Dlaczego na konferencję wysłano kucharza? Wywiad z Krzysztofem Rolą-Wawrzeckim

„Walentynka od selekcjonera”, czyli w jakich okolicznościach dowiedział się pan, że jedzie na mistrzostwa?

Można powiedzieć, że wraz z awansem drużyny na mistrzostwa było dla mnie jasne, że i ja tam pojadę. Nie zaliczyłem żadnej większej wpadki, wręcz przeciwnie – raczej doceniano moje zaangażowanie i pracę, bo ja do tych Niemiec systematycznie jeździłem, aby sprawdzać najdrobniejsze szczegóły. Wydaje mi się, że organizacyjnie piłkarze nie mogli się do niczego przyczepić. Jedyny ewentualny minus to ta izolacja w ośrodku, ale jak wspomniałem, takie było – mimo że proponowałem inaczej – założenie sztabu i nie miałem wpływu na ten wybór. Natomiast sam ośrodek i warunki mieliśmy znakomite: sauna, basen, boiska, żywienie – wszystko na najwyższym poziomie. Ja tam centymetrem łóżka mierzyłem, żeby mieć pewność, że mają ponad dwa metry. Powiem tak: gdybym nie dostał nominacji na te mistrzostwa, byłbym bardziej rozczarowany niż Tomek Frankowski.

„Na własne oczy”, czyli jaka była największa różnica między wyobrażeniami a tym, czego doświadczył pan na mistrzostwach w rzeczywistości?

Liczba kibiców z Polski. Ponieważ pośrednio miałem wgląd w sytuację z dystrybucją biletów – nie uczestniczyłem w tym procesie bezpośrednio, ale przecież byłem w samym PZPN – to wiedziałem, że naszych kibiców będzie więcej, niż faktycznie dostaliśmy biletów z urzędowego rozdzielnika. Dostałem informację, że część swojej puli oddał nam Ekwador, potem oddała też Kostaryka, a dodatkowo zakładałem, że ze dwa, trzy tysiące zostanie dokupionych przez Internet czy na rynku wtórnym. I te przypuszczenia składały mi się na takie kalkulacje: 10 tysięcy naszych biletów, pięć od Ekwadoru, pięć od Kostaryki i te wspomniane dwa, trzy. Razem dałoby to około 23 tysięcy kibiców. Jak wszedłem na płytę stadionu w Gelsenkirchen i zobaczyłem morze biało-czerwonych flag, szalików, czapek, koszulek, to było to dla mnie absolutnie ogromnym zaskoczeniem. Gdy ryknęli: „Gramy u siebie!”, to po plecach przeszedł mi jeden wielki dreszcz. To był tym bardziej niezwykły widok, że dotąd nigdy, nawet w meczach u siebie, nie mieliśmy takiej sytuacji, żeby na tak nowoczesnym stadionie siedziało kilkadziesiąt tysięcy polskich kibiców, którzy tworzyliby taki biało-czerwony ocean. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie, zdecydowanie największe. Szczególnie pierwsze kilkanaście sekund, gdy wyszliśmy z autokaru pod stadionem, przeszliśmy tunelem i wyszliśmy na płytę. Niesamowite i szokujące.

„Ten moment”, czyli jaka chwila z mistrzostw najmocniej zapadła panu w pamięć?

Dwa momenty, o których już mówiłem – bramka na 0:2 z Ekwadorem oraz buty Szymkowiaka. Oba negatywne, co trochę oddaje wspomnienia, z którymi wracaliśmy z Niemiec. Ta druga bramka w pierwszym meczu była ogromnym rozczarowaniem, ciosem, gwoździem do trumny. Widziałem to z pozycji ławki, czułem reakcję znajdującego się obok Pawła Janasa, reszty sztabu i piłkarzy. Bardzo bolesny moment. Przeżywanie meczów z takiej perspektywy w ogóle jest niezwykłe. Jako kierownikowi przysługiwało mi oczywiście prawo znalezienia się na ławce, bo moim podstawowym zadaniem podczas meczów było procedowanie zmian. Innym z obowiązków było pilnowanie porządku i regulaminu w strefie rezerwy i zmian, więc czasami musiałem walczyć z Pawłem Janasem, żeby nie palił papierosów przy ławce, bo za to przewinienie kara spadała na mnie. W ogóle we wszystkich takich wypadkach, kontrowersyjnych czy naruszających regulamin, organizator meczu lub sędzia zwracał się właśnie do mnie. A to rezerwowy siedział bez plastronu, czym mylił sędziego, a to trzeba było zadbać, aby tylko jedna osoba przebywała w prostokącie przed ławką. Moja koncentracja była zatem podzielona między wydarzenia na boisku a własne obowiązki przy ławce. Nierzadko też Paweł Janas wstawał z ławki, stawał w prostokącie tuż przede mną i wtedy już zupełnie nie miałem pojęcia, co się dzieje na boisku. A przecież nie powiem mu: „Paweł, siadaj, no, bo mi zasłaniasz”.

Kierownik drużyny też może dostać czerwoną kartkę?

Oczywiście. Ale nigdy mi się to nie zdarzyło i nawet nigdy nie słyszałem, żeby jakikolwiek kierownik drużyny został wyproszony z ławki przez sędziego. Jego rolą jest właśnie uspokajać emocje i nie dopuścić do ukarania czerwoną kartką trenera czy piłkarzy rezerwowych. Byłoby kuriozalne, gdyby sam miał ją dostać.

A gdyby do tego doszło, to kto w trakcie meczu przejąłby pańską rolę?

Prawdopodobnie byłby to asystent głównego trenera, czyli w naszym przypadku Maciek Skorża. Natomiast przyznam się, że nie mieliśmy takiego wariantu przećwiczonego. Ha, czyli jednak było coś, co nie było zapięte na ostatni guzik!

„Zamknięta szuflada”, czyli jakie zdarzenie z czasu mistrzostw pozostawało dotąd nieznane?

Poruszyłem już w naszej rozmowie wątek pana kucharza Roberta Sowy. Myślę, że przyszedł czas na odsłonięcie kulis zakończenia naszej współpracy. Otóż na tę decyzję nałożyły się dwa czynniki. Po pierwsze jako PZPN zawarliśmy wtedy umowę z Sheratonem i bazą dla reprezentacji stał się tenże hotel. Podpisaliśmy wtedy absolutnie znakomitą umowę sponsorską na bazę hotelową, najlepszą, jaką pamiętam. Po latach mogę już zdradzić, że cenę noclegu wynegocjowaliśmy na poziomie 20 euro za osobę, zaś wyżywienie na poziomie „wkład do garnka powiększony o sto procent”. Dla uzmysłowienia, jak dobra to była umowa, podam, że koszt herbaty wynosił nas około dwóch złotych, a na przykład schabowego – dziesięć złotych. Podkreślam, że mówimy o luksusowym hotelu w centrum Warszawy. Sowa był wtedy kucharzem z hotelu Sobieski, więc w Sheratonie był, powiedzmy, co najwyżej tolerowany. Wiadomo, że patrzono na niego przez pryzmat konkurencji: „Przychodzi z innej restauracji, w kuchni nam się rządzi… Co, nie potrafimy schabowego sami usmażyć?”. I to był pierwszy asumpt do zastanowienia się, czy nie należy podjąć jakichś zmian, aby na trzy miesiące przed mistrzostwami świata wykrystalizować już ostateczną ekipę, która pojedzie do Niemiec. Druga rzecz – w 2006 było czymś niezwykłym i nienaturalnym, aby celebrytą był kucharz. Dziś już co drugi program w telewizji puszcza ludzi, którzy zajmują się gotowaniem, natomiast wtedy było to dla nas zadziwiające, że za największą gwiazdę reprezentacji Polski podaje się jej kucharz, i nie do zaakceptowania, że gra na swoje nazwisko. Pan Sowa był ponadto bardzo blisko zaprzyjaźniony choćby z Dudkiem, Hajtą, Kłosem, Rząsą czy innymi kadrowiczami z poprzednich ekip – które korzystały z Sobieskiego od lat – więc miał pełen obraz tego, co działo się w reprezentacji. Na tym tle dochodziło do mniejszych czy większych incydentów, łącznie z tym, że pan Sowa – mówiąc brzydko – sprzedawał to, co się działo w kadrze. Taką sytuację kierownictwo PZPN chciało przeciąć już wcześniej, a ten konflikt na linii Sheraton–Sowa – który był nierozwiązywalny – pomógł nam podjąć ostateczną decyzję, żeby dokonać zmiany na stanowisku kucharza kadry.

„Transfer z maszyny czasu”, czyli jakiego dowolnego piłkarza reprezentacji Polski najchętniej dokooptowałby pan do waszego zespołu? 

Nie będę tu sztucznie wymyślał – Roberta Lewandowskiego. Lubański, Lato, Boniek to wielcy piłkarze, moi koledzy, ale jednak stawiam ich półeczkę niżej niż Lewandowskiego. Spójrzmy szerzej na drużynę Górskiego. Lato, Deyna, Szarmach, Lubański, Kasperczak, Gorgoń, Żmuda, Ćmikiewicz i inni – to byli wielcy piłkarze, którzy wspólnie, jako kolektyw, doprowadzili reprezentację Polski do wielkich sukcesów. Natomiast – tu powiem może i śmiałą teorię – jeśli z obecnej reprezentacji wyjmiemy Lewandowskiego, to pozostanie nam drużyna bardzo przeciętna. Doceniam Krychowiaka, Glika czy Błaszczykowskiego, ale to nie są piłkarze, którzy tak pociągnęliby zespół, jak ci z lat siedemdziesiątych. Kto więc robi różnicę? Lewandowski. Spójrzmy też na płaszczyznę klubową; uważam, że dziś Lewandowski znaczy więcej w rozgrywkach klubowych niż Boniek w latach osiemdziesiątych. Robert tyle razy został królem strzelców Bundesligi i tyle sezonów gra na najwyższym poziomie w Niemczech, że to jednak dla mnie większe osiągnięcie niż to, co ugrał Boniek w Juventusie czy tym bardziej w Romie.

„Kiedyś to były czasy…”, czyli czego obecny kierownik kadry może zazdrościć pana pracy na mundialu?

Wydaje mi się, że Rosjanie dołożyli starań, aby z zewnątrz wszystko wyglądało na przygotowane perfekcyjnie. Mógłbym natomiast wskazać na różnice mentalne i organizacyjne między Niemcami a Rosją. Wiadomo, że w kwestiach przygotowawczych czy porządkowych łatwiej coś ustalić z Niemcami niż z Rosjanami, więc kierownik musi być bardzo czujny i cierpliwy. Z drugiej strony takie turnieje w dużej mierze są zarządzane i organizowane przez FIFA, czyli środowisko międzynarodowe. Przy naszych mistrzostwach Europy w 2012 pracowało 300 osób, wielu różnej narodowości, a na przykład w Niemczech woził mnie japoński wolontariusz, niezwiązany wcześniej z tym krajem. W Rosji organizatorem też jest FIFA, więc rosyjska mentalność i organizacja niekoniecznie oznacza duże utrudnienia.

 „Dziś to są czasy…”, czyli czego to pan zazdrości obecnemu kierownikowi reprezentacji Polski?

Stadionów, na jakich pracuje Tomasz Iwan przy okazji meczów reprezentacji. To absolutnie inna rzeczywistość; charakter pracy przy organizacji meczów jest dziś w zasadzie zupełnie inną funkcją niż kiedyś. Te stadiony to nie tylko infrastruktura, którą widzi przeciętny kibic – boisko, szatnia i trybuny. To też ochrona, zaplecze techniczne, służby porządkowe, parkingi, karetki, pomieszczenia dla mediów… Powiem więcej – to nie tylko kwestia infrastruktury, ale i ludzi pracujących na obiektach. Kiedyś kilkunastotysięczne imprezy na stadionach odbywały się raz w roku, gdy przyjeżdżała reprezentacja. Ludzi pracujących na takich arenach trzeba było wszystkiego uczyć, pokazywać, poprawiać, zmieniać. Dziś meczów, koncertów, pokazów, targów jest tak dużo, że każdy pracownik stadionu już wie, co i jak trzeba przygotować.

Ostatnie słowo należy do pana.

Mam świadomość, że w ocenie niektórych działań naszego sztabu podczas mundialu w Niemczech nie jestem obiektywny. Nie mogę być, skoro w ten projekt tak mocno się zaangażowałem. Obiektywnie to mogę opowiedzieć o grze reprezentacji Anglii… Chociaż nie, też nie mogę, bo ich lubię, wiec również mógłbym nie być obiektywny… Muszę też uświadomić, że siłą rzeczy nie byłem przy wszystkich rozmowach czy zdarzeniach i być może, mając pełniejszą wiedzę, niektóre fakty interpretowałbym inaczej. Natomiast zapewniam, że uczyniłem wszystko, co tylko mogłem, żeby reprezentacja Polski kierowana przez Pawła Janasa miała w Niemczech absolutnie najlepsze warunki do gry w piłkę. I tylko szkoda, że nie poszedł za tym wynik sportowy…

ROZMAWIAŁ NIKODEM CHINOWSKI

Ten wywiad pojawił się także w książce „Mistrzowskie rozmowy. Biało-czerwoni mundialiści, którą możecie kupić tutaj.