Celta – koszmar Benfiki i Juventusu

Wyobraźcie sobie, że przyjeżdża do Was wielka Benfica. Globalna marka, macierzysty klub Eusebio, dwukrotny zdobywca Pucharu Europy i, a może przede wszystkim zespół mający w składzie takich piłkarz jak Karel Poborsky, Nuno Gomes, Joao Pinto, Robert Enke i Maniche. Co więcej, będąc nowicjuszem na europejskich salonach nie spodziewacie się po tym spotkaniu zbyt wiele. Tymczasem twoi miejscowi idole urządzają sobie z tego spotkania gierkę treningową, ogrywając „Orłów” 7:0 i wywołując piłkarskie trzęsienie ziemi w całej Europie. Brzmi jak sen, prawda?

Przeczytaj także: „Redondo – piłkarz z magnesem w bucie”

Tak też musieli myśleć kibice zgromadzeni tego zimnego, listopadowego wieczoru na Estadio Balaidos w Vigo, gdzie miejscowa Celta urządziła futbolowy festiwal, którego ofiarą okazali się być Portugalczycy. Fani Celtiñas nie przewidywali zapewne, że nabywając jak co tydzień bilety za kilkadziesiąt hiszpańskich peset, zrobią najlepszą inwestycję w swoim życiu. Kupią wspomnienia i chwile, których nie zapomną do końca życia.

To był rok 1999, czas w którym zespół z Galicji otrzymał już swój przydomek „EuroCelta”. Jak się miało okazać, zwycięstwo z Benficą było jednym z kulminacyjnych momentów okresu największej świetności „błękitno-białych”, przypadającego na lata 1997-2003. Klub, który nigdy nie zdobył żadnego pucharu, a od początku lat 80-tych ani razu nie znalazł miejsca w czołowej szóstce, stał się postrachem nie tylko Primera Division, a Balaidos miejscem, gdzie na miękkich nogach grali najwięksi. Co ciekawe nie był to jednak efekt dłuższego procesu budowania drużyny, a splotu kilku korzystnych sytuacji, krystalizujących grupę ludzi, która siała prawdziwy postrach na Półwyspie Iberyjskim.

Brzydkie kaczątko

Celta pierwszej połowy lat 90,, aż do 1997 roku była zespołem nijakim. Ot, takim dzisiejszym Getafe, kompletnie bezpłciowym, które lawirowało gdzieś pomiędzy 11-16 miejscem. Nie strzelali wielu bramek (w sezonie 92-93 zaledwie 25), tracili ich dużo, a z Vigo, oprócz Santiago Canizaresa, nie wypłynął na szersze wody żaden znaczący zawodnik.

W 1995 roku stery w klubie przejął Horacio Gomez, lokalny biznesmen z sektora winiarskiego i piwowarskiego, który władzę objął wskutek swoistego przewrotu, zrzucając z piedestału poprzedniego prezesa – Ignacio Nuneza. Początki były trudne, gdyż Gomez musiał zmagać się z postępowaniem administracyjnym, za które Celcie groziła degradacja do Segunda Division. Ostatecznie dzięki udanym negocjacjom, postępowanie umorzono, a klub mógł nadal występować w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Mostowoj celta
Aleksandr Mostowoj

Już w pierwszym sezonie ściągnął nad Ocean Atlantycki brazylijskiego pomocnika Mazinho, bramkarza Daniela Dutuela i izraelskiego napastnika Haima Revivo. Jednak największe wrażenie zrobił transfer Aleksandra Mostowoja, rosyjskiego magika, gwiazdy Strasburga, dla którego była to już druga próbą podboju Półwyspu Iberyjskiego. Jak się miało okazać, udana…

Jego przyjście było jednak naznaczone wieloma problemami, on sam zastanawiał się czy Celta to dla niego odpowiedni kierunek, a Strasburg nie chciał puścić swojej gwiazdy za przysłowiowe frytki. Gomez wyłożył więc rekordowe, jak na owe czasy, dwa miliony euro, a Mostowoj po kilku tygodniach negocjacji 20 lipca 1996 roku podpisał kontrakt. W ten oto sposób zaczęła się tworzyć historia.

Trudne początki

Pierwszy sezon był trudny. „El Zar”, jak zaczęto mówić na Mostowoja, był cieniem samego siebie i uznaje się, że był to jego najsłabszy czas w całej karierze. Nie mógł znaleźć wspólnego języka z trenerem Fernando Castro Santosem, a we znaki dawał się jego wybuchowy temperament, co często kończyło się konfliktami z kolegami z drużyny. Słynny jest chociażby tzw. „incydent z El Molinon”, w którym to Rosjanin niezadowolony ze swojej postawy, schodząc z boiska wdał się w bójkę z kolegą z drużyny, Patxi Salinasem. Znane są również napięcia pomiędzy nim, a gwiazdą Deportivo La Coruna, Djalminhą, który oskarżał Mostowoja o nazywanie go małpą. Aklimatyzacja nie przebiegała więc najlepiej.

Nie była to zresztą sytuacja nowa dla niego, gdyż kilka lat wcześniej miał wielkie problemy aby porozumieć się z kolegami z Benfiki, w której występował na początku lat 90., co przejawiało się m.in. tym, że trzymał się tylko ze swoimi rodakami, Siergiejem Juranem i Wasilijem Kulkowem. Joel Amorim, z portalu „Russian Football News”, specjalizujący się w piłce iberyjskiej odnosząc się do jego pobytu w zespole „Orłów”, mówi: „Cała trójka była zawsze sama, stojąc na treningach w rogu boiska i podając piłkę wyłącznie między sobą. Nie chcieli współpracować z resztą drużyny, nie chcieli nawet dzielić z nimi szatni. Co więcej, stosunki między nimi, a trenerem Tonim również nie należały do najlepszych”. Można więc uznać, że Mostowoj jako introwertyk mógł mieć problemy z szybką adaptacją w danym środowisku i w Vigo musieli poszukać rozwiązania dla zaistniałej sytuacji. Doszło więc do daleko idących zmian.

Przyjście Karpina, odrodzenie Mostowoja

Atmosfera nie była najlepsza. Celta ledwo utrzymała się w lidze, a skompromitowanego Santosa, zastąpił Javier Irureta, którego już wtedy uznawano za jednego z najlepszych fachowców w La Liga.

Irureta poprosił o wzmocnienia. Do Vigo przybył m.in. Valerij Karpin, którego ściągnięcie było kolejnym wielkim sukcesem prezesa Horacio Gomeza, a także świetny norweski obrońca, Dan Eggen. Kluczowy w tym kontekście był zwłaszcza transfer Karpina, uznawanego za jedną z przyczyn renesansu formy Mostowoja, który mógł liczyć na pełne wsparcie swojego rodaka.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Celta odpaliła i mimo, że nadal nie strzelała wielu bramek, znacząco poprawiła swoją grę w defensywie, kończąc sezon na szóstym miejscu, dzięki czemu mogła zadebiutować w Pucharze UEFA. Po sezonie z drużyną rozstał się Irureta, którego nowym pracodawcą zostało mające mocarstwowe plany Deportivo. Jego następcą mianowano Victora Fernandeza, byłego piłkarza, mającego za sobą świetną pracę w Teneryfie. Jak się miało okazać, to na jego lata przypadnie największy blask „EuroCelty”, a jego piłkarze będą zapewniać kibicom przyjemną dla oka piłkę, nastawioną na ofensywę, która przyniesie zespołowi z Vigo kilka niezapomnianych zwycięstw w Europie.

Karpin celta
Walerij Karpin

Zespół z Galicji z hukiem wszedł na europejskie salony, a w kampanii 1998/1999 jego ofiarami padły Aston Villa i … Liverpool, którego „biało-błękitni” ograli w dwumeczu 4:1. Co ciekawe, podczas pierwszego spotkaniu na Balaidos, na ławce ekipy „The Reds” pojawił się Steven Gerrard, który ostatecznie nie dostał jednak szansy debiutu. Był to prawdziwy pokaz siły Celty w Europie, a zwycięstwo 1:0 na Anfield wywołało euforię w Galicji, gdzie pisano nawet o „hiszpańskiej inkwizycji, jaka nawiedziła Liverpool”. Piękna przygoda zespołu zakończyła się jednak w ćwierćfinale z Marsylią i jak się później miało okazać, etap ten stał się barierą nie do przejścia dla zespołu Victora Fernandeza.

„Ta grupa piłkarzy była niespotykana”

W kolejnych latach Celta nie schodziła w Primera Dvision poniżej siódmego miejsca. Zapewniało to drużynie grę w Europie, większe pieniądze z tytułu praw telewizyjnych i z federacji, a także gotówkę z transferów (m.in. Salgado do Realu Madryt). W wyniku tego, w klubie pojawiły się takie tuzy jak chociażby Claude Makelele, Peter Luccin, Eduardo Berizzo (obecny trener zespołu) czy też Brazylijczyk Catanha, ściągnięty z Malagi.

Największą furorę Celta robiła jednak w sezonie 1999/2000. W 1/16 Galicyjczycy trafili na Benficę Lizbona i doszło do spotkania, o którym pisałem na początku. Waleri Karpin mówił przed meczem:

Takie mecze są najbardziej zapamiętywane. Musisz wyjść na boisko, opanować się i jeżeli możesz, zgnieść przeciwnika.

I rzeczywiście to im się udało. Na oczach blisko 9 tys. kibiców Benfiki, przybyłych za swoją drużyną, po dwóch bramkach Turdo, Mostowoja i Karpina, a także jednej Makelele, Celta wzniosła się na wyżyny futbolowego Olimpu. Victor Fernandez starał się tonować nastroje i w mix zonie powiedział do dziennikarzy: „To już przeszłość”. Kilka lat później wrócił jednak do tego wieczoru na Balaidos i mówił:

To była prawdziwa impreza. Nasza gra wzbudzała podziw w Hiszpanii i Europie, a ta grupa piłkarzy była niespotykana.

Celta w następnej rundzie trafiła na rywala jeszcze potężniejszego od Benfiki. Na Balaidos miał przyjechać wielki Juventus z Zidanem, Van der Sarem, Del Piero, Kovaceciciem i Trezeguet. Spotkanie to było zapowiadane jako hit 1/8 Pucharu UEFA i można tylko żałować, że dwie tak świetne drużyny spotkały się wtedy na tak wczesnym etapie rozgrywek. Niemniej jednak to Juventus był faworytem i jechał do Vigo po korzystny rezultat i każdy inny wynik niż zwycięstwo Bianchonerrich było traktowane jako niespodzianka.

Jednak już pierwszej minucie Celta wyszła na prowadzenie, dzięki jednej z nielicznych bramek w karierze strzelonych przez Claude Makelele. Przez następne 45 minut oglądaliśmy najgorszą możliwą stronę Juve. Piłkarze z Turynu nie mogąc pogodzić się z takim obrotem spraw, wzięli na cel nogi rywali. Skutkowało to rzecz jasna częstymi faulami, przerywaniem gry i żółtymi kartkami dla czterech piłkarzy ekipy prowadzonej przez Carlo Ancelottiego. Ta gra nie mogła ujść na sucho Bianchonerrim, którzy już pierwszą połowę kończyli w dziewiątkę (!), po czerwonych kartkach dla Antonio Conte i Pablo Montero. W drugiej połowie Celta bezlitośnie wykorzystała więc grę w przewadze i dzięki dwóm bramkom Benny’ego McCarthy’ego rozbiła Juventus 4:0, po raz kolejny zdumiewając całą Europę.

W tamtej edycji Pucharu UEFA Celta ponownie zatrzymała się na ćwierćfinale, odpadając z RC Lens, przegrywając w dwumeczu 1:2. Podobna sytuacja miała miejsce rok później, gdzie w drodze do 1/4 finału wyeliminowała m.in. niemiecki Stuttgart, zatrzymując się ostatecznie na Barcelonie, przegrywając gorszym stosunkiem strzelonych bramek na wyjeździe.

Było to zdecydowanie najmocniejsza Celta w historii. Victor Fernandez stworzył drużynę grającą naprawdę świetną piłkę, przyjemną dla oka i nastawioną na przewagę w posiadaniu. Mając w składzie Mostowoja i Karpina zespół miał zdecydowanie więcej opcji w ofensywie i umiejętność przeprowadzanie ataku pozycyjnego była zdecydowanie jedną z najsilniejszych broni Celty w tamtym okresie. Przekładało się to oczywiście na ilość strzelanych bramek, która wzrosła w porównaniu z latami poprzednimi. W czerwcu 2002 roku nastąpił jednak kres jego epoki w Vigo i zdecydował się na odejście, skuszony wizją pracy w Betisie Sewilla. Jego następcą został Miguel Angel Lotina, wcześniej znany przede wszystkim z bardzo dobrej pracy w Numancii, w której udało mu się po raz pierwszy w historii klubu awansować do Primera Division w 1999 roku.

Występ w Champions League i zmierzch „EuroCelty”

Nowy trener znany był z bardziej pragmatycznego podejścia do piłki nożnej i zdecydowanie można uznać go za zwolennika „budowania drużyny od tyłu”. Podchodził do piłki w sposób bardziej analityczny i potrafił wykrzesać maksimum możliwości ze swoich piłkarzy. I o ile Fernandez swoją filozofię opierał na posiadaniu piłki, Lotina postawił na szybszą grę z kontrataku. Wynikać to mogło m.in. z coraz rzadszej gry Mostowoja i Karpina, którzy najlepsze lata mieli już powoli za sobą, przez co pewnej korekcie musiał ulec też styl grania zespołu z Vigo.

Praca Lotiny przyniosła efekty i Celta zakończyła rozgrywki Primera Division na czwartym miejscu, legitymując się drugą najlepszą defensywą w lidze, zaraz po Valencii. W tym momencie drzwi do raju wydawały się być szeroko otwarte…

Sezon 2003/04 to najprawdopodobniej najdziwniejszy sezon w historii klubu. Celta świetnie zaprezentowała się w Lidze Mistrzów, gdzie wyszła z grupy z Milanem, Ajaxem i Club Brugge, dzięki zwycięstwu w ostatniej kolejce w Mediolanie. W 1/8 na jej drodze stanął londyński Arsenal i przygoda Celticas zakończyła się porażką w dwumeczu 2:5. Mimo wszystko zespół i tak wykonał wynik ponad stan, zwłaszcza w kontekście tego, co działo się równolegle w lidze. Występami w Lidze Mistrzów kończył się okres „EuroCelty” i zaczęły się lata zmierzchu zespołu z Vigo.

O ile w Europie wyniki były satysfakcjonujące, o tyle w lidze Celta rozgrywała najsłabszy sezon od ośmiu lat, co kosztowało posadę trenera Lotinę, którego zastąpił w styczniu legendarny Radomir Antić. Jemu też nie udało się uratować klubu i zespół po raz pierwszy od sezonu 1991-1992 znalazł się w Segunda Division. To był upadek drużyny, która jeszcze kilka lat wcześniej uznawana była za jeden z najlepszych w Europie.

Po sezonie musieli odejść Mostowoj i Karpin, gdyż Horacio Gomez otwarcie deklarował, że klub nie jest w stanie płacić im takich pensji w drugiej lidze. W dodatku Celta zmagała się z olbrzymimi problemami finansowymi, które powodowały, że zespół musiał zmienić swoją politykę personalną i postawić przede wszystkim na canterę. Klub czekało kilka lat w futbolowym czyśćcu, z którego Celta zaczęła wychodzić dopiero w 2013 roku, m.in. dzięki Luisowi Enrique. Obecnie mamy do czynienia z powrotem zespołu z Vigo na salony, a wesoła ferajna Eduardo Berizzo znów zaczyna siać spustoszenie na Półwyspie Iberyjskim.

Epilog

Jak się mogliście pewnie spodziewać, odpowiedzialnym za kryzys na Balaidos był ten sam człowiek, którego działania doprowadziły do wdrapania się klubu na sam szczyt – były prezes Horacio Gomez. Okazało się, że w Vigo prowadzona była kreatywna księgowość i brakowało przejrzystości w rozliczeniach z hiszpańskich fiskusem. W 2011 roku sąd w Pontevedrze skazał go prawomocnym wyrokiem za „naruszenia księgowe”, a swoją decyzję uzasadniał w następujący sposób:

Obecnie panuje sytuacja, w której niemożliwym jest w pełni sprawdzić rzeczywisty stan finansów w ostatnich latach.

Trudno więc nie uznać, że w świetle przedstawionych dowodów, Horacio Gomez dopuścił się malwersacji finansowych, których ofiarą padł ostatecznie klub. Sam prezes opuścił zespół w 2006 roku…

PIOTR JUNIK

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Redakcja
O Redakcja 352 artykuły
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl