Galopujący major i jego Aranycsapat

Kiedy przyszło nam żyć w erze futbolowych cyborgów prześcigających się w redukcji tkanki tłuszczowej, prędkości piłki po atomowym kopnięciu, czy kolejnym rekordzie szybkości na przestrzeni jednego i drugiego pola karnego, refleksja przychodzi trudniej niż w piłkarskiej prehistorii. Nieznany nikomu klucz do sentymentu i pragnienie czegoś więcej prowadzi do wspomnień i to nawet nie tych osobistych. Pal licho hiszpańską tiki-takę i niemiecką precyzję z brazylijskiej półfinałowej euforii. „Złota jedenastka” jest tylko jedna – w tytule uwzględniona w języku węgierskim.

Nie tylko w naszej historii Wembley, to symbol skoku cywilizacyjnego w piłkarskie obuwie najwyższej klasy. Madziarzy pytani o boiskowy przełom wskazują datę 25 listopada 1953 roku. Węgierska reprezentacja przyjeżdżała do Anglii również jako okryci złotem medaliści poprzednich Igrzysk Olimpijskich, lecz tak jak Polacy 20 lat później, przez pysznych Synów Albionu zostali przywitani żartami. Gusztav Sebes, odpowiednik polskiego Kazimierza Górskiego postawił na jakże niewyobrażalne dziś ustawienie 2-3-3-2. Dziś wydaje się to irracjonalne, lecz jakże trudno odróżnić nowatorstwo od głupoty. Ustawienie Sebesa okazało się przysłowiową „szóstką z plusem”, bowiem przyniosło rezultat powszechnie uznany za symbol węgierskiego dream teamu, zwieńczony zwycięstwem 6:3, pozostającym najwyższą porażką Anglików na Wembley w historii. Dziś nieco zapomniane nazwiska Nándora Hidegkutiego i Zoltána Czibora blaskiem przytłacza „Galopujący major” – legenda nie tylko piłki dzisiejszego Orbanistanu, ale i uczestnik mundialu chilijskiego pod banderą hiszpańską. Jednak zanim stał się kosmopolitą futbolu, Ferenc Puskás prowadził swoją drużynę pisząc nową piłkarską historię lat 50’ ubiegłego wieku.

Bez porażki, bez respektu

Purczfeld, bo tak nazywał się naprawdę, nie jest kolejnym przykładem piłkarza powszechnie wykształconego, bowiem edukację zakończył już w wieku 12 lat. Urodzony 1 kwietnia 1927r. na obrzeżach Budapesztu w wiosce Kipset pragnął pokazać, że jego talent to wcale nie primaaprilisowy żart. Na boisku bardzo szybko osiągnął profesurę i mając 18 lat zadebiutował w węgierskiej kadrze. Era ozłoconej drużyny, piszącej jakże oryginalny rozdział w historii piłki nożnej zaczęła się jednak pięć lat później, kiedy rozgrywający wojskowego Honvedu, skupiającego najlepszych zawodników rodzimej ligi otrzymał opaskę kapitańską. Podopieczni Sebesa trwali w dobrej serii rozpoczętej zwycięstwem z Austrią 6:1 w sierpniu 1949 roku. Po blisko trzech latach meczów towarzyskich bez porażki Madziarzy pojechali na helsińskie Igrzyska Olimpijskie. Po zdemolowaniu zespołów piłkarzopodobnych, w finale ograli 2:0 faworyzowaną ekipę Jugosławii. Okryci złotem, tworzący wspaniały kolektyw z Puskásem dumnie noszącym kapitańską opaskę, wrócili do kraju jako bohaterowie. Rok później, nieoczekiwanych mistrzów olimpijskich na własne podwórko zaprosili Anglicy. Chętni pokazania, kto tak naprawdę rządzi w piłce nożnej wyspiarze, polegli w meczu okraszonym dziewięcioma golami. Już mniej niż rok później, 25 maja 1954 roku, Węgrzy przygotowywali się do mundialu w Szwajcarii, a że Synowie Albionu pragnęli rewanżu, to tym razem oni przyjechali do Budapesztu. Rewanżem można jednak nazwać tylko fakt przyjazdu w nieznany obszar południowo-wschodniej Europy, bowiem przy 92-tysięcznej publiczności wyspiarze zostali zdemolowani i stłamszeni przegrywając 1:7, co stanowi ich najwyższą porażkę w historii.

Jaka piękna katastrofa

Węgrzy zatracani już nieco w swojej własnej chwale, komplementowani przez cały świat, przestali być anonimowi i na mundial jechali w glorii sławy, pieniędzy i pięknych kobiet. Mecz otwarcia? 9:0 z Koreą Południową. Mecz o pierwsze miejsce w grupie? 8:3 z RFN. Prawdziwy test czekał w fazie play-off, na pierwszy ogień zhańbiona dramatem na Maracanie ekipa Canarinhos, głodna zwycięstw i zerwania z łatką przegranych sprzed 4 lat. Węgrzy bez kontuzjowanego Puskása wygrali jednak 4:2, odsyłając Brazylijczyków do domu. Półfinał? Tam już mistrzowie świata z 1950 roku. Urugwaj sprawił rzeczywiście trochę więcej problemów, jednak po dogrywce, Madziarzy wygrali 4:2, a w finale czekali zmiażdżeni dwa tygodnie wcześniej piłkarze z Zachodnich Niemiec. Węgrzy wzmocnieni Puskásem, który podobno nie mógłby przełknąć wzniesienia pucharu przez kogoś innego, zagrał na własne żądanie. Zaczęło się jak z bajki. Sześć minut i prowadzenie 2:0. Jednak, gdy kibice oczekiwali kolejnych bramek dla Aranycsapatu, w historii powstała definicja „Cudu w Bernie”. Niemcy szybko wyrównali, kilka minut przed końcem wychodząc na 3:2. W końcówce, angielski sędzia William King nie uznał wyrównującej bramki Puskása, wskazując pozycję spaloną. Narodowość sędziego nadaje tej historii jeszcze więcej podtekstów.

1359459_full-lnd

Upadek „jedenastki”, dezercja „majora”

Tak jak Brazylijczycy cztery lata wcześniej, tak wtedy Węgrzy stali się wrogami publicznymi we własnym kraju. Publika szeroko komentowała finałową porażkę, sugerując przyjęcie przez Madziarów Mercedesów w zamian za medal z najcenniejszego kruszcu. Pierwsza porażka od 32 spotkań, spowodowała koniec ekipy Sebesa, której upadek symbolizowało zakończenie reprezentacyjnej kariery przez Puskása. „Galopujący major” z Honvedem – prowadzonym przez przeklętego dziś w Lizbonie Belę Guttmana – udał się do Bilbao na mecz ówczesnej Ligi Mistrzów, do której w końcu zakwalifikowali się jako pięciokrotni mistrzowie kraju. „Wojskowi” przegrali 2:3, a z powodu rewolucji jaka wybuchła na Węgrzech, postanowili nie wracać do kraju, tułając się po Europie rozgrywając mecze towarzyskie. Puskás nawet po rewolucji postanowił zostać w zachodniej Europie, szukając zatrudnienia m.in. w Juventusie czy Manchesterze United, kompletującym kadrę po katastrofie lotniczej w Monachium. FIFA jednak, pod naciskiem socjalistycznych władz zawiesiła „majora” na dwa lata. Puskás grywał gościnnie po Starym Kontynencie, a najdłużej zatrzymał się w Espanyolu Barcelona. W końcu, po odbyciu karencji, zatrudnił go słynny Santiago Bernabeu, prezes Realu Madryt, a tam, znany już jako „Pancho”, Puskás objawił światu swój geniusz jakim ciągle dysponował. Od 1958 roku, rozegrał 180 meczów w barwach „Królewskich” strzelając 156 bramek, a jego statystyki średniej bramek na mecz, pobił dopiero Cristiano Ronaldo. Przez 8 lat gry, zdobył 3 razy Puchar Europy i 4 razy Mistrzostwo Hiszpanii. Jako, że publicznie ogłosił zakończenie kariery w reprezentacji Węgier, a przepisy FIFA akurat w przypadku zmiany reprezentacji nie były tak restrykcyjne jak dziś, Puskás przyjął hiszpańskie obywatelstwo i zbratał się z ekipą „La Furia Roja”. Wystąpił z nią na mundialu w Chile, jednak tam Hiszpanie zaliczyli klęskę, a epizod Puskása w czerwonokrwistej koszulce zakończył się na 4 meczach i jednej bramce.


Spuścizna węgierskiego idola

Popularny „Pancho” po skończeniu piłkarskiej kariery w 1966 roku, zajął się trenerką, lecz na tej płaszczyźnie nie osiągnął tak wiele jak inni słynni węgierscy trenerzy – Sebes czy Guttman. Jego jedynym, choć niemałym sukcesem było wprowadzenie Panathinaikosu Ateny do finały Pucharu Europy w 1971 roku. Do kraju, na stałe wrócił po blisko 30 latach w 1993 roku, gdzie swoją futbolową karierę zakończył jako trener tamtejszej reprezentacji. Do Gusztava Sebesa było mu jednak daleko, po zaledwie czterech meczach szybko został odsunięty od węgierskiej kadry. W połowie września 2006 roku, Puskás trafił do budapeszteńskiego szpitala na oddział intensywnej terapii. 16 listopada jego stan znacznie się pogorszył, a już kolejnego dnia po zapaleniu płuc i wysokiej gorączce zmarł. Bezpośrednią przyczyną śmierci była niewydolność układu oddechowego oraz krążenia, spowodowanej pneumonią. Jego pogrzeb na stadionie w Budapeszcie, odbył się w cieniu 50. rocznicy wspomnianego powstania, przez co uczestniczyło w nim tylko 6 tysięcy osób. Kiedy jego ciało w trumnie ustawiono na środku boiska, na bramkach zawieszono nowe siatki. Puskás, często prosił o taki manewr, gdyż uwielbiał jako pierwszy do nich trafiać. Jego fanaberie spełniono także i podczas ostatniego pobytu na murawie. Od 2009 roku, jego imieniem nazywana jest nagroda na najpiękniejszą bramkę roku według FIFA. W kadrze Węgier, jako członek słynnej „Złotej jedenastki” zagrał w 85 meczach, strzelając 84 gole – co do dziś jest reprezentacyjnym rekordem. 17. i 25. listopada na Węgrzech to daty szczególne, zwłaszcza przy obecnym stanie ich futbolu. Na czasy „Galopującego majora” i „Aranycsapatu” prawdopodobnie przyjdzie im długo czekać.

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl