckim

Pechowy zbieg okoliczności, że akurat…

Pan uważa, że to zbieg okoliczności? Bądźmy poważni. Podejrzewam, że kierowały nim inne motywacje, nie wykluczam, że związane z indywidualnie podpisanym intratnym kontraktem reklamowym. Doświadczony reprezentant i to ma być przypadek, że usiadł w pierwszym rzędzie? W samym środku? Że założył pomarańczowe sznurówki i czerwone buty, a jeszcze szeroko rozstawił stopy, żeby logo było lepiej widoczne? Proszę pana…

Czyli mieliśmy tam taki numerek kolegi Szymkowiaka. Fakt zaistniał, zdjęć nie dało się już wycofać, wszystko poszło w świat. No i oczywiście wybuchła ogromna afera – przedstawiciel Pumy rzucił się na nas z krzykiem, groził bajońską karą… Prezes PZPN krzyczał wtedy na mnie: „Wawrzecki! Ja ci zaufałem, a ty mi taki numer…!”. Jesteśmy z Listkiewiczem przyjaciółmi, ale wtedy narobił rabanu, choć oczywiście słusznie, bo we wstydliwy sposób złamaliśmy umowę ze sponsorem. Puma nałożyła na nas karę, a my na Szymkowiaka, choć oczywiście my zapłaciliśmy więcej niż sam Szymkowiak. Natomiast nieco wybronił nas z tych problemów fakt, że na miejscu przebywał akredytowany przedstawiciel Pumy, który mieszkał z nami w hotelu, jadał z nami posiłki i generalnie był wszędzie tam gdzie my. Jego jedynym zadaniem było dbanie o to, abyśmy w stu procentach realizowali kontrakt z Pumą, czyli wszędzie poruszali się w sprzęcie tego producenta. I on te swoje zadania wykonywał z ogromną gorliwością. Ganiał na przykład naszych chłopaków, gdy jeden czy drugi szli na basen w prywatnych klapkach, dajmy na to, w naszych swojskich kubotach. I po wybuchu afery z Szymkowiakiem powiedziałem mu: „Słuchaj. Tak, ja zawaliłem sprawę. Ale powiedz mi, gdzie ty wtedy byłeś? Przez całe dnie ganiałeś nas za złe klapki na basenie o 22:00 a w momencie robienia oficjalnego zdjęcia nie interweniowałeś”. Z siebie winy nie zdejmowałem, ale wyszło na to, że nie tylko ja zawaliłem. I tę sprawę z Pumą długo wałkowano, wiadomo było, że jakaś kara musi być, ale na szczęście stanowisko Pumy z czasem złagodniało.

A możemy operować na konkretnych wartościach? Jaką karę dostał PZPN, a jaką Szymkowiak?

Po tylu latach mógłbym niechcący przekręcić te kwoty, ale przede wszystkim nie zostałem upoważniony do ich publikowania.

Czy to była jedyna sytuacja, gdy skoczyła panu adrenalina?

Wielkim szokiem był dla mnie przebieg i wynik meczu z Ekwadorem, choć wtedy adrenalina nie skoczyła ani trochę, bo po meczu panowało absolutne przygnębienie. Przyznam się teraz, że w tamtym momencie już nie miałem nadziei na awans z grupy. Już nie wierzyłem, po prostu nie wierzyłem… Czy inni członkowie ekipy wierzyli? Czy piłkarze wierzyli? Nie wiem. Ja nie. I z tego, co zaobserwowałem, to Paweł Janas też już nie. On już wiedział, że nawet remis z Niemcami w drugim meczu nic nam nie daje. Przecież wiadomo było, że Niemcy w ostatniej kolejce wysoko pokonają Ekwador, a Ekwador to samo zrobi wcześniej z Kostaryką. Nawet wygrana z Niemcami niewiele by dała, bo mielibyśmy wtedy trzy zespoły po sześć punktów, ale realnie patrząc, to my mielibyśmy najgorszy stosunek bramek. Czyli mecz z Ekwadorem zakończył nam turniej. I to oczywiście implikowało kolejne zachowania na tych mistrzostwach…

…czyli konferencję po tym meczu z Ekwadorem.

Do tego chciałem przejść. Zacznijmy od tego, że z Pawłem Janasem przyjaźnię się od wczesnych lat osiemdziesiątych, a z innymi członkami sztabu znamy się od wielu, wielu lat. Po 2006 roku rozmawialiśmy o tej konferencji wielokrotnie i moja ocena sytuacji nawet po latach nie uległa zmianie. Punktem zapalnym było wysłanie na konferencję po przegranym meczu z Ekwadorem kucharza.

I tu znów muszę lekko zachwiać chronologią; otóż sprawy żywienia kadry były wtedy dla polskich mediów sprawą absolutnie priorytetową, a jedną z głównych postaci występujących w telewizji był pan Sowa, wtedy już były kucharz naszej reprezentacji.

Czyli jesteśmy po spotkaniu z Ekwadorem. Po każdym meczu odbywa się konferencja prasowa i jest mix zona. Trener Janas po meczu z Ekwadorem był na konferencji prasowej, gdzie odpowiadał na każde pytanie. Może i jest mało medialny, może i ma trudny charakter, nie będę mówił, że nie, ale na konferencji odpowiadał na wszystkie pytania dziennikarzy. Więcej – oprócz konferencji był też w mix zonie. Nie musiał tam stanąć, ale był i odpowiadał. Natomiast dzień po meczu trener Janas wyraził już niechęć do uczestnictwa w kolejnym spotkaniu z mediami: „Co mam im nowego powiedzieć? Wczoraj powiedziałem wszystko. Przegraliśmy mecz, pewnie odpadliśmy z turnieju. Co mam im więcej powiedzieć niż to co wczoraj?”. Druga sprawa: już na pierwszej konferencji po meczu uwaga dziennikarzy skupiona była na słowie „dymisja”. Następnego dnia to samo – dzwonili do nas i do naszych rzeczników dziennikarze z pytaniem: „Czy poda się do dymisji?”. Liczyli, że już następnego dnia Janas to powie i będzie sensacja, gorący temat. Jechali z Janasem równo. Mieliśmy doniesienia, że dziennikarze będą chcieli na nim wymóc tę dymisję. Bo fachowo o meczu już wszystko zostało powiedziane, a o planach nikt nie chciał słuchać, bo nam się praktycznie turniej skończył. Liczyło się jedno – dymisja Janasa. „Czy teraz, czy po meczu z Niemcami, czy dopiero po mistrzostwach?”. I w dniu konferencji, jak w każdym poprzednim, mieliśmy po śniadaniu miniodprawę w zamkniętym gronie, na której omawialiśmy dzień bieżący, w tym oczywiście temat konferencji. I ktoś rzucił, że skoro media tak się tym jedzeniem interesują, tak dopytują o Sowę i upodobania żywieniowe piłkarzy, to wyjdźmy naprzeciw oczekiwaniom i udzielmy im odpowiedzi na wszystkie pytania.

Kończąc temat odwołania Pawła Janasa, mogę poinformować, że Paweł Janas po meczu z Niemcami złożył dymisję, ale uczynił to na ręce prezesa Listkiewicza, a nie w mediach. Nie została przyjęta, a Michał wręcz prosił, aby nie upubliczniać tego faktu do czasu, kiedy znajdzie następcę. W tym momencie chciałbym przypomnieć również o formie przekazania reprezentacji kolejnemu selekcjonerowi. Chyba po raz jedyny w historii odbyło się to publicznie w świetle kamer, w obecności dużego grona dziennikarzy, środowiska piłkarskiego i sponsorów.

Skąd takie zainteresowanie mediów pokazaniem kadry dosłownie od kuchni? I taka popularność kucharza?

Proszę mi wierzyć, że wtedy – co było dla nas zdumiewające – media bardziej interesowało zrobienie zdjęć i materiałów ze stołówki czy restauracji niż z treningu. I to też miało wpływ, że wysłaliśmy tego kucharza na konferencję. „Niech pójdzie Tomek i opowie, co jedzą zawodnicy, i niech pokaże, że jest tak samo elokwentny jak Sowa”. Przypomnę, że naszym kucharzem przez wiele lat był Robert Sowa. To z nim jeszcze jeździłem po hurtowniach i piekarniach na kilka miesięcy przed turniejem. Natomiast na wiosnę nastąpiła zmiana i pan Sowa przestał być naszym kucharzem tuż przed mundialem. Dlaczego tak dużo o tym mówię? Nie wiem, czy oglądał pan wtedy programy Polsatu, gdzie na okrągło były pokazywane relacje z Barsinghausen. Było tam studio, w którym dawano dużo materiałów filmowych, mniej lub bardziej ciekawych. I tam, wśród gości, był też kolega Sowa. Serwował posiłki, gotował, brylował, opowiadał… Jaki to miało związek z reprezentacją? Nie wiem, nie wnikam. W każdym razie, oglądając te relacje w naszym ośrodku w Barsinghausen, czuliśmy niesmak. Ekspertami w Polsacie byli bowiem Dudek, Kłos, Hajto i właśnie Sowa. To powodowało niesmaczną atmosferę w naszym sztabie i zdecydowaliśmy, że skoro jest takie zainteresowanie byłym kucharzem reprezentacji, to my pokażemy, że mamy nie gorszego, który też potrafi usmażyć jajecznicę, a ponadto może mówić o bieżących trendach kulinarnych w reprezentacji, a nie o tym, co się działo w niej pół roku wcześniej. Chcieliśmy zaspokoić ciekawość mediów, które przyjeżdżając do hoteli, w których spała kadra, od razu chciały, żeby ich wpuścić do kuchni i do stołówki. Chcę też nadmienić, że – podobnie jak Fabiański – Tomek pozostał z reprezentacją na długie lata.

Czyli przy decyzji o wysłaniu na konferencję kucharza znów zabrakło hamulca bezpieczeństwa?

Zabrakło doświadczenia. Tu znów wrócę do tematu naszych rzeczników. Był kolega Olszański i kolega Oleszek. Nie było od nich żadnego odporu, zdecydowanego powiedzenia: „Nie, nie róbmy tak”. Wrzucę też może kamyczek do ogródka Michała Listkiewicza – to człowiek, który trochę wielkiego świata widział, był dziennikarzem, ma świetne obycie, a żadnej negatywnej oceny dla tego pomysłu od niego nie było. Jeśli któryś z tych panów powiedziałby stanowcze „nie”, to prawdopodobnie nie doszłoby do takiej sytuacji. Natomiast ani ja, ani Paweł Janas, ani jeszcze kilka osób z najbliższego otoczenia nie wyczuliśmy sytuacji i nie mieliśmy pojęcia, że może to błędny ruch, takie wielkie faux pas. Sytuacja podobna jak w wypadku ogłaszania składu.

Z tych trzech faux pas największym była chyba jednak sportowa postawa reprezentacji?

Te wszystkie aspekty, o których opowiadam, w niczym nie usprawiedliwiają faktu, że przegraliśmy mistrzostwa. Nie ma tu żadnych wątpliwości. Atmosfera w naszych szeregach przed mistrzostwami była taka – i nie jest to tylko moja obserwacja, jak rozmawialiśmy później w naszym gronie, to każdy podzielał tę opinię – że w przekonaniu nas wszystkich my z tej grupy wyjdziemy. I do dziś, po latach, gdy poruszamy temat mistrzostw, każdy z nas mówi to samo: „Byłem przekonany, że my wyjdziemy z tej grupy. Patrzyłem w rozpiskę, z kim będziemy dalej grać”. A z najbardziej prawdopodobnego scenariusza wynikało, że dalej miała być Anglia. I ten szczyt formy sportowej Janas przygotowywał właśnie na Anglię. Miała przyjść trochę później niż na Ekwador, ale jakoś, widzi pan, nie zdążyliśmy jej pokazać…